W kościele św. Józefa w Zabrzu rodzina i przyjaciele pożegnali dziennikarza, publicystę, krytyka muzycznego i teatralnego Zygmunta Kiszakiewicza. Zmarł 17 września br.
Przez wiele lat działał na rzecz upowszechniania kultury na Śląsku, w kraju i zagranicą. Pisał do “Panoramy” śląskiej, współpracował z Radiem Katowice.
Bywał na festiwalach na całym świecie, był otwarty na nowości muzyczne i to dzięki niemu słuchacze mieli okazję usłyszeć je na naszej antenie…
Zygmunt Kiszakiewicz został pochowany na zabrzańskim cmentarzu parafialnym przy ulicy Czołgistów.
Pisał jak z nut

Zygmunt Kiszakiewicz
To, że Zygmunt jest w redakcji było wiadomo już przed drzwiami. Jako jedyny wciąż używał mechanicznej maszyny, wydającej donośny stukot. Pisał całymi zdaniami, bez poprawek. Niczym artysta-malarz tworzył obraz używając od razu pełnych kolorów, bez szkicowania. Jego teksty czytało się jednym tchem. Gdy trzeba je było skracać, bądź korygować, przypominało to cięcie żyletką płótna z pejzażem. Zdania traciły cały swój urok i spoistość, a nawet sens.
Wprowadzał w życie redakcji specyficzny klimat nie tylko terkotaniem maszyną, lecz rozmowami. A można z nim było dyskutować nie tylko o muzyce, na której znał się jak nikt inny, ale także o literaturze, polityce czy pogodzie. Czekało się na jego powroty z Cannes (jeszcze w czasach, gdy Polska była PRL-em) czy Sopotu. Gdy pojawiał się w pokoju, który dzielił z młodymi reporterami, praca zamierała – wszyscy zaczynali chłonąć Jego opowieści. Miał poczucie humoru wzięte wprost z krakowskich kabaretów. To skojarzenie było oczywiste, bo urodził się w Krakowie. Ba, panie z administracji, które w każdej redakcji uchodzą za najlepiej poinformowane, powtarzały, że w Jego żyłach płynie “błękitna” krew.
Zasłynął jako recenzent muzyczny i krytyk. Znał doskonale kilka języków, perfekcyjnie władał francuskim. Potrafił namówić na wywiad najlepszych artystów światowej muzyki rozrywkowej. Jego teksty drukowane w nieistniejącej już Panoramie z wypiekami czytała cała Polska – były powiewem Zachodu. Pracował także dla Radia Katowice i telewizji.
Był osobowością świata muzyki – m.in. otrzymał w Sopocie honorowego Bursztynowego Słowika oraz nagrodę im. Krzysztofa Komedy. Uhonorowano Go Złotym Krzyżem Zasługi, tytułem Kawalera Orderu Odrodzenia Polski oraz Zasłużonego Działacza Kultury.
W “Głosie” debiutował w 1959 roku i mimo częstych wyjazdów do wielkiego świata i popularności, jaką potem osiągnął, nigdy nie zerwał kontaktu z redakcją ani z Zabrzem, w którym cały czas mieszkał. Do niedawna, gdy starczało mu zdrowia, wciąż na łamach “Głosu” prowadził “Listę Przebojów” i relacjonował muzyczne wydarzenia. Nigdy się nie zdarzyło, by nie przyniósł zaplanowanego tekstu (choć czasem czynił to w ostatniej chwili). Dopiero tego lata zabrakło mu sił…
Nie prowadził “zdrowego” i ustatkowanego życia. Nie miał rodziny, ale w ostatnich dniach, choć żył bardzo skromnie, nie pozostał sam. My – Jego redakcyjni koledzy, choć z innego już pokolenia, długo zachowamy o nim pamięć. Na zawsze w “Głosie” pozostanie także jego masywna maszyna do pisania. Ludzi pióra z taką klasą już rzadko się spotyka.
Jakub Lazar
(wspomnienie - “Głos Zabrza i Rudy Śląskiej” nr 38, 24.09.2009)
Przyjaciele i Koledzy Zygmunta!
Zygmunt w prasie, Zygmunt w radiu, Zygmunt w telewizji. Wszędzie było go pełno, bo byt z tych najlepszych. W każdy miejscu z wielkim podziwem oceniał wykonawców i utwory, ale też surowo krytykował bylejakość. Przez dziesięciolecia jego słowa lansowały nowe gwiazdy i przeboje, albo odsyłały w muzyczną nicość.
To on przecierał polskim dziennikarzom drogę na muzyczne festiwale w Europie Zachodniej. To Zygmunt najpełniej i najkompetentniej informował nas o blaskach i cieniach polskich festiwali.
Na co dzień, jak Państwo wiecie nie za bardzo dbał o siebie i nasze sprawy doczesne – dbał za to o to, aby docierały do nas mądre informacje o świecie muzycznym.
Dziennikarstwo muzyczne nie było zwykłym zawodem Zygmunta – było pasją, co często podkreślali jego znajomi, ale też zazdrośnicy po piórze.
Ważne, że tą pasję potrafił zaszczepić u młodszych kolegów. Wielu dziennikarzy w Polsce, także tu obecnych, może z całym przekonaniem powiedzieć: tak, byłem uczniem Zygmunta. Uczył jak pisać, jak zdobywać informacje, jak poruszać się po tym skomplikowanym artystycznym świecie.
Szanowni Koledzy, właśnie w zdobytej od Zygmunta wiedzy i Waszej pracy przetrwa pamięć o tej wielkiej i skromnej, nietuzinkowej postaci. (…)
Żegnam Cię z żalem i bólem – w imieniu środowiska dziennikarskiego i własnym. Żegnam z przekonaniem, że gdzieś tam słuchasz swoich ulubionych utworów. Żegnaj Zyga!
z mowy pogrzebowej Wiesława Deski
Muzyka była jego wielką pasją
Zmarł Zygmunt Kiszakiewicz, przez wiele lat jeden z najpopularniejszych polskich dziennikarzy muzycznych, za swoją pracę nagrodzony m.in. honorowym Bursztynowym Słowikiem przez organizatorów festiwalu w Sopocie. Urodzony w 1942 r. w Krakowie, od młodości związany był ze Śląskiem, z którego nie wyjechał mimo kuszących propozycji zawodowych, płynących z całego kraju. Zamieszkał w Zabrzu i został w tym mieście do końca życia.
Specjalnością red. Kiszakiewicza były wywiady z gwiazdami muzyki rozrywkowej i relacje z wielkich europejskich imprez artystycznych. Miał do tego odpowiednie kwalifikacje. Znał kilka języków obcych: dobrze mówił po niemiecku i rosyjsku, perfekcyjnie po francusku. Wykorzystywał je podczas corocznych muzycznych Targów MIDEM w Cannes, z których przywoził mnóstwo ciekawych tekstów. Nie miał kompleksu człowieka “zza żelaznej kurtyny”; ujmował zagranicznych artystów (polskich zresztą też) znajomością tematu i rozeznaniem w nowościach. Wszak w zgrzebnych czasach PRL-u zdobywanie atrakcyjnych materiałów w tej dziedzinie było trudne. A jednak dzięki Zygmuntowi Kiszakiewiczowi Polacy znali na bieżąco obowiązujące mody i trendy w muzyce rozrywkowej. Zanim jednak został specjalistą w dziedzinie muzyki, zamierzał poświęcić się po prostu dziennikarstwu.
Debiutował w 1959 r. w “Głosie Zabrza i Rudy Śląskiej” tekstem reportażowym pt. “Przedświąteczne migawki”. Swoją dziennikarską niszę znalazł jednak szybko. W latach 60. ubiegłego wieku muzyka rozrywkowa cieszyła się ogromną popularnością, ale dostęp do światowych list przebojów był bardzo ograniczony, Zygmunt publikował zaś wiadomości, których gdzie indziej nie można było znaleźć. Coraz częściej występował w radiu (miał charakterystyczny głos), potem w telewizji.
Na dłużej zakotwiczył w ogólnopolskim tygodniku “Panorama” wydawanym w Katowicach. Bez przesady można powiedzieć, że muzyczne felietony i wywiady Kiszakiewicza miały znaczący wpływ na nakład pisma, a on sam był ceniony przez czytelników i środowisko, o którym pisał.
Po zakończeniu dziennikarskiej przygody z “Panoramą” znów nawiązał współpracę z “Głosem Zabrza i Rudy Śląskiej”, którego redaktor naczelny, Jakub Lazar, wspomina:
- Zygmunt był człowiekiem słownym i solidnym; jeśli obiecał, że odda materiał w terminie, oddawał go bez względu na okoliczności. Zawsze pisał na maszynie i to tak, że tekst nie wymagał żadnych poprawek, bo kształt artykułu miał precyzyjnie przemyślany. To było imponujące, choć czasem kłopotliwe, bo tak zbudowanego artykułu nie dało się skrócić, gdy wymagała tego sytuacja – dodaje.
Zygmunt Kiszakiewicz miał wielu naśladowców, ale wtedy, gdy zaczynał przygodę z pisaniem o muzyce, był jednym z nielicznych w Polsce dziennikarzy o tej specjalności. I takim go zapamiętamy.
Henryka Wach-Malicka
“Polska Dziennik Zachodni”, 19-20 września 2009


Muzyka dla Reportera
Był jednym z najbardziej znanych zabrzańskich dziennikarzy. Wybitny znawca świata muzycznego przez kilka dziesięcioleci opisywał kulisy polskich i zagranicznych festiwali, przybliżał postacie najwybitniejszych artystów sceny, opowiadał ze swadą na łamach prasy, w radiu czy telewizji o ich talentach, słabościach, o meandrach show biznesu. Ostatni tekst redaktor Zygmunt Kiszakiewicz napisał wiosną. Wtedy nie wiedział, że od dziennikarskiego biurka odchodzi na zawsze…
Mimo że nie byliśmy Jego macierzystą redakcją, kilka razy zetknęliśmy się z oryginalnymi tekstami Pana Zygmunta. Tworzone na zwykłej maszynie do pisania, a więc bez możliwości komputerowych bieżących poprawek, nigdy nie wymagały korekty. Pełne, soczyste, po prostu prawdziwe polskie zdania, wypełnione wielką wiedzą o muzyce, czy danym wydarzeniu artystycznym, z poprawną encyklopedyczną pisownią nazwisk twórców, pseudonimów czy estradowych ksywek. Mieliśmy to szczęście, że ten wybitny znawca muzycznego świata ostatni tekst napisał właśnie dla nas.
Wiosną tego roku poprosiliśmy Go o refleksję na temat pierwszych, jak i późniejszych lat działalności, obchodzącego w tym roku jubileusz 50-lecia, Domu Muzyki i Tańca. Trudno byłoby zliczyć, ile razy Pan Zygmunt przekroczył próg DMiT-u, ile opisał koncertów na tej zabrzańskiej scenie, przez długie lata uważanej za drugą po Sali Kongresowej w Polsce, ile odbył spotkań z gwiazdami z najwyższej światowej półki w “dmitowskiej” kawiarni “Słoneczna” na piętrze, w kuluarowym, mocno podziemnym “Blue Bell”, czy działającej dziś Kawiarni Artystycznej.
Mimo że był już chory i nie opuszczał mieszkania, jak prawdziwy zawodowiec, którego wzywają na dziennikarską linię frontu, nie odmówił nam i z ochotą, erudycją i znawstwem podzielił się wspomnieniami z szalonych lat 60., wypełnionymi dygresjami o spotkaniach z Gilbertem Becaud, Jacquesem Brelem, Dalidą, czy późniejszymi, m.in. z Leonardem Cohenem. Nie miał już sił, by dostarczyć nam tekst osobiście, ale w umówionym terminie, by dotrzymać dżentelmeńskiej umowy, przekazała nam go zaufana osoba Pana Zygmunta. Taki był właśnie kiedyś Jego świat – muzycznych salonów, koncertowych sal, spotkań i recitali gwiazd. Poruszał się w tym wszystkim z niezwykłą swobodą, którą dawały mu staranne wykształcenie, znajomość języków obcych i niesamowita wprost bezpośredniość w kontaktach z innymi ludźmi. Ten zwykły człowiek, którego można było często spotkać przy stoliku w niedrogiej zabrzańskiej kawiarni, był w przeszłości jednym z niewielu polskich dziennikarzy jeżdżących regularnie do Cannes na muzyczne targi MIDEM, które relacjonował potem w prasie, radiu i telewizji.
Mimo sławy, nie zerwał nigdy kontaktu z regionem i Zabrzem, publikując m.in. w bardzo znanej i lubianej wówczas katowickiej “Panoramie” oraz miejscowym “Głosie Zabrza i Rudy Śląskiej”, gdzie przez długie lata prowadził swoją listę przebojów. Gdy jego przyjaciel fotoreporter założył w Zabrzu zwykłą, skromną, bezpłatną gazetkę poświęconą miastu i Śląskowi, nie wahał się wesprzeć tej idei swoimi tekstami, podnosząc rangę pisma.
Taki był Zygmunt Kiszakiewicz – wielki i skromny, człowiek chodzący po salonach i jednocześnie skory do prostoty w codziennym życiu, nie tęskniący za blichtrem, stanowiskami, materialnymi dobrami. Na pewno nie świecił światłem odbitym, nikogo nie naśladował, nie wcielał się w wymyśloną rolę, nie kreował egoistycznie rzeczywistości dla siebie. Po prostu był sobą – redaktorem ze swoją muzyką. A ta będzie mu już towarzyszyć wiecznie, choć tu, na ziemi, zapadła wielka Cisza…
Redakcja
“Nasze Zabrze Samorządowe”, październik 2009

Zadbane przez red. Wiesława Deskę - przyjaciela zmarłego, miejsce spoczynku red. Zygmunta Kiszakiewicza