Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

21-02-2010, 18:01

Bogusław Reichhart (1953-1955)  »

Dziennik Zachodni
Michał Smolorz
21-02-2010

Poczet redaktorów naczelnych “DZ”

Redaktor Bogusław Reichhardt

Bogusław Reichhart objął “Dziennik Zachodni” 1 kwietnia 1953 roku w zupełnie nowej sytuacji politycznej i wydawniczej. Niespełna miesiąc wcześniej (5 marca) umarł Stalin, co wywołało powszechnie obowiązującą żałobę rozdmuchaną do rozmiarów międzynarodowej histerii, ze starannie reżyserowanymi zbiorowymi seansami płaczu włącznie. Nazajutrz śląski pisarz Gustaw Morcinek z sejmowej mównicy “w imieniu społeczeństwa” zażądał zmiany nazwy Katowic na Stalinogród, a Rada Państwa już 7 marca specjalnym dekretem przychyliła się do “głosu ludu”. Nowy naczelny podjął więc pracę nie w Katowicach, jak stało na dokumencie nominacji, a w Stalinogrodzie. Jeszcze za rządów jego poprzednika nastąpiła likwidacja Instytutu Prasy Spółdzielni Wydawniczej “Czytelnik”, a wszystkie wydawane tam gazety przejął główny PZPR-owski koncern RSW “Prasa”, który będzie zawiadywał “Dziennikiem Zachodnim” do 1990 roku. Prasa “Czytelnikowska”, jak ją nazywano, formalnie przestała istnieć, choć wielu klientów jeszcze długie lata będzie ją tak nazywać.

Bogusław Reichhart został przeniesiony do “Dziennika” z łódzkiego “Głosu Robotniczego”, gdzie pracował od września 1946 roku, powoli pnąc się po szczebelkach dziennikarskiej kariery od stażysty do kierownika działu. Pochodził z Kresów, urodził się w 1924 roku w Samborze w województwie lwowskim, w polsko-żydowskiej rodzinie kupieckiej. Po zaanektowaniu regionu przez Związek Radziecki uczył się w miejscowym gimnazjum, ale naukę przerwał po wkroczeniu Niemców i wyemigrował w głąb Rosji, trafiając pod skrzydła Związku Patriotów Polskich. Z nową władzą pojawił się w 1944 roku w Lublinie, a pół roku później w Warszawie.

Jego kariera w komunistycznej nomenklaturze przyspieszyła po powstaniu RSW “Prasa”, do objęcia kierowniczych stanowisk brakowało mu jednak wyższego wykształcenia – w latach 1950-53 studiował więc w Wyższej Szkole Dziennikarskiej przy KC PZPR, powołanej w celu szybkiego dokształcania kadr “frontu ideologicznego”. Uczelnia ta działała na oryginalnej zasadzie: zasadniczo aby podjąć studia, trzeba było być robotnikiem lub chłopem “wysuniętym przez organizację partyjną”. Naukę można było rozpocząć bez matury, jedynie oświadczając, że “później się ten brak uzupełni”.

Ze Stalinogrodem nowy naczelny nie czuł się specjalnie związany, traktował to miasto jako przystanek w partyjnej karierze, zesłanie przed bardziej świetlaną przyszłością w stolicy. W kraju i w całym bloku sowieckim – mimo śmierci Stalina – rygory komunistycznego terroru nie ustawały. Nie inaczej było na Śląsku. Konflikt z Kościołem nasilał się, biskupi pozostawali na wygnaniu, więzienia wciąż pełne były ofiar Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. I sekretarzem stalinogrodzkiego KW PZPR był wtedy Józef Olszewski, wywodzący się z tego samego co Reichhart kręgu komunistycznych działaczy przybyłych ze Związku Radzieckiego.

 Ów w połowie lipca 1955 roku doczekał się wreszcie upragnionego awansu do Warszawy – został przeniesiony na stanowisko zastępcy redaktora naczelnego “Sztandaru Młodych”. Ale wielkiej kariery w Warszawie już nie zrobił, do emerytury kręcił się na karuzeli partyjnej nomenklatury. Po marcu 1968 roku został odsunięty do drugiego szeregu, na emeryturze dorabiał jeszcze jako redaktor w drugorzędnych wydawnictwach, pisywał przedmowy do książek, wydał nawet własny zbiór aforyzmów.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/jubileusz/224046,poczet-redaktorow-naczelnych-dz-boguslaw-reichhart-1953-1955,id,t.html

19-02-2010, 19:52

Sławik zapomniany, bo tak dziękowała Polska  »

Dziennik Zachodni
Grażyna Kuźnik
19-02-2010

Nikt o nim w Polsce nie słyszał przez prawie pół wieku od zakończenia wojny. Choć Henryk Sławik uratował życie tak wielu ludzi, jego żona w Katowicach żyła w biedzie, szykanowana przez Urząd Bezpieczeństwa.

Dlatego że był przedwojennym dziennikarzem, powstańcem i działaczem politycznym.

Dopiero w latach 90., gdy do Polski przyjechał z Izraela Henryk Zvi Zimmermann, zaalarmował, że nikt tutaj nie pamięta o Henryku Sławiku. Opowiadał, że to on właśnie ratował na Węgrzech tysiące Żydów; dzieci i dorosłych. Kiedy Niemcy zajęli Węgry, nie wyjechał, chociaż mógł. Oddał życie za węgierskiego przyjaciela Józsefa Antalla, z którym ratował Żydów. Sławik wziął na siebie całą za to odpowiedzialność w czasie ich konfrontacji na gestapo.

Odtąd zaczęły się o nim pojawiać pierwsze publikacje i filmy dokumentalne. Grzegorz Łubczyk napisał książkę “Henryk Sławik – polski Wallenberg”, powstał też film “Mój Tata”; w reżyserii autora książki. Sławika uhonorowano pośmiertnie tytułem Sprawiedliwego wśród Narodów Świata.

Cztery dni uznania

W Katowicach od końca wojny mieszkała córka bohatera. Nagły szum wokół ojca cieszył ją, ale i przypominał o tym, jak późno przyszło uznanie.

Henryk Sławik z żoną i córką na Węgrzech

- Tyle lat milczenia, biedy, upokorzeń dla matki i dla mnie. Dobrze, że chociaż ja tego doczekałam, mama nie dożyła tej radości. Po wojnie miała bardzo ciężkie życie. A ja jestem tak schorowana, że nie mogę brać udziału we wszystkich uroczystościach – wyznała nam sześć lat temu nieżyjąca już Krystyna Kutermak. Po ojcu odziedziczyła rysy twarzy i złoty zegarek; to była jej jedyna po nim pamiątka. I wpis do pamiętnika: “Za życiem nie trzeba gonić, przychodzi ono samo do człowieka. Ale tajemnice życia trzeba okupić bólem i łzami”.

Przez lata sygnały o tym, że miała bohaterskiego ojca, dochodziły do niej tylko z Izreala. Tam pamiętali, jakim człowiekiem był Sławik. – Ojciec był szlachetny, często niewygodny jeszcze za życia, a jak widać, także po śmierci. Nie ratował ludzi dla poklasku, korzyści czy sławy – zaznaczała córka.

Nie dostawały z matką po ojcu żadnej renty. Żona Sławika, Jadwiga, była więźniarka obozu koncentracyjnego, nie miała w Polsce za co żyć. Nie było dla niej dobrej pracy. - O jego śmierci w obozie zawiadomił matkę sam ówczesny premier Cyrankiewicz, ale nie zrobił nic, żeby nam pomóc. Gdyby ówczesna władza musiała mówić o Sławiku, to pewnie pojawiłoby się pytanie: a co wy zrobiliście dla innych w tamtych czasach? – zastanawiała się Krystyna. Mimo obietnic, rodzinie Sławika nie pomógł także rząd londyński. Chociaż wcześniej deklarował, że pomoże jego żonie i córce żyć skromnie, ale godnie. Nigdy nie przysłali im nawet pozdrowień.

Kiedy na Węgrzech gestapo zabrało Sławika do Mauthausen, gdzie zginął, jego żona trafiła do obozu w Ravensbruck. Ich córka,14-letnia wtedy Krystyna, zdążyła podczas obławy uciec przez okno; tygodniami kryła się w lasach i na polach w obcym kraju. Powie później, że z dziećmi Holocaustu połączył ją wspólny los; tak jak one – czuła się jak ścigane zwierzę, opuszczona przez cały świat.

Matka, Jadwiga Sławik, przeżyła Ravensbruck, wróciła na Śląsk, potem cudem dołączyła do niej z Węgier Krystyna. Wiedziały już, że ojca nie ma. W Katowicach generał Ziętek przydzielił im mieszkanie, a w 1946 roku pojawiła się nawet ulica Henryka Sławika. Jadwiga szła nią, dźwigając ciężkie paczki z magazynów, kiedy w końcu dostała pracę. Ulica nosiła imię jej męża tylko cztery dni. – Mama tylko się uśmiechnęła po zmianie nazwy na Zabrską. Nie miała już złudzeń co do naszych losów – wspominała córka.

…Zawsze chcieli być razem

Przed wojną Sławikowie mieszkali w eleganckim mieszkaniu przy ulicy św. Jana w Katowicach. Ich sąsiadami byli zamożni urzędnicy, na pierwszym piętrze mieszkał brat kardynała Hlonda. Krystyna uważała swoje dzieciństwo za cudowne; pełne miłości, spacerów i rozmów z ojcem, książek. Ojciec w tym czasie był redaktorem naczelnym “Gazety Robotniczej”.

Szczęście skończyło się w chwili, gdy we wrześniu 1939 roku niemiecka bomba spadła właśnie na ich dom. To była jedyna kamienica w mieście, po której nic nie zostało. Chociaż nie – w serwantce Krystyny stał delikatny porcelanowy dzbanek z inicjałami matki. Tylko on uratował się wtedy z jej posagowego serwisu.

Żona Henryka Sławika, Jadwiga Purzycka, pochodziła z zamożnej, warszawskiej rodziny. Poślubił ją w 1928 roku, a po raz pierwszy zobaczył podczas baletowego przedstawienia. – Mama była tancerką klasyczną, śliczną, zgrabną kobietą – opowiadała ich córka. – Bardzo się kochali. Mama przecież nie chciała go opuścić na Węgrzech nawet za cenę życia. Bo załatwił paszporty szwajcarskie tylko dla niej i dla mnie, sam uważał, że musi zostać. Ale mama nie wyobrażała sobie, że wyjedzie bez niego.

Henryk urodził się w Szerokiej, dzisiaj dzielnicy Jastrzębia – Zdroju, w ubogiej rodzinie. Miał ośmioro rodzeństwa, ale tylko on wyrwał się w świat. – Zapłacił za to chłodem ze strony bliskich. Krył się za tym jakiś ból. Nigdy nie poznałam tamtych dziadków, ojciec mnie tam nie zabierał, chociaż sam do nich jeździł, jak mówił, z tęsknoty. Po wojnie tamci krewni nigdy się do nas nie odezwali. Zresztą nie tylko oni, inni też się bali. Wokół nas zawsze było pusto – zwierzała się córka.

Po wybuchu pierwszej wojny Henryka Sławika przymusowo wcielono do niemieckiej armii. Wrócił jako gorący polski patriota, wziął udział w trzech powstaniach śląskich. Zaczął też kształcić się na własną rękę. W 1934 roku wszedł do Rady Naczelnej PPS. Już w czasie plebiscytu pisał do “Gazety Robotniczej”, w 1928 został jej redaktorem naczelnym. Był przeciwny współpracy z komunistami, ale nie popierał też polityki Piłsudskiego. Jako redaktor odpowiedzialny stawał kilkakrotnie przed sądem; raz nawet siedział w więzieniu. W 1930 roku wybrano go na prezesa syndykatu Dziennikarzy Polskich Śląska i Zagłębia. Został też posłem do Sejmu Śląskiego.

Tysiące Słowackich

Po wybuchu wojny hitlerowcy od razu zaczęli polować na Sławika. Udało mu się jednak przedostać na Węgry, a jego żona i córka schroniły się u rodziny w Warszawie, dotarły do niego później. Sławik trafił do obozu dla uchodźców, gdzie spotkał Jozsefa Antalla, radcę węgierskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Antall wkrótce zyska miano “ojczulka Polaków” i stanie się jego przyjacielem.

Sławik poskarżył się Antallowi na położenie Polaków w obozie. Węgierski urzędnik przejął się jego słowami i zrobił go prezesem Komitetu Obywatelskiego do Spraw Opieki nad Uchodźcami Polskimi. Nie mógł lepiej wybrać. Sławik wydawał polskie dokumenty wszystkim uciekinierom, bez względu na pochodzenie. Założył też sierociniec dla “dzieci polskich oficerów”, chociaż miały czarne oczy i nie znały pacierza. To do Sławika trafiały dzieci wyrzucone z pociągów w drodze do Oświęcimia i Majdanka, ocalone z getta, oddawane przez rodziców pozbawionych szans na ratunek. Dostawały status sieroty po polskim żołnierzu.

Węgry formalnie były sojusznikiem hitlerowskich Niemiec, jednak spora część społeczeństwa była przeciwna nazizmowi. Dlatego bezpieczne schronienie znalazło tutaj około 100 tys. obywateli polskich. Katolicka metryka i polskie nazwisko oznaczały ratunek dla Żydów. Krystyna Kutermak wspominała, że w Budapeszcie pojawiły się nagle setki Mickiewiczów i Słowackich; każdy żydowski uciekinier chciał się tak nazywać.

Sławik ryzykował śmiercią. Gdy węgierska policja łapała świeżo upieczonych Słowackich w synagodze, albo gdy sąsiedzi sierocińca zastanawiali się, dlaczego dzieci polskich oficerów są takie śniade. I gdy policjanci zaczęli nagle liczyć setki nowoprzybyłych Mickiewiczów. Sławik przyznawał, że boi się donosicieli, nadal jednak produkował dokumenty. Tyle tylko, że zakazał nadawania uchodźcom nazwisk polskich wieszczów.

Pomagał mu Henryk Zvi Zimmerman, któremu Sławik dał swoją pieczątkę i pełnomocnictwa. Zimmerman, przyszły izraelski dyplomata i wicemarszałek Knesetu wspominał, że o Sławiku dowiedział się od uratowanych przez niego będzińskich Żydów. Nie zawiódł się. Odtąd wspólnie przerzucali Żydów do jugosłowiańskiej partyzantki, innych ukrywali na wsiach, a dzieci umieszczali w specjalnie utworzonym sierocińcu w miasteczku Vac.

Bez słów

Zachowały się wspomnienia żydowskich dzieci, które wprost z koszmaru trafiały do bezpiecznego sierocińca Sławika. Jego córka wspominała, że symboliczny pogrzeb ojca w Izraelu należał do największych wzruszeń w jej życiu.

- Bo przecież w Katowicach nie miałyśmy grobu ojca. Kiedy w Izraelu zobaczyłam dzieci i wnuków tych ludzi, które ojciec uratował, tę całą wielką gromadę wdzięcznych mu osób, zabrakło mi słów ze szczęścia – wyznała podczas naszej ostatniej rozmowy.

W 1944 roku Antall i Sławik trafili w ręce gestapo. Hitlerowcy z polskiego donosu dowiedzieli się wszystkiego o Sławiku, nie byli jednak pewni Antalla. Na konfrontacji Sławik wciąż zaprzeczał, że Antall pomagał Żydom. Mimo tortur, groźby własnej śmierci i najbliższych. Żonę Sławika więziono w tym samym gmachu, słyszała jego krzyki podczas katowania. Ale ocalił przyjaciela. Kiedy po przesłuchaniach gestapo wiozło ich w samochodzie – Antalla na wolność, a Sławika na śmierć w Mauthausen, Węgier uścisnął Henrykowi rękę. Sławik oddał uścisk i powiedział: “Tak dziękuje Polska”.

Sławik – bohater czasu wojny

Kim był człowiek, któremu Katowice poświęciły nazwę jednego ronda i jego imię nadały szkole? To mało wciąż znany Henryk Sławik – “polski Wallenberg”, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata, ratujący Żydów w czasie II wojny światowej. To właśnie jemu będzie poświęcony 25 lutego specjalny Dzień Węgierski z udziałem prezydentów Polski i Węgier, naukowców i dyplomatów obu państw.

Człowiek, który uratował życie 30 tysiącom polskich uchodźców na Węgrzech, w tym 5 tys. Żydów – to właśnie Henryk Sławik (1894-1944). Urodzony w Szerokiej (dziś dzielnica Jastrzębia Zdroju), zamęczony w Mauthausen, całe życie związany był ze Śląskiem – jako uczestnik trzech powstań śląskich, poseł do Sejmu Śląskiego, delegat do Ligi Narodów. Po klęsce wrześniowej w 1939 roku znalazł się na Węgrzech. Tam stanął na czele Komitetu Obywatelskiego ds. Opieki nad Uchodźcami Polskimi. Razem z delegatem węgierskiego rządu Jozsefem Antallem seniorem wystawiał im dokumenty ratujące życie. Torturowany przez Niemców, nie wydał swojego węgierskiego przyjaciela, ojca późniejszego premiera Węgier.

- 25 lutego w Katowicach odbędzie się Dzień Węgierski organizowany przez Urząd Miasta w Katowicach i stowarzyszenie “Henryk Sławik – Pamięć i Dzieło”, przy współpracy Akademii Muzycznej, Uniwersytetu Śląskiego i Akademii Sztuk Pięknych – mówi Michał Luty, jeden z członków założycieli stowarzyszenia. To ono wystąpiło do prezydenta RP o nadanie Sławikowi Orderu Orła Białego. Honorowy patronat nad Dniem Węgierskim, który przybliży pamięć o bohaterze, objęli prezydenci Polski i Węgier.

- Na czwartek 25 lutego została zaplanowana wizyta prezydenta Republiki Węgierskiej Laszló Sólyoma i prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego w Katowicach – informuje Waldemar Bojarun, rzecznik prasowy Urzędu Miasta Katowice.

Z udziałem węgierskich dyplomatów i naukowców na UŚ odbędzie się seminarium o uchodźcach z Polski na Węgrzech w czasie II wojny światowej i dziele Sławika. Na specjalnej konferencji pojawi się Klara Hejj – wnuczka Jozsefa Antalla. Będzie mówiła na temat pamięci bohaterskiego Polaka, która przetrwała w jej rodzinie. Zaplanowano także prezentację fragmentu filmu “Polski Wallenberg” z wypowiedzią Jozsefa Antalla oraz wystawę w Akademii Muzycznej o wielowiekowej przyjaźni polsko-węgierskiej.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/223295,slawik-zapomniany-bo-tak-dziekowala-polska,id,t.html

19-02-2010, 12:03

“WYBITNY SPECJALISTA MOTORYZACYJNY”  »

Newsweek.pl
Zbigniew Aleksander Wieczorek
19-02-2010

Z cyklu – Ja, żurnalista – recydywista…

31 lat w branży medialnej, współpraca ze 115 redakcjami, przekroczenie średniego wieku w dziennikarstwie i nadal pobieram tlen – to trzeba uczcić. Może więc nieco powspominam. Incydent z radiowęzłem przed studiami, kiedy to nadawałem przez pewne zakładowe megafony w wieku lat 19-tu już tu odnotowałem. Może teraz parę słów o motoryzacji.

XXX

Do 34-tego roku życia jeździłem przeważnie na rowerze. Pierwszym moim autem była “Jajecznica”, przeraźliwie żółty Fiat 126P mający lat 10. Kupiłem ją z jednego powodu – to auto miało radio. Miało także parę innych części, przeważnie się psujących.

A ten chwyt ze strzykawką, którą się benzynę dozuje w głąb gaźnika znacie? A ten chwyt z kijem od szczotki, którym się zapala rozrusznik?…. Potem była Zastava, w której działały przeważnie tylko 2 biegi – wsteczny i czwórka…. Wreszcie zostałem właścicielem auta, które było w stanie przekroczyć 100 km na godzinę. To duży Fiat, kolor kość słoniowa.

Auto to miało rodowód jak najbardziej prasowy. Opisałem bowiem w tygodniku “Goniec Górnośląski”, na podstawie zeznań Straży Miejskiej w Chorzowie, właściciela Fiata 125P o numerach takich i takich, że po odholowaniu go za niewłaściwe parkowanie, właściciel (podobno kawał gbura i chama) wsiadł za jego stery, po czym “taranując łańcuchy” odjechał nie płacąc mandatu i o mało nie przejeżdżając ochrony.

Co się okazało? Właścicielowi Straż Miejska ciągle robiła ten numer, a auto zabrano mu na lawetę spod domu przy głównej ulicy miasta, częściowo wyłączonej z ruchu. No to gdzie on miał ten pojazd zostawiać na noc? Sympatyczny i jowialny pan Ryszard po tej notatce zjawił się w redakcji i wkrótce się zaprzyjaźniliśmy. Do tego stopnia, że kupiłem od niego ten pojazd….

W roku 1992 trafiłem do redakcji, utworzonego przez Wojciecha Fibaka “Dziennika Śląskiego”. Gazeta miała wstrząsnąć rynkiem prasowym Katowickiego – nakład magazynu niedzielnego sięgał 60 tysięcy i jako pierwsi wprowadziliśmy kolorowy dodatek TV. Musieliśmy też mieć rubrykę motoryzacyjną. – Ty masz dużego Fiata. To się tym zajmiesz – mianował mnie Wybitnym Specjalistą Motoryzacyjnym (WSM) nacz-redaktor Krzysztof. Fakt kwalifikacje miałem niezłe, a sam naczelny podróżował wiekowym Audi, do którego bodajże wchodził przez bagażnik.

Jako WSM zacząłem bywać na salonach motoryzacji. W podejmowaniu redaktorów przodował w latach 90-tych Fiat Auto Poland. Robił więc w Ameliówce pod Kielcami spędy na 200 żurnalistów. Bywało, że przez cały weekend. A więc obowiązkowa konferencja prasowa z włoskim kierownictwem, potem bankiety i balety, a nazajutrz wyścigi na torze Miedziana Góra. Bardzo miły dla dziennikarzy był zwłaszcza dyrektor ds. mediów Giovanni Pratti – szkoda, że po kilku latach wrócił do Włoch. W 1997 roku koncern z Turynu przeszedł sam siebie – na europejską premierę Sieny, mającą miejsce na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie zwieziono redaktorów z całej Polski Boeingiem (!), który obleciał całą Polskę, lądując pięć razy zanim znalazł się nad morzem.

Fiat słynął zwłaszcza z imprez robionych dla redaktorów z branży moto na targach w Poznaniu (w czasach, kiedy te targi były rzeczywiście wydarzeniem) – do dzisiaj pamiętam przyjęcie na 200 osób, mające miejsce w Zamku Bismarcka. Towarzycho siedziało przy stołach przemieszane z finalistkami konkursu Miss Polonia, Maryla Rodowicz w wianku na głowie śpiewała do kotleta, a ponad naszymi głowami z prawdziwych (!) kusz strzelali nasi koledzy do tarcz. Niekiedy z promilem we krwi… Przeżyłem, bo wstawałem wpół-zgięty…

Ostatnią większą imprezą dla mnie był rajd Warszawa – Jurata – Warszawa organizowany w roku 1999 przez Renault. W Falenicy wsiadaliśmy do autek i jechaliśmy E–7 nad morze. A że połowa zaliczyła po drodze mandaty za przekroczenie szybkości, to już inna bajka. W Juracie gościliśmy w Bryzie, niegdyś ośrodku partyjnych dygnitarzy, teraz kupionym przez Zbigniewa Niemczyckiego… Z kolegów redaktorów bardzo mile wspominam Andrzeja Zielińskiego, który nigdy się nie wywyższał, chociaż on z Warszawy, a i czasami nam zaśpiewał. Bywał też Zientarski z synem i redaktor Iwaszkiewicz…

Tak mi to weszło w krew, że nawet z rozpędu pojechałem na Mondial L’Automobile do Paryża, gdzie podziwiać można było m.in. kolekcję pojazdów Agenta 007. Przez 4 lata rzeczywiście stałem się WSM, pisząc felietony do pisma “Giełda Samochodowa” (nakład 70 tysięcy). Tytuł tego cyklu brzmiał – Z piskiem opon. Osobna bajka to tzw. testy aut – tu bardzo miło wspominam relacje z Oplem (GM Poland) za czasów Zbyszka Lazara i Przemka Byszewskiego…

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od dużego Fiata, którego rzecz jasna rdza dawno spożyła.

ZEW

Całość: http://www.redakcja.newsweek.pl/Tekst/Spoleczenstwo/535098,Wybitny-specjalista-motoryzacyjny.html

15-02-2010, 16:53

“Zmiana szefa na Bytkowie. Nowym dyrektorem jest…”  »

Gazeta Wyborcza Katowice
jk
15-02-2010

Miłosz Stawecki został odwołany przez zarząd TVP ze stanowiska dyrektora katowickiego ośrodka telewizji. Zastąpić go ma Jerzy Nachel, w przeszłości dziennikarz, sekretarz redakcji i szef “Aktualności” w TVP Katowice.

58-letni Nachel swoje stanowisko ma zawdzięczać poparciu polityków lewicy, podczas gdy jego poprzednik, choć nie afiszował się swoimi poglądami, był postrzegany jako reprezentant prawicy.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,7564403,Zmiana_szefa_na_Bytkowie__Nowym_dyrektorem_jest___.html

13-02-2010, 16:51

“Kolejne polityczne rozdania w katowickim ośrodku TVP”  »

NaszeMiasto.pl, Polska Dziennik Zachodni
Agata Pustułka
13-02-2010

Miłosz Stawecki, dotychczasowy dyrektor ośrodka TVP Katowice, został wczoraj przez zarząd TVP odwołany z funkcji, ale pozostaje pracownikiem spółki. Oficjalnie nazwisko jego następcy poznamy w poniedziałek, ale już wczoraj do budynku telewizji w Bytkowie przyjechał Jerzy Nachel, były dziennikarz tej stacji, typowany na następcę Staweckiego. 

- Podjechał i gdzieś zniknął. Wszyscy się zastanawiali gdzie, bo dawno go u nas nie było – powiedział nam jeden z dziennikarzy stacji.

Jerzy Nachel

Całej sytuacji smaczku dodaje fakt, że to właśnie Stawecki pozbył się Nachela z regionalnej Trójki kilkanaście miesięcy temu. Nie podobało mu się to, że Nachel kojarzony był zbyt mocno z byłą SLD-owską ekipą, która wcześniej rozdzielała karty w TVP Katowice. Stawecki, choć jego poglądy polityczne są nieznane, kojarzony był z PiS-em, bo objął stanowisko w czasach prezesa Andrzeja Urbańskiego i był popierany przez propi-sowskiego dyrektora telewizyjnej “Jedynki” Macieja Wojciechowskiego, katowickiego dziennikarza.

Dziś mamy jednak zupełnie nowe rozdanie. PiS i SLD podzieliły między sobie media jak łupy i ośrodek w Katowicach przypadł lewicy.

Wiele wskazuje na to, że i Miłoszowi Staweckiemu nie stanie się krzywda, bo ma przejść do Warszawy na stanowisko wicedyrektora TVP Info ds. finansowych. Tych planów jednak nie potwierdził nam wczoraj rzecznik TVP Stanisław Wojtera.

Odwołanie Staweckiego nie zmienia jednak w niczym fatalnej sytuacji finansowej katowickiej Telewizji. Ośrodek na 2010 rok otrzymał budżet zmniejszony o 45 proc., a dziennikarze musieli się pogodzić z obcięciem honorariów o 30 proc.

O zapaści finansowej kwitnącej niegdyś telewizji pisaliśmy wczoraj w tekście “Sądne dni w Bytkowie”. Pracownicy TVP skarżyli się na oszczędności, które zagrażają przygotowywaniu programu. Przewodnicząca Rady Programowej TVP Katowice, Jadwiga Chmielowska, zastanawia się nawet nad wejściem na drogę sądową przeciwko Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji oraz kolejnym zarządom TVP, których decyzje doprowadziły ośrodek na skraj bankructwa.

Dziennikarzy nurtuje jeszcze jedno pytanie: czy do katowickiego ośrodka Jerzy Nachel przejdzie w pakiecie z Adamem Turulą, też byłym dziennikarzem ośrodka. Turula, kojarzony z bardzo szeroką pojętą prawicą, miałby być prawicowym kwiatkiem do kożucha.

TVP Katowice – długa tradycja

3 grudnia 1957 - utworzono stację o nazwie Telewizja Katowice, nadano pierwszy program obejmujący zasięgiem południową i zachodnią część kraju (obecne województwo śląskie, znaczną część województwa opolskiego i małopolskiego, małą część województwa świętokrzyskiego, łódzkiego, wielkopolskiego i dolnośląskiego) oraz część Czechosłowacji.

29 kwietnia 1966 – oddano do użytku nowy ośrodek razem z 90-metrową wieżą telewizyjną (jako jeden z sześciu w kraju miał nadawać własny program przez 24 godziny na dobę). Ośrodek ma trzy studia produkcyjne (40, 110 i 400 m kw.), dwa wozy transmisyjne (6 i 10 kamer) oraz wóz satelitarny.

15 stycznia 2010 – w budynku katowickiego oddziału Telewizji Polskiej wybuchł pożar; nikt nie ucierpiał. (Wikipedia).

Całość: http://katowice.naszemiasto.pl/artykul/318090,kolejne-polityczne-rozdania-w-katowickim-osrodku-tvp,id,t.html

13-02-2010, 13:49

“TVP Katowice na dnie”  »

http://dziennikarz.prv.pl/
13-02-2010

To skutek obcięcia przez Warszawę budżetu ośrodka w Bytkowie o 45 proc. Dla oszczędności zrezygnowano z jednego zestawu montażowego i przyspieszono produkcję programów. Dziennikarze przychodzą do pracy pół godziny wcześniej, a czas ich pracy w terenie szefowie odmierzają ze stoperem w ręku.

Podobnie jak w pozostałych ośrodkach regionalnych, pensje katowickich reporterów zostały zmniejszone o jedną trzecią. Stacja nie korzysta już z usług emerytowanych dziennikarzy i współpracowników.

Jeśli zarząd TVP nie przekaże ośrodkom regionalnym pieniędzy z abonamentu, to przewodnicząca Rady Programowej Telewizji Katowice Jadwiga Chmielowska rozważa wystąpienie na drogę prawną przeciwko dwóm ostatnim składom Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji oraz kolejnym zarządom TVP. Uważa bowiem, że warszawska centrala doprowadziła katowicki ośrodek na skraj bankructwa. – Oficjalnie jest mowa o obcięciu środków na 2010 rok o 40-45 procent. Jak w tej sytuacji mówić o tworzeniu programu regionalnego? Nawet na te cztery godziny dziennie nie wystarczy.

Oczywiście najmniej winny jest obecny zarząd. Pijemy piwo ważone od co najmniej dziesięciu lat – mówi przewodnicząca. Program Telewizji Katowice jest całkowicie uzależniony od planów całodobowego TVP Info. Regionalne newsy mogą przebić się tylko w Aktualnościach. Żeby nadać ważną dla regionu relację, np. z wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego, trzeba się na własne ryzyko odłączyć od wspólnego pasma. – W TVP Info cieszą się, że są teraz obrady komisji hazardowej, bo to pozwala im zaoszczędzić. Włączają tylko kabel w Sejmie, a my zdychamy, bo nikt nie chce od nas programów albo ciągle nadawane są powtórki. Dla nas być albo nie być jest odzyskanie anteny. Na te kilka godzin programu możemy nadać tylko 24 minuty reklam.

Jak z tego wyżyć? – pyta dziennikarz Aktualności, najbardziej oglądanego programu TVP Katowice. Oczywiście najbardziej kryzys odbija się na pracownikach. – To prawdziwy dramat – mówi nam o sytuacji w TVP Katowice jeden z dziennikarzy. – Zagęszczono nas w pokojach, by rachunki za prąd i ogrzewanie były mniejsze, po korytarzach krążą hiobowe wieści, że w marcu w ogóle zabraknie pieniędzy i przejdziemy na postojowe. Pracownicy są zdezorientowani, bo choć kończy się luty, to jeszcze nie przedstawiono marcowej ramówki. A to ona powie prawdę o tym, na co rzeczywiście stać katowicki ośrodek.

 - Ludzie mówią, że jak nie będzie sponsora, który zapłaci za program, to nie będzie programu. Teraz dziennikarze chyba muszą obdzwaniać firmy z prośbą o jałmużnę – słychać w telewizji. – Jesteśmy oburzeni, że wieloletnie zaniedbania najbardziej odczuwają twórcy. Obecny kryzys to nie kwestia ostatnich miesięcy, ale lat – mówi twardo Bożena Klimus, wielokrotnie nagradzana reportażystka TVP Katowice.

Dziennikarze w całej spółce musieli się pogodzić z obcięciem ich honorariów o 30 proc. Stacja w Katowicach zrezygnowała z pracy emerytów oraz części współpracowników. – Przechodzimy bardzo poważny i trudny proces optymalizacji kosztów. Zdajemy sobie sprawę z powagi sytuacji. Liczymy każdą złotówkę – przyznaje Krzysztof Karaś, szef Aktualności. Niedawno Rada Programowa TVP Katowice zwróciła się do posłów o pilne wprowadzenie zmian legislacyjnych, które zapewniłyby stabilne finansowanie publicznych mediów regionalnych.

- Finansowanie powinno być realizowane poprzez powszechną, społeczną składkę medialną pobieraną i zarządzaną przez kontrolowany społecznie Fundusz Mediów Publicznych. Określona w ustawie część tej składki powinna być przeznaczona na realizację misji przez regionalne anteny publicznego radia i telewizji – twierdzi Adam Warzecha, wiceprzewodniczący Rady Programowej TVP. Oczywiście posłowie pozostawili sprawę bez echa. W Telewizji Katowice sytuację dodatkowo komplikuje polityczne zamieszanie wokół osoby dyrektora ośrodka. Obecny Miłosz Stawecki ma być zastąpiony przez kandydata wskazanego przez SLD, bo w wyniku podziału medialnych łupów właśnie lewicy, a nie PiS przypadł katowicki ośrodek. Sprawa jest jednak przeciągana, bo nie ma odpowiedniego kandydata. Nie tylko w Katowicach piszczy bieda.

Podobnie jest we wszystkich regionalnych stacjach. Przeciwko obcięciu budżetu o 45 proc. zaprotestowała wczoraj Rada Programowa Telewizji Gdańsk. W rozesłanym do mediów dramatycznym oświadczeniu możemy przeczytać: “Restrykcyjna polityka finansowa wobec ośrodków regionalnych w zasadniczy sposób ogranicza możliwości realizacji misji telewizji publicznej w zakresie prawa obywateli do informacji. Nie można godzić się, aby radykalne ograniczenie centralnych środków finansowych oraz brak innych możliwości zrównoważenia kosztów zmierzało do likwidacji ośrodków regionalnych.” Władze telewizji na wszystkie protesty mają tylko jedną odpowiedź: to spadek wpływów z abonamentu doprowadził do cięć w ośrodkach.

Całość: http://www.szpila.net/strony/dziennikarz/news.php?page=1