Marek Czyż o zawodzie dziennikarza
Marek Czyż – osobowość telewizyjna i znakomity dziennikarz. Specjalnie dla naszych czytelników opowiada o kulisach pracy zawodowej. Dziennikarstwo to z pewnością jedno z najciekawszych zajęć dla ludzi aktywnych i lubiących, gdy stale “coś się dzieje”.
Jak to było w Pana przypadku, kiedy właściwie poczuł Pan, że praca dziennikarza telewizyjnego jest tym, czym warto się w życiu zająć?

Marek Czyż
Ja niestety poczułem to w strasznie złym momencie… Na czwartym roku studiów prawniczych. Owszem, wcześniej bawiłem się w dziennikarstwo. Między innymi przez dwa lata pracy w radiu Top, czyli pierwszym komercyjnym radiu na Śląsku, a potem w Radiu Katowice. Następnie trafiłem do Telewizji Katowice – mając już temat pracy i promotora. Kończąc w zasadzie już studia. Człowiek był przy okazji na tyle młody, by być na tyle głupim, by wsiąknąć w ten zawód nie martwiąc się o swoją dalszą edukację. Dziś w wieku czterdziestu jeden lat puknąłbym się w głowę i skończyłbym te studia. Są niestety rzeczy w życiu, które odpuściłem sobie, by zajmować się tym, czym się obecnie zajmuję.
Cenę zapłacił Pan więc sporą, ale sądzę, że było warto.
Oczywiście. Są ludzie, bardzo ich szanuję, którzy kończą studia w trybie zaocznym na przykład i jakoś im idzie. Ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Dlatego wykształcenie mam, jak to niektórzy złośliwi mówią „prezydenckie”. Ale też wszystkim młodym ludziom chcę powiedzieć, by nie sądzili, że jest to zawód, który się zdobywa w szkole.
Dla osób, którzy nie znają tego zawodu od „podszewki” może to brzmieć, jako bardzo odważna teza…
Po pierwsze – zauważyłem, że znałem wielu ludzi, którzy skończyli studia dziennikarskie, a nigdy nie byli, nie są i nie będą dobrymi dziennikarzami. Znam też wielu ludzi, którzy kończyli studia inne niż dziennikarskie, a są absolutnymi ikonami tego zawodu. Taką dziennikarską arystokracją. Nie ma szkoły w Polsce, która tak naprawdę uczy dziennikarstwa. Dziennikarstwo poznaje się w pracy, w praktyce. Nie ma innej metody. Oczywiście, są uczelnie, które będą uczyły definicji felietonu, piramidy informacji, ale to nie ma żadnego związku z praktyką, z jaką potem się spotkamy. Gdyby nawet sięgać po bliskie mi realia telewizyjne, nie nauczą nas profesorowie w szkole tego, jak montować felieton, jak trzymać mikrofon, jak przeglądać taśmę w przeglądarce… To są realia, od których wielu młodych się odbijało i głęboko poranieni, zniechęceni nie wracali już do dziennikarstwa. Ten zawód nie ma żadnego związku z wykształceniem. Jestem tego przykładem.
A czy jest to zawód w praktyce trudny?
Ja bym chciał, żeby do młodych ludzi dotarło to, że jeżeli spotykają się dziennikarzem telewizyjnym, mówiącym o ciężkiej harówie to mu nie wierzcie. To nieprawda. To nie jest fizycznie wyczerpujący zawód. Ma za to inne niedogodności. Trzeba mieć sporo odporności na stres, mocne nerwy, umiejętność działania w napięciu i pod presją czasu. To tak. Bywają jednak dni, a jest ich zdecydowanie więcej w roku, kiedy mówimy – to fajna robota. Są też chwile w ciągu dnia, kiedy należy się spiąć, głównie intelektualnie i organizacyjnie. To nie jest ciężki zawód. Zajmuje dużo czasu, to fakt. W tej pracy spędza się kilkanaście godzin w ciągu dnia i naprawdę trzeba uważać, żeby nie stało się tak, że znajdujemy sobie zupełnie inne środowisko naturalne niż te, czym jest nasz dom i nasza rodzina. Trzeba uważać na więzy rodzinne, jakie budowaliśmy, bo mogą się stać strasznie delikatne. To też paradoksalnie porządkuje życie, bo jeżeli mamy świadomość tego, że może się tak stać to okazuje się, że spędzamy czas z rodziną tak, jak powinniśmy go spędzać.
Jak wygląda dzień pracy dziennikarza telewizyjnego?
Wygląda zupełnie różnie, w zależności, jaką się funkcję pełni. Byłem przez pewien czas wydawcą programu informacyjnego, jeszcze pracując w publicznej stacji. Polega to często na tym, że musimy się oprzeć na wiedzy i kompetencji naszych kolegów, którzy są przez nas wysyłani na zdjęcia. W zależności od tego, co przywiozą z terenu, zależy czy nasz dzień będzie bardzo spokojny, albo i nie. Bywa tak, że dostajemy taki pasztet, że trzeba go przewrócić do góry nogami…
Czyli często jest się zależnym pod pracy innych?
Niestety. Ale bywa i tak, że wyślemy na zdjęcia taki zestaw błyskotliwych ludzi, że to co nam przywiozą jest tak dobre i tak nam się podoba, że nie musimy już z tym nic robić. Jedyne co nam zaprząta wtedy umysł to, by poukładać to w odpowiedniej kolejności na antenie. Inny z kolei jest dzień prezentera informacyjnego. Inny jest dzień prezentera, który jest współwydawcą, bo i takie funkcje się w tym zawodzie reprezentuje. Wtedy wydawca polega na wiedzy prezentera, z którym omawia i kształt i kolejność tych materiałów. To zależy wiele od tego, jak bardzo wspomniany prezenter, bo przy nim zostajemy, przejmuje się swoją pracą. Jeżeli jest to dziennikarz, któremu zależy na tym, by prezentowane materiały miały autorski rys to wymaga to odrobiny komunikacji, sprawdzenia informacji i kilku innych zabiegów.
Czy dziennikarz jest stale poddawany ocenie?
To zależy, kto ma oceniać…
Na przykład widz…
Widz często nie zauważy nawet tego, czy wydawca się przejął swoją pracą czy nie lub czy prezenter odpowiednio się do niej przygotował. Jeżeli ocenia to środowisko, zwłaszcza te, które wykonuje podobną pracę to pewnych spraw się nie ukryje.
No i konkurencja patrzy na ręce…
Całe szczęście, że jest konkurencja. To mobilizuje i w efekcie podnosi poziom pracy dziennikarza.
Jakie predyspozycje powinien mieć ktoś, kto myśli o pracy dziennikarza telewizyjnego czy prezentera?
Są rzeczy, które są od nas zupełnie niezależne… Musimy dobrze wyglądać. Telewizja jest sztuką obrazka. Oczywistym jest, że w życiu nie każdy mężczyzna musi wyglądać jak Robert Redford, a kobieta, jak Julia Roberts, ale w telewizji pewien standard już obowiązuje. Nie można mieć wad, które dyskredytują fizycznie. Są dziennikarze, którzy mają takowe i czynią z nich zalety, ale to jest naprawdę znikomy procent ogółu. Przeszli zapewne bardzo długą drogę do wykreowania siebie, jako osób charakterystycznych. To się da zrobić, nie mniej jednak trzeba dużo siły, by się tym nie zniechęcić. Redaktor Mann ma mały problem, ale on jest przy tym niezwykle uroczy. Jest postawnym, dużym człowiekiem i wielbimy jego głos.
Ale on zaczynał w radiu. Mało kto go wtedy kojarzył „z twarzy”.
Dlatego funkcjonuje w tym środowisku określenie „radiowej” urody.
O czym jeszcze powinien pamiętać przyszły dziennikarz telewizyjny?
Druga rzecz to barwa głosu. W telewizji dziennikarz, który nie potrafi odczytać własnego tekstu, jest zdyskredytowany. Głos oczywiście da się “ustawić”, ale do tego też długa droga. Kolejne kroki już omówiliśmy. Odporność na stres, umiejętność pracy pod presją itp. Ważna jest też umiejętność syntetycznego formułowania treści. W telewizji, gdzie liczy się czas, jest to niezwykle ważne. Musimy mieć też w sobie sporą dawkę asertywności, czyli umiejętności mówienia “nie”, kiedy ktoś nas chce do czegoś nakłonić. Trzeba bronić swojego stanowiska. Nie możemy też bać się innych ludzi, nie możemy wstydzić się podejść do kogoś znanego, do polityka na przykład. Znam takich dziennikarzy, których paraliżuje strach. Jeszcze jedna uwaga na temat cechy, którą trudno zdiagnozować u ludzi, ale warto poszukać jej sobie. Dziennikarze to są ludzie, którzy dziwują się światu! Kiedy idziemy ulicą i widzimy przewrócony kosz na śmiecie musimy się siebie zapytać, dlaczego on jest przewrócony? To pytanie musi rodzić kolejne – a jaka to dzielnica? Może on dlatego leży przewrócony, że dzieje się tutaj coś nie tak… Jeżeli tak jest - to dlaczego ta dzielnica jest właśnie taka? To jest przykład oczywiście, ale ciekawość świata jest ważna. Ona musi budzić u nas pytania. Czasem banalne, a czasem skomplikowane. To pierwotna cecha, jaką dziennikarz musi w sobie mieć.
Wiedząc, że tę rozmowę przeczytają młodzi ludzie, którzy zastanawiają się nad wyborem dalszej drogi w życiu. Poleca im Pan ten zawód?
Oczywiście. Myślę, że każdy kto wykonuje zawód, który lubi – będzie go polecał. Przy założeniu, że on go już nie męczy… Zawsze powtarzam, że najgorszą rzeczą, jaka zawodowo może nas spotkać to taka, że kiedy o szóstej rano budzimy się, pierwszą nasza myślą jest – O Matko, znowu muszę tam jechać… Z drugiej strony myśli w rodzaju – ciekawe co dzisiaj się zdarzy, cieszę się, że idę do pracy – to wielki skarb i chwile, które powinniśmy w sobie pielęgnować. Na szczęście ja budzę się z tym drugim przekonaniem.
W tej pracy zapewne każdy dzień jest też inny, często niepodobny do poprzednich i niepodobny do tych, jakie jeszcze przed nami.
To jest bardzo ciekawe moim zdaniem. Najcenniejsza cecha tego zawodu, ta której fakt istnienia dziennikarze nie często sobie uświadamiają – jest taka, że spotykamy pewnych ludzi sam na sam, przeżywamy zdarzenia, jakie inni mogą tylko w telewizji zobaczyć, oddychamy atmosferą miejsc, które dla innych są dostępne tylko na ekranie. Sam miałem przyjemność brać udział w wydarzeniach, które tworzą historię. Byłem w Dublinie, kiedy Polska została przyjęta do Unii Europejskiej. Byłem też na miejscu prawdziwej tragedii, w dwadzieścia minut po zawaleniu się hali targowej MTK. Ogląda się na własne oczy najważniejsze momenty w historii kraju, ale i ludzką rozpacz.
Nie mówiliśmy do tej pory o tej stronie tego zawodu. Trudno się oswoić z relacjonowaniem bolesnych wydarzeń?
To są momenty, które powinny być udziałem dorosłych i dojrzałych ludzi. Niekoniecznie młodych, bo mogą zdemolować psychikę. Ale to paradoksalnie jest też wielką wartością tego zawodu.
Nie wolno zasłaniać oczu?
Wie pan, przypominam sobie wypadek drogowy, jaki miał miejsce w okolicach Koziegłów. Tragiczny. W wyniku czołowego zderzenia samochodu osobowego z ciężarowym w jednym pojeździe zginęło troje ludzi i pies. To się okazało dopiero po czasie. Kiedy przyjechałem na miejsce prokurator powiedział, że nie wie właściwie ilu tam jest nieboszczyków. W środku była maszynka do mięsa… Ale trzeba tam podejść, nie dla szukania sensacji, ale dla prawdy dziennikarskiej. Ja nie mówię o tym w tej chwili, by kimś wstrząsnąć. Ja mówię o tym, czym czasami bywa też ten zawód.
Czy obcowanie z takimi sytuacjami zmienia człowieka? Myślę, że ciężko po takich materiałach wracać do domu, widzieć dzieci, rodzinę, uśmiechy.
Nie wolno pozwolić życiu wyprać się z emocji. Trzeba trochę tej empatii dla życia zachować. Podejść do niego refleksyjnie.
Mimo wszystko życzę Panu jak najmniej takich zdarzeń do relacjonowania. Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję również.
Marcin Sitko