Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

12-04-2010, 13:25

Nie ma Krystyny  »

12-04-2010

Krystyna Bochenek

Nie ma Krystyny – wybitnej dziennikarki radiowej, spełnionej matki i żony, mądrej i dobrej kobiety.

I kto teraz poprowadzi Ogólnopolski Konkurs Ortograficzny “Dyktando”, największą narodową klasówkę z języka polskiego? Kto wymyśli kolejną Wampiriadę, najmądrzejszą zabawę świata, zmieniającą się w akcję honorowego oddawania krwi? Kto zaproponuje podobną do “Królewny Śnieżki” sztukę, aby wspomóc finansowo śląskie Hospicjum Cordis i kto jeszcze potrafi obsadzić w niej i innych spektaklach, w głównych rolach, choćby Jerzego Buzka czy Kazimierza Kutza?

Kto stanie na czele legionów Krystyn i poprowadzi je w Polskę na imieniny Krystyny, jak miesiąc temu do Szczecina pod sztandarami: “Krystyna może?” Kto pogrozi palcem palaczom papierosów i trzaśnie każdymi drzwiami, jeżeli wyczuje tytoniowy dymek? Kto w Senacie łagodzić będzie polityczne obyczaje, kiedy Krystyna Bochenek już nie stuknie więcej marszałkowską laską?

Nie ma Krystyny – wybitnej dziennikarki radiowej, spełnionej matki i żony, mądrej i dobrej kobiety.

Dzisiaj każde słowo staje się banalne, ale zastanawiam się, co mogła myśleć lecąc do Katynia? Na miejsce potwornej zbrodni i śmierci, ale też w szczególnej dla siebie chwili, bo żyła w oczekiwaniu na narodziny wnuczki. W Katowicach zdradzała z dumą: będę babcią! Nie wyobrażam sobie, aby nie szeptała o tym w samolocie. Wszyscy musieli wiedzieć.

W ostatni piątek wieczorem kasowałem świąteczne sms-y z życzeniami. Zniknął, niestety, również ten od Bochenków. Ale kiedy ostatnio rozmawialiśmy, to snuła pomysły na integrację rozbitego śląskiego środowiska dziennikarskiego. Powinno zacząć się od powstania dziennikarskiego klubu, w którym – zaproponowała – podawane byłyby pierogi z mięsem a’la Dziadul; zgodziłem się pod warunkiem, że w menu znajdzie się jeszcze pajda chleba ze smalcem a’la Bochenek. Mocą swojego senatorskiego urzędu miała wyprosić u władz miasta lokal. Zresztą, Krysia winna to była dziennikarskiemu światkowi, bo swego czasu w katowickim klubie związków twórczych Marchołt (też lubiłem tę knajpkę) poznała zupełnie przypadkowo młodego lekarza – Andrzeja Bochenka, dzisiaj światowej sławy kardiochirurga. Nie znam innej tak pogodnej i tak szczęśliwej pary na Śląsku.

Dziadkowie Krystyny przyjechali na Śląsk za chlebem. Rodzice mieszkali w Katowicach – ona urodziła się w Stalinogrodzie. Stalinogród – Katyń, znowu na myśl przychodzi przeklęta symbolika. Polonistka, która tuż po studiach związała się z Polskim Radiem w Katowicach. A w radiu ukochanym tematem, pewnie za namową męża, stała się medycyna. Język polski i medycyna – tak chyba powinna być zatytułowana biografia Krystyny Bochenek.

Już w Senacie, w ostatnich wyborach głosowało na nią ponad 255 tys. osób – doprowadziła do ustanowienia roku 2006 Rokiem Języka Polskiego. A z drugiej strony – jej wcześniejsze zaangażowanie w akcję “Mamo, nie płacz” doprowadziło do uratowania przed likwidacją Oddziału Hematologii Dziecięcej w Zabrzu.

Była członkiem Rady Języka Polskiego przy PAN i członkiem Stowarzyszenia Osób Dotkniętych Chorobą Parkinsona. I tak można byłoby ciągnąć w nieskończoność. Język i medycyna. Dla wielu z nas w dramatycznych chwilach była pierwszym pogotowiem ratunkowym. Znała wszystkich ważnych lekarzy, a oni Krystynie Bochenek nie odmawiali.

Ktoś o Niej powiedział, że w życiu prywatnym i zawodowym jest jak król Midas – wszystko, czego dotknie, zmienia w złoto. W coś szlachetnego. Dariusz Kortko, kolega z “Gazety Wyborczej”, był świadkiem rozmowy Krystyny Bochenek z prof. Zbigniewem Religą. - Czy śmierć może być sprawiedliwa? – zapytała. Religa odpowiedział: - Śmierć generalnie jest sprawiedliwa wobec życia i kiedyś trzeba umrzeć!

Tylko nie w tym momencie, Krysiu, nie w tym momencie!

 Jan Dziadul
“Polityka”
12 kwietnia 2010 r.

x     x     x

Krystyna Bochenek żyła dla ludzi i ich spraw

Krystyna Bochenek była pionierką masowych społecznych akcji promujących zdrowy styl życia. Co dwa tygodnie była gospodynią Spotkań Medycznych współorganizowanych przez naszą redakcję.

Śmierć Krystyny Bochenek w katastrofie w lesie katyńskim jest niezrozumiała, niesprawiedliwa. Jak ktoś, kto tak bardzo kochał życie i ludzi, mógł tak zginąć?

Konsekwencja, specjalizacja, a przede wszystkim praca, praca – to były jej ulubione słowa. Powtarzała je do znudzenia. Jak przykazania. Perfekcja była jej znakiem firmowym. Wiadomo, że jak się Krystyna do czegoś wzięła, to zawsze wychodziło znakomicie.

Ogólnopolskie Dyktando wymyśliła na urlopie macierzyńskim, gdy spacerowała z ukochanym synem Tomkiem. Pierworodnym. Potem było mnóstwo innych pomysłów. Dla niektórych – szalonych, niemożliwych do zrealizowania. Ale dla niej rzeczy niemożliwych nie było.

- Zarażała energią, radością życia. Była najlepszą nauczycielką zawodu. Nie mogę ogarnąć myślą tej wielkiej tragedii. Jak osoba tak afirmująca życie mogła je stracić? – pyta Ewa Niewiadomska, dziennikarka Radia Katowice, w ostatnich latach najbliższa współpracowniczka Krystyny Bochenek.

Wicemarszałek Senatu, kobieta-instytucja, dobry człowiek. Krystyna Bochenek zawsze wyprzedzała innych o dwie długości. Nigdy nie pracowała na pół gwizdka, dawała z siebie wszystko. – Jak coś robisz, rób to dobrze – mówiła.

I jeszcze znajdowała czas, by zadbać o nienaganny wygląd, zadzwonić do koleżanki z urodzinowymi życzeniami, udzielić wywiadu, spotkać się z wyborcami, wesprzeć mądrą radą, pomóc. Na nazwisko Bochenek otwierały się wszystkie drzwi. Gdy inni mogli tylko bezradnie rozkładać ręce, wkraczała Ona.

Patronowała, prowadziła licytacje, wspierała akcje. Nie wiadomo, jak godziła swoje role, zajęcia. Pobudka 6 rano, potem kawa. W ciągu dnia kilka kaw. Uwielbiała kawę, a swoje zamiłowanie do niej usprawiedliwiała niskim ciśnieniem. Zawsze czarna, oczywiście bez cukru.

- Ostatnio najczęściej spotykałyśmy się w pociągu do Warszawy i w wagonie restauracyjnym przegadywałyśmy całą podróż. Pytałam: Krysiu, jak ty na to wszystko znajdujesz czas? A ona: “A ty jak znajdujesz?” – mówi prof. Ewa Małecka-Tendera, rektor Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. – Znałyśmy się wiele lat i muszę przyznać, że bez względu na funkcje, jakie pełniła, zawsze dla każdego była pełna życzliwości.

Krystyna Bochenek urodziła się w Katowicach. Skończyła filologię polską na Uniwersytecie Śląskim. Zaczęła pracować w Polskim Radiu Katowice. Dziennikarstwo radiowe stało się jej wielką zawodową miłością i choć miała swoje programy w telewizji, zawsze najlepiej czuła się na radiowej antenie.

- Nigdy nie poznałam równie kreatywnej osoby. A przy okazji tak obowiązkowej. I takiej kobiecej. Te jej buty na wysokim obcasie, ten elegancki strój… – wspomina przez łzy Anna Kidawa, dziennikarka Radia Katowice, która z Krystyną Bochenek współpracowała m.in. przy realizacji “Poradnika Medycznego”, najpopularniejszej audycji poświęconej medycynie.

Kidawa mówi, że Krystyna była wizjonerką. Na początku lat 90. przeprowadziła pierwszą w Polsce akcję ratującą zabrzański oddział hematologii dla dzieci pod hasłem: Mamo nie płacz. Wtedy jeszcze Jurek Owsiak nie myślał, że zostanie dyrygentem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. – Choć Krystyna ufała współpracownikom, do końca czuwała nad szczegółami każdego przedsięwzięcia. Brała nas w jasyr, ale uwielbialiśmy to. Ona wszystko zawsze sprawdzała. Dzwoniła do mnie dzień przed śmiercią, pytając o temat cotygodniowych poniedziałkowych spotkań z Czytelnikami “Dziennika Zachodniego”. Zreferowałam dokładnie, bo wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik – dodaje Anna Kidawa.

Wychowała wielu wybitnych dziennikarzy. Kamil Durczok, redaktor naczelny Faktów TVN, przyznaje, że była dla niego wzorem. – Wtedy do radia przychodziliśmy o 4 rano. Pamiętam jak po jednym z programów Krystyna zaczęła ze mną rozmawiać, o tym, co chciałbym robić. Powiedziała mi prosto z mostu: “Panie Kamilu, niech pan się zajmie poważniejszą tematyką, a nie tą muzyką – uśmiecha się do wspomnień Kamil. – Na zawsze pozostanie mi w pamięci, gdy do późnego wieczora pokazywała, jak montować materiał. Siedzieliśmy wtedy w starej montażowni na drugim piętrze. To wtedy, patrząc na nią, na jej pasję, uwierzyłem, że zawód dziennikarza może być fascynujący i stać się życiowym wyborem.

Drugą miłością zawodową Krystyny Bochenek – tuż po radiu – była medycyna. Nie bez znaczenia był wpływ męża, Andrzeja, wybitnego kardiochirurga, którego kochała i podziwiała.

Przełomowy dla jej kariery okazał się “Dobry sen Galiny”, wiele razy nagradzany reportaż Krystyny Bochenek z 1991 roku – o Rosjance oczekującej w Polsce na operację serca. Po emisji jeden ze słuchaczy, biznesmen, zapłacił za zabieg. Ludzie słuchali Galiny i płakali. Krystyna też nie ukrywała swoich emocji. Jak się wściekała, to okropnie, jak kochała to bezwarunkowo.

- Zetknęły nas studia polonistyczne. Wychowywali nas do dorosłego, zawodowego życia ci sami profesorowie. Jakże wiele mieliśmy wspólnych wspomnień – choćby te z pobytu Jana Pawła II w Gliwicach, podczas jego pamiętnej ostatniej wizyty w ojczyźnie, gdy przyszło nam relacjonować to spotkanie w sytuacji absolutnie absurdalnej: Krysia w studiu, ja z dwoma telefonami komórkowymi na gliwickim lotnisku, a przed nami trzy godziny programu – wspomina Jacek Filus, dziś dyrektor Polskiego Radia Katowice, wieloletni kolega z pracy.

Ostatni raz rozmawiał z Krystyną 7 kwietnia. Ustalali szczegóły akcji czytania papieskich dzieł, przygotowywanej na rocznicę urodzin papieża. Wszystko miała zaplanowane na wiele miesięcy naprzód.

- Tylko ktoś tak całkowicie spełniony życiowo i zawodowo, mógł być tak absolutnie wyzbyty zazdrości. Tylko taki człowiek mógł emanować dobrem – twierdzi Kamil Durczok.

To Krystyna Bochenek była pionierką masowych społecznych akcji promujących zdrowy styl życia. Podczas happeningu Różowa Wstążka na katowicki rynek zaprosiła prezydentową Jolantę Kwaśniewską, która przekonywała kobiety, że trzeba badać piersi i pokazywała na fantomie, jak to robić. Promowała Wampiriadę, czyli zbiórkę krwi. By wspomóc Hospicjum Cordis, wymyśliła sztukę “Królewna Śnieżka”, a na scenę zapędziła m.in. Jerzego Buzka i Kazimierza Kutza. Wprawdzie reżyserką spektaklu była Magdalena Piekorz, ale wiadomo, że na jedno dyscyplinujące spojrzenie Krystyny aktorzy amatorzy stawali na baczność.

- Ona, która była uosobieniem ochoty do życia, taka aktywna, tak ładnie patrzyła na świat. Już nie będzie patrzeć – powiedział nam zdruzgotany stratą Kazimierz Kutz.

Kiedy 13 lat temu rzuciła pomysł, by zorganizować ogólnopolskie imieniny Krystyn, wielu nie wierzyło, że to może się udać. – Mąż z córką kupili mi w prezencie bilet do katowickiej Filharmonii. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam Krysię. Wpadłam po uszy. Byłam na każdych imieninach. Na ostatnich, tegorocznych też. Pamiętam, jak do mnie powiedziała: Ty, Krysiu, jesteś ze mną od początku. Ogarnij to. A ja odpowiedziałam: Tak jest, pani kapitan – wspomina Krystyna Garbas i dodaje: – Wciąż nie mogę do siebie dojść. Rozdzwoniły się telefony od Krystyn z całego kraju. Płaczemy, rozpaczamy.

Sześć lat temu Krystyna Bochenek weszła w świat polityki ze znaną tylko sobie klasą. Pierwszy raz została senatorem w wyborach uzupełniających po zmarłym senatorze Adamie Graczyńskim. Kolejne wybory były jej ogromnym triumfem. W ostatnich zdobyła rekordową liczbę – ponad 255 tysięcy głosów. Nie było na nią mocnych.

Polityka, rozumiana jako walka i spór, nie interesowała ją. Nie uczestniczyła w partyjnych połajankach. Mandat senatora piastowała z godnością. Też dawała z siebie wszystko, spotykając się z wyborcami, odpowiadając na ich listy, liczne prośby. Wczoraj pod jej katowickim biurem zapalono znicze. Ludzie modlili się.

- Byliśmy zachwyceni jej energią i pomysłami. Na dodatek, co nam w ogóle nie mieściło się w głowie, ona je wszystkie realizowała ?! – wspomina szef śląskiej PO Tomasz Tomczykiewicz. Osobiście jest jej wdzięczny za wsparcie, gdy dializowany czekał na przeszczep nerki. – Jej troska była taka naturalna i szczera – mówi.

- To szczególnie bolesne, bo nie sposób oddzielić ją od jej męża. Byli jedną z najbardziej niezwykłych par. Żegnam ją z najwyższym smutkiem i żalem, że już nie zobaczę tego jej spojrzenia połączonego z wnikliwością i radością – twierdzi Kutz.

Z mężem Andrzejem Bochenkiem, znanym kardiochirurgiem, stanowili niesamowitą parę. Piękni, zdolni, wpatrzeni w siebie. Uczucie, przywiązanie i ich przyjaźń widać było na każdym kroku. O mężu zawsze mówiła: “Mój Andrzej”. Czytelnicy miesięcznika “Pani” przyznali im “Srebrne jabłko” wręczane kochającej się znanej parze. Po uroczystości w jednym z wywiadów przyznali, że zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia.

O synu Tomku i córce Magdzie mogła mówić godzinami. Cieszyła się ślubem syna, a teraz czekała na narodziny wnuczki. Dumnie zdradzała: “Będę babcią”. W jednym z wywiadów powiedziała: – Udało mi się w życiu. Mam do spłacenia za to dług i go spłacam.

Agata Pustułka
“Dziennik Zachodni”
12 kwietnia 2010 r. 

Mówią o Krystynie Bochenek:

Dziekan Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach Prof. Krystyna Doktorowicz:
Krysia mówiła o sobie, że jest dziennikarką od spraw ekstremalnych. Ja mniej łączę ją bezpośrednio z polityką, za to właśnie z jej działalnością wielkiego serca. Przede wszystkim pomagała innym.
Pamiętam, jak została wybrana do Senatu w wyborach uzupełniających, i w tych pierwszych dniach przychodziła do mnie do biura, bo jeszcze nie miała zorganizowanego własnego. Nie było papieru, krzeseł, a ona już mówiła: – Słuchaj, musimy przygotować aukcję obrazów, by zebrać na świetlice dla dzieci. Już miała poukładane, co trzeba zrobić, z kim się skontaktować.
W relacjach międzyludzkich była przefantastyczną osobą. Kiedy przyszła do Senatu, gdzie ja byłam trochę taką outsiderką, ona organizowała mi czas. Mówiła, żeby pójść do kina, teatru, na spotkanie. Ostatnio byłyśmy razem w komitecie obchodów stulecia harcerstwa, ona jako przewodnicząca tego komitetu. Pytałam ją nawet, czy kiedyś jej siły się wyczerpują. Jej temperament skierowany ku ludziom wydawał się niespożyty. Była jedyna w swoim rodzaju. Teraz cały czas oglądam informacje w telewizji i co pojawia się portret Krystyny, zatrzymuję go za pomocą specjalnej funkcji w telewizorze. Patrzę na nią, na jej rysy, rozpoznaję te kolczyki i nie mogę nadal uwierzyć w to, co się stało. Strasznie mi ciężko.

Posłanka PO Danuta Pietraszewska:
Krystyna Bochenek była uosobieniem piękna, harmonii, wyczucia smaku. Była osobą dobrą, miłą, życzliwą. Bardzo trudno jest mi o niej mówić w czasie przeszłym. Podziwiałam ją, jej styl, sposób bycia i życia – taki wewnętrznie spójny, ukierunkowany na innych. Teraz zdaję sobie sprawę, jak wiele dawała z siebie innym. Nie oszczędzała się.
Właśnie nie wiem, co robić, bo planowałyśmy wspólnie spotkanie z wdowami po górnikach. Rozmawiałyśmy o tym w ubiegłym tygodniu. To była dla niej ważna sprawa, jedna z tych – jak zwykle przez nią – perfekcyjnie załatwionych. Krystyna niezwykle aktywnie, energicznie i skutecznie zajęła się sprawą wywalczenia dla nich rent. Bez niej już nic nie będzie takie, jak dawniej.
Obserwowałam jej niezwykły kontakt z wyborcami. Był w jej postawie ogromny szacunek, chęć niesienia pomocy.
Poza wszystkim – była wyjątkową kobietą. Lubiła ludzi, lubiła z nimi rozmawiać. Potrafiła też słuchać, a my, którzy mieliśmy szczęście spotkać ją na swojej drodze, bardzo chętnie się jej zwierzaliśmy, dzieliliśmy się smutkami, radościami. Każdy, kto ją znał, wie, że w słowach tych nie ma przesady.
Była wielkim wrogiem palenia papierosów i napominała wszystkich palaczy. Mieliśmy Krystynę za zdrowotną wyrocznię. W warszawskim biurze Krystyny stał zawsze piękny bukiet róż, a na stoliku żadnych łakoci tylko pokrojone w paseczki ogórki, rzodkiewki, pomidorki.

Językoznawca, juror Ogólnopolskiego Konkursu Ortograficznego “Dyktando” Prof. Jerzy Bralczyk:
Zapamiętam Krystynę Bochenek jako osobę pełną życia, choć to dzisiaj zabrzmi może banalnie.
Niemniej było w niej tego życia z pewnością dużo więcej niż w wielu innych osobach. Miała pełno pomysłów, które w dodatku z żelazną konsekwencją i niespożytą energią wcielała w życie. Jej zapał do nich był ogniem. Więcej, potrafiła jeszcze zapalić innych do współpracy. W dodatku tymi swoimi pomysłami znakomicie trafiała w społeczne zapotrzebowania. Popularyzowała zdrowie, ważne przecież dla każdego człowieka.
Uświadamiała nam, Polakom, jak ważna jest znajomość języka polskiego i ortograficzna poprawność. Jej Dyktando było instytucją, tak jak ona sam była instytucją. Była przecież także członkiem Rady Języka Polskiego.
Znałem Krysię Bochenek od wielu lat, ale dopiero teraz sobie uświadamiam, jakim zaszczytem było uczestniczenie w jej wspaniałych przedsięwzięciach. Uważam, że Ogólnopolski Konkurs Ortograficzny “Dyktando”, który wykreowała, powinien nosić jej imię – jeśli tylko istnieje taka możliwość. Byłoby to wówczas zobowiązanie także dla dziennikarzy, a zarazem dla językoznawców i popularyzatorów poprawnej polszczyzny, by ten konkurs kontynuować.

x     x     x

“Moja mistrzyni”

“Nie ma ludzi niezastąpionych”. Bzdura. “Czas leczy rany”. Następna bzdura. “Bóg tak chciał”. Nieprawda. Jeśli Bóg jest miłością – jeśli jest – nie może chcieć nam zabrać ludzi, których kochamy. Nie tylu. Nie naraz. Nie tak gwałtownie – tragicznie zmarłą Krystynę Bochenek wspomina Kamil Durczok.

Długi ciemny korytarz katowickiego radia. Na końcu mały kamerlik, przy montażówce energiczna blondynka, dziewczyna z długimi włosami spiętymi w koński ogon. Pośród tumultu i krzyków, w sobie tylko znany sposób dźwiękoszczelnym kloszem przykrywa głosy płynące z rolek brązowej, radiowej taśmy. To mój pierwszy obraz Krystyny Bochenek. Zdjęcie zrobione migawką oka wróciło w sobotę rankiem. Znienacka, kiedy telefon z informacją, że Krysia była na pokładzie tego przeklętego samolotu pędzącego po śmierć na smoleńskie lotnisko, uczynił tę tragedię bardzo osobistą. Nagle wszystkie doniesienia, jakie zaczęły docierać, stworzyły dwa tragiczne światy. Jeden oficjalny, dramatyczny, przerażający ogromem nieszczęścia, jakie spadło na państwo. W drugim przez łzy wracały kolejne obrazy z 20 lat współpracy, znajomości, sympatii, przyjaźni. Obrazy Kogoś, dzięki Komu jestem tu, gdzie jestem. I Kogoś, Komu w tym zawodzie zawdzięczam wszystko.

Późne, jesienne ciepłe popołudnie. Ze stosem taśm z muzyką do porannego programu wpadam na Krystynę. Panią Krystynę.

- Gdzie pan tak pędzi?

- Do reżyserki, z muzyką na jutro.

- Pan tak chce tę muzykę do końca życia puszczać? Czy zajmie się Pan poważnym dziennikarstwem?

- Ja??? – pytam.

Pytania najgłupsze z możliwych zawsze padają jako pierwsze…

- Pan, a kto? Niech pan przyjdzie rano na kolegium.

Budynek przy Ligonia, drugie piętro, mały pokój, głowa przy głowie. Cała czołówka radiowych nazwisk, część znana dotąd tylko z anteny. Ciurlok, Ciepliński, Makles, Zawartka, Ochodek, Sojka, Baron, młoda, ale już znana z niewyparzonego języka Monika Szymborska. Krystyna Bochenek zaczyna kolegium. – To jest Kamil Durczok, będzie się od was uczył. Na twarzy Krystyny, kiedy to mówiła, rysował się życzliwy uśmiech.

Ta życzliwość będzie przez 20 lat jej znakiem firmowym. Życzliwość kogoś, kto jest w życiu spełniony, bo tylko takie spełnienie zabija w człowieku zawiść, zazdrość, niezdrową rywalizację, chore ambicje. Ta życzliwość pozwoliła Krystynie wychować i wprowadzić w śląskie, a potem ogólnopolskie media całą drużynę, nową generację tego zawodu.

- Pojedzie pan do Częstochowy. Jest tam jakaś awantura.

Pierwsze poważne zadanie dostałem od Niej, nie mając bladego pojęcia, co mam z nim zrobić. Przecież ja nawet nie wiem, jak się obsługuje magnetofon!

- Nie szkodzi. Pojedzie pan z Tośkiem.

Tosiek, radiowa legenda, litewski akcent i niespotykany spokój. Przywozimy jakieś rozmowy, wojewoda ładuje w “Solidarność”, “Solidarność” w wojewodę, kompletny chaos. Ma być na rano. Krystyna siada przy montażu razem ze mną. Cierpliwie, minuta po minucie tłumaczy, wyjaśnia, przycina, wyrzuca, wkleja. Kończymy dopiero wtedy, kiedy trzy minuty nagrania tworzą dźwiękową opowieść z początkiem, niemal obrazkową narracją, i zakończeniem. Nagle spostrzegam, że za oknem jest ciemno, prawie 21.00. Jezu, myślę, przecież ta kobieta powinna być dawno w domu. Wychodzimy, żegnamy się. Następnego dnia rano na korytarzu Piotr Karmański.

- To był dobry dźwięk – Karmański chwali, choć nigdy w życiu nic mu się nie podobało! Krystyna mruga okiem. I cieszy się bardziej niż ja.

Wiele razy zastanawiałem się, czy Krystyna nie kryje jakiejś tajemnicy bytów równoległych. Przecież nie można być jednocześnie dziennikarzem, społecznikiem, politykiem, marszałkiem, biegającym biurem pomocy ludziom. No i – a może przede wszystkim – żoną i mamą. Do tego zawsze odbierać telefony i zawsze wiedzieć, do kogo zadzwonić, żeby komuś pomóc. A przy tym być tak elegancką kobietą.

Myślę, że jej doba miała więcej godzin niż nasza, a Ona, w sekrecie, jak każda dobra wróżka potrafiła być w wielu miejscach jednocześnie.

Była jak moja starsza siostra. Najpierw zawodowa, potem życiowa. Od samego początku całe pokłady zaufania ulokowałem w Jej osobie. Miałem rzadką w życiu pewność, że każda rada płynąca od Niej jest dyktowana niespotykaną życzliwością. Dziś myślę, że ta życzliwość i dobroć były ze mną nawet wtedy, kiedy jej nie było. Była obok w dobrych i trudnych chwilach życia. Była, kiedy nasze zawodowe drogi się rozeszły, miała swój udział w początkach mojej znajomości z Marianną. Była, kiedy się pobieraliśmy, cieszyła się, kiedy na świat przyszedł mały Kamil. I była wtedy, kiedy los postanowił, że mam się zmierzyć z chorobą. To ona rzuciła jakby od niechcenia: – Napiszesz kiedyś o tym książkę. Wtedy się śmiałem, mówiłem – nigdy, a potem wspominałem jak potrafiła przewidzieć, co się stanie. Przewidziała wiele. Miała dar spojrzenia w przyszłość, nie tylko tę zawodową. Przeczuwała, co będą robiły jej dzieci. Wiedziała od dawna, że Tomek pójdzie w ślady ojca. Przewidywała, że będzie mu trudno, bo zawsze trudno mierzyć się z legendą. Wiedziała, że Magda musi przynajmniej raz wziąć się za bary z dziennikarstwem, nawet jeśli potem w życiu będzie robiła coś innego. Nie przewidziała tylko, że za swoje pasje przyjdzie jej zapłacić taką cenę Nie przewidziała, że musi nam jeszcze coś zostawić, jeszcze coś przekazać, jeszcze raz się spotkać i podać jeszcze jedną dawkę tego swojego legendarnego entuzjazmu.

Kiedy poszła do polityki, wszyscy unieśliśmy wysoko brwi. A ona w tym swoim darze widziała i wiedziała, że narzędzia, którymi do tej pory robiła tyle dobrego, to za mało. Że potrzeba Jej więcej. I jak zwykle miała rację.

Ostatni raz widzieliśmy się w grudniu. Dawno, zbyt dawno jak myślę, ale takie myśli przychodzą do głowy dopiero, kiedy zdarza się coś ostatecznego. Prowadziliśmy licytację na budowę nowego domu Hospicjum “Cordis”. Na całą godzinę spędzoną razem na scenie wrócił duch 30 miesięcy wspólnego czasu w radiu. Śmiała się, że było dokładnie tak jak wtedy, kiedy pracowaliśmy razem. Dziś myślę, że to klamra, która spięła 20 lat znajomości. Zaczęło się od wspólnej pracy i na wspólnej pracy skończyło. Krystyna była wtedy, w grudniowy wieczór w Domu Muzyki i Tańca tak samo dynamiczna i niezmordowana jak wtedy, kiedy widziałem ją po raz pierwszy. Ta sama energia, ta sama siła, ta sama życzliwość. Ta sama radość, że żyje się dla innych. Dla tak wielu innych. Po nas na scenę wszedł Dżem. Zaśpiewał, że w życiu piękne są tylko chwile. Krystyna miała tych chwil bardzo wiele. Bo ciężko na nie pracowała.

Najgłupsze z możliwych pytania padają jako pierwsze: – Krysiu, dlaczego .?

Mistrzyni – uczeń

 Kamil Durczok
Gazeta Wyborcza Katowice
17 kwietnia 2010 r. 

x     x     x

KRYSTYNA BOCHENEK – wspomnienie

Dziś w Warszawie odbyły się uroczystości żałobne. Pożegnaliśmy ofiary katastrofy pod Smoleńskiem. Wśród nich była Krystyna Bochenek, którą znałem osobiście. Wyjątkowa postać, niezwykle związana ze Śląskiem, niezwykle charyzmatyczna. Nikt nie potrafił tak przemawiać jak Ona. Nie czytała napisanych przez kogoś innego przemówień z kartki, nie posługiwała się utartymi ogólnikami. Mówiła z serca, z pasją. Dziś wspominając Krystynę Bochenek przypominamy Jej wystąpienie na piekarskim Kopcu podczas obchodów roku Wojciecha Korfantego zarejestrowane przez Marcina Strzeleckiego (PAGFilm). Na długo zapadło mi w pamięć.

Krystyna Bochenek powiedziała, że “są takie momenty w życiu, które powinny nam towarzyszyć przez kolejne lata. Zapamiętajcie ten moment. Trzeba poznać historię przez życie wielkich ludzi, którzy tę historię pisali”. Nie spodziewała się wtedy, że tak szybko sama stanie się jedną z tych wielkich osób, które zapisały niezwykle ważną kartę naszej, polskiej historii. Kartę, o której nie możemy zapomnieć…

Krzysztof Turzański

List do Pani Krystyny:

Miałem okazję filmować uroczystość obchodów roku Wojciecha Korfantego pod Kopcem Wyzwolenia w Piekarach Śląskich dnia 17.09.2009 r. Przemawiała Pani Krystyna do nas do piekarskiej młodzieży, że “są takie momenty w życiu, które powinny nam towarzyszyć przez kolejne lata. Zapamiętajcie ten moment. Trzeba poznać historię przez życie wielkich ludzi, którzy tę historię pisali”. 

Teraz i my będziemy nieść pamięć o Pani, Pani Krystyno. Pozostawiła po sobie Pani wielkie słowa, które stały się Pani testamentem dla Nas, dla kolejnych pokoleń. Uwieczniłem Pani testament na filmie i zatytułowałem “…nieść pamieć!”. Niech trafią Pani słowa do wielu młodych ludzi. Zapraszam do obejrzenia i wysłuchania Pani przemówienia m.in. do piekarskiej młodzieży na www.youtube.pl/pagfilm . Do zobaczenia.

Marcin Strzelecki 

17 kwietnia 2010
Krzysztof Turzański – blog

x     x     x

Wieczór wspomnień o Krystynie Bochenek w Teatrze Śląskim

Kobieta radar, romantyczna realistka, przyjaciółka ludzi – taka w opinii swoich najbliższych przyjaciół i współpracowników była Krystyna Bochenek, wicemarszałek Senatu, wybitna dziennikarka, a dla wielu po prostu Krystyna, Krysia.

Wspominaliśmy ją w czwartkowy wieczór podczas zorganizowanego przez Dziennik Zachodni i Teatr Śląski im. St. Wyspiańskiego specjalnego wieczoru. Było wzruszająco i elegancko. Tak jak tego chciałaby Ona.

Wspólne realizowanie pomysłów

Za serce ścisnęły fragmenty filmu Telewizji Katowice, której kamery zajrzały do siedziby Radia Katowice i podglądały Krystynę w pracy. Ile to było lat temu? Z dziesięć? Piętnaście? Miała zupełnie inny styl, fryzurę. A te ubrania? Np. Krystyna w białym, grzecznym kołnierzyku? Kto by pomyślał!?

Mąż z córką przeglądali strony DZ Jej poświęcone

Śmialiśmy się przez łzy, gdy mąż Krystyny, prof. Andrzej Bochenek, mówił o Niej ze sceny, gdy w krótkich chwilach bezczynności siadała w sobotnie ranki w fotelu, ubrana w szlafrok w cętki i prosiła: Czy ktoś mnie w tym domu wysłucha. – Tylko by ktoś spróbował nie wysłuchać – uśmiechał się profesor.

Miejsce, jakie wybraliśmy na spotkanie poświęcone Krystynie Bochenek, nie było przypadkowe. Właśnie w Teatrze Śląskim miała reprezentacyjną siedzibę swojego biura, a na scenie zasiadły osoby, które w różnych momentach życia zetknęły się z Krystyną. Zwykle jedno spotkanie przeradzało się w solidną przyjaźń, w wieloletnie wspólne realizowanie pomysłów.

W ciągłym biegu

- Była moją nauczycielką. Cieszę się, że mogę jej dziś powiedzieć po prostu: dziękuję – stwierdziła Ewa Niewiadomska, dziennikarka Radia Katowice, która w ostatnich latach współpracowała z Krystyną m.in. podczas realizacji Dyktanda oraz Metropolitalnego Święta Rodziny.

- Dyktando będzie trwać dla Niej – wspominał prof. Andrzej Markowski, autor wielu arcytrudnych ortograficznych klasówek. – Krystyna była w ciągłym biegu. Wciąż powtarzała: róbmy coś dla języka polskiego, dopóki jestem tu, w Senacie. Musieliśmy robić, co chciała.

Jako ambasadorkę ludzkich spraw zapamięta Krystynę prof. Władysław Pierzchała, pulmonolog, częsty gość organizowanych przez “Dziennik Zachodni” Spotkań Medycznych, które prowadziła.

- Kultura, empatia, urok. Jej zalety można wymieniać – stwierdził prof. Pierzchała i dodał: – Ja ceniłem sobie jej niezwykły, oparty na kompetencji, kontakt ze środowiskiem lekarskim. Nie tylko zmieniała zachowania prozdrowotne Polaków, ale była wyjątkowym pośrednikiem między lekarzami a pacjentami. Publicznie do takich kontaktów doprowadzała. Nas dowartościowywała i wskazywała rolę lekarza w społeczeństwie.

Michał Ogórek, felietonista, z czułością zastanawiał się: – Jak ona to robiła? Wykorzystywała nas okrutnie, a nikt nie czuł się wykorzystywany, a wręcz był szczęśliwy, że może wziąć udział w jej inicjatywach.

Dla Ogórka Krystyna to kobieta radar. – Wyczuwała w ludziach talenty, popychała ich do pracy, a tych, których, powiedzmy, mniej lubiła, zwyczajnie nie widziała, ale nie krzywdziła, nie raniła.

Inna, dobra twarz polityki

Z teatralnej sceny przyjaciele Krystyny przypominali różne jej role, zajęcia. Kobieta polityk? – Tak, ale pokazała nam inną, dobrą twarz polityki. Taką,  jaką chcieliby widzieć wyborcy. To dlatego tak masowo ją poparli – ocenił Kamil Durczok, redaktor naczelny “Faktów” TVN, który pod skrzydłami Krystyny rozwinął dziennikarski talent i pasję.

Katowiczanka? “Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czym Katowice będą bez pani. Oddawała pani swemu miastu urodę duszy i ciała. Gdziekolwiek się pani pojawiała, otoczenie uzyskiwało inny wymiar” – napisał w specjalnym liście poseł i reżyser Kazimierz Kutz.

Dyrektor Biblioteki Śląskiej prof. Jan Malicki zwrócił uwagę na ważny szczegół: – Krystyna nie oglądała się w przeszłość. Interesowało ją to, co będzie. Jacy będziemy.

Dr Jolanta Markowska, prezes Hospicjum Cordis, które Krystyna od lat wspierała, angażując się w różne akcje charytatywne, stojąc m.in. na czele komitetu budowy nowego domu hospicyjnego, przypomniała słowa prymasa Wyszyńskiego: “Nie czyny, choćby wielkie, ale miłość, choćby mała, liczy się najbardziej”. Pani Krystyna miała dla nas tę miłość. Wiedziała, jak ważne to miejsce dla ludzi. Dr Markowska z uśmiechem mówiła, jak mimowolnie prostowała się w czasie rozmów z Krystyną. Podczas ostatniego charytatywnego koncertu Dżemu wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. – Coś tam nie pasowało i pół żartem, pół serio zagroziła, że na scenę nie wejdzie. Nigdy nie zapomnę, jak chora, na antybiotykach, chwilę potem brawurowo poprowadziła licytację – wspominała Markowska.

- Późne telefony, śmiałe pomysły, wczesne spotkania. Była chyba jedyną kobietą, której nigdy nie powiedziałem “nie” – mówił wzruszony prezydent Katowic Piotr Uszok. By wspólnie coś załatwić, umawiali się przy kościółku w Brynowie o… szóstej rano, bo potem oboje pędzili do swoich zajęć. – Jestem jej wdzięczny, że promowała nasze miasto, że tu zechciała zorganizować Kongres Języka Polskiego. Wszystkie jej inicjatywy są ważne, cenne, ale będzie mi brak tego przenikliwego spojrzenia, tego mocnego, jak na kobietę, serdecznego uścisku dłoni – stwierdził prezydent Uszok.

Kobieta z krwi i kości

Krystyna Bochenek od lat była związana z redakcją Dziennika Zachodniego. Zanim wyleciała w swą ostatnią, jak się okazało, podróż do Katynia, nagrała kilka słów uświetniających 65. urodziny naszej gazety. Kto mógł przypuszczać, że będzie to ostatnie spotkanie?

Czuli Jej obecność

Zenon Nowak, prezes “Dziennika Zachodniego”, przypomniał, że podczas ostatniego wyjazdu Krystyn do Szczecina, każdej z pań w imieniu redakcji podarował kwiat i koło ratunkowe.

- Ponieważ Krystyna była w Warszawie, nie mogła tego koła odebrać. Zostało w redakcji. Czekało na Nią. Los sprawił, że zostawiła je nam, byśmy mogli z niego korzystać – powiedział Zenon Nowak.

Wspomnień o Krystynie wysłuchali jej najbliżsi, m.in.: mąż, córka i syn. – Była wielką Ślązaczką, chociaż nie pochodziła ze Śląska. Ale miała za męża prawdziwego Ślązaka – mówił z ciepłym uśmiechem prof. Andrzej Bochenek.

Opowieść profesora o żonie, pełna tkliwości, szczerości, dowcipu i miłości, pokazała, że Krystyna była kobietą z krwi i kości, która miała swoje słabostki i wielkie cele, realizowane błyskawicznie i perfekcyjnie. Lubiła błyszczeć, ubrać się i zajadała się grzybową. – Lubiła jeść. Nie gotować – żartował profesor.

Jak stwierdził, pomysły Krystyny były realizowane dzięki ludziom, których miała wokół siebie, których potrafiła porwać.

- Miała w życiu cztery podpory: biuro w Teatrze, Piotra Uszoka, “Dziennik Zachodni” i rodzinę – stwierdził prof. Bochenek, a po chwili dodał zwracając się do prezydenta Uszoka: – Chociaż, Piotrze, do tej pory nie wiem, co wy o tej szóstej rano robiliście pod tym kościółkiem w Brynowie…

Nasz generał

Krystynę Bochenek wspominała w czasie czwartkowego wieczoru dyrektor Teatru Śląskiego w Katowicach, Krystyna Szaraniec

To był nasz generał. Przejmowała dowództwo, rozdawała zadania i wymagała kompetencji oraz perfekcji. Każdy chciał dorównać Krysi. Dla siebie, ale i dla niej jeździłyśmy na te nasze wspaniałe imieniny. Na ostatnich najstarsza Krysia miała 90 lat, a najmłodsza tylko rok. Dla Krystyny nasze imieniny będziemy nadal organizować.

Czujemy Jej obecność

Dusza towarzystwa, zawsze wesoła, uśmiechnięta, życzliwa, a przy tym stanowcza i wymagająca – taką Krystynę Bochenek zapamiętały jej imienniczki z całej Polski. W czwartek po pogrzebie wspominały wicemarszałek w Filharmonii Śląskiej. To właśnie tutaj 13 lat temu zaczęła się ich historia. Wtedy po raz pierwszy wspólnie z Nią obchodziły swoje imieniny.

- Zajęłam miejsce w tym samym rzędzie i na tym samym krześle, na którym siedziałam wtedy – mówi Krysia Bazak ze Skierniewic. Przez ten czas nie opuściła ani jednego ogólnopolskiego zjazdu Krystyn. Do tej pory wszystkie były radosne i kolorowe. Od ostatniego minął zaledwie miesiąc. Jeszcze w kościele – podczas mszy – panie poznawały się po białych kapeluszach, które nosiły wtedy w Szczecinie. Teraz przyozdobiły je czarną wstążką.

- Żadna z nas nie przypuszczała, że przyjdzie nam tak nagle i nieoczekiwanie znów się zebrać – powiedziała na początku spotkania w katowickiej filharmonii Krystyna Wiśniewska-Sławik, aktorka Teatru Śląskiego.

Wiadomość o katastrofie była dla nich szokiem. – Nie mogłam uwierzyć, przez pierwsze chwile miałam jeszcze nadzieję, że Krystyna nie leciała tym samolotem – wspominała Bazak. Sama też przeżywa życiową tragedię. Dwa lata temu zginął jej syn, a rok temu mąż. – Gdyby nie pomoc i wsparcie, którym obdarowały mnie moje imienniczki, chyba nie dałabym sobie z tym rady – zwierzała się.
 
Krysia Stobiecka poznała senator Bochenek siedem lat temu. – Dla niej nieważne było, która z nas ile ma lat, gdzie pracuje, jaki jest jej status. Wszystkie nas traktowała tak samo. Tchnęła w nas takiego ducha, że siedząc tutaj wspólnie, nadal czujemy jej obecność – dzieliła się wspomnieniami łamiącym się głosem.

Łzy w oczach niektórych pań wywołał już przejmujący koncert fortepianowy z utworami Fryderyka Chopina, który rozpoczął spotkanie. Inne płakały wsłuchując się w wiersze ks. Jana Twardowskiego, a jeszcze inne słuchając kondolencji nadesłanych przez koleżanki, które nie mogły przyjechać. Wśród nich był m.in. list Krystyny Prońko. “Dopóki Krysia nie wymyśliła tych szczególnych imienin, wcale ich nie obchodziłam, a dzięki niej byłam na prawie wszystkich” – napisała artystka. Wspomniała też spektakl “Królewna Śnieżka”, wystawiony dwukrotnie w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, do którego udziału Bochenek zaprosiła ludzi ze świata mediów, nauki i polityki. Sobie przydzieliła rolę kucharki. Pamiętam tę chochlę, w której zręcznie ukryła tekst roli.

Na zakończenie Krystyny fotografowały się na tle portretu swojej liderki. – Teraz musimy zrobić wszystko, aby te nasze imieniny obchodzone były do ostatniej Krystyny – pocieszała zebrane imienniczki łamiącym się głosem Krystyna Szaraniec, dyrektorka Teatru Śląskiego.

Monika Chruścińska
“Dziennik Zachodni “
23 kwietnia 2010 r. 

x     x     x

Królowa Krystyna

Jeszcze niedawno były szpital górniczy w Janowie był rozpadającą się ruiną. Do chyba jedynej czynnej toalety wchodziło się “z dworu”, po desce nad kałużami i błotem. Pomieszczenia w środku budynku były brudne i zdewastowane.W takich warunkach rozpoczynał działalność Społeczny Komitet Budowy Nowego Domu Hospicjum Cordis. Wszedłem w jego skład, bo znałem Jolę Markowską – lekarza a zarazem prezesa Społecznego Towarzystwa Hospicjum Cordis -i uważałem, że należy wspierać działalność tej placówki. Myślałem jednak pesymistycznie, że doprowadzenie budynku byłego szpitala do jakiego takiego stanu to kwestia dziesięcioleci. Przecież nie było pieniądzy. Myśli Krysi Bochenek, choć urodzonej pod tym samym co ja znakiem Raka, musiały biec zupełnie innym torem. To, co dla mnie było przeszkodą nie do pokonania, dla Niej stanowiło jedynie kolejne wyzwanie wymagające tylko jakiegoś szalonego pomysłu. Więc zgodziła się zostać przewodniczącą naszego Komitetu. Hospicjum Cordis wspierała już dawniej, teraz zaangażowała się jeszcze bardziej. Kulminacją Jej starań był właśnie pomysł kompletnie “księżycowy”. Namówiła Magdę Piekorz, naszą laureatkę Złotych Lwów filmowego festiwalu w Gdyni, do wystawienia w Teatrze Rozrywki w Chorzowie “Królewny Śnieżki i siedmiu krasnoludków”. Ale zamiast aktorów (to by było dla Krysi za proste) w spektaklu miały wystąpić znane na Śląsku osobistości ze świata kultury, nauki, polityki i sportu. I zagrały. Bo Krysia miała taki dar perswazji, że nikt nie potrafił jej odmówić. A na widowni zasiadła nasza „klasa średnia”. Dochód z imprezy przeznaczono oczywiście na Hospicjum Cordis.

Krystyna Bochenek

Myślałem o tym jadąc na ulicę Teofila Ociepki, gdzie po Mszy św. w intencji tragicznie zmarłej Krysi miała się odbyć uroczystość poświęcenia i nadania imienia Pani Senator Sali Poznawania Świata dla Dzieci w Nowym Domu Hospicjum Cordis. W dzień po tym, jak żegnaliśmy Ją w katowickiej archikatedrze i na cmentarzu przy ul. Sienkiewicza, doczekała się pomnika. Użyłem tego słowa, bo Jan Paweł II, kiedy kolejne miasta chciały stawiać jego figury na cokołach, powiedział, żeby zamiast monumentów tworzyć rzeczy, które będą długo służyć ludziom. A ta Sala Poznania Świata – trochę jak z bajki, trochę kojarząca się z rzeczywistymi cudami Ziemi – na pewno będzie dzieciom, które być może nigdy nie wyruszą w żadną prawdziwą podróż, pomagać w zapomnieniu na chwilę o szpitalnej realności, o chorobie, o śmierci.

Budynek po starym szpitalu wygląda dziś zupełnie inaczej. W ciągu trochę ponad dwóch lat wiele udało się osiągnąć. Nie straszy już obskurna fasada, gotowa jest kaplica z ikoną napisaną przez ukraińskiegp artystę, pokoje są przygotowane na przyjęcie pacjentów… To, oczywiście, nie tylko zasługa Krysi. Ale sądzę, że Ona właśnie niektórych ze wspierających to dzieło zaraziła swoim zaangażowaniem. Dlatego też uważam, że Społeczny Komitet Budowy Nowego Domu Hospicjum Cordis poniósł stratę niepowetowaną. Widzę w naszym gronie wiele zacnych osób, ale nie sądzę, żebyśmy wśród nas znaleźli kolejnego przewodniczącego z takim ładunkiem energii, entuzjazmu, siły przebicia. Kogoś, kto im więcej trudności, tym więcej ma wiary, że da się je przezwyciężyć.

Radio Katowice

Krysia należała do tego – jak to nazywam – najmłodszego pokolenia „Starego Radia”. Posługujemy się tą nazwą w gronie kolegów z lat 70. którzy mieli jeszcze możliwość kształcenia się u “starych mistrzów” mikrofonu, których uczono akuratności w pracy, którym przekazywano razem z zakresem obowiązków nakaz posługiwania się poprawną polszczyzną, punktualności (także w czasie nagrań studyjnych) i… czytania także książek (dziś znam redaktorów dumnych z tego, że nie czytają nic, całą wiedzę czerpiąc z internetu). Krótko mówiąc – radiowiec miał być inteligentem. Tym bardziej że był to jeszcze czas produkowania reportaży literackich, słuchowisk, audycji poetyckich, magazynów artystycznych, koncertów muzyki poważnej w wymiarze dziś niewyobrażalnym.

Aby nie było za “różowo” – był to także czas cenzury, manipulacji i dezinformacji. Krysia (wtedy Ją poznałem) przyszła do Radia Katowice w roku 1976. Trafiła -jak większość przychodzącej wtedy do pracy młodzieży – pod opiekę upiornych „ciotek rewolucji” rządzących wówczas Działem PI, czyli publicystyką i informacją. Zaczynała od redakcji “Śląskiej Fali”, czyli „pierwszej linii frontu ideologicznego”. Trzeba pamiętać, że w tym właśnie roku pojawiły się kłopoty. Zbliżał się czas spłacania “przejedzonych” albo wtopionych w różne huty “Katowice” gierkowskich kredytów. Był coraz większy rozziew między rzeczywistością a wszechobecną w mediach propagandą sukcesu. A Krysia, wnuczka profesora Uniwersytetu Warszawskiego, córka rzemieślnika, czyli “prywaciarza”, nie rozumiała zupełnie obowiązującej wtedy nowomowy. Egzekutywy nie odróżniała od sekretariatu, nie wiedziała co to “akcja ziemniaczana”, więc już po krótkim czasie nie tylko szefowa audycji ale i “wypróbowani oraz sprawdzeni” koledzy zaczęli się do Niej odnosić wręcz pogardliwie. Dla nich była głupią gęsią, niezdolną do pojęcia politycznych wizji towarzysza Grudnia oraz innych mężów stanu z “Białego Domu” – jak nazywano gmach KW PZPR przy placu Feliksa Dzierżyńskiego. Nie dopuszczano Jej więc do najpoważniejszych przedsięwzięć “Śląskiej Fali” – l maja, 22 lipca, nawet Dnia Górnika. Kiedy “coś” się działo – wyrzucali Ją na urlop. “To nie na twoją głowę” – mówili. Trzy razy chcieli ją zwolnić (raz po powrocie z urlopu wychowawczego). Ta gehenna trwała prawie dwa lata. Być może właśnie wtedy pomyślała sobie „ja wam jeszcze pokażę”. Nie wiem, pamiętam z tamtego czasu tylko taką dziewczynkę z warkoczem do pasa. Potem, za łaskawym zezwoleniem redakcyjnych instancji, zajęła się tematami medycznymi, co już Jej pozostało w czasie całej pracy dziennikarskiej.

Ale te wczesne upokorzenia nie były jedynymi jakich doznała od swojego ukochanego Radia Katowice. Już było po zmianie systemu, kiedy dowiedziała się, że Jej rozgłośnia nie ma zamiaru zajmować się kolejnym “Dyktandem”. Z pocałowaniem w rękę przyjęła Ją wtedy radiowa “Trójka”. Pokazała szefom, że nie jest zdana na ich łaskę, więc szybko się przeprosili. Inni prezesi, kiedy w 2004 roku wystartowała w wyborach uzupełniających do Senatu RP, uznali, że Jej “Magazyn Medyczny” – audycja promująca profilaktykę zdrowotną, zawierająca porady wybitnych ekspertów dla osób chorych, jest swego rodzaju kampanią wyborczą, więc program Krysi zdjęto z anteny. Polityką nie przejął się “Dziennik Zachodni”, zatem prasowa wersja magazynu ukazywała się na jego łamach. Przestała pracować w katowickiej rozgłośni, ale do końca miała z nią kontakt.

Ludzi ze Starego Radia zostało przy ul. Ligonia 29 już niewielu. Część poumierała, część poszła na emerytury – normalne i te wczesne, jeszcze inni znaleźli zatrudnienie w najprzeróżniejszych miejscach. Spotykamy się przypadkowo albo towarzysko, czy przyjacielsko, ale ciągle, po wymianie zdań „na tematy bieżące”, wracamy do Radia Katowice. Wspominamy, pytamy o kolegów, rozmawiamy o tym, co tam się dzieje dzisiaj. Bo jesteśmy tą instytucją zarażeni i nawet Krysia, mimo swoich kontaktów z największymi znakomitościami w świecie polskiej medycyny, była wobec tej nieuleczalnej “choroby” bezradna. Sama na nią cierpiała. Stare Radio to nie jakaś “wtajemniczona”, wpływowa, masońska grupa dziennikarska. To także pracownicy techniki i administracji (ale jakoś nie było w naszym gronie “prominentów”). Na przykład Janusz Miszczyk, który zaczynał od radiowej techniki, potem pracował w dziale transmisji, teraz kieruje warsztatem samochodowym. Do dziś radiowcy, którym nawaliło auto, mają u niego fory. Jego żona, Janeczka, pracowała w naszej technice do emerytury. Byliśmy sąsiadami, Krysia o tym wiedziała, więc wiele razy pytała mnie co tam u nich. Ciekawa była wszystkich, ale nie tkwiła w radiowym „”skansenie”. Po pamiętnym roku 1989 przez jakiś czas kierowała “Śląską Falą” i w tym czasie była jakby “wychowawczynią” wielu przedstawicieli Młodego Radia (mój Boże, mówię o ludziach czasami z ponad dwudziestoletnim stażem pracy!).

Klasówka z ortografii

Dyktando

Krysia długo szukała w Radiu Katowice swojego miejsca. Robiła z powodzeniem reportaże na różne tematy, przeprowadzała wywiady, dopóki nie odkryła swojego prawdziwego powołania. Wtedy narodziło się “Dyktando”, “Magazyn Medyczny”, wreszcie – “Imieniny Krystyn”. Nie wydaje mi się, żebym musiał tłumaczyć na czym te inicjatywy polegały, bo od lat trąbiły o nich wszystkie polskie media. Nie rozumiem tylko jednego: jak ja, człowiek spokojny, stroniący od zgiełku, psujący sobie wzrok nad księgami, dałem się Jej wciągnąć bardziej lub mniej we wszystkie te “afery”. Kiedy organizowała pierwsze “klasówki” z ortografii, poprosiła mnie, żeby je “nagłośnić”. Spełniłem Jej życzenie, bo w żaden sposób nie kolidowało z katolickim charakterem “Gościa Niedzielnego”, w którym pracowałem. W pierwszym “Dyktandzie”, jeszcze bardzo lokalnym, zwycięzców uhonorowano nagrodami książkowymi. Ale już w czasie następnych edycji pojawiły się samochody, wysokie premie pieniężne, a do konkurencji stawały tysiące ludzi z całej Polski. Być może dlatego, że Krysia wymyśliła “imprezę towarzyszącą” – dyktando pisane przez osoby medialne: polityków, prezenterów telewizyjnych itd. itp. Któregoś roku zaprosiła do udziału redaktorów naczelnych (albo ich zastępców) najważniejszych wtedy czasopism w Polsce. Naczelny “Gościa”, ks. Stanisław Tkocz też dostał zaproszenie. Wezwał mnie do siebie:

- Niech pan na to idzie. Jak pan chce…

Więc poszedłem i… zająłem 3. miejsce. Do dziś mam dyplom, „Brązowe pióro” oraz sfatygowaną koszulkę z napisem “Dyktando”, której nie wyrzucam wyłącznie przez sentyment. Wtedy po raz pierwszy „Gość Niedzielny” pojawił się w głównym wydaniu wiadomości telewizyjnej “Jedynki”. Pismo wychodzące w ogromnym nakładzie, opiniotwórcze, zwalczane przez cenzurę za opozycję wobec komunistycznej władzy trafiło “pod strzechy” z powodu ceremonii wręczenia nagród za ortografię…          

Już po wszystkim rozmawialiśmy w kuluarach z Krysią, która była zaskoczona moim wynikiem, zwłaszcza kiedy dowiedziała się, że nie jestem z wykształcenia polonistą. Powiedzałem Jej, że mnie jako Ślązakowi było łatwiej. Kilkaset lat pod obcym panowaniem sprawiło, że tu się przechował język Kochanowskiego i Reja. My po prostu słyszymy pochylone “o”, dlatego tak walczyliśmy z profesorem Doroszewskim i innymi językoznawcami o “Barbórkę” (od Barbory, co to ją Bartek wiózł), która im się wydawała “Barburką”. A czy mogłem nie wiedzieć, jak się pisze zdradziecka nazwa ptaszka „piegża”, skoro naszymi sąsiadami w kamienicy byli państwo Piegzowie? Krysia była zadowolona, że w tym konkursie jakoś tam “Śląsk górą”. Jednocześnie trochę rozczarowana, że wygrała Polska zachodnio-południowa (zwyciężył naczelny “Gazety Wrocławskiej”). Liczyła bardzo na Warszawę, która jest najwdzięczniejszym miejscem promowania czegokolwiek. Miała też nadzieję na świetny występ stolicy duchowej – Krakowa, tym bardziej że do Katowic zjechały tuzy z “Tygodnika Powszechnego” i “Przekroju”, ale – jak mi wtedy zdradziła – w ich pracach było „mnóstwo za dużo” błędów. Od tego momentu byłem do “Dyktanda” jakoś tam przez Nią przypisany. Już nie jako uczestnik, ale dziennikarz – stały uczestnik konferencji prasowych oraz sprawozdawca z samej “największej w Polsce klasówki”.

Radio i medycyna

Do “Magazynu Medycznego” posłużyłem Jej kiedyś jako przykład negatywny — chłop, który ma już swoje lata i unika lekarzy oraz wszelkich badań jak diabeł święconej wody. Krysia, żona świetnego kardiochirurga Andrzeja, szeroko znanego w całym polskim (i nie tylko) świecie medycznym, miała dzięki temu dostęp do niemal wszystkich lekarskich znakomitości. W “Magazynach” gościła autorytety różnych medycznych specjalności, które w dodatku zmusiła do mówienia o  sprawach zdrowia “ludzkim” językiem,  a nie naukowym slangiem. Przy tym (jak zawsze ambitna) nie chciała wychodzić podczas tych rozmów na “blondynkę”, więc rozczytywała się w specjalistycznej literaturze i  starannie się do każdego programu przygotowywała. Dlatego też Jej audycje zdobyły niesłychaną popularność. Słuchacze uwierzyli, że ona sama jest cudownym lekarzem. Przychodziło mnóstwo listów z prośbami o poradę, czasem dramatycznych wołań o pomoc. Tyle, że nie była w stanie na nie odpowiadać. Kiedyś po audycji, zmęczona i rozdrażniona, wpadła na mnie i zażądała: “Powiedz, co ty o tym myślisz. Wierzą, ja nie mogę im pomóc, nawet nie mogę wszystkim odpisać. Boję  się, że wielu ludziom robię krzywdę. Myślę, czy tego nie rzucić”. Jako felietonista “Gościa Niedzielnego” także dostawałem wiele listów, na które nie byłem w stanie odpowiadać. W kilku swoich tekstach napisałem więc, że całą korespondencję czytam, ale odpisywać nie jestem w stanie, bo musiałbym mieć do tego jakieś biuro albo osobistą kancelarię. Poradziłem Jej, żeby to samo ogłosiła w swojej audycji. Nie przypuszczam, żeby to był efekt naszej rozmowy, ale nie rzuciła “Magazynu”, a Jej znajomości z tej audycji zaowocowały książkami.

O Jej zaangażowaniu w ruch hospicyjny już wspomniałem. Jednak były też inne wielkie akcje społeczne. “Wampiradia” propagująca honorowe oddawanie krwi, wielkie promocje badań profilaktycznych pozwalających na skuteczną walkę z rakiem, wspieranie Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, lansowanie zdrowego trybu życia, krucjata pod hasłem “Rzuć palenie”. Ta ostatnia akcja nigdy nie dotyczyła mnie. Nie namawiała mnie do rzucenia nałogu, mało tego – Krysia, przed którą sam profesor Zbigniew Religa chował się z papierosem w toalecie, mnie pozwoliła palić w Jej osobistym domu. Sama wyszukała dla mnie jakiś spodek, bo oczywiście popielniczek u nich nie było.

Imieniny

Najdziwniejsze było “wkręcenie” mnie przez Krysię w imieniny Krystyn. Już sama idea była absolutnie absurdalna – zjednoczenia jakichś kobiet według kompletnie przypadkowego kryterium. Owszem, bywa że bez żadnych barier łączą się w jedną społeczność profesorowie i analfabeci, starzy i młodzi, bigoci oraz ateiści itp. ale u podstaw takiego zbratania znajduje się zawsze jakaś Sprawa. Choćby to był tylko wspólny „bzik”, np. zbieranie znaczków, hodowanie welonów, łażenie po jaskiniach albo przynajmniej umiłowanie konkretnego piłkarskiego klubu. Tu nie było niczego podobnego. Ale Krysia pokazała, że jest lepsza od króla Salomona – potrafiła nalać “z pustego”. Zaczęło się od tego, że upatrzyła mnie sobie na redaktora swojej pierwszej książki – zbioru rozmów pod wyjaśniającym wszystko tytułem “Jak Krystyna z Krystyną”. To były Jej wywiady ze słynnymi imienniczkami: Kofta, Sienkiewicz, Czubówną itd. Miałem doświadczenie edytorskie, więc się zgodziłem, nie wiedząc, co mnie czeka. Redagowanie tych radiowych rozmów – to było „małe piwo”. Ufała mi, więc bez zastrzeżeń przyjmowała wszelkie sugestie. Ale okazało się, że poza tym jestem jej ekspertem od każdego szczegółu. Jaki papier, jaka czcionka, jaka szata graficzna, co na okładce itd. itp. Ta dbałość o wszystkie detale była zresztą dla Krysi charakterystyczna. Kiedy organizowała jakąś prelekcję, sprawdzała osobiście, czy w karafce na mównicy jest świeża woda. Książka w każdym razie się ukazała, ja zaś w nagrodę zostałem zaproszony na imieniny Krystyn w Filharmonii Śląskiej w Katowicach „jako jedyny mężczyzna”. (Po latach dowiedziałem się, że na widowni był też profesor Maciej Sablik, szkolny kolega Krysi.) Imprezę przerwał wtedy na godzinę anonimowy telefon informujący, że na sali jest bomba. Zajechały wtedy na Sokolską wozy straży pożarnej, policji, pogotowia gazowego… Ewakuowana publiczność cierpliwie marzła przed budynkiem. Natknąłem się przypadkiem na zdenerwowaną Krysię. Powiedziałem, że gdybym jej nie widział na estradzie, pomyślałbym, że sama zadzwoniła, aby zrobić spotkaniu Krystyn dodatkową reklamę. Ofuknęła mnie: “Ty sobie żartujesz, a dla mnie to tragedia!” Nie miała racji. “Bombowe” imieniny odbiły się szerokim echem w mediach. I od tego momentu każde kolejne były okazalsze, gromadziły przynajmniej tysiąc solenizantek. Ten “fakt prasowy” – bo tak o tych imieninach myślałem – stał się “zjawiskiem socjologicznym”. Krystyny znane i zwykłe Kryśki razem zwiedzały Polskę (niektóre płakały ze wzruszenia po raz pierwszy w życiu widząc morze), ale też przy okazji stworzyły coś w rodzaju organizacji świadczącej o tym, że możliwe jest w Polsce “społeczeństwo obywatelskie” oparte na — zdawałoby się – niedorzecznej więzi. Samopomoc, zdolność do organizowania wspólnych przedsięwzięć, zbudowanie mocnych wzajemnych więzi (czemu teraz służy nowoczesność – internet, powszechna telefonizacja), to tylko niektóre aspekty “ruchu polskich Krystyn”.

Na pogrzebie Krysi zjawiły się ubrane na czarno, ale w jednakowych, jasnych kapelusikach z czarną wstążeczką. To najlepiej świadczy o tym, że “z niczego” powstał jakiś “ruch społeczny”, zdolny do mobilizowania się, wspólnego działania, nawet – być może – tworzenia jakiegoś sposobu na życie. W dniu pogrzebu Krysi wracałem do domu późnym popołudniem ul. 3 Maja (więc tuż obok dworca). Przez szyby lokali widziałem siedzące w grupach przy stolikach panie w jasnych kapelusikach z czarną wstążeczką. Inne, po cztery, po pięć, pogrążone w rozmowie mijały mnie po drodze. Myślę, że nadal będą się spotykać, rozmawiać, coś wspólnie robić pod patronatem nieobecnej już swojej Królowej Krystyny.

W Senacie

Do polityki trafiła w roku 2004. Wtedy wygrała wybory uzupełniające do Senatu. Wybrano Ją ponownie z listy Platformy Obywatelskiej w 2005 a potem w 2007 roku. Za każdym razem zdobywała największą ilość głosów w kraju. W ostatnich wyborach głosowało na Nią blisko 256 tysięcy osób. Nic więc dziwnego, że została wicemarszałkiem Senatu. Jednocześnie była członkiem Komisji d/s Emigracji i Łączności z Polakami oraz wiceprzewodniczącą Zespołu d/s Współpracy z Organizacjami Pozarządowymi. Ale dziwna rzecz: Krysia — dziennikarka, świetnie czująca się przed kamerami i mikrofonami, łatwo nawiązująca kontakt z rzeszami ludzi podczas wielkich imprez – jako polityk w mediach właściwie nie istniała. Po prostu nie pasowała do obowiązującego w nich modelu. Nie była skandalistką, nie obrażała opozycjonistów, nie szukała “haków” ani nie uczestniczyła w aferach. W Senacie robiła swoje, a to dla mediów nic ciekawego. Myślę też, że nie interso-wały jej jakieś zakulisowe “podchody”, tajne targi, czy inne polityczne intrygi. Krysia była osobą otwartą, więc do takich spraw się nie nadawała. Opowiadano, że po posiedzeniach jak najszybciej chciała wracać do Katowic i do swojego domu. Tu miała rodzinę i prawdziwych przyjaciół. Na przykład Beatkę Tomanek z Radia Katowice. Na jej weselne przyjęcie w giszowieckim dworku przyjechała prosto z Senatu. Pojawiła się razem ze swoim Andrzejem, radosna, ciepła i -jak zwykle – elegancka.

-  Spodziewałem się, że po ciężkim dniu w Senacie będziesz wymęczona, wręcz obolała – powiedziałem. – Tymczasem wyglądasz tak świeżo, jak Wenus, która przed chwilą narodziła się z piany morskiej. Chyba po powrocie do Katowic błyskawicznie odzyskujesz siły.

- Żebyś wiedział – śmiała się zadowolona. I – jak zawsze dbając o szczegóły – pobiegła “zatwierdzić” weselny tort, który za chwilę miał wjechać na salę. Oczywiście goście chcieli sobie z Nią zrobić pamiątkowe zdjęcie, w końcu nieczęsto się zdarza, żeby być na ślubie z Panią Wicemarszałek Senatu RP.

Zakochana w ojczystej mowie doprowadziła do ogłoszenia przez Senat Roku Języka Polskiego 2006. Wtedy też zorganizowała Festiwal Języka Polskiego, w którym uczestniczyły tysiące. Z inicjatywy Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, pod patronatem Marszałka Senatu zorganizowała pierwszą uroczystość nadania tytułów Ambasadora Polszczyzny osobom posługującym się “językiem pięknym i etycznym”. Wielkim Ambasadorem został Tadeusz Konwicki, przyznano też “ambasadory” w rozmaitych kategoriach. Poza polskimi laureatami byli też tłumacze promujący polską literaturę w swoich krajach. Gala odbyła się – to chyba oczywiste, jeśli za tym przedsięwzięciem stała Krysia – w Katowicach. Piękna sala “Symfonia” Śląskiej Akademii Muzycznej była wypełniona do ostatniego miejsca.

Przed tą uroczystością rozmawiałem z Krystyną w Jej biurze senatorskim, które mieściło się w gmachu Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego. Po kolejnym już wywiadzie z Panią Wicemarszałek gadaliśmy sobie przy kawie. Między innymi o błędach językowych polityków. I pojawił się problem: jak ma się zachować dziennikarz radiowy, kiedy jego gość, jakiś poseł albo minister robi rażące błędy. Czy może rozmówcę poprawić (wszak z radia ma płynąć piękna, bezbłędna mowa), czy też  – jako uprzejmy gospodarz – powinien cierpliwie znosić językowe wpadki gościa. Nie zdołaliśmy rozstrzygnąć tego dylematu.

Wysokie obcasy

Nie zdołam wymienić wszystkich Jej inicjatyw, akcji, funkcji i stanowisk w rozmaitych gremiach. Ale portret Krysi byłby niepełny bez moich bardzo osobistych wspomnień, pokazujących człowieka. Nie lubię pisać o swoich sprawach prywatnych, jednak tym razem muszę odstąpić od tej zasady. Krysia bardzo się przejęła śmiercią mojej żony, która w 1996 roku zginęła w wypadku. Wobec takiej tragedii człowiek jest bezradny, nie da się cofnąć czasu, wskrzesić zmarłych. Ale Krysia nie byłaby sobą, gdyby nie próbowała czegoś zrobić. Po pierwsze – zaniepokoiła się o to, jak zniosłem swoje nieszczęście i… zmusiła mnie do wszelkich badań kardiologicznych u swojego męża Andrzeja. Potem zaprosiła mnie do siebie na Święta Bożego Narodzenia, żebym “nie myślał”.

Od kilku lat ze względów oszczędnościowych radiowe korytarze są ciemne. Kilka razy spotkaliśmy się na pierwszym piętrze, osoby nie było widać, ale rozpoznawałem Ją bezbłędnie po stuku wysokich na 10 centymetrów obcasów, kiedy biegła, żeby mnie ucałować na powitanie. Zawsze chwilę gadaliśmy: co u Niej? co u mnie? Parę razy porozmawialiśmy sobie w Jej biurze. Przejmowała się znajomymi, ale też sytuacją Radia Katowice wobec wszystkich zawirowań dokoła abonamentu. Zapraszała mnie na swoje wielkie imprezy. Od kiedy znalazła się w Senacie, z reguły otaczał ją przy takich okazjach tłumek wielbicieli, interesantów, klakierów. Nie podchodziłem do Niej, czasem siedzieliśmy bardzo daleko od siebie, więc dziwiło mnie, kiedy dzwoniła potem w nocy:

 - Dziękuję, że byłeś. I jak to wypadło?

Nie czekała na to, żeby Ją pochwalić, chciała naprawdę “recenzji”. Więc Jej mówiłem, czasem prawiąc jakąś złośliwość, bo w końcu jestem satyrykiem.

Słuchała naszych niedzielnych audycji. Dzwoniła potem, żeby podzielić się jakimiś uwagami. Kilka razy rozmawialiśmy z Nią przez telefon na antenie.

Jedenaście miesięcy przed Jej śmiercią zmarł mój młodszy brat. Przysłała mi wtedy sms-a: „Wiem”. Nie musiała pisać nic więcej, bo znaliśmy się dobrze i wiedziałem, że w tym jednym słowie zawarła cały, długi list. “Wiem” – cóż więcej można powiedzieć w takiej sytuacji? Ja też wiem, że już nie usłyszę stukotu Jej wysokich obcasów…

BOGDAN WIDERA
“Śląsk” nr 6/2010

x     x     x

Krystyna Bochenek kochała życie i żyła dla ludzi

 Śmierć Krystyny Bochenek w katastrofie w lesie katyńskim jest niezrozumiała, niesprawiedliwa. Jak ktoś, kto tak kochał życie i ludzi, mógł tak zginąć?

Konsekwencja, specjalizacja, a przede wszystkim praca, praca – to były ulubione słowa Krystyny Bochenek.

Była dobrocią

Wielu może wydawać się, że dobroć jest czymś bardzo prostym, bo wystarczy być zawsze do dyspozycji drugich. Krystyna Bochenek, wicemarszałek Senatu, polityk, wspaniała dziennikarka, piękna kobieta – emanująca ogromną energią – nasza felietonistka, a dla wielu z nas bliska sercu Przyjaciółka, taka właśnie była. Była po prostu DOBROCIĄ. Miała dla nas zawsze czas. Tak trudno teraz myśleć, że może za dużo go Jej zabraliśmy, może zbyt rzadko przychodziła nam do głowy myśl, że ta dobroć Krysi jest wynikiem ciężkiej pracy i poświęcenia siebie, poświęcenia czasu swojej rodziny. Będzie nam Jej brakować. Zawsze.

Już teraz dotkliwie czujemy Twój brak, Krysiu. Tak trudno nam uwierzyć w tę tragedię.

Powtarzała je do znudzenia. Jak przykazania. Perfekcja była jej znakiem firmowym. Wiadomo, że jak się Krystyna do czegoś wzięła, to zawsze wychodziło znakomicie. Ogólnopolskie Dyktando wymyśliła na urlopie macierzyńskim, gdy spacerowała z ukochanym synem Tomkiem. Pierworodnym. Potem było mnóstwo innych pomysłów. Dla niektórych szalonych, niemożliwych do zrealizowania. Ale dla niej rzeczy niemożliwych nie było.

- Zarażała energią, radością życia. Była najlepszą nauczycielką zawodu. Nie mogę ogarnąć myślą tej wielkiej tragedii. Jak osoba tak afirmująca życie mogła je stracić? – pyta Ewa Niewiadomska, dziennikarka Radia Katowice, w ostatnich latach najbliższa współpracowniczka Krystyny Bochenek.

Wicemarszałek Senatu, kobieta – instytucja, dobry człowiek. Krystyna Bochenek zawsze wyprzedzała innych o dwie długości. Nigdy nie pracowała na pół gwizdka, dawała z siebie wszystko. I jeszcze znajdowała czas, by zadbać o nienaganny wygląd, zadzwonić do koleżanki z urodzinowymi życzeniami, udzielić wywiadu, spotkać się z wyborcami, udzielić mądrej rady, wesprzeć, pomóc. Na nazwisko Bochenek otwierały się wszystkie drzwi. Gdy inni mogli tylko bezradnie rozkładać ręce, wkraczała Ona. 

Patronowała, prowadziła licytacje, wspierała akcje. Nie wiadomo, jak godziła swoje role, zajęcia. Pobudka szósta rano, potem kawa. W ciągu dnia kilka kaw. Uwielbiała kawę, a swoje zamiłowanie do niej usprawiedliwiała niskim ciśnieniem. Zawsze czarna, oczywiście bez cukru.

- Krystyna przede wszystkim czuła się radiowcem. Choć znała i rozumiała wszystkie media, najlepiej pracowało się jej w radiu – mówi Anna Kidawa, dziennikarka Radia Katowice, która z Krystyną Bochenek współpracowała m.in. przy realizacji Poradnika Medycznego najpopularniejszej audycji poświęconej medycynie. – Nigdy nie poznałam równie kreatywnej osoby. A przy okazji tak dokładnej, obowiązkowej. I takiej kobiecej. Te jej buty na wysokim obcasie, nienaganny strój…

Kidawa mówi, że Krystyna była wizjonerką. Na początku lat 90. przeprowadziła pierwszą w Polsce akcję ratującą oddział hematologii dla dzieci w Zabrzu pod hasłem: Mamo nie płacz. Wtedy jeszcze Jurek Owsiak nie myślał, że zostanie dyrygentem Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

- Choć Krystyna ufała współpracownikom, to do końca czuwała nad szczegółami każdego przedsięwzięcia. Brała nas w jasyr, ale uwielbialiśmy to. Ona wszystko zawsze sprawdzała. Dzwoniła do mnie dzień przed śmiercią, pytając o temat cotygodniowych poniedziałkowych spotkań z Czytelnikami Dziennika Zachodniego. Zreferowałam dokładnie, bo wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik – mówi Kidawa.

Drugą miłością zawodową Krystyny Bochenek, tuż po radiu, była medycyna. Dobry sen Galiny to wiele razy nagradzany reportaż Krystyny Bochenek z 1991 roku o Rosjance oczekującej w Polsce na operację serca. Po emisji jeden ze słuchaczy, biznesmen. Słuchacze płakali słuchając audycji.

- Zetknęły nas studia polonistyczne. Wychowywali nas do dorosłego, zawodowego życia ci sami profesorowie. Jakże wiele mieliśmy wspólnych wspomnień – np. te z pobytu Jana Pawła II w Gliwicach, podczas Jego pamiętnej ostatniej wizyty w ojczyźnie, gdy przyszło nam relacjonować to spotkanie w sytuacji absolutnie absurdalnej: Krysia w studiu, ja z dwoma telefonami komórkowymi na gliwickim lotnisku, a przed nami trzy godziny programu – wspomina Jacek Filus, dyrektor Polskiego Radia Katowice, wieloletni kolega z pracy.

Ostatni raz rozmawiał z Krystyną 7 kwietnia. Ustalali ostatnie szczegóły akcji czytania papieskich dzieł, przygotowywanej na rocznicę urodzin papieża.

Wszystko miała zaplanowane na wiele miesięcy naprzód. To Krystyna Bochenek była pionierką masowych społecznych akcji promujących zdrowy styl życia. Podczas happeningu Różowa Wstążka na katowicki Rynek ściągnęła prezydentową Jolantę Kwaśniewską, która przekonywała kobiety, że trzeba badać piersi, i pokazywała na fantomie, jak to robić. Promowała Wampiriadę, czyli zbiórkę krwi. By wspomóc Hospicjum Cordis, wymyśliła sztukę Królewna Śnieżka, a na scenę zapędziła m.in. Jerzego Buzka i Kazimierza Kutza.

- Ona, która była uosobieniem ochoty do życia, taka aktywna, tak ładnie patrzyła na świat. Już nie będzie patrzeć – powiedział nam zdruzgotany stratą Kazimierz Kutz.

Kiedy trzynaście lat temu rzuciła pomysł, by zorganizować ogólnopolskie imieniny Krystyn, wielu nie wierzyło, że przedsięwzięcie może się udać. – Mąż z córką kupili mi w prezencie bilet do katowickiej Filharmonii. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam Krysię. I wpadłam po uszy. Byłam na każdych imieninach. Na tych ostatnich tegorocznych też. Pamiętam jak do mnie powiedziała: Ty Krysia jesteś ze mną od początku. Ogarnij to. A ja odpowiedziałam: Tak jest, pani kapitan – wspomina Krystyna Garbas i dodaje: – Wciąż nie mogę do siebie dojść. Rozdzwoniły się telefony od Krystyn z całego kraju. Płaczemy, rozpaczamy.
 
Sześć lat temu Krystyna Bochenek weszła w świat polityki ze znaną tylko sobie klasą. Pierwszy raz została senatorem w wyborach uzupełniających po zmarłym senatorze Adamie Graczyńskim. Kolejne wybory były jej ogromnym triumfem. W ostatnich zdobyła ponad 255 tysięcy głosów. Nie było na nią mocnych.

Tak naprawdę polityka rozumiana jako walka, spór jej nie fascynowała. Nie uczestniczyła w partyjnych połajankach. Mandat senatora piastowała z godnością. I też dawała z siebie wszystko, spotykając się z wyborcami, odpowiadając na ich listy, liczne prośby.

Z Andrzejem Bochenkiem, swoim mężem, znanym kardiochirurgiem, stanowili jedną z najbardziej niezwykłych par. Piękni, zdolni, wpatrzeni w siebie. Uczucie, przywiązanie, ich przyjaźń widać było na każdym kroku. O swoim mężu zawsze mówiła: Mój Andrzej. Czytelnicy miesięcznika Pani przyznali im Srebrne jabłko wręczane kochającej się, znanej parze. Po uroczystości w jednym z wywiadów przyznali, że zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia.

- To szczególnie bolesne, bo nie sposób odłączyć jej od jej męża. Oni razem byli jedną z najbardziej niezwykłych par. Żegnam ją z najwyższym smutkiem i żalem, że już nie zobaczę tego jej spojrzenia połączonego z wnikliwością i radością – twierdzi Kutz.

Najważniejsze role, w jakich się sprawdziła, to były te role domowe, rodzinne. O synu Tomku i córce Magdzie mogła mówić godzinami. Cieszyła się ślubem syna, a teraz czekała na narodziny wnuczki. Dumnie zdradzała: – Będę babcią.

W jednym z wywiadów powiedziała: – Udało mi się w życiu. Mam do spłacenia za to dług i go spłacam.

Agata Pustułka
“Dziennik Zachodni”
14 marca 2011 r. 

 

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/687

11-04-2010, 11:56

Poczet redaktorów naczelnych Dziennika Zachodniego – Marek Chyliński (1997-2004)  »

Dziennik Zachodni
Michał Smolorz
11-04-2010

W cyklu prezentującym ludzi Dziennika Zachodniego autorstwa Michała Smolorza dziś sylwetka dziesiątego redaktora naczelnego naszej gazety. To pierwszy redaktor naczelny, który całe swoje wcześniejsze zawodowe życie związał z naszą gazetą.

Marek Chyliński

Brzmi to nieprawdopodobnie, ale dopiero po 52 latach od założenia gazety, jej redaktorem naczelnym został dziennikarz, który całą swoją zawodową karierę związał z Dziennikiem Zachodnim i w tej redakcji przeszedł wszystkie szczeble profesjonalnego wtajemniczenia.

Urodził się w Katowicach w 1960 roku, studiował nauki polityczne i dziennikarstwo na Uniwersytecie Śląskim i zaraz po dyplomie (1984) zaczął pracę w DZ. Przerwał ją na odbycie rocznej służby wojskowej w szkole podchorążych rezerwy (1985-1986), później już tylko pieczołowicie piął się po kolejnych schodkach zawodowego wtajemniczenia, dochodząc w połowie lat 90. ubiegłego wieku do stanowiska zastępcy redaktora naczelnego. Jako specjalizację wybrał tematykę międzynarodową.

Skrupulatnie wykorzystywał wszystkie okazje do doskonalenia wiedzy i umiejętności, zwłaszcza te otwarte przełomem 1989 roku. Odbył kilka zagranicznych staży w Niemczech i Stanach Zjednoczonych, studiował też na Uniwersytecie w Pasawie. Po zmianie właściciela wydawnictwa i tytułu był – jeśli tak można powiedzieć – pieczołowicie „hodowany” przez wydawcę na redaktora naczelnego. A kiedy uznano, że już dojrzał do nowej funkcji, zrobiono mu miejsce, by zainwestowane weń wysiłki i kapitały zaczęły procentować.

Chyliński robi wrażenie człowieka nieśmiałego, spokojnego, a nawet ospałego, przeczy wyobrażeniom o dynamicznych, stanowczych i cholerycznych redaktorach współczesnych gazet. Jednak okazał się skutecznym menedżerem, a nawet wizjonerem, zaś kilka zorganizowanych przez niego akcji okazało się rynkowymi hitami. Jak np. porady dra Jana Kwaśniewskiego, który wydał wojnę wszystkim dietetykom straszącym cholesterolem i nakazywał obżerać się golonkami, boczkiem i innymi grzesznymi daniami. Mimo larum trąbionego przez świat medyczny, publikowana w odcinkach Dieta optymalna przyniosła gazecie wielki sukces rynkowy. A napisana wspólnie z Kwaśniewskim książka stała się bestsellerem, obu autorów windując na szczyty popularności i zarazem finansowego dostatku.

Kiedy sukces „Diety Kwaśniewskiego” powoli wygasał, Marek Chyliński wymyślił Śląskie Abecadło, pierwszy w historii tutejszej prasy regionalnej satyryczno-szyderczy felieton codzienny, bezlitośnie drwiący z lokalnych elit: po imieniu, bez ogródek, z odwołaniem do wszystkich znanych i nieznanych przywar eksponentów śląskiego high life`u. Lokalni politycy, samorządowcy, artyści, ludzie mediów, nawet duchowni, przyzwyczajeni dotąd do umizgów, do podchodzenia do nich na kolanach, do przymilnych zabiegów – najpierw wzburzeni wysyłali adwokatów z pogróżkami, by w końcu na wyścigi zabiegać o umieszczenie ich na liście.

W początku 2004 roku decyzją zarządu spółki Polskapresse, która zakupiła także drugą katowicką gazetę (Trybunę Śląską), nastąpiło połączenie obu redakcji pod wspólnym szyldem Dziennika Zachodniego. Zgodnie z wolą wydawcy kierownictwo gazety przejął dotychczasowy redaktor naczelny TŚ. Z dniem 30 kwietnia 2004 Marek Chyliński został odwołany i zatrudniony w centrali wydawnictwa, gdzie od podstaw zorganizował i prowadzi do dziś Instytut Dziennikarstwa, szkolący adeptów zawodu dla wszystkich gazet spółki. Jest także adiunktem w Instytucie Politologii Uniwersytetu Opolskiego, gdzie wykłada dziennikarstwo, komunikację społeczną i stosunki międzynarodowe. W 2008 roku wydał (jako współautor wraz ze Stephanem Russ-Mohlem) sztandarowy podręcznik zawodu pt. Dziennikarstwo.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/jubileusz/243209,poczet-redaktorow-naczelnych-dziennika-zachodniego-marek,id,t.html

09-04-2010, 12:55

“Współpracownicy TVP Katowice mają jej płacić. Za co?”  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Przemysław Jedlecki
09-04-2010

W Bytkowie podjęli decyzję, która może i nie jest samobójcza, ale za to kojarzy się z klasycznym strzałem w kolano:

Współpracownicy TVP Katowice muszą co miesiąc zapłacić 15 zł za “współużytkowanie powierzchni wspólnej”. – Jak ktoś dostaje narzędzia do pracy, to wypada, żeby za nie zapłacił – klaruje Jerzy Nachel, nowy szef ośrodka.

Opłata to od kilku dni główny temat rozmów dziennikarzy i współpracowników katowickiego ośrodka TVP, których jest około setki. Mówią o tym, że według instrukcji pieniądze można wpłacać bezpośrednio w kasie ośrodka albo zrobić przelew, i że to absurd. – To tak, jakby płacić telewizji za to, że możemy w niej być. Przecież to nie nasza wina, że jesteśmy współpracownikami. To firma nie chce nam dać etatów, a teraz jeszcze nas za to karze opłatą za biurka! Może mamy jeszcze zapłacić za to, że możemy oddychać powietrzem na korytarzach firmy? Albo za to, że zużywamy wodę w toaletach? – pytają. Wolą nie wypowiadać się pod nazwiskami. – Staramy się żartować z nowego zarządzenia, ale to śmiech przez łzy. Tak naprawdę czujemy się upokorzeni – mówią nasi rozmówcy.

Opłaty za “współużytkowanie powierzchni wspólnej” wprowadził Jerzy Nachel, nowy dyrektor katowickiego ośrodka. Wyjaśnia, że w ten sposób współpracownicy TVP Katowice dokładają się do opłat za korzystanie z telefonów, prądu czy ogrzewania. – To nie jest żaden dramat. Kwota jest przecież śmiesznie niska – mówi dyrektor Nachel. Jego zdaniem jeśli ktoś dostaje narzędzie pracy, to wypada, żeby za nie zapłacił. – Współpracownicy to tak naprawdę firmy zewnętrzne. Uznaliśmy, że skoro świadczą nam usługi, to powinni partycypować w kosztach utrzymania budynku – dodaje Nachel. Zanim wprowadził zarządzenie o opłatach, skontaktował się z prawnikami. Potwierdzili, że opłata jest zgodna z prawem.

Dziennikarze i operatorzy kamer współpracujący z TVP Katowice zastanawiają się, czy nie zbojkotować zarządzenia, ale dyrektor Nachel ostrzega: – Opłaty nie muszą wnosić pracownicy etatowi, a jeśli jakiś współpracownik nie zechce zapłacić, będzie to sygnał, że nie chce tu pracować.

Pracownicy ośrodka mówią, że opłata to kolejny dowód na powolny upadek TVP Katowice, w którym o obsadzie dyrektorskich posad od lat decyduje polityka. Niedawno pojawiła się groźba, że katowicka stacja będzie tylko tzw. ośrodkiem emisyjnym. Gdyby tak się stało, w Katowicach nie powstawałyby już programy, a wielu dziennikarzy straciłoby zajęcie.

Dzisiaj i tak TVP Katowice nadaje tylko cztery godziny własnego programu dziennie. Gdy “Gazeta” ujawniła plany podziału ośrodków regionalnych na emisyjne i nieemisyjne, rzecznik TVP zaręczał, że są one już nieaktualne, ale w Bytkowie z niepokojem czekają na kolejne pomysły centrali. Teraz pracuje tu około 250 osób. Wszyscy boją się zwolnień, cięć i redukcji.

Dyrektor Nachel przyznaje, że sytuacja finansowa ośrodka nie jest różowa i odpowiada sytuacji w całej spółce, ale uspokaja: – Plotki o naszym zgonie są przedwczesne.

Tymczasem Romuald Orzeł, prezes TVP, wyjaśniał niedawno, że nie może obiecać więcej Teatru Telewizji, programów dla dzieci czy naukowych. – Nie będzie więcej, bo codziennie walczymy z płynnością finansową w firmie – mówił. Zamierza wziąć kredyt na 100 mln zł, który pozwoli przetrwać telewizji publicznej. Firma ma oszczędzać, zwalniając pracowników i zatrudniać firmy zewnętrzne do produkcji programów. Do minimum mają być obcięte wydatki na ośrodki w kraju. Dotyczy to także TVP Katowice. W ramach oszczędności w katowickim ośrodku już obniżono m.in. honoraria dziennikarzy.

Sytuacją w ośrodku zaniepokojony jest Adam Warzecha, członek rady programowej TVP Katowice. Nie ukrywa zaskoczenia decyzją Nachela. Zapowiada, że będzie się domagał od niego wyjaśnień. – To prawda, że wiele osób w stacji nie ma stałych etatów, ale to nie ich wina i trudno ich za to karać – mówi Warzecha. – To telewizja oszczędza i zmusza ludzi do zakładania firm. Teraz jeszcze wyciąga rękę po ich, i tak nie najwyższe, dochody.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,7752431,Wspolpracownicy_TVP_Katowice_maja_jej_placic__Za_co_.html

02-04-2010, 18:38

Poczet redaktorów naczelnych Dziennika Zachodniego – Maciej Wojciechowski (1995-1997)  »

Dziennik Zachodni
Michał Smolorz
02-04-2010

W cyklu prezentującym ludzi „Dziennika Zachodniego”, autorstwa Michała Smolorza dziś sylwetka dziewiątego redaktora naczelnego naszej gazety. Ma w swoim życiorysie imponującą kartę kombatancką bojownika w walce z komuną.

Maciej Wojciechowski

Pierwszy przedstawiciel „nowej nomenklatury” czyli układu politycznego zawiązanego na gruzach Okrągłego Stołu. Ale też i… ostatni, gdyż na nim skończył się w śląskiej prasie okres przejściowy od PZPR-owskiego koncernu RSW do prywatnego wydawnictwa.

Wpływ na obsadę głównych stanowisk w redakcji przysługiwał natenczas Zarządowi Regionu „Solidarności”, który usiłował jeszcze zachowywać prerogatywy „wojewódzkiej instancji partyjnej” w stylu dawnego KW PZPR. Nowy naczelny „Dziennika Zachodniego” to urodzony w 1964 roku na Dolnym Śląsku, absolwent socjologii na Uniwersytecie (1988) z imponującą kartą kombatancką w podziemnych młodzieżówkach lat 80. Ma w życiorysie wszystko, co było w zasięgu – od przybudówek Konfederacji Polski Niepodległej, po struktury zdelegalizowanego w stanie wojennym Niezależnego Zrzeszenia Studentów. Związany z równie bojową i równie polityczną dziennikarką swojego pokolenia Anitą Gargas, z którą najpierw byli parą, potem małżeństwem, a potem z hukiem się rozstali, by do dziś wspierać się wzajem w polityczno-zawodowej działalności. W zależności od tego, kto aktualnie jest na fali, albo Gargas bywa protegowaną Wojciechowskiego, albo Wojciechowski protegowanym byłej żony – i tak oboje zgodnie podtrzymują tę oryginalną spółkę postmatrymonialną.

W wolnej Polsce politycznie przeszedł szlak od „Solidarności Walczącej” Kornela Morawieckiego, przez „Solidarność”, Ligę Republikańską, po kolejne ugrupowania braci Kaczyńskich z solidnym zakorzenieniem w obecnym PiS. Zawodowo – od lokalnych pisemek, przez Tygodnik Solidarność, aż do stanowisk kierowniczych w gazetach regionalnych. W „Dzienniku Zachodnim” pojawił się na krótko już w 1992 roku na fotelu zastępcy, ale była to tylko odskocznia na stanowisko naczelnego w „Dzienniku Łódzkim”.

W lutym 1995 powrócił do Katowic, by samodzielnie objąć po Włodzimierzu Paźniewskim kierowanie „DZ”. W kraju był to czas politycznie burzliwy. Upadł rząd Waldemara Pawlaka, który zasłynął recydywą PRL-u na wielką skalę. Premierostwo przypadło Józefowi Oleksemu, któremu z kolei na odchodnym podłożył bombę Lech Wałęsa, ogłaszając „aferę Olina”. Ostatecznie powstał z niej rząd Cimoszewicza, który działał do końca kadencji Sejmu, tj. do 1997 roku. W Katowicach było spokojniej niż w centrali, na urzędzie wojewody zasiadał Eugeniusz Ciszak, człowiek ugodowy i starający się nikomu nie narażać.

Maciej Wojciechowski był redaktorem naczelnym zaledwie półtora roku. Po wykupieniu gazety przez Neue Passauer Presse i utworzeniu grupy Polskapresse, został z końcem sierpnia 1997 roku odwołany i zatrudniony w centrali wydawnictwa. Od 1999 roku parał się biznesem, z powodu którego później będzie bez końca włóczony po sądach i na przemian oskarżany, skazywany i uniewinniany. Na pierwszej linii lokalnej polityki pojawił się znów w 2004 roku jako dyrektor katowickiego oddziału Telewizji Polskiej z nominacji Prawa i Sprawiedliwości, w której to partii zasiadał wówczas w Radzie Politycznej. Był to czas pierwszej koalicji PiS-owsko – SLD-owskiej w mediach (o której już dziś trochę zapomniano, bo wszyscy emocjonują się tą drugą, zawiązaną w 2009 roku). Po zwycięstwie PiS-u w wyborach 2006 roku i po osławionym „skoku na media” (zmiana ustawy i powołanie nowej rady całkowicie powolnej Jarosławowi Kaczyńskiemu), Wojciechowski awansował do centrali TVP, gdzie był m.in. dyrektorem w Programie I.

Od 2007 roku jest wiceprezesem działającej w Katowicach Fundacji Edukacja Bez Granic.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/jubileusz/239642,poczet-redaktorow-naczelnych-dziennika-zachodniego-maciej,id,t.html

01-04-2010, 18:16

Poradnik Działkowicza w Polsce Dzienniku Zachodnim  »

Media2.pl
Łukasz Szewczyk
01-04-2010

6 kwietnia (wtorek) wraz z Polską Dziennikiem Zachodnim w prezencie dla Czytelników pierwsza część Poradnika Działkowicza wraz z okładką na kolejne zeszyty.

Oprócz przydatnych informacji dotyczących uprawy warzyw i roślin ogrodowych, znajdą się w nim porady dotyczące ochrony roślin przed szkodnikami, właściwego nawożenia, a także propozycje upiększenia ogrodów.

Poradnik składa się z ośmiu zeszytów, dostępnych wraz z Polską Dziennikiem Zachodnim w dniach 6-15.04.2010 w cenie gazety. Dodatek promowany jest w lokalnych rozgłośniach radiowych, Telewizji Silesia, portalu internetowym www.naszemiasto.pl, na stronach: www.wiadomosci24.pl  i www.dziennikzachodni.pl .

Całość: http://media2.pl/media/62926-poradnik-dzialkowicza-w-polsce-dzienniku-zachodnim.html

31-03-2010, 18:45

“Śląsk” na jubileusz telewizji  »

Tygodnik Regionalny "Nowiny”
(adr)
31-03-2010

Zespół Pieśni i Tańca “Śląsk” będzie gościem uroczystej gali z okazji 3. rocznicy działania Telewizji Regionalnej TVT. Szykowane są dwie imprezy, 24 i 25 kwietnia. Obie odbędą się w Rybnickim Teatrze. Zaczynają się o godzinie 18.

- Zaprosiliśmy balet, chór i orkiestrę, w sumie 120 osób. Zespół przedstawi najlepsze fragmenty ze swojego bogatego repertuaru, a nasza telewizja będzie rejestrowała całość. Potem zostanie wydana płyta DVD – mówi Grzegorz Sypniewski z Telewizji TVT.

Bilety kosztują 55 zł. W dniach 9 i 16 kwietnia można je będzie kupić m.in. w potężnym, amerykańskim autobusie, który stanie na rybnickim rynku. Oczywiście będą również dostępne w kasie teatru. Patronat medialny nad tym wydarzeniem objął Tygodnik Regionalny “Nowiny”.

Całość: http://www.nowiny.rybnik.pl/artykul,16849,slask-na-jubileusz-telewizji.html