Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

12-12-2009, 12:02

“Marek Czyż: Tragedia ma swoją urodę”  »

MMSilesia.pl
Łukasz Malina
12-12-2009

Prezentujemy wywiad z Cysarokiem, który został dyrektorem programowym TVS.  Co Marek Czyż myśli o Śląsku i politykach? Jakie ma nałogi? Czego się boi? Dlaczego nie napisze książki?

Pytanie na rozgrzewkę… Czy pamięta pan swój pierwszy dziennikarski materiał?

Marek Czyż

- Pamiętam! To były czasy studenckiego radia Egida, bo tam zacząłem, i to był serwis informacyjny, który odczytałem na antenie, silnie drżącym głosem… Ale za to zostałem pochwalony, przez ówczesnego redaktora naczelnego, Janusza Żurka – obecnie chyba dziennikarza “Gazety Wyborczej”. Nie jestem pewien, jakie były jego losy zawodowe.

To było o tyle fajne, że w studenckim radiu trzeba było tworzyć serwis informacyjny. No z czego? Przecież nie było agencji informacyjnych, a poruszanie się po mieście bywało utrudnione. Spisywanie z gazet też nie miało żadnego sensu. Bo co to za serwis? Postanowiliśmy więc, że zrobimy serwis opisujący życie uniwersytetu. Gdzie ludzie mogą się zabawić, gdzie spotkać, w jakim dziekanacie odbierają stypendia, itd. To było moje pierwsze dziennikarskie zadanie do wykonania.

Towarzyszyła temu trema?

- Oj, straszna! Straszna trema… To się pojawia zawsze i ktoś, kto deklaruje, że nie ma żadnej tremy, w tym zawodzie, zwłaszcza w mediach elektronicznych, to jest na niebezpiecznej krawędzi rutyny, która może kiedyś zabić.

W jednym z wywiadów powiedział pan, że najwięcej pieniędzy zarobił na informowaniu o ludzkim nieszczęściu, czy to znaczy, że nie lubi pan swojej pracy?

- Nie, to jest obiektywne stwierdzenie. Tak po prostu jest. I to nie tylko dlatego, że “good news – no news”. Tragedia ma swoją urodę w mediach. A rzeczy dobre, pozytywne… O tym nikt nie chce słuchać, rozmawiać ani informować. Więc w istocie najwięcej pieniędzy zarobiłem na informowaniu o nieszczęściach. Największe honoraria, które można było pozyskać w mediach, w których pracowałem były wypłacane za aktywność opisującą tragedie w kopalniach, zawaloną halę, powodzie… Mógłbym jeszcze wyliczać te rzeczy. Każdy widowiskowy wypadek samochodowy – najlepiej z dużą ilością… trupów. To była gwarancja przedostania się na antenę centralną w Warszawie, całkiem inaczej opłacany.

Ma pan za sobą kilkanaście lat bardzo udanej kariery dziennikarskiej…

- Mogła być bardziej udana! Proszę mi wierzyć…

Niedawno otrzymał pan jednak zupełnie nowe zadanie, objęcie stanowiska dyrektora programowego TVS – na czym polega różnica?

- Na tym, że ja na antenie każdą figurę wykonam, ale nie każdą figurę wymyślę. To już nie jest tak, że ktoś stawia przede mną zadanie i mówi, bym je wykonał dziennikarsko, tylko ktoś mnie pyta, jakie zadania przed nim stawiam.

Nie wyważa się w mediach otwartych drzwi, bo w dziennikarstwie wszystko już było, ale trzeba szukać takich form, które mogą zwiększyć szanse na widza. Co jakiś czas budzę się, mam wrażenie, w zupełnie nowej rzeczywistości, bo długi czas przepracowałem w mediach publicznych. Tam, fetysz oglądalności nie miał żadnego znaczenia! Miał być program, a czy on jest oglądany, czy nie – kogo to obchodzi? Tu jest zupełnie inaczej, bo każdy ruch w ramówce niesie ze sobą konsekwencje, które mogą być nieprzewidywalne dla bytu stacji. Więc poruszam się po polu, na którym są rozlokowane miny, tylko ja nie wiem nawet, jak tych min szukać. Polegam jedynie na tym, że “coś” wiem o dziennikarstwie. To doświadczenie jest bezcenne, ale uczę się cały czas od starszych kolegów dziennikarzy, menadżerów mediów, którzy mi podpowiadają.

Czy miał pan nauczyciela, który ukształtował pana dziennikarsko?

- Miałem, to było dość dawno temu i to był bardzo krótki epizod. Tym kimś był Henryk Grzonka, dziś bodaj sekretarz redakcji Polskiego Radia w Katowicach. Był redaktorem naczelnym radia “Egida” i to on mnie uczył dziennikarstwa. Mnie… raczej nas, bo było nas kilku. Opowiadał, jak to się robi. Uczył warsztatu, co prawda, radiowego, ale w istocie, co do zasady, dziennikarstwo nie różni się od siebie aż tak bardzo.

Potem mentorzy zniknęli, ale za to pojawił się przyjaciel, Kamil Durczok, z którym zaczynałem w “Egidzie”. On jednak jechał drogą ekspresową, ja jechałem jedynie powiatową. Zawsze był gdzieś tam z przodu. Dzięki sile swojej osobowości, dzięki refleksowi antenowemu, dzięki temu, że ma trochę lepiej uzwojoną korę mózgową niż ja… On był moim rówieśnikiem, ale także w pewnym sensie przewodnikiem, co się zresztą parokrotnie źle skończyło, bo musiałem zetknąć się z takimi zarzutami, że “przecież to jest kapciowy Durczoka – wsiada w tę samą windę i zawsze trafi, gdzie trzeba”. Na pewnym etapie życie to się ucięło, bo nasze drogi się rozeszły. Kamil ma oczywiście szczęście do trafiania na odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie, ale też potrafi się własnymi umiejętnościami wpisać w taką rzeczywistość. A poza wszystkim, naprawdę, to jest arystokrata w tym zawodzie!

Czy było panu żal odchodzić z TVP? Przez długi czas pracował pan w Warszawie. Co się stało, że ostatecznie pańskie ścieżki z telewizją publiczną rozeszły się?

- To chyba nie jest jakaś szczególna tajemnica. Z Warszawą moje ścieżki rozeszły się, że przestałem się wpisywać w “model dziennikarza” respektowany przez ówczesne władze… Telewizja zawsze była politycznym łupem i zawsze będzie. To trzeba sobie uczciwie powiedzieć i jakoś nauczyć się z tym żyć. I w takiej sytuacji, jeśli się nie wpisujemy w czyjś wizerunek dziennikarza telewizyjnego, to trzeba się z tym pogodzić i po prostu odejść. Mnie na szczęście nie wysłano na zieloną trawkę, tylko bunkra głodowego w Katowicach i mogłem tam sobie pracować do emerytury, całkiem spokojnie i bardzo długo, za bardzo fajne pieniądze. W pewnym momencie zaczęło mi jednak przeszkadzać, że chodzę po korytarzach i słyszę komentarze kolegów, którzy publicznie natrząsają się z tej firmy. Śmieją się z niej, komentują, jaka jest głupia, nieudolna, słaba, marna, jak bardzo marniejsza od konkurencji… Taki fragment lojalności, dla własnej higieny psychicznej, mógłby jednak obowiązywać. Gdyby nie oferta z TVS, to pewnie bym tam został. Ale na szczęście się pojawiła.

To było mniej więcej w czasie, gdy odsunięto Pana od prowadzenia “Aktualności”? Tłumaczono, że trzeba dać szansę “młodym”…

- Nie. Od “Aktualności” nigdy mnie nie odsunięto. Taki los spotkał mnie w warszawskiej telewizji regionalnej, gdy prowadziłem programy publicystyczne. Nie chcę już wracać do tego przykrego incydentu, ale dziś już wiem, na skutek jakich mechanizmów to nastąpiło. Było to następstwem mojego wywiadu z Antonim Macierewiczem, ale naprawdę, wolę już do sprawy nie wracać.

Czego wymaga pan od początkujących dziennikarzy? Co powinni umieć i wiedzieć, by pracować w pana zespole?

- Nie ma takiego pojęcia, jak początkujący dziennikarz, bo to nie jest zawód, którego ktokolwiek nauczył się kiedykolwiek w szkole.

Ale przecież zna pan pewnie określenie “sztyft”?

- Tak, ale trzymałbym się z daleka od słowa “dziennikarz”, bo naprawdę tego zawodu w szkole nikt się nie nauczył. Znam kilku magistrów dziennikarstwa, którzy trafili do mnie na praktyki, nawet nie w tej stacji, w innej, którzy odbijali się od ściany, takiej prozy życia w tym zawodzie. Od tego, jak wygląda “beta”, jak wygląda przeglądarka, jak się pisze off, jak się pisze “białą”, jak się montuje. Odbijali się od nieżyczliwości kolegów, którzy „sztyftów” zawsze traktują tak samo. Brakowało im warsztatu. Bo nie ma w Polsce szkół, które uczą ludzi tego zawodu. Owszem, one uczą definicji felietonu, piramidy informacyjnej… Kompletne brednie, nikomu do niczego niepotrzebne!

Znam za to wielu absolwentów innych kierunków, albo nawet abiturientów, którzy są, jak już powiedziałem – arystokratami w tym zawodzie! Od młodego dziennikarza domagam się ciekawości świata. Reszty się nauczy.

To są ludzie, którzy idąc ulicą, widzą przewrócony kosz, zatrzymują się i pytają: a dlaczego? Może to jest paskudna dzielnica? Może tu był wypadek samochodowy? To są ludzie, którzy dziwują się światu. Potem trzeba ich nauczyć kondensacji treści, nauczyć języka, który będzie bardziej kolokwialny, niż język Polskiej Agencji Prasowej, itd.

Czy w regionie są tacy dziennikarze, z którymi pan rywalizuje? Jakie stawia pan przed sobą wyzwania?

- Nie, nic z tych rzeczy. Mnie próbowano wtłoczyć kiedyś w ramy konkurencji, ale ja na to nie pozwoliłem. Nie mam charakteru indywidualisty, więc takie pojedynki mało mnie kręcą. Ja się muszę starać, żeby odbiorca mojego produktu uznał, że on jest fajny, a czy uzna, że także ktoś inny jest fajny, to mnie nie interesuje.

Jakie będzie dziennikarstwo przyszłości? Czy w dobie mediów obywatelskich, zawód ten będzie jeszcze potrzebny? Przecież dziś każdy może poinformować innych, że jakieś zdarzenie miało miejsce, rzetelnie.

- No, z tą rzetelnością to może być problem. To jest kwestia zaufania odbiorcy. Bo, rzeczywiście, odkąd internet stał się powszechny, zaciera się różnica między twórcą i odbiorcą. Każdy jest twórcą i każdy jest odbiorcą. Telewizja w obecnym kształcie umrze, internet ją zabije – prędzej, czy później. Oby później, ale ją zabije – chyba, że ona podejmie jakieś działania…

Internet nigdy nie zastąpi telewizji w jej podstawowym wymiarze. My nadal będziemy chodzili do “imaxów”, żeby oglądać filmy. Jeśli chodzi zaś o informację, to sprawa jest już nieco bardziej skomplikowana.

Ja nie czytam gazet, nie kupuję gazet w formie papierowej. Dostaję je na biurko, ale nie muszę kupować, bo mam je w internecie. Pytanie, co się stanie, gdy internet wezmą diabli? Takie wizje snują różni wizjonerzy, to się może stać. Gdyby sieć zniknęła nawet na trzy dni – to rodzi konsekwencje trudne do wyobrażenia dzisiaj!

Mam jedynie nadzieję, że dziennikarstwo nie zniknie w zawodowym ujęciu tego tematu. Między innymi dlatego, że ludzie będą mieli potrzebę zweryfikowania tego, co ktoś do nas pisze. Portale internetowe nieprędko zbudują sobie zaufanie odbiorców. Za dużo tam plotek, a za mało pracy nad odsianiem tego, co nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Internet jest szybszy, pojemniejszy, ma wszystkie przymioty masowości. Dziś, jego odbiór staje się łatwiejszy niż dostęp do telewizji. Telewizja Polska jest największą firmą medialną w Polsce, a i tak nie dociera wszędzie. Internet na tym polu wygrywa.

Jak wyobraża pan sobie przyszłość telewizji TVS? Czy ośrodek TVP w Katowicach jest w stanie zagrozić waszej pozycji na rynku?

- Kiedy odchodziłem z Bytkowa, to krzyczano za mną: idziesz chłopie do kiosku z pietruszką! Idziesz do “dziadostwa”, idziesz do kablówki. Prawda jest taka, że Telewizja Polska S.A., oddział w Katowicach nadaje chyba cztery godziny programu na dobę. My – 24. Więc, kto tu jest kablówką? Telewizja Zabrze nadaje więcej czasu antenowego, niż telewizja w Bytkowie… To nie jest wina moich kolegów, to wina układu, który stworzono. Oni pracują w innym reżimie, niż my. Tu oglądalność nie ma żadnego znaczenia. Dobrze im robi konkurencja, choć nie przyznają się do tego, że ja i moja stacja takową dla nich jesteśmy. Ja przyznaję, że oni są dla mnie konkurencją, ale tylko reklamową, tylko marketingową. Bo jeśli chodzi o jakość produktu, to w ogóle nie ma o czym mówić. Jedynym produktem oglądanym na „Bytkowie” są “Aktualności”. Nic dziwnego, bo informacje są zawsze lokomotywą stacji. Ale byłbym bardzo ostrożny w porównaniach “Aktualności” to “Informacji” w TVS. To są dwa różne światy. I technologiczne, i mentalne. Nie chcę się wyzłośliwiać pod adresem moich kolegów z TVP, ale mogę wygenerować teraz tyle ciepła, ile tylko się da, bo oni bardzo go potrzebują…

Czy czuje się pan Ślązakiem?

- Nie! Ja jestem Góral, spod Czantorii. I jeśli ktokolwiek próbuje wmawiać komukolwiek, że Ustroń to Śląsk, to mi go żal. To nigdy nie będzie Śląsk, tak samo jak Ogrodzieniec nigdy nie będzie Śląskiem. W ujęciu każdego Polaka, Śląsk to Katowice, Bytom, Dąbrowa Górnicza, Siemianowice Śląskie i tak dalej, ale na pewno nie Beskidy i na pewno nie Jura Krakowsko-Częstochowska. To nie jest Śląsk – geograficznie może, ale mentalnie, gwarowo i kulturowo – nie! Więc i ja nie jestem Ślązakiem.

A określenie „Śląsk Cieszyński”?

- Jest, ale różnic między Hanysami i Cysarokami jest naprawdę tyle, że szukanie wspólnego mianownika jest karkołomnym przedsięwzięciem.

W ostatnim czasie głośno o raporcie, który wskazał niektóre śląskie miasta, jako najbardziej odpychające dla turystów, jak pan zareagował na te doniesienia?

- Bardzo mi żal prezydenta Stani i prezydenta Koja, bo bardzo wiele robią, żeby ten obraz odczarować. Nie wszystko od nich zależy, to oczywiste. Ja się nie dziwię, że te miasta mogą być tak postrzegane. Bytom jest jednym z najstarszych polskich miast. Jego początki to XII lub XI wiek, a jednak jest miastem strasznym. Bo Bytom to nie tylko rynek, to są także Szombierki, to jest Stroszek, Karb – miejsca, które mogą być uznawane za straszne.

Jeżdżę czasem drogą między Siemianowicami Śląskimi a Bytomiem i jeżeli jedzie tamtędy ktoś, kto nie zna Śląska, to zamknie drzwi i popędzi tak szybko, jak się tylko da… To są jakieś opuszczone rudery, bloki, w których kiedyś były mieszkania zakładowe. Teraz nie ma tam nawet okien, nie ma latarń, krzywe tory tramwajowe – straszne miejsce! Długo pracowaliśmy na taki wizerunek Śląska – nie tylko Ślązacy – miejsca, które jest zdegenerowane i niefajne. Potrzeba dziesięcioleci, by odczarować wizerunek Śląska, ale i opinie o nim.

Czy kampanie wizerunkowe i slogany, jak np. “Śląskie grube Rybnik”, “Cieszyn się bardzo”, aż po “Śląskie na wyciągnięcie ręki” czy “Śląskie – pozytywna energia” zdały egzamin?

- Nie. Robi się nagle wokół Śląska głośno i to dobrze, ale zwykle kampanie są obśmiane. Mnie to ani formalnie, ani intelektualnie nie przekonuje. Można wydać pieniądze zupełnie inaczej. Trzeba zrobić wszystko, żeby Ślązacy, żebyśmy… No, my – mieszkam tutaj, więc w tym wymiarze jestem Ślązakiem – zaczęli się cieszyć z samego faktu  bycia mieszkańcami tego regionu. Bycie Ślązakiem, to już wartość sama w sobie. To ja mam patrzeć z góry na innych, dlatego, że jestem Ślązakiem. A my, mamy zupełnie inny odruch… Nam jest wstyd, że jesteśmy ze Śląska i to jest problem.

Czy zgodzi się pan ze słynnym stwierdzeniem Kazimierza Kutza, że Ślązacy są “dupowaci”?

- Kazimierz Kutz miał na myśli pewnie nasze poszanowanie władzy, szacunek do tradycji, niechęć do innowacji, wychylania się, przywiązania do miejsca w szeregu. To nie są złe cechy. Może we współczesnym, nowoczesnym świecie są złe… Mogę Kutzowi przyznać rację w paru wymiarach, bo być może, że w istocie tak jest. Ale też w opozycji do tego chciałbym przedstawić inne stwierdzenia, dotknąć innych obszarów. Mamy śląskich kardiologów, śląskich architektów, śląskich dziennikarzy, artystów – to są europejskie znakomitości. Nie chcę sięgać do nazwisk, żeby nikogo nie pominąć, ale choćby świętej pamięci Zbigniew Religa, choćby Wojciech Kilar, profesor Bochenek, profesor Zembala, pan Konieczny – znakomity architekt, to są Ślązacy! Oni opisują europejską rzeczywistość w tych wymiarach, w których się poruszają. Więc może jesteśmy “dupowaci”, ale mamy się czym chwalić. To od nas mogą się, nie tylko regiony, ale i narody, czegoś uczyć.

Może spróbujmy Śląsk promować nazwiskami, a nie tym, że region jest piękny, bo mamy Szyndzielnię. Bo to nie Śląsk. Nikt się nie da nabrać.

Wspomniał pan o narodach i o to także chciałbym zapytać. Czy uważa pan, że Ślązacy zasługują na narodową odrębność? Jak pan ocenia działalność takich organizacji, jak np. Ruch Autonomii Śląska?

- Jeśli chodzi o autonomię Śląska, to jestem w stanie oddać im wiele racji, bo Śląsk był kiedyś w pewnym wymiarze autonomiczny. Mieliśmy swój Skarb, Sejm… Historia tak się potoczyła, że dziś ani jednego, ani drugiego już nie ma. Nie jestem jednak aż tak związany z tą ziemią, żeby przywiązywać do tego tak wielką wagę i po którejkolwiek ze stron się opowiadać. Mnie by nie przeszkadzało, że Śląsk jest autonomiczny, gdybym mieszkał w Łodzi, czy gdziekolwiek indziej. Ja nie wierzę, że to są tendencje na tyle odśrodkowe, że mogłyby spowodować oderwanie Śląska od Polski. Żyjemy w XXI wieku, w Unii Europejskiej i takie wizje, to jedynie mrzonki i głupoty. Jeśli ktoś próbuje kogoś przekonywać, że tu się odradza jakiś resentyment “heimetowy”, to głupoty wygaduje i tyle! Może to jest takie miejsce na ziemi, które zasługuje na własną tożsamość, może też i dlatego, że jest jedynym w Polsce, które potrafi tak wyraźnie opisać swoją odrębność. Dlatego m.in. tylko tutaj mogła się powieść taka inicjatywa, jak TVS. Tylko tutaj, nigdzie indziej.

Czy dostrzega pan animozje między Śląskiem i Zagłębiem Dąbrowskim, czy współcześnie wciąż takie istnieją?

- Ja tego nie widzę. Słyszę jedynie, że to są tendencje manifestowane najczęściej w trakcie meczów futbolowych. Mnie nigdy ta różnica namacalnie nie dotknęła. Owszem, kiedy jeździłem pociągiem do Warszawy, to było wyraźnie widać, po której stronie Brynicy się znajduje. Kto komu grozi strachem i śmiercią, kto na kogo ostrzy kosy – i tyle. To są niestety wciąż żywe różnice, bo znam moich rówieśników, którym rodzice mówili, nie bierz sobie dziewuchy z drugiej strony Brynicy, bo ona ci życie zniszczy. Nie zniszczyła oczywiście, ale ludzie w wieku lat 60 dziś, ciągle pielęgnują w sobie przekonanie, że to jest inny, gorszy sort człowieka. Tak samo jest po drugiej stronie, gdzie wciąż powtarza się przekonanie, że Hanysy to dziady i że mają szósty palec u nogi…

To wzięło się, jeśli dobrze pamiętam, z różnic pomiędzy zaborami – rosyjskim a niemieckim i austriackim. O ile w tych dwóch ostatnich obowiązywał ten sam język i etos pracy, o tyle ten pierwszy różnił się pod każdym względem. I jeśli stamtąd wynikają obecne do dziś animozje, to naprawdę niewiele z tym zrobimy. Taka sytuacja zaniknie, jeśli rozwinie się metropolia, dorosną kolejne pokolenia i dojdzie do pełnej asymilacji.

Czy metropolia “Silesia” lub powołany nie tak dawno temu do życia GZM, to coś, czego nam naprawdę potrzeba?

- Jest nam to potrzebne. Bo myślę, że Śląsk to takie miejsce, które zasługuje na to, by go traktować, jak metropolię właśnie. Gdy ktoś rozmawia o Śląsku w Polsce – to mówi o Rudzie Śląskiej, Gliwicach, Sosnowcu, czy Katowicach. Nie traktuje tego, jako jeden twór. Tymczasem, gdy ten sam ktoś wjedzie do Katowic i dojedzie do Bytomia, to powie, że z miasta nie wyjeżdżał. I to jest rzecz, którą trzeba wykorzystać. To może odmienić nasze losy, ale na razie, całkiem niedawno tam się toczyły spory o krój pieczątki, więc gdy się będziemy do tego sprowadzać, to niewiele ze sprawy wyniknie. Ja się pytam, kto będzie prezydentem tego tworu? Żaden prezydent nie zrzeknie się swojego “królestwa”! Niemniej, bardzo bym chciał, żeby powstała metropolia, żebym mógł powiedzieć, że mieszkam w metropolii. Bo to prawda.

Jakie są śląskie elity polityczne? Czy mamy silnych reprezentantów, którzy są w stanie należycie dbać o interesy naszego regionu?

- Nie, nie mamy i nie mieliśmy. Pamiętajmy, że gdy rządził rząd premiera Buzka, to trzy czwarte ministrów było ze Śląska. I co? Nic się nie zmieniło szczególnego w losie tego miejsca na ziemi. Nie liczyłbym na polityków, którzy nam cokolwiek załatwią w Warszawie. Bo też i nie na tym ich rola polega, co oni tak naprawdę mogą zdziałać? Owszem, mogą sprawić, że więcej pieniędzy z budżetu do nas popłynie. Jak dotąd, udało się załatwić całkiem sporo w kontekście pomysłów na rozwiązanie komunikacji miejskiej. Polecam chociażby Katowice, do których wjeżdżamy od strony Sosnowca. Wygodnie, tunelem i DTŚ pokonujemy całe miasto – mijając osiedle Gwiazdy, później Bank Śląski… Bruksela! Piękne miejsce w Europie. A wjedźmy do Warszawy od strony Katowic. Przez Janki, Raszyn… koniec świata, obrzydlistwo!

Więc tu się i tak sporo dzieje, a taka DTŚ nie jest, żeby było to jasne, zasługą władz miasta. I daj Boże wszystkim miastom w Polsce taką trasę.

Mimo to, nie liczyłbym na polityków, którzy mieliby Śląskowi jakoś specjalnie pomagać. Zapytam dziś kogokolwiek z polityków, jaką ważną ustawę dla Polski właśnie przygotowują, to żaden nie będzie w stanie odpowiedzieć mi na to pytanie. Oni są zajęci komisjami, aferą hazardową, etc. Elity polityczne to wyświechtane sformułowanie.

Co w takim razie skłoniło pana do zajęcia się publicystyką polityczną?

- Rzeczywiście, na tym się wychowałem dziennikarsko. Bo to jest ciekawe, zwłaszcza mechanizmy, które rządzą polityką. Pasjonującym jest łapanie polityków na niekonsekwencjach. Nic ich bardziej nie wkurza niż wykazanie, że trzy lata temu mówił pan tak, a dziś mówi coś zupełnie innego – bo oni tego nie pamiętają. To ma także swoją ujemną stronę, bo kiedy siadamy z politykiem do rozmowy, to wiemy, że będzie on programowo “cyganił”. Polityka oparta na prawdzie, traci sens i jeśli nam to nie przeszkadza, że rozmówca będzie kłamał, to wtedy staje przed nami pewne zadanie – przyłapać go na tych kłamstwach. Logicznie i spokojnie, wykazać mu, że kłamie. Są takie momenty w rozmowie, że ważniejsze jest pytanie niż odpowiedzieć. I niech nasz widz, słuchacz, czytelnik wie, że w tym miejscu jest coś nie tak, że ten ktoś kręci.

Wielu doświadczonych dziennikarzy w pewnym momencie swojego życia postanawia rozpocząć karierę w polityce. Czy wyobraża pan sobie siebie w roli polityka? Co by pan zmienił, gdyby miał na to realny wpływ?

- Nie wyobrażam sobie siebie w roli polityka. Nie mam takiej osobowości, takich uzdolnień. Jestem kiepskim organizatorem, nie potrafię porywać ludzi ze sobą.

A przykład redaktora Jeneralskiego?

- Ze Sławkiem, bo akurat jego znam bardzo dobrze, to było tak, że długo tym posłem nie był. Nie bawiła go jatka sejmowa. On wolał pracę w zaciszu swojego biura poselskiego w Bydgoszczy, gdzie o wiele skuteczniej mógł załatwiać ważne dla wyborców sprawy. Jak wiadomo, po dwóch latach zabawa się skończyła. I, z tego co wiem, więcej nie startował, bo nie chciał.

Jest też pan Tadeusz Zwiefka…

- Ale Tadek Zwiefka jest europosłem. To jest też elita. Podobno bardzo pracowity europoseł, ale my niestety niewiele o tym wiemy, jak się nasi europosłowie sprawują. W ogóle guzik wiemy, o co tam chodzi! Nad czym oni pracują, jakie nasze problemy rozwiązują… Byłem w Brukseli parokrotnie i wiele razy z nim rozmawiałem. To jest prawnik z wykształcenia i swoją wiedzę prawniczą wykorzystuje w codziennej pracy w Parlamencie Europejskim. Bardzo sympatyczny człowiek.

Znak równości między pańskim nazwiskiem i słowem polityk…?

- To się nie uda. Nie mówię, że nigdy, ale na razie jeszcze o tym nie myślę.

Jaki jest Marek Czyż, gdy gasną telewizyjne reflektory i gdy kamera już “nie patrzy”?

- Zmęczony, na ogół. Bo cały dzień pracuje się na to, by wieczorem wygłosić do widzów te kilka zdań, by były one przekonujące. Wiedząc o tych rzeczach, które się opisuje tyle, ile się da o nich dowiedzieć, bo to nie ja jestem autorem tych materiałów, a moi koledzy, znakomici koledzy – dodam.

Jestem więc po prostu zmęczony. Im więcej mam lat, tym bardziej to odczuwam. Bo praca zaczyna się o 8:00, kończy o 22:00. Bo oczekiwanie jest męczące, bo stres jest męczący. A ta robota w większości polega na czekaniu właśnie. Ciągle stresuję się przed rozmową z zaproszonymi gośćmi, to zawsze jest dla mnie mało komfortowa rozmowa. Wiem, że muszę się czegoś dowiedzieć na dany temat, a są to czasem tematy zupełnie “od czapy”, o których pojęcia bladego nie mam.

Gdy wracam do domu, moje dziecko widzę już tylko w łóżku, choć częściej przy komputerze, niestety. No i tyle, i przychodzi następny dzień. “Dzień świstaka” – jest taki bardzo dobry film, który genialnie opisuje pracę w tym zawodzie.

Czy zdarzyło się panu wzruszyć na antenie, gdy relacjonował pan jakąś ludzką tragedię? Co pan czuł np. stojąc obok zawalonej hali MTK, relacjonując tę tragedię na cały kraj?

- W pierwszym dniu nie. Bo myśmy byli skoncentrowani na tym, żeby jak najszybciej dać tę relację na żywo. Ale potem przychodzą refleksje, nawet z tego pierwszego dnia, które nawet, gdy się wspomina, to się włos na głowie jeży. Widziałem tam człowieka na drzewie i krzyczał w kierunku rumowiska: – Stasiu! Wołał do syna. Odpowiadała cisza. On wiedział, że tam leży jego syn, siedział na drzewie… W holu ówczesnego hotelu asystenckiego stworzono takie prowizoryczne miejsce, w którym zgromadziły się rodziny osób, które zaginęły pod halą. Wszedłem tam, żeby zdobyć jakieś informacje. I, jak wszedłem, tak wyszedłem, bo tam się tę rozpacz dało kroić nożem.

I takie wspomnienie, które mi się śniło jeszcze długo po nocach, chyba trzeci dzień po katastrofie. Niedzielny lub poniedziałkowy świt. Na ruinach hali usiadły gołębie. Paliliśmy papierosa przed kolejnym wejściem na żywo, patrząc na te gołębie i komentując, że to przecież nie są zwykłe zwierzęta, że dotąd ktoś o nie dbał, że przecież zamarzną. Obok przechodził starszy pan, który spojrzał na nas i powiedział: – Panie… To nie są gołębie. I wtedy się dopiero czuje ciarki na plecach, bo ja wiem, o czym on mówił, że to są być może dusze tych ludzi, którzy tam na zawsze zostali.

Jak godzi pan pracę zawodową z życiem rodzinnym? Czy dziennikarze powinni mieć rodziny? Statystyki, choć podobno są jedynie dla głupców, jasno wskazują, że w tej grupie zawodowej małżeństwa rozpadają się dość często…

- Jak się spędza w pracy więcej czasu niż z rodziną, to się może źle skończyć. Nie musi oczywiście, ale to wynika z biologii. Człowiek w sposób naturalny, w miejscu, w którym spędza najwięcej czasu, zaczyna szukać partnera. To jest atawizm. Próbujemy nową sytuację “obudować” normalnym życiem, na czym cierpi to, z którego właśnie wyszliśmy. I rzeczywiście, kiedyś prowadziłem nawet taką analizę – większość moich znajomych, z którymi pracowałem, była przed, w trakcie albo po rozwodzie… Mnie, szczęśliwie to jakoś omija, mam też paru kolegów, którzy także sobie z tym radzą, więc to nie jest tak, że to jest przynależne temu zawodowi i konieczne.

To życie cierpi, kradniemy czas swoim najbliższym. Mam tego pełną świadomość. Dlatego Boga chwalę, że udało mi się trafić tutaj, bo mogę wreszcie siedzieć w Katowicach. Spędzam niewiele czasu z moją rodziną, ale codziennie. Gdy pracowałem w Warszawie, to przez większość tygodnia mnie nie było i trwało to przez dziewięć lat. Tata na weekend to kiepskie rozwiązanie, zwłaszcza, gdy dziecko dorasta i taty potrzebuje. Jest jeszcze żona, która też potrzebuje jakiegoś oparcia. Nie tylko pieniędzy na koncie i samochodu. Kogoś, z kim może porozmawiać, komu może się zwierzyć, z kim skonsultuje zakup mebli… To są strasznie ważne rzeczy – na co dzień przez nas lekceważone, ale to one opisują jakość naszego życia.

To wyzwanie trzeba przyjąć na siebie. Jest wiele pięknych zawodów na świecie i nikt nie musi być dziennikarzem.

Czy zdarzyło się, że nie musiał pan płacić mandatu, bo policjanci pana rozpoznali? Czy bycie znanym ułatwia życie?

- Nie zwracałem na to nigdy uwagi, szczerze powiedziawszy. Mam bardzo mało do czynienia z policją. Jestem kiepskim kierowcą, więc jeżdżę raczej ostrożnie. Zdarzyło mi się oczywiście, że zostałem rozpoznany przez policjantów podczas kontroli, ale ja nie wiem, czy oni chcieli mi wręczyć mandat, czy nie… Parę razy dostałem ten mandat, mimo że byłem rozpoznany. Nigdy nie staram się udawać Greka. Jeśli narozrabiałem, to ponoszę karę. Ktoś powiedział, że płacenie mandatów, to nasza współczesna forma patriotyzmu, więc ja się staram te mandaty płacić.

Rozpoznawalność należy do tego typu rzeczy, które rozpatrujemy w kategoriach: jest mi miło albo niemiło, niż przydało się lub nie do czegoś w życiu. To są podpisywane gdzieś tam autografy, to są jakieś miłe gesty ze strony przechodniów. Ja oczywiście nie aspiruję do miana mega gwiazdy takiej, jak Kamil Durczok. I on tak nigdy nie reaguje, jak to, o czym zaraz powiem, ale gdy ktoś mówi, że go popularność męczy, to nie chce mi się z nim gadać. Bo, po pierwsze, to część jego zawodu, a po drugie, dzięki tej popularności – może wciąż zarabiać pieniądze!

Ogólnie, są to bardzo miłe sytuacje, choć bywają też takie, które mnie drażniły, bo już nie drażnią. Zdarzało mi się na przykład, że mnie traktują, jakbym był wycięty z dykty. Jakby to był taki szablon Marka Czyża, ubrany w garnitur, który stoi w Tesco i może sobie koło niego stanąć i wskazać: – O… popatrz! Czyż… Tak właśnie bywa, że ktoś zupełnie bezobciachowo mija mnie i nagle się odwraca, trąca swoją dziewczynę i wskazuje: – Popatrz, Czyż! Jakbym nie żył, jakbym był na baterie i nie słyszał tego, co on o mnie mówi. Niemniej, nie mam z tym żadnego problemu, to mnie na pewno nie poniża.

Zdarza się panu marzyć?

- Oj, bez przerwy! Na tym spędzam swoje wszystkie bezcenne noce i wieczory. Uwielbiam snuć różne ciekawe projekty. Mówią, że to cecha nieudaczników, którzy wiecznie siedzą na pięknej wyspie o nazwie “kiedyś będę”, ale świat jest fajniejszy, jak się ma o czym pomarzyć.

Poznamy jakiś przykład?

- Monstrualne pieniądze! No oczywiście, że tak. Przecież każdy o tym marzy. Pieniądze szczęścia nie dają, ale radzę spróbować. Trochę trywializuję, ale pieniądze są takim elementem, bez którego nie da się zrealizować innych marzeń. O podróżach czy poznaniu ludzi, których muszę jeszcze do końca życia spotkać. Mnie nie interesuje turystyka w postaci Dominikany, egipskich kurortów czy Wysp Kanaryjskich. Ona oczywiście też jest fajna, ale ja mam akurat inne targety w życiu.

Ma pan nałogi?

- Jasne, że mam. Palę papierochy, choć ograniczam i kupiłem sobie elektroniczny papieros, więc sprowadziłem ten nałóg do dwóch papierosów w ciągu dnia. I mi się uda!

Alkohol to nie jest na szczęście problem w moim życiu. Choć, trochę mnie to dziwi czasami, bo wiem na pewno do czego służy – do prostowania ścieżek. Jak są kłopoty, to alkohol potrafi je wygładzić natychmiast. Tak się rodzi alkoholizm. Wódka pomaga ominąć problemy tylko na chwilę. A ten zawód zawsze rodzi kłopoty, zawsze rodzi stresy, ponure myśli. I to się mogło tak skończyć, ale szczęśliwie nie mam z tym żadnego problemu.

Pozostanę więc przy papierosach, choć wiem, że to banalne (śmiech).

W jednym z wywiadów wyznał pan, że najbardziej boi się o przyszłość swojej córki. Czego jeszcze boi się Marek Czyż?

- Mam wrażenie, że sobie ze wszystkim poradzę. Albo przynajmniej wiele zrobię, żeby sobie poradzić. Ta przyszłość mojej córki, to jest pewien symbol. Dopóki nie było Zuzy na świecie, to dzieci traktowałem dość obojętnie. Ale odkąd ona się urodziła, to towarzyszy mi jedno uczucie… Strach! Poparty natręctwami. Przychodzą do głowy myśli, które są idiotyczne, nierealne, ale jednak przychodzą i siedzą w głowie. Typu: dziecko wyszło na spacer z koleżankami, ja po godzinie widzę je uprowadzone przez jakiegoś chama, bite i krzyczące: – Tatusiu, ratuj!, a ja nie mogę…

To taki rodzaj strachu, do którego mężczyźnie wypada się przyznać…

- No tata tak ma. Jest pan tatą, to pan wie.

Czy zaliczył pan jakąś poważną wpadkę na wizji?

- Oj, niejedną… I nie wspominam. Bo to normalny mechanizm wyparcia. Na ogół są to sytuacje, w których zapominamy np. nazwisko gościa, który siedzi obok nas w studiu. I, mamy ją na kartce, ale zapominamy, że możemy do niej sięgnąć. – A z nami w studio jest pan Grzegorz… – i zwykle pan Grzegorz podpowiada.

Bywa też tak, że podczas relacji na żywo wylatuje z dłoni kartka, na której są bardzo ważne dane. Nie pamiętam jednak takiej wpadki, która potem się odbiła szerokim echem. Natomiast, pozostaje w nas przekonanie, że to była jakaś katastrofa. Po obejrzeniu relacji w internecie czy ze “szpiega” okazuje się, że nie było tak źle, ale w głowie pozostaje niesmak, że wydarzyło się coś, co na pewno zdemoluje naszą karierę…

Zdarzyło mi się parokrotnie, gdy jeszcze pracowałem w Bytkowie, gdy nie mieliśmy promptera, że kartki były źle ułożone. Czytałem jakąś zapowiedź, ale szedł inny film. Czytałem następną, też inny film… Czytałem cały dziennik, który nie miał początku i końca i kupy się nie trzymał kompletnie! Gdybym miał cały dzień, to przypomnę sobie tego tyle, że na książkę by starczyło. Każdy dziennikarz ma swoje historie, jak ta, że tory były złe i… koła też były złe.

Napisze pan książkę? Kamil Durczok, choć z nieco innego powodu, napisał. Piszą też inni dziennikarze…

- Tak, bardzo dobrze się stało, że Kamil to zrobił. Pomógł nią wielu ludziom, jednak ja nie mam takich aspiracji. Nie zapominajmy także, dlaczego ją napisał. Ja nie napiszę książki, bo nie mam o czym. Nie mam przekonania, że jestem dziennikarzem, którego życie i kariera kogokolwiek interesuje. Nie będę nikomu głowy zawracał moimi wspomnieniami.

Jest jednak taki fragment mojego życiorysu. Gdybym miał wspominać prawdziwe warszawskie życie… Tego dziennikarskiego światka. Gdybym o tym napisał książkę, to myślę, że mógłbym do ostatnich dni żyć bardzo wygodnie, ale też dużo bym wydał na procesy.

Całość: http://www.mmsilesia.pl/8543/2009/12/12/marek-czyz-tragedia-ma-swoja-urode-wywiad

06-12-2009, 16:51

“TVP Katowice dla lewicy, za to PiS bierze Wrocław”  »

NaszeMiasto.pl, Polska Dziennik Zachodni
06-12-2009

PiS odpuścił sobie Telewizję Katowice i decyzję o obsadzeniu dyrektorskiego stołka zostawił SLD. W zamian za to w ramach podziału telewizyjnych łupów otrzymał ośrodek we Wrocławiu.

- Dla PiS-u jest on ważniejszy, bo na Śląsku i tak przeważa elektorat PO, zaś ze stolicy Dolnego Śląska wywodzą się najbardziej wpływowi politycy Platformy. Poza tym po aferze hazardowej można tam szukać kolejnych haków, np. na Grzegorza Schetynę – mówi nam jeden z lokalnych polityków. – Przed wyborami to cenny prezent dla partii braci Kaczyńskich.

Oficjalnie jednak szefowie regionalnych partyjnych struktur SLD i PiS w regionie nie przyznają się do medialnej koalicji.

- Muszę najpierw zobaczyć, żeby uwierzyć. Mój szef Grzegorz Napieralski twierdzi, że koalicja z PiS nie istnieje, i ja mu ufam – deklaruje przewodniczący śląskiego Sojuszu Zbyszek Zaborowski.

- Nie interesuję się obsadą stanowisk w telewizji. Chcę jedynie, by zarządzali nią ludzie, którzy wyprowadzą stację z kryzysu – mówi z kolei przewodniczący PiS na Śląsku Wojciech Szarama.

Zaborowski i Szarama rzeczywiście mogą nic nie wiedzieć o tym medialnym handlu, do którego doszło między ich partiami, bo decyzje w tej sprawie nie zapadły na szczeblu lokalnym, a w Warszawie. Tam zaś, jeśli chodzi o media publiczne, pierwsze skrzypce gra kadrowy PiS, były minister z kancelarii premiera Kaczyńskiego Adam Lipiński. Lipińskiemu ponoć bardzo nie podobały się targi w PiS, związane z obsadą stanowiska dyrektora katowickiej telewizji, na które poszczególni partyjni liderzy promowali swoich ludzi. Np. wpływowa posłanka Maria Nowak nie ukrywała, że funkcję tę powinien pełnić jej były uczeń, dziś pracownik TVP, Marek Chrupała.

Kogo teraz politycy szykują na miejsce obecnego dyrektora katowickiej Teletrójki Miłosza Staweckiego (wybranego jeszcze za rządów PiS-u, choć bezpośrednio nieutożsamianego z żadną siłą polityczną)? Z naszych informacji wynika, że na placu boju pozostał kojarzony z lewicą wieloletni dziennikarz Telewizji Katowice, dziś jeden z wydawców Panoramy Jerzy Nachel, zwolniony niegdyś przez Staweckiego. Prawicowym “dodatkiem” do Nachela ma być natomiast na stanowisku wicedyrektora Adam Turula, też wieloletni dziennikarz katowickiej telewizji, specjalizujący się w tematyce kościelnej. Obu widziano ostatnio na spotkaniu mediów z arcybiskupem Damianem Zimoniem. Robili wrażenie ludzi będących ze sobą w świetnej komitywie.

Z kuluarowych informacji wynika, że dobrą opinię obu dziennikarzom wystawił Wojciech Poczachowski, obecny wiceprezes Radia, a za czasów rządu PiS prezes Radia Katowice.

- Dochodzą do mnie różne słuchy. Wynika z nich jednoznacznie, że wpływy w mediach dzielą politycy, co jest karygodne, ale jak widać, zgodne z polską tradycją – mówi z przekąsem Adam Warzecha, wiceprzewodniczący Rady Programowej TVP Katowice.

- Cóż, politycy PiS i SLD żyją historią, skoro uważają, że obecność w mediach publicznych poprawi im słupki wyborcze. To ich bajka. Dobrze się jednak nie skończy – komentuje szef śląskiej PO Tomasz Tomczykiewicz.

Całość: http://katowice.naszemiasto.pl/artykul/264865,tvp-katowice-dla-lewicy-za-to-pis-bierze-wroclaw,id,t.html

30-11-2009, 18:00

Ujawniłem TW, więc “zdegradowano” go na szefa publicystyki  »

Fronda.pl
Stefan Sękowski
30-11-2009

Miały wystarczyć poszlaki świadczące o współpracy z SB, żeby dziennikarz stracił pracę, ale ujawnieni TW nadal piastują wysokie stanowiska w “Dzienniku Zachodnim” – mówi Tomasz Szymborski.

Fronda.pl: Ujawnił Pan fakt rejestracji przez SB dwóch znanych śląskich dziennikarzy jako TW, co wywołało środowiskową burzę. Jak natrafił Pan na ślad kontaktów Stanisława Bubina i Marka Chylińskiego z komunistyczną tajną policją?

Tomasz Szymborski

Tomasz Szymborski: Na informacje, o których pan mówi, natrafiłem przygotowując w ramach wniosku naukowego “Badanie inwigilacji środowisk dziennikarskich na Śląsku w latach 1945-1989″ artykuł o innym dziennikarzu, Aleksandrze Trzasce. Od kwietnia informowałem redaktor naczelną “Dziennika Zachodniego”, jak i szefostwo wydawnictwa “Polskapresse” o tym, iż obaj panowie, czyli szef publicystyki “Dziennika Zachodniego” Stanisław Bubin i szef fundacji przy “Polskapresse” zajmującej się m.in. szkoleniem młodych dziennikarzy Marek Chyliński, byli zarejestrowani jako TW. Pierwszego zarejestrowano jako Tajnego Współpracownika “Karol”, a drugiego – jako TW “Aleksander”. Prosiłem o jakąś reakcję, ale niestety się jej nie doczekałem.

Jak Pana zdaniem powinni na te informacje zareagować szefowie “Dziennika Zachodniego” lub “Polski”?

Nie wyobrażam sobie, by w dużym dzienniku czy koncernie prasowym na kluczowych stanowiskach znajdowali się ludzie z taką przeszłością. Oni wprawdzie twierdzą, że ich rejestracja jest fikcyjna, jednak przynajmniej w przypadku Stanisława Bubina trudno mi uwierzyć, by SB aż przez 10 lat prowadziła fikcyjnego agenta. Tym bardziej, że w przypadku długotrwałej współpracy z tajnym współpracownikiem na pewno były przeprowadzane z nim spotkania kontrolne. Jakakolwiek fikcja natychmiast zostałaby odkryta. Nie zapominajmy, że SB kontrolowało swoich funkcjonariuszy, gdyż obawiano się malwersacji pieniędzy z funduszu operacyjnego. Stanisław Bubin twierdzi, że złożył do sądu wniosek o autolustrację. Czy nie lepiej poczekać z oceną działań redakcji do momentu zakończenia tej procedury? Taki sam wniosek złożył również red. Chyliński. Niestety, ale działania pana Bubina wyglądają na tzw. “sprawdzanie IPN” – tajni współpracownicy często starają się grać va banque. Kiedy było to jeszcze możliwe, to składali wnioski np. o przyznanie statusu pokrzywdzonego. Teraz w modzie jest autolustracja… I czekają na wynik, bo nie wiedzą, jakie na ich temat materiały się zachowały. Procedura lustracyjna trwa długo, bowiem IPN na polecenie sądu musi sprawdzić wszystkie informacje na ich temat, nie tylko w Katowicach. Na taką ewentualność wskazuje m.in. stwierdzenie pana Bubina, iż chce właśnie sprawdzić, co na jego temat jest w IPN. Nawiasem mówiąc do tej pory nie spotkałem TW, który przyznałby się do swojej współpracy…

To nie jest jedyny aspekt tej sprawy. W 2007 roku wydawnictwo “Polskapresse” wydało oświadczenie, w którym napisało, iż jakiekolwiek poszlaki świadczące o współpracy pracownika firmy z SB, będą skutkowały utratą przez niego pracy. Ten dokument, o ironio, nadal dostępny jest w Internecie. Tymczasem mija kilka miesięcy i obaj panowie, jak gdyby nigdy nic, piastują swoje stanowiska. Nie rozumiem, dlaczego do tej pory, wiedząc, że wcześniej czy później ktoś w archiwach IPN znajdzie te dokumenty, nie przyznali się publicznie do faktu swego “uwikłania”, czy “złamania”? Jedynym skutkiem mojej kwerendy jest to, że red. Bubin nie jest już jednym z kilku zastępców redaktor naczelnej “DZ”, ale “tylko” szefem działu publicystycznego. Komentuje wydarzenia.

To jest tym bardziej dziwne, iż jako szef śląskich struktur Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich napisałem także do kierownictwa Verlagsgruppe Passau, do której należy Polskapresse, z prośbą o komentarz do całej sprawy. Napisałem do nich jako dziennikarz, a nie szef oddziału SDP. Do tej pory nie dostałem odpowiedzi – nie wydaje mi się jednak możliwe, by w którejkolwiek gazecie w Niemczech mogli pracować byli współpracownicy Stasi. Jak widać właściciel koncernu swoich pracowników mierzy dwiema miarami.

Czy taka postawa wydawnictwa jest przejawem źle pojętej solidarności zawodowej?

Zdecydowanie tak. Co więcej, w ten sposób gazety wydawane przez Polskapresse odbierają sobie moralne prawo do pisania na temat lustracji.

Jeszcze niedawno “Dziennik Zachodni” publikował cykl artykułów na temat śląskich burmistrzów, którzy odmówili poddania się lustracji. Czym jednak różni się dziennikarz od burmistrza w tej kwestii? Jedną z tragedii naszego zawodu jest fakt, iż nie przeprowadzono w nim samooczyszczenia.

Obaj opisani przez Pana dziennikarze uważają, że kierują Panem inne przesłanki, niż dążenie do oczyszczenia środowiska dziennikarskiego. Twierdzą, że starał się Pan o pracę w “Dzienniku Zachodnim” i jej nie dostał.

Bzdura i próba sprowadzenia całej sprawy agentury w Polskapresse na inną płaszczyznę. Rzeczywiście, pod koniec 2008 roku rozmawiałem na temat etatu w “Dzienniku Zachodnim” i do marca także w nim publikowałem. Widziałem z biegiem czasu, że moje zainteresowania tematyką lustracyjną nie są do końca mile widziane. Ponadto, gdy dotarłem do materiałów na temat Bubina i Chylińskiego stwierdziłem, że nie powinienem moją pracą dla tej gazety sankcjonować tego typu sytuacji. Artykuł na temat Aleksandra Trzaski był ostatnim, jaki opublikowałem w tym dzienniku.

Jak do Pana starań odnosi się śląskie środowisko dziennikarskie?

Część kolegów mnie popiera. Niestety, większość jest zdania, że nie powinienem tego robić. Lustracja jest passe. Nie ma klimatu do takich publikacji. Młodsi nie widzą sensu zajmowania się tą tematyką. Starsi zaś nie widzą potrzeby grzebania się w temacie, skoro do tej pory nie pisano na ten temat. Zawsze mogą trafić na teczki kolegów.

Nie ma Pan poczucia, że zajmując się tematyką lustracyjną, poniekąd łamie Pan sobie karierę dziennikarską?

Zawsze mi się wydawało, że rolą dziennikarza jest informowanie i docieranie do prawdy. Zawsze to robiłem. Z dobrym skutkiem, bo w 2003 roku dostałem nagrodę “Watergate”, przyznawaną przez SDP.

Dlaczego wiedza z dokumentów IPN powinna być ważna dla czytelnika gazet, czy widza programów telewizyjnych? Ile jeszcze dzisiaj możemy się dowiedzieć z archiwów IPN?

Abstrahując od tych dwóch przypadków – widzowie i czytelnicy mają prawo wiedzieć, kim są autorzy, kształtujący opinię społeczną czy wychowujący młodych dziennikarzy. Wybór należy do nich – nie muszą czytać artykułów byłego TW czy oglądać programów TV.

Rozmawiał Stefan Sękowski

Tomasz Szymborski – redaktor naczelny pisma “Panorama Silesia”, wcześniej pracował m. in. w “Rzeczpospolitej” i “Dzienniku”, laureat kilku nagród dziennikarskich.

Całość: http://fronda.pl/news/czytaj/tytul/ujawnilem_tw_wiec_zdegradowano_go_na_szefa_publicystyki

24-11-2009, 16:49

“Wynieśli stosy butelek i prezerwatywy. I zrobili radio”  »

Gazeta Wyborcza Bielsko - Biała
Ewa Furtak
24-11-2009

Na antenie rozległ się głos właściciela radia. “Dolej wody do chłodnicy” – poinstruował jadącego autem pracownika. Pamiętacie to? Pewno nie. To było kilkanaście lat temu.

15 lat temu w Bielsku-Białej powstało Radio Bielsko. Przez te kilkanaście lat przez działającą do dzisiaj rozgłośnię przewinęło się kilkadziesiąt osób. “Różnie potoczyły się losy założycieli radia. Jedni nadal są dziennikarzami, inni zamknęli ten rozdział życia definitywnie. Marzy mi się, by kiedyś zebrać na wspólnej imprezie wszystkich bielskich radiowców – byłoby się czym pochwalić, byłoby co powspominać” – napisał we wrześniu na forum bielskiej “Gazety” jeden z założycieli rozgłośni, Przemysław Niżnik.

Jego marzenie się spełniło. Niedawno w Bielsku-Białej odbył się zjazd byłych i obecnych pracowników radia. Posłuchać można było wielu wspomnień i anegdot.

Śpiewając “Karuzelę”, pani Maria uratowała sytuację

To był rok 1993. W Bielsku-Białej działała wtedy jedna z pierwszych prywatnych rozgłośni w Polsce, nieistniejące już Radio Delta. Wtedy po raz pierwszy zaczęły chodzić słuchy, że Delcie może przybyć konkurencja, bo dwóch przedsiębiorców chce otworzyć drugie radio w mieście.

Plotki stały się faktem. Rok później Radio Bielsko już działało. Powstało w zapomnianych budynkach na lotnisku. Najpierw trzeba było wynieść stamtąd stosy butelek po wódce i zużytych prezerwatyw. Jednymi z kilku twórców nowej rozgłośni byli Maciej “Mateo” Szklarz i Przemysław Niżnik. Ten pierwszy stworzył kiedyś małe, lokalne radio w Norwegii. Drugi pracował w rozgłośni w Stanach Zjednoczonych. Obaj do Bielska przeszli z Delty. Mieli wiedzę i mnóstwo zapału. I koncepcję: będzie to prawdziwe regionalne radio, rozgłośnia całego Podbeskidzia. Radio, do którego będzie można zadzwonić nawet w środku nocy i ktoś odbierze telefon. Zaczęło się kompletowanie ekipy, szkolenia. Tytaniczna praca od rana do wieczora. Bo tak w zasadzie z radiem do czynienia miało wcześniej tylko kilka osób. Reszta to byli amatorzy.

Wielki festyn z okazji otwarcia rozgłośni odbył się w sierpniu 1994 roku na bielskim lotnisku w Aleksandrowicach. – Wymyśliliśmy sobie, że matką chrzestną rozgłośni będzie Maria Koterbska. Pojechaliśmy do niej z bukietem kwiatów, pięknie poprosiliśmy. Pani Maria zgodziła się, ale zapowiedziała: “Śpiewać nie będę, przyjdę w adidasach” – wspomina Niżnik.

Ale potem, w trakcie imprezy, dała się jednak przekonać do występu na scenie. Zaśpiewała “Karuzelę” faktycznie ubrana w adidasy i spodnie od dresu. Uratowała sytuację, bo zerwała się łączność pomiędzy płytą lotniska i siedzibą radia, co groziło kompletnym chaosem. Gdy pani Maria śpiewała, do rozgłośni pobiegł posłaniec i przekazał prowadzącemu program, co się dzieje na festynie. Biegał zresztą tam i z powrotem do później nocy.

Niżnik i Szklarz wymyślili sobie, że na otwarciu musi być jakiś beskidzki element. Najlepiej prawdziwy góralski zespół, nie żadna tam stylizowana na górali kapela. Pojechali z prośbą do Małgorzaty Kiereś, znanej etnografki i szefowej Muzeum Beskidzkiego w Wiśle. “Mam taki zespół. To nasza Istebna” – powiedziała pani Gosia, obiecując pomoc.

A Niżnik do dzisiaj pamięta, co się działo, gdy zapowiadał podczas festynu występ tej kapeli. – Stałem na scenie tyłem do zespołu. Gdy powiedziałem, że teraz będzie występ samych prawdziwych górali, usłyszałem ryk śmiechu – wspomina.

Obrócił się i zgłupiał. Bo w pierwszym rzędzie, ubrany w góralski strój, stał Murzyn. A jak wiadomo, Murzyni mają niewiele wspólnego z góralami z Beskidów. – To syn naszej koronczarki. Prawdziwy góral. On nawet mało co po polsku mówi, tylko naszą gwarą gada – uspokoiła Niżnika pani Gosia.

Występ Istebnej wzbudził entuzjazm. A Murzynem był bardzo znany dzisiaj Krystian Legierski, wykładowca i działacz m.in. na rzecz lesbijek, gejów, biseksualistów oraz osób transgenderycznych.

Zwykle różnym otwarciom towarzyszy uroczyste przecięcie wstęgi. Niżnik i Szklarz wymyślili sobie, że na festynie przecięta zostanie antena radiowa. Dokonanie tego czynu przypadło w udziale Markowi Trombskiemu, ówczesnemu wojewodzie bielskiemu, a potem rektorowi bielskiej Akademii Techniczno-Humanistycznej. Wojewodzie, którego potem jeden z dziennikarzy uparcie i nie wiedzieć czemu tytułował na antenie “Trembeckim”.

Nie mam na czynsz, a moja mama miała trzy wylewy. Zewnętrzne!

Ludzie bawili się na festynie do późnej nocy. Rano płyta lotniska przypominała pobojowisko. Zasłana był plastikowymi kubkami i innymi śmieciami. – Musieliśmy wezwać na pomoc wojsko. Inaczej nie dalibyśmy sobie rady – opowiada Szklarz. Festyn skończył się też kuriozalnym pozwem do sądu. Na imprezie była loteria fantowa. Wygrać można było różne rzeczy – od ciuchów, poprzez akcesoria samochodowe, po zaproszenia do bielskich lokali. I właśnie zaproszenie na imprezę sylwestrową organizowaną w jednej z bielskich restauracji wygrał pewien mieszkaniec miasta. Próbował zamienić wygraną na pieniądze. Nie udało się. Złożył w sądzie pozew. “Potrzebuję pieniędzy. Mam zaległości w opłacaniu czynszu. Poza tym moja mama miała trzy wylewy. Na zewnątrz bardzo poważne” – napisał w pozwie.

Ale nie tylko z samym festynem wiążą się różne anegdoty. Bo także na wpadkach polega urok radia tworzonego na żywo, rozgłośni, w której o wszystkim decydują ludzie, a nie komputer. Pierwsze słowa, jakie padły na antenie, to było nieparlamentarne “w pizdu” w wykonaniu realizatora Ireneusza Jeziaka. – Coś nie tak było z kablami i zdenerwował się akurat w chwili, gdy przypadkowo wszedł na antenę – śmieje się Szklarz.

Niżnik ze Szklarzem założyli się o dużą flaszkę, kto pierwszy pomyli się i powie na antenie: “Witamy słuchaczy Radia Delta”. Pierwszy pomylił się Szklarz, dzień później taką samą pomyłkę popełnił Niżnik.

W programie do dzisiaj jest audycja “Jarmark Radia Bielsko”. Dzwonią słuchacze z “ogłoszeniami drobnymi”. Audycja jest na żywo. I właśnie w trakcie tej audycji Przemek dał się nabrać słuchaczowi. Miły mężczyzna zadzwonił z informacją, że przywiózł sobie z Japonii miniaturowego osiołka. Ale znowu gdzieś wyjeżdża na koniec świata i musi znaleźć dla zwierzaka dobry dom. – Niczego nie podejrzewałem. Stwierdziłem, że skoro Japończycy robią bonsai, to miniaturowe osły też mogą jakoś tworzyć. Wypytałem słuchacza, czym karmić takiego zwierzaka, jak się nim opiekować, i poprosiłem, żeby podał numer telefonu, pod który mogą dzwonić ludzie zainteresowani przygarnięciem osiołka – opowiada Niżnik.

Ogłoszenie poszło, a to był kawał. Słuchacz podał w ogłoszeniu numer telefonu znienawidzonej przez siebie sąsiadki, której chciał w ten sposób zrobić na złość. Od tego czasu w czasie “Jarmarku…” Przemek był bardzo czujny. Aż do przesady. Gdy zadzwonił mężczyzna chcący sprzedać pralkę, która pierze i gotuje, Niżnik powiedział mu, żeby sobie nie robił głupich żartów i “spuścił” go z anteny. – Dopiero potem uświadomiłem sobie, że przecież sam gotuję w pralce pieluchy – wspomina.

Do historii przeszedł też właściciel radia. Jeden z jego pracowników wybrał się służbowym autem aż gdzieś na Śląsk. Wtedy telefony komórkowe miała garstka ludzi, ale prezes wiedział, że pracownik słucha w samochodzie Radia Bielsko. Słuchacze osłupieli, gdy nagle pomiędzy piosenkami usłyszeli męski głos: “Nalej wody do chłodnicy!” – prezes za pośrednictwem radia przypomniał pracownikowi.

Dyskoteka z zegarynką

Pracujący kiedyś w Radiu Bielsko dziennikarze ciepło wspominają dawne czasy. Na antenie rozgłośni występowały np. trochę zapomniane sławy, takie jak Jerzy Połomski, zapraszane przez Marię Koterbską, było tam miejsce dla muzyki regionalnej, dla jazzu, dla progresywnego rocka. Każdy dziennikarz sam decydował, jaką chce grać na antenie muzykę. Radiowcy śmieją się, że np. Ewa Gancarczyk (dzisiaj Król) pobiła chyba rekord świata w liczbie wyemitowanych nagrań Mike and the Mechanics i komu jak komu, ale jej twórca grupy Mike Rutheford powinien jakoś szczególnie podziękować za promowanie zespołu.

Udało się też zrelacjonować wiele mniej i bardziej ważnych wydarzeń z regionie. Od wiejskich festynów i konkursów organizowanych przez domy kultury po pielgrzymkę Jana Pawła II do Polski. Tę ostatnią udało się obsłużyć, mimo że radio, będąc zbyt mało znaczącym medium, nie dostało na nią akredytacji. – Poradziliśmy sobie. Relacjonowałem wizytę papieża w Bielsku-Białej, stojąc u kolegi na balkonie. Akurat z jego mieszkania wszystko było widać jak na dłoni – opowiada Jan Picheta, jeden z byłych dziennikarzy Radia Bielsko.

A Piotr Świerczek, dzisiaj reporter TVN-u, dodaje: – Wiele rozgłośni jest dziś tym, przed czym ostrzegał Andrzej Woyciechowski, czyli “dyskoteką z zegarynką”. Widzę jednak światełko w tunelu, bo np. w Warszawie coraz więcej ludzi chce słuchać rozgłośni żyjących lokalnymi sprawami, rozgłośni z różną muzyką, z autorskimi audycjami – mówi.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35055,7287572,Wyniesli_stosy_butelek_i_prezerwatywy__I_zrobili_radio.html

21-11-2009, 12:56

Zmarł Daniel Tresenberg  »

21-11-2009
Daniel Tresenberg

Daniel Tresenberg

W nocy 20 listopada 2009 roku po długiej, ciężkiej chorobie zmarł redaktor Daniel Tresenberg. Miał 58 lat. Był dziennikarzem dobrze znanym na śląskim rynku prasowym.

Pracował w “Trybunie Robotniczej” i “Panoramie”. Jego artykuły ukazywały się również na łamach pism o zasięgu ogólnopolskim. Był redaktorem naczelnym “Raportu” oraz rzecznikiem prasowym marszałka województwa śląskiego. W ostatnim etapie kariery zawodowej był zatrudniony na stanowisku głównego specjalisty w biurze prasowym marszałka województwa śląskiego.

Redakcja portalu NETTG.PL

Żegnamy dziś Daniela Tresenberga, kolegę, dziennikarza, przez ostatnie lata związanego z Urzędem Marszałkowskim w Katowicach. Daniel Tresenberg rozpoczynał swoją dziennikarską karierę w Trybunie Robotniczej, następnie Panoramie, Raporcie i Zielonej Lidze. Związany był także z lokalną prasą samorządową.

Daniel Tresenberg zmarł po ciężkiej chorobie w wieku 58 lat. Został pochowany na cmentarzu ewangelickim w Katowicach.

Polskie Radio – Katowice, 24 listopada 2009 r.

Pożegnaliśmy dzisiaj Daniela Tresenberga, wyjątkowego człowieka, znanego dziennikarza, byłego rzecznika prasowego Marszałka Województwa.

Do końca jego zmagań z bezlitosną chorobą, gdy lekarze bezradnie rozłożyli ręce, wierzyliśmy, że pokona ją swym wrodzonym optymizmem i siłą charakteru.

Dla nas Daniel był wspaniałym kolegą oraz przede wszystkim dobrym człowiekiem o ujmującym charakterze, serdecznym i potrafiącym zjednywać do siebie i do racji, które przedstawiał. Był otwarty na poglądy i argumenty innych, gdy przygotowywał materiały i wypowiedzi do publikacji. Potrafił tonować nadmierne emocje, jakie często towarzyszą tej pracy oraz tłumaczyć istotę wielu trudnych spraw czy podejmowanych decyzji przez Samorząd Województwa.

Odszedł człowiek, który swoją pracę dziennikarską poświęcił sprawom Śląska. Był związany z “Panoramą”, “Ekspressem Śląskim” oraz “Raportem Śląskim”. Był współtwórcą wielu lokalnych gazet samorządowych – “Przeglądu Katowickiego”, “Naszego Samorządowego Zabrza” oraz “Wspólnego Chorzowa”.

Danielu, pozostaniesz zawsze w naszej pamięci!

Koleżanki i koledzy z Biura Prasowego Marszałka Województwa Śląskiego

WSPOMNIENIE

Daniel Tresenberg 1951 – 2009

Ta okrutna wiadomość spadła na nas 20 listopada, wywołując w śląskim środowisku dziennikarskim przygnębienie, smutek, żal. Bezlitosna choroba zabrała Redaktora Daniela Tresenberga. Odszedł o wiele za wcześnie?

Przyjechał do Katowic w połowie lat 70. Jak wielu, by podjąć tu pracę. Przywiózł z Mazur, gdzie się urodził, i z Torunia, gdzie studiował na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, a także z Warszawy, gdzie kończył studia dziennikarskie, piękne pejzaże. Odmienne od tych, które zastał na czarnym, dymiącym Śląsku. Dlatego na Śląsk patrzył z większą niż inni wrażliwością. Jako dziennikarz chciał swoje nowe miejsce do życia zmieniać i naprawiać. Wierzył, że to możliwe, i dlatego z taką pasją w “Trybunie Robotniczej”, “Panoramie” czy “Raporcie” podejmował w swych artykułach trudne problemy społeczne.

Odszedł, nie zrealizowawszy wielu ambitnych życiowych i zawodowych planów.

A mimo to – można z całą pewnością to stwierdzić – odszedł spełniony, pozostawiając trwały ślad na kartach śląskiego dziennikarstwa Jego teksty, publikowane na łamach regionalnej i ogólnopolskiej prasy, nosiły w sobie zawsze, bez względu na polityczne i ustrojowe uwarunkowania, znamię humanizmu, stawiając na pierwszym planie losy ludzi, ich małe i wielkie troski, wplątane w tryby dziejących się wydarzeń.

Z czasem jednym z wiodących tematów jego dziennikarskich dociekań stała się także ekologia. Jako redaktor naczelny “Zielonej Ligi” oraz aktywny współtwórca i redaktor powstających w latach 90. lokalnych gazet samorządowych, m.in. “Przeglądu Katowickiego”, “Naszego Samorządowego Zabrza” czy “Wspólnego Chorzowa”, inicjował wiele wspaniałych społecznych akcji. Spełniał się w tej roli i zapewne dlatego w ostatnich latach swego życia podjął pracę w Urzędzie Marszałkowskim w Katowicach.

Dla nas Daniel był przede wszystkim wspaniałym Człowiekiem i Kolegą. Takim, który do zespołowej pracy dziennikarskiej potrafił wnieść zawsze dobry klimat rodem z najbardziej zżytej szkolnej klasy. Wielu z nas długo jeszcze będzie pamiętać wspólne, choć zdarzało się to sporadycznie, pisanie artykułów i reportaży. Opracowaliśmy swoistą metodę. Daniel pisał tzw. środek, ktoś inny wstęp i zakończenie albo też odwrotnie. Teraz jednak tak się fatalnie złożyło, że Ciebie, Danielu, już nie ma, odszedłeś kilka nocy temu. Co zatem mamy napisać w zakończeniu artykułu, którego już nigdy wspólnie nie napiszemy?

Może, że byłeś znakomitym facetem, świetnym dziennikarzem i porządnym człowiekiem. Toż to banał, który byś sam odrzucił. A może powtórzyć za Jonaszem Koftą, którego tak bardzo ceniłeś: “Przyjacielu, trochę serca nam ubyło, ile naprawdę, jeszcze nie wiemy, pamięć po Tobie poniesiemy, zrobimy z nią, ile umiemy. Że Ci się chciało, Ciężki Frajerze, przeżyć po ludzku swe ludzkie życie, choć w zmartwychwstanie nikt z nas nie wierzył?”.

Bo w istocie Daniel Tresenberg był w środowisku dziennikarskim człowiekiem wyjątkowym. On po prostu nie miał wrogów! Jego nie można było nie lubić! Jego pogodne usposobienie, tolerancja i zrozumienie dla innych wywodziło się zapewne z rodzinnych stron – mazurskich jezior i puszcz. Jego rodzinny dom w Kulach, którego już nie ma, bo odeszli Jego rodzice i brat, to było magiczne uroczysko, gdzie z każdego kąta spozierały postacie z tamtejszych legend spisywanych przez Matkę Jadwigę, a w oknach majaczyły dostojne świerki Puszczy Boreckiej, w której całe swoje długie życie był nadleśniczym Ojciec Ludwik.

Ten swoisty mazurski stoicyzm, umiłowanie przyrody ukształtowało Daniela jako człowieka i dziennikarza, a wewnętrzny spokój i pogodę ducha przywiózł i zostawił na zawsze tu, na Śląsku. Tu, gdzie stworzył wraz z niezwykle ciepłą, kochającą i opiekuńczą Basią, która wspierała Go i pomagała Mu do ostatnich chwil życia, oraz utalentowanym i wrażliwym synem Łukaszem swój szczęśliwy dom rodzinny.

Wszyscy umieramy, lecz życie, a wraz z nim pamięć nie umiera. Będziemy o Tobie pamiętać, Danielu.

PRZYJACIELE

“Gazeta Wyborcza”, Katowice, 24 listopada 2009 r.

Takim go zapamiętali:

Etaty w niebie coraz lepiej obsadzone. Tu na ziemi – gasną ostatnie latarnie.

Danielu, nie żegnam Cię bo przecież spotkamy się po tamtej stronie życia, gdzie nie ma cierpienia, smutku, gdzie nie ma problemów.

Jacek Dubiel

Przede wszystkim znakomity dziennikarz, wspaniały kolega i przyjaciel. Dowcipny, błyskotliwy, uroczy w towarzystwie. A przy tym lojalny, prawy, uczciwy. W robocie dziennikarskiej zawsze kierował się poczuciem konieczności dojścia do prawdy, dobrem czytelnika. Takim go zapamiętam?

Baron Kurlandzki

Gdyby żył, miałby 3 czerwca urodziny. “50 +” według nomenklatury programu aktywizacji bezrobotnych w średnim wieku. On był bezrobotny tylko krótko, w stanie wojennym, gdy po weryfikacjach dziennikarzy odebrano mu możliwość wykonywania zawodu. Na szczęście na krótko, bo decydenci propagandy zorientowali się, że nie wolno tracić takiego talentu.

Trzeba mu było znaleźć tylko inną redakcję. I znaleźli – “Panoramę”. Tam się zaprzyjaźniliśmy, choć poznałem go wcześniej, we wrześniu 1980 roku, w windzie Domu Prasy w Katowicach. Czekałem na parterze na windę. Zjechała, otworzyły się drzwi, parę osób wyszło, a ja już chciałem wejść do windy, gdy nagle delikatnie odepchnął mnie przystojny blondyn, nieco ode mnie wyższy, puścił przodem też przystojnego blondyna (dużo wyższego) i wtedy mogłem wreszcie dostać się do środka kabiny. Oni nacisnęli “4” (to było piętro reporterów„Trybuny Robotniczej”), ja “7” (to było piętro “Panoramy”, gdzie starałem się o pracę). Ci dwaj faceci rozmawiali o jakimś strajku w jakiejś kopalni, z którego mieli zrobić relację na trzy strony znormalizowanego maszynopisu (to było 60 znaków w wierszu na 30 wierszy, razem 1800 znaków ze spacjami). Oni byli już znanymi dziennikarzami; ja pracowałem wówczas w „Magazynie Hutniczym”, dwutygodniku wydawanym przez Związek Zawodowy Hutników. Oni robili wywiady z generałem Jerzym Ziętkiem (wtedy już emerytowanym, byłym wojewodą katowickim), ja z Andrzejem Rozpłochowskim, szefem „Solidarności” w Hucie „Katowice”. Oni bawili na ówczesnych salonach władzy w gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, gdzie na portiernię, strzeżoną przez funkcjonariuszy SB, wychodził po nich sam sekretarz propagandy. Ja pisałem o upadającym zakładzie materiałów ogniotrwałych gdzieś pod Szczecinem. Czy im zazdrościłem? Tak! Zazdrościłem…

Relacje wyrównały się w kwietniu 1981 roku. On został akredytowany z “Trybuny Robotniczej” na zjazd Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, ja z “Panoramy”. Spaliśmy w dawnym “Domu Chłopa”, a jadaliśmy w hotelu (chyba też już dawna nazwa?) “Warszawa”. Od dziesiątej rano do dwudziestej drugiej młodzież socjalistyczna zastanawiała się, jak uzdrowić PRL. A my, akredytowani dziennikarze, w wieku delegatów na zjazd, zastanawialiśmy się, najczęściej przy wódeczce, jak uzdrowić tę młodzież…

Obrady odbywały się w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, do którego wejścia strzegli chłopcy “borowiki”, więc wnieść do tego szacownego gmachu flaszkę, to był wyczyn! Nam się to jednak udawało, a jak.. to opiszę w pamiętnikach wydanych już po mojej śmierci… Wódkę piliśmy na półpiętrze jakieś bocznej klatki schodowej. Ja, On, Marta Waluchowska z ówczesnego “Życia Warszawy” i Jasiek (nazwiska nie pamiętam) z “Gazety Zielonogórskiej”. Mieliśmy między 25 a 30 lat, byliśmy zbuntowani, wkurwieni na system, ale nie przeciw systemowi, byliśmy pełni nadziei, byliśmy – tak to teraz oceniam – naiwni… Zjazd został przedłużony… W nocy z niedzieli na poniedziałek podano wyniki demokratycznych (naprawdę demokratycznych!) wyborów nowego przewodniczącego ZSMP. Został nim Jerzy Jaskiernia z Krakowa, wtedy doktorant prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem znany polityk. On, ten któremu poświęcony jest ten tekst, poszedł się przespać do “Domu Chłopa”, a ja i Marta, czekając na jej chłopa, piliśmy jakieś brandy na schodach Pałacu KiN. W Chinach nie byłem, ale “pekin” znam, jak mało kto…

To był kwiecień 1981 roku. Spotykaliśmy się potem w stołówce Domu Prasy, graba, papieros, kawa.. To było wszystko, co nas wtedy łączyło. On pisał o partyjnych “poziomkach” rodem z Torunia, gdzie studiował – o “poziomkach”, czyli oddolnym ruchu odnowy PZPR. Ja pisałem, już wtedy dla “Panoramy”, o anarchosyndykalistach z Polskiej Partii Pracy. Pamiętam, że cenzura zdjęła mi felieton pod tytułem “Kolejka – podstawową komórką społeczną” (starsi pamiętają, co to była kolejka do sklepu; młodsi niech tego lepiej nie zaznają!).

I nadszedł czas, kiedy to On czegoś mi pozazdrościł. To ja bowiem pojechałem, jako akredytowany dziennikarz, na pierwszy zjazd “Solidarności” we wrześniu 1981 roku do Gdańska. To ja przesyłałem przez telefoniczne łącza relacje z tego miejsca, na którym skupiała się wówczas uwaga całego świata. I to ja, jako pierwszy pismak ze Śląskiego Wydawnictwa Prasowego, przeprowadziłem wywiad z Lechem Wałęsą, wybranym pierwszym przewodniczącym NSZZ “Solidarność” już w czwartek rano po wyborach. Mam zdjęcie – Wałęsa w dżinsowej kurtce pali “Marlboro”, ja pochylam się ku niemu, a w drugim planie widać Wachowskiego.Po powrocie do Katowic to On zaproponował mi kawę w “Kolcu”, czyli knajpie hotelowej przy ulicy Dworcowej (już jej nie ma!). Długo gadaliśmy. Opowiedziałem mu wszystko, czego wtedy nie mogłem napisać.

W stanie wojennym On został “skazany” na “Panoramę”, ja (bo nie należałem ani do PZPR, ani do NSZZ “Solidarność”, tylko do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich) po paru miesiącach dostałem tzw. “drugą szansę” i wezwano mnie na rozmowę. To On powiedział wtedy: – Nie daj się! Mało mów, udawaj głupa… Czy to była lekcja oportunizmu? Nie! On nie był oportunistą, parę lat starszy ode mnie był po prosu mądrzejszy i wiedział, że jeśli wszyscy, wówczas młodzi i myślący, postawimy się na sztorc systemowi, to ten system nas zgniecie. Ten drugi facet spod windy, o którym wcześniej wspomniałem, Janek Dziadul (dziś dziennikarz “Polityki”) był już wtedy w redakcji warszawskiego “Przeglądu Tygodniowego”, spotykaliśmy się w “Kolcu”, nie tylko po “13”. Janek mówił: – Słuchaj i ucz się! To, co mówili, dało mi wiele do zrozumienia. I zrozumiałem, że być dziennikarzem, to znaczy być sobą – konwencje językowe, styl pisania, aluzje i dygresje są zawsze na drugim miejscu; na pierwszym jest człowiek, o którym piszesz. Tego On mnie nauczył… On zawsze w swoich tekstach był szczery, nie ukrywał się – jak ja – za barierą pokrętnej kompozycji słownej, z której “coś” miało wynikać. Był szczery i uczciwy, i nie płakał, kiedy szefowie nie zwalniali do druku Jego tekstu. Pisał następny – równie szczery i uczciwy.

Pisaliśmy razem reportaż ze strajku w kopalni (wówczas) “Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu w 1988 roku, który był ostatnim akcentem rodzącej się demokracji przed “okrągłym stołem”.

Pojechaliśmy na pierwsze, wolne wybory 4 czerwca 1989 roku do Warszawy – w tle masakra studentów chińskich na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, w Warszawie (jak i w całym kraju) zakaz sprzedaży alkoholu. Z nami Grek, dziennikarz z Aten, chciałby się napić “Metaxy”. Zorganizowaliśmy tylko spirytus – ja i On daliśmy sobie radę, Grek padł, jak Leonidas pod Termopilami, a my dalej “robiliśmy materiał”.

Już jako zastępca naczelnego redaktora “Panoramy” miałem ten przywilej, aby do obsługi wyborów prezydenckich w grudniu 1990 roku dobrać sobie ekipę. Zabrałem fotoreportera Józka Wróbla i oczywiście Jego. Byliśmy we wszystkich sztabach wyborczych. Zapamiętaliśmy ten ostatni – na ulicy Rozbrat około drugiej po północy powitał nas Włodzimierz Cimoszewicz, wyglądający tak świeżo, jakby przed chwilą odwiedziła go kosmetyczka, fryzjer i krawiec! Pełna kultura. To był dla nas, dziennikarzy, szok! Cimoszewicz to wielka postać polskiej polityki – tak On uważał, tak i ja sądzę. Wróciliśmy do redakcji, w trzy godziny napisaliśmy tekst i poszliśmy do… nie do domu, tylko do “Kolca”. Niewyspani, zmęczeni, czuliśmy się wtedy bohaterami. On wtedy powiedział: – Borówa, słowami też się tworzy historię!

Jego ojciec był żołnierzem Armii Krajowej na Wileńszczyźnie; mój stary i mój dziadek byli u Twardego, też w AK. Duma ze świadomości, ile ryzykowali nasi bliscy w czasie wojny, jeszcze bardziej nas zbliżyła. On patrzył na to z perspektywy chłopca urodzonego w Kutach na Mazurach, ja z perspektywy chłopca urodzonego w zagłębiowskim Zawierciu. Kuty to było czarowne miejsce. Jego rodzice zawsze chętnie przyjmowali przyjaciół syna podczas wakacji, a im więcej rodzin zwalało się do ich leśniczówki, tym bardziej czuli się szczęśliwi. Który rodzic nie byłby szczęśliwy, że ich syn ma tylu wiernych i oddanych przyjaciół. To chyba właśnie w mazurskich Kutach Janek Dziadul przezwał Go “baronem Kurlandzkim” – Jasiu zażartował, a potem okazało się, że ta rodzina rzeczywiście stamtąd się wywodziła… I tak On został Baronem Kurlandzkim.

Mógłbym jeszcze długo o Nim pisać. Przecież znałem Go trzydzieści lat… W latach 90. pracowaliśmy razem w Górnośląskiej Oficynie Wydawniczej, minęliśmy się potem w Telpressie. Wtedy nasze relacje miały czysto prywatny charakter, bo każdy z nas poszedł swoją drogą zawodową. Razem z żoną, Basią, odwiedził mnie kiedyś w Zawierciu. Kiedy przez trzy godziny rozmawialiśmy według schematu “A pamiętasz?”, dziewczyny przeniosły się do drugiego pokoju, no bo kto normalny zniósłby niekończący się dialog dwóch kombatantów prasy końcówki PRL i pierwszych lat II Rzeczypospolitej? Nasze dziewczyny były piękne, chyba w nas zakochane i wyrozumiałe przy tym (co u kobiet nie jest zbyt częstym połączeniem cech), więc pozwoliły nam gadać bez końca według tego schematu…

Ostatni raz On był w Zawierciu na koncercie Staszka Soyki w kościele pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła. Wtedy nie spotkaliśmy się, zarzucił mi to w lutym ubiegłego roku, kiedy w jakiś sprawach pojechałem do Katowic i po ich załatwieniu zadzwoniłem do Niego. – Borówa, czekam na ciebie w domu! Nie było odwrotu. Siedzieliśmy do piątej rano, gadaliśmy według schematu. Z jedną różnicą… Powiedział: – Wiesz, czuję, że niedługo umrę… Wiedziałem, że walczy z chorobą od wielu lat, ale nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy – On wyraźnie sobie tego nie życzył. Kiedy ponad dziesięć lat temu wrócił pierwszy raz z kliniki w Gliwicach, poprosił kumpli, abyśmy o tym nie wspominali. Jakie to głupie, zapytać człowieka chorego na raka, jak się czuje… Banał! On nie lubił banałów… Ja nigdy nie zapytałem, bo też nie lubię banałów…

Byłem na Jego pogrzebie w Katowicach na cmentarzu przy ulicy Francuskiej. Płakałem. Odszedł jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego miałem. Wraz z Jego urną pochowałem trzydzieści lat swego życia.

3 czerwca DANIEL TRESENBERG obchodziłby urodziny. Gdziekolwiek jesteś, Danielu, życzę Ci wszystkiego… Resztę dopowiedz sobie sam…

Andrzej Borkiewicz

Zawiercie24.info. Jurajski Portal Informacyjny, 10 lipca 2010

dt1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/135

20-11-2009, 17:24

Redaktor Lech Drapiński nie żyje  »

20-11-2009

W czwartek, 19 listopada 2009 r. w wieku 75 lat, zmarł Lech Drapiński, wieloletni dziennikarz “Sportu”, w latach 70. i 80. ubiegłego stulecia zastępca redaktora naczelnego, a także, niestety bardzo krótko, redaktor naczelny naszej gazety.

Lech Drapiński

Lech Drapiński trafił do żurnalistyki sportowej bardzo wcześnie. Urodzony 11 kwietnia 1934 roku w Częstochowie, po ukończeniu szkoły średniej w tym samym mieście i studiów na Wydziale Dziennikarstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie podjął pracę w dziale sportowym gdańskiego: “Dziennika Bałtyckiego”. Zyskał sobie tam opinię zdolnego dziennikarza, co sprawiło, że usilnie starał się znaleźć miejsce w ogólnopolskim piśmie sportowym. Dlatego też w 1964 roku przeniósł się na Śląsk z nadzieją na zatrudnienie w “Sporcie”. Wcześniej jednak musiał odbyć kilkuletni staż w “Echu Tyskim”. Dopiero w 1968 roku przekroczył progi “Sportu” i pozostał w nim do końca swej aktywności dziennikarskiej.

A była ona ciekawa i obfitowała w liczne dokonania pisarskie, zarówno na łamach samej gazety, jak i w wydawnictwach książkowych. Głównym obszarem Jego zainteresowań było narciarstwo klasyczne. W ciągu długich lat relacjonował liczne imprezy w tej dyscyplinie sportu, w tym tak ważne, jak mistrzostwa świata. To On właśnie opisał z dziennikarskim kunsztem sukcesy Józefa Łuszczka na mistrzostwach świata w Lahti w 1978 roku i to On wielokrotnie opisywał mistrzostwa świata w skokach narciarskich. Wielokrotnie relacjonował słynny Turniej Czterech Skoczni, bo nawet po przejściu na – wymuszoną chorobą? emeryturę, nadal co roku uczestniczył w tej imprezie. W okresie letnim zajmował się problematyką kolarstwa szosowego, relacjonując na przykład Wyścig Pokoju oraz sporadycznie wieloma innymi dziedzinami.

Lech Drapiński był także autorem i współautorem wielu większych opracowań, w tym takich jak “Sportowcy XXX-lecia” czy “Monografia Stadionu Śląskiego”.

Przy tym jednak był on znakomitym redaktorem, toteż wkrótce po rozpoczęciu stażu dziennikarskiego w “Sporcie” został zastępcą redaktora naczelnego. Natomiast w połowie lat 80. objął funkcje redaktora naczelnego “Sportu”. Niestety nie sprawował jej zbyt długo, bowiem w dalszej działalności przeszkodziła mu ciężka choroba.

Żegnając Lecha Drapińskiego podkreślić trzeba, że sport opanował Go całkowicie i bez reszty. Nie tylko o nim pisał, ale i działał na rzecz jego rozwoju. Z tego tytułu był wielokrotnie odznaczany, w tym Medalem Zasłużonego Działacza Kultury Fizycznej.

CZEŚĆ JEGO PAMIĘCI

KOLEŻANKI I KOLEDZY ZE “SPORTU”

“Sport”, 21 listopada 2009 r.

pozegnanie-przez-przyjaciol-lecha-drapinskiego

nekrolog-lecha-drapinskiego

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/138