- Za wcześnie się urodziłem. Gdybym tę popularność z lat 80. i 90. posiadał dzisiaj, byłbym jak Durczok co najmniej – śmieje się Edward Kozak i zaraz dodaje: – Żartuję. Gdybym został w telewizji publicznej, dzisiaj byłbym zgorzkniałym emerytem.

Edward Kozak
Ludzie przełomu. Syn Lwowiaka i Ślązaczki. Nosił długie włosy i brodę, gdy zapisał się do PZPR. Równocześnie należał do “Solidarności”. Urodzony w Bytomiu, w 24 roku życia za żoną przeprowadził się do Tychów i mieszka tu do dziś, chociaż w latach 90. objechał pół świata. W bloku, chociaż wtedy zarabiał tyle, że za miesięczną pensję mógł kupić dwa maluchy (jeden fiat 126p chodził po 72 tys. zł!) i proponowano mu działki budowlane. Dzisiaj to żona ma auto, a on przemieszcza się rowerem. Ma wciąż tę samą żonę oraz dwóch synów.
Puszczał pierwsze w polskiej telewizji filmy pornograficzne. W łóżku Cycolina i Murzynka, przygląda im się mężczyzna, onanizując się – taka scena leci po godz. 22. Rewolucyjna, bo mamy rok 1993. Program nazywa się Videopiraci. Emituje go PTV Rondo, pierwsza telewizja śląska, jedna z pierwszych stacji prywatnych w Polsce, w paśmie Polonia1 na koncesji włoskiej. Redaktorem naczelnym jest Edward Kozak. Videopiraci to jego autorski program, bodaj pierwszy nocny w Polsce.
Rocznik ‘46. Dżinsy, kurtka ze skóry, bejsbolówka, na szyi koraliki, w uchu kolczyk, do tego krótka, kozia bródka. – Musi być fun, zabawa – powtarza. Nie pali, nie pije – rzucił te nałogi parę lat temu. Całuje mnie w dłoń, z góry zaznacza, że to on zaprasza i pyta kelnera w kawiarni włoskiej: – Macie kawę parzoną, wie pan, taką jak za peerelu?
W branży dziennikarskiej od czasów studenckich. W latach 1970 – 75 pracował w Radiu Katowice, a potem w TVP Katowice, gdzie od roku 85 prowadził Program Regionalny. To była pierwsza w Polsce telewizja śniadaniowa. Zawsze w sobotę o 9 rano. – Młodzież uciekała z lekcji, żeby go zobaczyć, pacjenci odwoływali wizyty u lekarzy – wspomina Kozak. Program adresowany był do niepracujących gospodyń domowych i robotników drugozmianowych. Z założenia lokalny, puszczał felietony o tym, co się dzieje za oknem, a także przeboje – na trzy z demoludów jeden anglosaski, filmy w odcinkach – te, których nie chciała Warszawa, czyli “Przygody psa cywila” albo “Czterech pancernych i pies”.
Kozak co chwilę wzywany był do radiokomitetu, że co to za poziom lekki, bez ideologii! – Robotnik ogląda go przed pójściem do huty czy kopalni, musimy dać mu trochę rozrywki, żeby nastroić go optymistycznie do pracy – tłumaczył. Kupowali to.
- A Włosi powiedzieli: Eduardo, rób oglądalność! – wspomina 1992 rok, gdy dostał propozycję pracy w Rondo. No to przeanalizował, czego nie ma w TVP Katowice. Nie było gołych bab.
Filmy dostarczał Kozakowi były esbek, który miał w domu przegrywarkę kaset. Kozak wycinał “momenty”, puszczał je w przerwach programu i trzymał się zasady, że nie pokazuje nic obnażonego poniżej biustu. Nie było go w redakcji, gdy technik puścił w Rondzie pamiętną scenę. Pech chciał, że obejrzeli ją i nagrali w katowickiej telewizji, która śledziła konkurencję i rozdmuchała aferę. Donos trafił do Krajowej Rady Telewizji i Radiofonii, a ta oddała sprawę do prokuratury.
Kozak już wtedy miał zszarganą opinię. W 1990 roku otworzył w Tychach Dyskotekę U Ediego. Na wzór takich, jakie widział w Tajlandii: basenik, czerwone latarnie, czerwone zasłony, piwo, bilard, na który schodziła się mafia złodziei samochodowych, występy striptizerek. Po mieście chodziły plotki, że kręci tam pornosy.
Po incydencie w Rondzie Włosi natychmiast wyrzucili Kozaka. Groził mu wyrok za szerzenie pornografii. Prokuratura powołała biegłych seksuologów, żeby ocenili film i jeden orzekł: wedle amerykańskich wzorców to jest hard porno! W sądzie pytali: – Ma pan dzieci? A seks uprawia? A wie, co to triolizm?
Sprawa ciągnęła się rok i ostatecznie ucichła, gdy Rondo przegrało koncesję z Polsatem i jako piracka stacja przestało istnieć.
Dyskoteka U Ediego splajtowała jeszcze przed przygodą z Rondem. Kozak nawet się z tego cieszył. – Nie nadawałem się do tego. Wciąż wtedy pracowałem w telewizji katowickiej i drzemałem w redakcji, bo w nocy musiałem pilnować knajpy.
Czasem ktoś jeszcze rozpuści w Tychach plotkę, że Kozak występuje w filmach porno. Poza tym przestało się o nim mówić, chociaż cały czas kręcił dokumenty podróżnicze we współpracy ze słynnym reżyserem Andrzejem Słodkowskim z Toronto. – Nie jestem umocowany, ale czasem coś spadnie z pańskiego stołu – mówi. W 2002 roku na chwilę został radnym Tychów i wywalczył przejście dla pieszych na ul. Grota Roweckiego. Napisał trzy książki na bazie swoich dawnych reportaży kryminalnych, ale kiepsko się sprzedawały. Dzisiaj pisze do polskojęzycznego tygodnika Info Tips Stanisława Wenglorza (tego ze Skaldów), wydawanego we Frankfurcie. Pod pseudonimami: szperaczek, jęzorek, ciekawski, bo nie może być tylko jeden korespondent Eddy Kozak. O Śląsku – w taki sposób, żeby Ślązacy z Niemiec poczuli się zadowoleni, że stąd wyjechali. Prowadzi też gazetę internetową Wieczór Śląski. Z Telewizją Silesia zaczyna kręcić cykl programów o Niemczech.
- Za wcześnie się urodziłem. Gdybym tę popularność z lat 80. i 90. posiadał dzisiaj, byłbym jak Durczok co najmniej – śmieje się i zaraz dodaje: – Żartuję. Gdybym został w telewizji publicznej, dzisiaj byłbym zgorzkniałym emerytem.
Zresztą jak wszystko można, nie ma fun. I w tamtych czasach obowiązywała zasada, której Kozak nie widzi w dzisiejszych mediach: nie wolno krzywdzić prostego człowieka. Popularność nie była celem ani honorem, ba, uchodziła za coś podejrzanego. Trzeba było się gdzieś zapisać, a niektórzy nie mogli, nawet gdyby chcieli, bo były parytety: ma być tylu bezpartyjnych, tylu w opozycji. Ale Kozak i tak mógł posłać dzieci do komunii.
- Luzak, bez krawatu, nowoczesny, odważny, prekursor, miał świetne pomysły, wprowadzał do telewizji bezpośredniość, humanizował ją. Taki animator społeczno – kulturalny – wspominają Kozaka znajomi z dawnych czasów.
Sam Kozak twierdzi, że nigdy nie pasował do środowiska. Od małego jako syn właściciela sklepu z galanterią skórzaną, trzymał z dziećmi zegarmistrzów i kuśnierzy, mieli kasę, ciuchy, dziewczyny, ale byli poza nawiasem, nosząc piętno dzieci prywaciarzy. Ojciec wpajał mu wstręt do państwowej firmy. – Synu, nigdy nie wstawaj na głos pańskiej trąby – powtarzał, wspominając ze zgrozą, jak tuż po wojnie musiał pracować w fabryce. Umarł w 1980 roku, dostając wylewu ze strachu, że do Bytomia wjadą ruskie czołgi, od których zawali się kamienica z jego sklepem.
To był najbardziej dramatyczny przełom w życiu Kozaka. W telewizji publicznej przeżył trzy przełomy. Zawsze było tak samo, nawet w tej samej sali przy stole nakrytym tym samym zielonym suknem i te same hasła. Przychodzili nowi, rozwścieczeni i mówili, że źle pracują.
Gdyby nie było Jałty, nie byłoby mnie, bo moi rodzice by się nie spotkali – śmieje się Kozak. Myśli dzisiaj jak taoista: – Płynę z biegiem wydarzeń i nie wierzgam za bardzo w nurcie, żeby nie wpaść na mieliznę albo rafę. Poddaję się losowi.