Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

13-02-2010, 11:16

“Wyciągnęli pamiętniki z szuflady…”  »

Gazeta Codzienna
STELA
13-02-2010

Tadeusz Kopoczek zajął drugie miejsce za przywołanie Cieszyna w latach powojennych. – Lata powojenne zapamiętałem jako szaleństwo na granicy. To były wstydliwe wydarzenia, o których nikt nie pisał. Chciałem to wydobyć na światło dzienne — powiedział Tadeusz Kopoczek z Cieszyna, który zajął drugie miejsce w konkursie pamiętnikarskim. Właśnie został rozstrzygnięty. Wygrał Władysław Wrana z Olbrachcic na Zaolziu.

Konkurs pamiętnikarski “Między starymi a nowymi laty. Wspomnienia pamiętnikarskie cieszyniaków na wsi i w mieście” burmistrz Cieszyna Bogdan Ficek oraz Wydział Etnologii i Nauk o Edukacji Uniwersytetu Śląskiego zorganizowali z okazji 1200-lecia legendarnego założenia miasta. Wpłynęły na niego prace mieszkańców z obu stron Olzy.

— Wiemy, że wielu mieszkańców pisze pamiętniki, wspomnienia, ale mało kto je publikuje, pokazuje szerszej widowni. Chcieliśmy, żeby ludzie podzielili się swoją twórczością. Na konkurs wpłynęło 12 prac o charakterze pamiętnikarskim. Rozrzut wiekowy był ogromny – najmłodszy autor miał 16 lat, najstarszy 97 — powiedziała Agnieszka Pieńczak z Uniwersytetu Śląskiego.

Uczestnicy pisali po polsku oraz oczywiście w gwarze. Konkurs wygrał Władysław Wrana z Olbrachcic na Zaolziu. Jurorom bardzo spodobały się jego “Starzikowe prowdziwe opowiadania”. Drugie miejsce zajął Tadeusz Kopoczek (emerytowany redaktor “Głosu Ziemi Cieszyńskiej”) za “Cieszyn w powojennych latach”, a trzecie Czesław Stuchlik z Pogwizdowa, który nadesłał “Granicę i inne teksty”.

— Napisałem o powojennych latach, które zapamiętałem jako szaleństwo na granicy. Pamiętam jak Olzę odgradzano wysokim płotem, zakończonym drutem kolczastym. Osoby, którym udało się zdobyć przepustkę, były na granicy bardzo dokładnie kontrolowane, przetrzepywano im ubrania, kieszenie, często były rewizje osobiste. To były wstydliwe wydarzenia, o których nikt nie pisał.

Chciałem je wydobyć na światło dzienne — powiedział Tadeusz Kopoczek. Jurorzy podkreślili wysoki poziom nadesłanych prac. Praktycznie tylko jedna z nich była niespójna, chaotyczna. Agnieszce Pieńczak bardzo spodobały się listy pisane przez pana Karola do swojej przyszłej żony. — To była wręcz praca u podstaw, której celem był wzrost wykształcenia jego przyszłej małżonki. Wyliczał nawet błędy, które popełniła w listach do niego. Miała jednak charakter bardziej poetycki, mniej wspomnieniowy — dodała Agnieszce Pieńczak.

Całość: http://www.gazetacodzienna.pl/index.php?p=wwiad&id=3579

12-02-2010, 20:39

Stanisław Mojkowski (1948-1952)  »

Dziennik Zachodni
Michał Smolorz
12-02-2010

Poczet redaktorów naczelnych “DZ”

Po odwołaniu Jerzego Borejszy z funkcji prezesa “Czytelnika” (wydającego “Dziennik Zachodni”) polityka wobec prasy zaczęła się zaostrzać.

Redaktor Stanisław Mojkowski

Choć przecie i to wydawnictwo było tworem par excellence politycznym, ale zbyt wielka niezależność i władza Borejszy stawały się dla PPR niewygodne – dlatego on sam został odsunięty, a jego „Czytelnik” podzielony. Stanisław Mojkowski, powołany na redaktora naczelnego 1 stycznia 1948 roku, był jeszcze nominatem starego prezesa i tak jak poprzednik – miał dorobek zawodowy z przedwojnia.

Urodzony w 1911 r. w Łomży, po wczesnej śmierci ojca, próbował z matką prowadzić rodzinną restaurację. Nie wyszło, więc po maturze studiował dwa lata prawo w Warszawie. Zrezygnował, żył z korepetycji i dorywczych prac redaktorskich w oficynach wydawniczych, pisywał do endeckich pisemek, dwa lata spędził w wojsku, w podchorążówce w Zambrowie odbył kurs oficerski. W wojnie obronnej 1939 roku brał udział w stopniu porucznika, po czym dostał się do niemieckiej niewoli, w której przesiedział do wiosny 1945 roku.

W redakcji “DZ” pojawił się jeszcze za rządów Stanisława Ziemby, ale w przeciwieństwie do szefa, który stawiał na SD, on obstawił PPR i to zdecydowało o jego późniejszej karierze (formalnie do partii wstąpił w 1950 roku). Sytuacja polityczna w regionie zaostrzała się. Powojenna idylla, pozory demokracji, twórcza współpraca z Kościołem – wszystko to wyraźnie wygasało, ustępując ostrej walce politycznej. W grudniu 1948 r. odbył się kongres zjednoczeniowy PZPR, rządy w województwie objął Bolesław Jaszczuk, rozpoczęła się słynna „bitwa o handel”, w której znaczącą rolę przypisano propagandzie. Na szczęście formalnym organem PPR (a potem PZPR) była “Trybuna Robotnicza”, a dla “DZ” zarezerwowano formułę gazety uniwersalnej, mniej zaangażowanej w bieżącą propagandę partyjną.

W lipcu 1952 r. formalnie weszła w życie nowa konstytucja powołująca do życia Polską Rzeczpospolitą Ludową, na szczytach władzy nastąpiło przetasowanie (odtąd już stało się tradycją, że przy kolejnych zmianach politycznych zmieniali się naczelni w mediach). Po wakacjach Stanisław Mojkowski zakończył swoją misję redaktora naczelnego “Dziennika Zachodniego” i został przeniesiony do Gdańska na analogiczną funkcję w “Głosie Wybrzeża”.

Potem szefował prasie łódzkiej, by w 1967 roku zostać naczelnym “Trybuny Ludu”, gazety-matki, najważniejszej politycznej wyroczni na „froncie ideologicznym”. Uświęconym obyczajem PRL-u było, że jej szef zostawał automatycznie prezesem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W kryzysie 1968 roku “Trybuna Ludu” opowiedziała się po stronie zwolenników Mieczysława Moczara i ostro włączyła się w antysemicką nagonkę. Od 1965 roku był posłem na Sejm i członkiem KC PZPR. Ukoronowaniem kariery Mojkowskiego było powołanie go w 1972 roku na prezesa partyjnego koncernu wydawniczego RSW “Prasa-Książka-Ruch” – tę funkcję pełnił do śmierci w 1978 roku. Pochowany został z pompą w Alei Zasłużonych na warszawskich Powązkach.

W 2006 roku postać Stanisława Mojkowskiego i jego udział w wydarzeniach marca`68, wywołał z historii prezydent Lech Kaczyński w celu zdyskredytowania jego córki. Małgorzata Mojkowska, jako sędzia sądu lustracyjnego, orzekała w sprawie Zyty Gilowskiej. Wyrok nie usatysfakcjonował braci Kaczyńskich, więc postanowili sędzi wypomnieć tatusia.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/jubileusz/220894,poczet-redaktorow-naczelnych-dz-stanislaw-mojkowski-1948,id,t.html

12-02-2010, 16:53

“Telewizja Katowice na krawędzi bankructwa”  »

NaszeMiasto.pl, Polska Dziennik Zachodni
Agata Pustułka
12-02-2010

To dramat w pięciu aktach – mówi nam o tym, co się dzieje w TVP Katowice, jeden z zatrudnionych tam dziennikarzy. – Żeby zmniejszyć rachunki za prąd i ogrzewanie, zagęszczono nas w pokojach. Po korytarzach krążą wieści, że w marcu przejdziemy na postojowe. Fryzjerkę też zresztą zabrali.

To skutek obcięcia przez Warszawę budżetu ośrodka w Bytkowie o 45 proc. Dla oszczędności zrezygnowano z jednego zestawu montażowego i przyspieszono produkcję programów. Dziennikarze przychodzą do pracy pół godziny wcześniej, a czas ich pracy w terenie szefowie odmierzają ze stoperem w ręku. Podobnie jak w pozostałych ośrodkach regionalnych, pensje katowickich reporterów zostały zmniejszone o jedną trzecią. Stacja nie korzysta już z usług emerytowanych dziennikarzy i współpracowników.

Jeśli zarząd TVP nie przekaże ośrodkom regionalnym pieniędzy z abonamentu, to przewodnicząca Rady Programowej Telewizji Katowice Jadwiga Chmielowska rozważa wystąpienie na drogę prawną przeciwko dwóm ostatnim składom Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz kolejnym zarządom TVP. Uważa bowiem, że warszawska centrala doprowadziła katowicki ośrodek na skraj bankructwa.

- Oficjalnie jest mowa o obcięciu środków na 2010 rok o 40-45 procent. Jak w tej sytuacji mówić o tworzeniu programu regionalnego?

Nawet na te cztery godziny dziennie nie wystarczy. Oczywiście najmniej winny jest obecny zarząd. Pijemy piwo ważone od co najmniej dziesięciu lat – mówi przewodnicząca.

Program Telewizji Katowice jest całkowicie uzależniony od planów całodobowego TVP Info. Regionalne newsy mogą przebić się tylko w Aktualnościach. Żeby nadać ważną dla regionu relację, np. z wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego, trzeba się na własne ryzyko odłączyć od wspólnego pasma.

- W TVP Info cieszą się, że są teraz obrady komisji hazardowej, bo to pozwala im zaoszczędzić. Włączają tylko kabel w Sejmie, a my zdychamy, bo nikt nie chce od nas programów albo ciągle nadawane są powtórki. Dla nas być albo nie być jest odzyskanie anteny. Na te kilka godzin programu możemy nadać tylko 24 minuty reklam. Jak z tego wyżyć? – pyta dziennikarz Aktualności, najbardziej oglądanego programu TVP Katowice.

Oczywiście najbardziej kryzys odbija się na pracownikach. – To prawdziwy dramat – mówi nam o sytuacji w TVP Katowice jeden z dziennikarzy. – Zagęszczono nas w pokojach, by rachunki za prąd i ogrzewanie były mniejsze, po korytarzach krążą hiobowe wieści, że w marcu w ogóle zabraknie pieniędzy i przejdziemy na postojowe.

Pracownicy są zdezorientowani, bo choć kończy się luty, to jeszcze nie przedstawiono marcowej ramówki. A to ona powie prawdę o tym, na co rzeczywiście stać katowicki ośrodek.

- Ludzie mówią, że jak nie będzie sponsora, który zapłaci za program, to nie będzie programu. Teraz dziennikarze chyba muszą obdzwaniać firmy z prośbą o jałmużnę – słychać w telewizji.

- Jesteśmy oburzeni, że wieloletnie zaniedbania najbardziej odczuwają twórcy. Obecny kryzys to nie kwestia ostatnich miesięcy, ale lat – mówi twardo Bożena Klimus, wielokrotnie nagradzana reportażystka TVP Katowice.

Dziennikarze w całej spółce musieli się pogodzić z obcięciem ich honorariów o 30 proc. Stacja w Katowicach zrezygnowała z pracy emerytów oraz części współpracowników.

- Przechodzimy bardzo poważny i trudny proces optymalizacji kosztów. Zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji. Liczymy każdą złotówkę – przyznaje Krzysztof Karaś, szef Aktualności.

Niedawno Rada Programowa TVP Katowice zwróciła się do posłów o pilne wprowadzenie zmian legislacyjnych, które zapewniłyby stabilne finansowanie publicznych mediów regionalnych.

- Finansowanie powinno być realizowane poprzez powszechną, społeczną składkę medialną pobieraną i zarządzaną przez kontrolowany społecznie Fundusz Mediów Publicznych. Określona w ustawie część tej składki powinna być przeznaczona na realizację misji przez regionalne anteny publicznego radia i telewizji – twierdzi Adam Warzecha, wiceprzewodniczący Rady Programowej TVP.

Oczywiście posłowie pozostawili sprawę bez echa.

W Telewizji Katowice sytuację dodatkowo komplikuje polityczne zamieszanie wokół osoby dyrektora ośrodka. Obecny Miłosz Stawecki ma być zastąpiony przez kandydata wskazanego przez SLD, bo w wyniku podziału medialnych łupów właśnie lewicy, a nie PiS przypadł katowicki ośrodek. Sprawa jest jednak przeciągana, bo nie ma odpowiedniego kandydata.

Nie tylko w Katowicach piszczy bieda. Podobnie jest we wszystkich regionalnych stacjach. Przeciwko obcięciu budżetu o 45 proc. zaprotestowała wczoraj Rada Programowa Telewizji Gdańsk. W rozesłanym do mediów dramatycznym oświadczeniu możemy przeczytać: “Restrykcyjna polityka finansowa wobec ośrodków regionalnych w zasadniczy sposób ogranicza możliwości realizacji misji telewizji publicznej w zakresie prawa obywateli do informacji. Nie można godzić się, aby radykalne ograniczenie centralnych środków finansowych oraz brak innych możliwości zrównoważenia kosztów zmierzało do likwidacji ośrodków regionalnych.”

Władze telewizji na wszystkie protesty mają tylko jedną odpowiedź: to spadek wpływów z abonamentu doprowadził do cięć w ośrodkach.

Całość: http://katowice.naszemiasto.pl/artykul/316694,telewizja-katowice-na-krawedzi bankructwa,id,t.html

06-02-2010, 12:19

“Dziennik Zachodni kończy 65 lat”  »

Telewizja Silesia
IAR, TVS
06-02-2010

Trzymają rękę na pulsie wydarzeń regionu już od 65 lat. “Polska Dziennik Zachodni” obchodzi dziś swój jubileusz. Historia gazety to nie tylko historia tworzących ją ludzi, ale i czytelników, którym wielokrotnie udało się pomóc.

Wszystko zaczęło się dokładnie 6 lutego 1945 roku. To wtedy światło dzienne ujrzał pierwszy numer “Dziennika Zachodniego”. Marian Brylewski tego dnia miał 12 lat. Kupił nową gazetę, która od tego czasu towarzyszy mu niemal codziennie. – Pierwszy numer to było jednokartkowe wydanie, a już później to były dwie kartki, trzy, góra cztery, jak szedłem do pracy, to po drodze kupowałem i jak przyszedłem wcześniej do pracy to zdążyłem ją z grubsza przejrzeć - wspomina.

Z maleńkiego dziennika stał się największą gazetą regionalną w Polsce, której twórcom przyświecają wciąż te same zasady. - Tam powinien być dziennikarz, gdzie są ludzkie problemy, gdzie coś się dzieje, ale też gdzie ktoś prosi o pomoc, o wsparcie, gdzie ktoś cierpi - podkreśla Elżbieta Kazibut-Twórz, redaktor naczelna “Polski Dziennika Zachodniego”.

Ludzi, którym przez ponad sześć dekad udało się pomóc, nie sposób zliczyć. Jadwiga Jenczelewska w “Dzienniku Zachodnim” pracuje już ponad 30 lat i widzi jak duże nadzieje pokładają w gazecie czytelnicy. - Tych sygnałów mamy codziennie bardzo dużo, od samego rana telefony dzwonią nieustannie - przyznaje.

Ale przez te 65 lat “Dziennik Zachodni” przeżywał też trudne chwile. W stanie wojennym jego wydawanie na pewien czas zawieszono, a przez lata bolączką dziennikarzy była walka z cenzurą. – Z satysfakcją odnotowywaliśmy, w jaki sposób próbowaliśmy te obostrzenia polityczne obejść, nawet krojem czcionki, artykułowaliśmy to, co chcieliśmy powiedzieć, a czytelnik potrafił doszukać się w tym właściwych treści – stwierdza Teresa Semik.

Te wzloty i upadki dziennikarze opisali w specjalnym, jubileuszowym wydaniu gazety. – Pokażemy kronikę dziejów regionu przez pryzmat tekstów, jakie pisali nasi koledzy reporterzy i jak redagowali dawniej “Dziennik Zachodni” – tłumaczy Maria Zawała.

Obecnie “Dziennik Zachodni” to kilkudziesięciu dziennikarzy, redaktorów i grafików. Większość z nich pracuje w Sosnowcu w głównej siedzibie gazety. I jak mówią praca w gazecie wcale nie jest łatwa. - Freddy Mercury twierdził, że jeden ze swoich największych tekstów napisał kąpiąc się w wannie z kieliszkiem szampana, w naszej pracy rzadko mamy okazję tworzyć w takich okolicznościach, ale bazując na talencie i ciężkiej pracy staramy się, aby efekt końcowy był równie imponujący – zapewnia Marcin Zasada.

Ten efekt końcowy, oceniają od lat czytelnicy, którzy zasypują teraz redakcję dziesiątkami listów z życzeniami. My zaś życzymy kolegom po fachu, jeszcze więcej takich jubileuszy.

Całość: http://www.tvs.pl/informacje/21193/

05-02-2010, 11:52

“Dziennikarz obywatelski z Rudy Śląskiej nominowany do prestiżowej nagrody!”  »

Portal Rudy Śląskiej
Twoja Ruda.pl
05-02-2010

W kolejnym plebiscycie zorganizowanym przez portal Wiadomości24.pl, już drugi rok z rzędu do tytułu “Dziennikarz roku” został nominowany rudzki dziennikarz Adam Podgórski.

Zachęcamy do głosowania na Adama Podgórskiego na stronie internetowej konkursu: http://www.wiadomosci24.pl/zgloszeni_dziennikarze/

Można to zrobić, wchodząc na listę kandydatów na tej stronie. Nazwisko rudzianina jest na stronie 5 jako 2. od góry. Trzeba kliknąć na przycisk GŁOSUJ po prawej stronie nazwiska. Oddać można tylko jeden głos.

Adam K. Podgórski to emerytowany policjant, dziennikarz, autor wielu książek i publikacji o tematyce śląskiej, prezes Rudzkiego Stowarzyszenia Pomocy Ofiarom Przestępstw.

Uwaga! Glosując na Adama Podgórskiego i rejestrując się w serwisie www.wiadomosci24.pl wezmą Państwo udział udział w losowaniu laptopa!

Redakcja

Całość: http://twojaruda.pl/Dziennikarz-obywatelski-z-Rudy-Slaskiej-nominowany-do-prestizowej-nagrody!,8209

04-02-2010, 19:12

Dziennikarz to człowiek, który stale dziwuje się światu  »

studentpolski.pl
Marcin Sitko
04-02-2010

Marek Czyż o zawodzie dziennikarza

Marek Czyż  – osobowość telewizyjna i znakomity dziennikarz. Specjalnie dla naszych czytelników opowiada o kulisach pracy zawodowej. Dziennikarstwo to z pewnością jedno z najciekawszych zajęć dla ludzi aktywnych i lubiących, gdy stale “coś się dzieje”.

Jak to było w Pana przypadku, kiedy właściwie poczuł Pan, że praca dziennikarza telewizyjnego jest tym, czym warto się w życiu zająć?

Marek Czyż

Ja niestety poczułem to w strasznie złym momencie… Na czwartym roku studiów prawniczych. Owszem,  wcześniej bawiłem się w dziennikarstwo. Między innymi przez dwa lata pracy w radiu Top, czyli pierwszym komercyjnym radiu na Śląsku, a potem w Radiu Katowice. Następnie trafiłem do Telewizji Katowice – mając już temat pracy i  promotora. Kończąc w zasadzie już studia. Człowiek był przy okazji na tyle młody, by być na tyle głupim, by wsiąknąć w ten zawód nie martwiąc się o swoją dalszą edukację. Dziś w wieku czterdziestu jeden lat puknąłbym się w głowę i skończyłbym te studia. Są niestety rzeczy w życiu, które odpuściłem sobie, by zajmować się tym, czym się obecnie zajmuję.

Cenę zapłacił Pan więc sporą, ale sądzę, że było warto.

Oczywiście. Są ludzie, bardzo ich szanuję, którzy kończą studia w trybie zaocznym na przykład i jakoś im idzie. Ja nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Dlatego wykształcenie mam, jak to niektórzy złośliwi mówią „prezydenckie”. Ale też wszystkim młodym ludziom chcę powiedzieć, by nie sądzili, że jest to zawód, który się zdobywa w szkole.

Dla osób, którzy nie znają tego zawodu od „podszewki” może to brzmieć, jako bardzo odważna teza…

Po pierwsze – zauważyłem, że znałem wielu ludzi, którzy skończyli studia dziennikarskie, a nigdy nie byli, nie są i nie będą dobrymi dziennikarzami. Znam też wielu ludzi, którzy kończyli studia inne niż dziennikarskie, a są absolutnymi ikonami tego zawodu. Taką dziennikarską arystokracją. Nie ma szkoły w Polsce, która tak naprawdę uczy dziennikarstwa. Dziennikarstwo poznaje się w pracy, w praktyce. Nie ma innej metody. Oczywiście, są uczelnie, które będą uczyły definicji felietonu, piramidy informacji, ale to nie ma żadnego związku z praktyką, z jaką potem się spotkamy. Gdyby nawet sięgać po bliskie mi realia telewizyjne, nie nauczą nas profesorowie w szkole tego, jak montować felieton, jak trzymać mikrofon, jak przeglądać taśmę w przeglądarce… To są realia, od których wielu młodych się odbijało i głęboko poranieni, zniechęceni nie wracali już do dziennikarstwa. Ten zawód nie ma żadnego związku z wykształceniem. Jestem tego przykładem.

A czy jest to zawód w praktyce trudny?

Ja bym chciał, żeby do młodych ludzi dotarło to, że jeżeli spotykają się dziennikarzem telewizyjnym, mówiącym o ciężkiej harówie to mu nie wierzcie. To nieprawda. To nie jest fizycznie wyczerpujący zawód. Ma za to inne niedogodności. Trzeba mieć sporo odporności na stres, mocne nerwy, umiejętność działania w napięciu i pod presją czasu. To tak. Bywają jednak dni, a jest ich zdecydowanie więcej w roku, kiedy mówimy – to fajna robota. Są też chwile w ciągu dnia, kiedy należy się spiąć, głównie intelektualnie i organizacyjnie. To nie jest ciężki zawód. Zajmuje dużo czasu, to fakt. W tej pracy spędza się kilkanaście godzin w ciągu dnia i naprawdę trzeba uważać, żeby nie stało się tak, że znajdujemy sobie zupełnie inne środowisko naturalne niż te, czym jest nasz dom i nasza rodzina. Trzeba uważać na więzy rodzinne, jakie budowaliśmy, bo mogą się stać strasznie delikatne. To też paradoksalnie porządkuje życie, bo jeżeli mamy świadomość tego, że może się tak stać to okazuje się, że spędzamy czas z rodziną tak, jak powinniśmy go spędzać.

Jak wygląda dzień pracy dziennikarza telewizyjnego?

Wygląda zupełnie różnie, w zależności, jaką się funkcję pełni. Byłem przez pewien czas wydawcą programu informacyjnego, jeszcze pracując w publicznej stacji. Polega to często na tym, że musimy się oprzeć na wiedzy i kompetencji naszych kolegów, którzy są przez nas wysyłani na zdjęcia. W zależności od tego, co przywiozą z terenu, zależy czy nasz dzień będzie bardzo spokojny, albo i nie. Bywa tak, że dostajemy taki pasztet, że trzeba go przewrócić do góry nogami…

Czyli często jest się zależnym pod pracy innych?

Niestety. Ale bywa i tak, że wyślemy na zdjęcia taki zestaw błyskotliwych ludzi, że to co nam przywiozą jest tak dobre i tak nam się podoba, że nie musimy już z tym nic robić. Jedyne co nam zaprząta wtedy umysł to, by poukładać to w odpowiedniej kolejności na antenie. Inny z kolei jest dzień prezentera informacyjnego. Inny jest dzień prezentera, który jest współwydawcą, bo i takie funkcje się w tym zawodzie reprezentuje. Wtedy wydawca polega na wiedzy prezentera, z którym omawia i kształt i kolejność tych materiałów. To zależy wiele od tego, jak bardzo wspomniany prezenter, bo przy nim zostajemy, przejmuje się swoją pracą. Jeżeli jest to dziennikarz, któremu zależy na tym, by prezentowane materiały miały autorski rys to wymaga to odrobiny komunikacji, sprawdzenia informacji i kilku innych zabiegów.

Czy dziennikarz jest stale poddawany ocenie?

To zależy, kto ma oceniać…

Na przykład widz

Widz często nie zauważy nawet tego, czy wydawca się przejął swoją pracą czy nie lub czy prezenter odpowiednio się do niej przygotował. Jeżeli ocenia to środowisko, zwłaszcza te, które wykonuje podobną pracę to pewnych spraw się nie ukryje.

No i konkurencja patrzy na ręce…

Całe szczęście, że jest konkurencja. To mobilizuje i w efekcie podnosi poziom pracy dziennikarza.

Jakie predyspozycje powinien mieć ktoś, kto myśli o pracy dziennikarza telewizyjnego czy prezentera?

Są rzeczy, które są od nas zupełnie niezależne… Musimy dobrze wyglądać. Telewizja jest sztuką obrazka. Oczywistym jest, że w życiu nie każdy mężczyzna musi wyglądać jak Robert Redford, a kobieta, jak Julia Roberts, ale w telewizji pewien standard już obowiązuje. Nie można mieć wad, które dyskredytują fizycznie. Są dziennikarze, którzy mają takowe i czynią z nich zalety, ale to jest naprawdę znikomy procent ogółu. Przeszli zapewne bardzo długą drogę do wykreowania siebie, jako osób charakterystycznych. To się da zrobić, nie mniej jednak trzeba dużo siły, by się tym nie zniechęcić. Redaktor Mann ma mały problem, ale on jest przy tym niezwykle uroczy. Jest postawnym, dużym człowiekiem i wielbimy jego głos.

Ale on zaczynał w radiu. Mało kto go wtedy kojarzył „z twarzy”.

Dlatego funkcjonuje w tym środowisku określenie „radiowej” urody.

O czym jeszcze powinien pamiętać przyszły dziennikarz telewizyjny?

Druga rzecz to barwa głosu. W telewizji dziennikarz, który nie potrafi odczytać własnego tekstu, jest zdyskredytowany. Głos oczywiście da się “ustawić”, ale do tego też długa droga. Kolejne kroki już omówiliśmy. Odporność na stres, umiejętność pracy pod presją itp. Ważna jest też umiejętność syntetycznego formułowania treści. W telewizji, gdzie liczy się czas, jest to niezwykle ważne. Musimy mieć też w sobie sporą dawkę asertywności, czyli umiejętności mówienia “nie”, kiedy ktoś nas chce do czegoś nakłonić. Trzeba bronić swojego stanowiska. Nie możemy też bać się innych ludzi, nie możemy wstydzić się podejść do kogoś znanego, do polityka na przykład. Znam takich dziennikarzy, których paraliżuje strach. Jeszcze jedna uwaga na temat cechy, którą trudno zdiagnozować u ludzi, ale warto poszukać jej sobie. Dziennikarze to są ludzie, którzy dziwują się światu! Kiedy idziemy ulicą  i widzimy przewrócony kosz na śmiecie musimy się siebie zapytać, dlaczego on jest przewrócony? To pytanie musi rodzić kolejne – a jaka to dzielnica? Może on dlatego leży przewrócony, że dzieje się tutaj coś nie tak… Jeżeli tak jest -  to dlaczego ta dzielnica jest właśnie taka? To jest przykład oczywiście, ale ciekawość świata jest ważna. Ona musi budzić u nas pytania. Czasem banalne, a czasem skomplikowane. To pierwotna cecha, jaką dziennikarz musi w sobie mieć.

Wiedząc, że tę rozmowę przeczytają młodzi ludzie, którzy zastanawiają się nad wyborem dalszej drogi w życiu. Poleca im Pan ten zawód?

Oczywiście. Myślę, że każdy kto wykonuje zawód, który lubi – będzie go polecał. Przy założeniu, że on go już nie męczy… Zawsze powtarzam, że najgorszą rzeczą, jaka zawodowo może nas spotkać to taka, że kiedy o szóstej rano budzimy się, pierwszą nasza myślą jest – O Matko, znowu muszę tam jechać… Z drugiej strony myśli w rodzaju – ciekawe co dzisiaj się zdarzy, cieszę się, że idę do pracy – to wielki skarb i chwile, które powinniśmy w sobie pielęgnować. Na szczęście ja budzę się z tym drugim przekonaniem.

W tej pracy zapewne każdy dzień jest też inny, często niepodobny do poprzednich i niepodobny do tych, jakie jeszcze przed nami.

To jest bardzo ciekawe moim zdaniem. Najcenniejsza cecha tego zawodu, ta której fakt istnienia dziennikarze nie często sobie uświadamiają – jest taka, że spotykamy pewnych ludzi sam na sam, przeżywamy zdarzenia, jakie inni mogą tylko w telewizji zobaczyć, oddychamy atmosferą miejsc, które dla innych są dostępne tylko na ekranie. Sam miałem przyjemność brać udział w wydarzeniach, które tworzą historię. Byłem w Dublinie, kiedy Polska została przyjęta do Unii Europejskiej. Byłem też na miejscu prawdziwej tragedii, w dwadzieścia minut po zawaleniu się hali targowej MTK. Ogląda się na własne oczy najważniejsze momenty w historii kraju, ale i ludzką rozpacz.

Nie mówiliśmy do tej pory o tej stronie tego zawodu. Trudno się oswoić z relacjonowaniem bolesnych wydarzeń?

To są momenty, które powinny być udziałem dorosłych i dojrzałych ludzi. Niekoniecznie młodych, bo mogą zdemolować psychikę. Ale to paradoksalnie jest też wielką wartością tego zawodu.

Nie wolno zasłaniać oczu?

Wie pan, przypominam sobie wypadek drogowy, jaki miał miejsce w okolicach Koziegłów. Tragiczny. W wyniku czołowego zderzenia samochodu osobowego z ciężarowym w jednym pojeździe zginęło troje ludzi i pies. To się okazało dopiero po czasie. Kiedy przyjechałem na miejsce prokurator powiedział, że nie wie właściwie ilu tam jest nieboszczyków. W środku była maszynka do mięsa… Ale trzeba tam podejść, nie dla szukania sensacji, ale dla prawdy dziennikarskiej. Ja nie mówię o tym w tej chwili, by kimś wstrząsnąć. Ja mówię o tym, czym czasami bywa też ten zawód.

Czy obcowanie z takimi sytuacjami zmienia człowieka? Myślę, że ciężko po takich materiałach wracać do domu, widzieć dzieci, rodzinę, uśmiechy.

Nie wolno pozwolić życiu wyprać się z emocji. Trzeba trochę tej empatii dla życia zachować. Podejść do niego refleksyjnie.

Mimo wszystko życzę Panu jak najmniej takich zdarzeń do relacjonowania. Dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

Marcin Sitko

Całość: http://www.studentpolski.pl/wywiady.php?id=15