- Dziennikarstwo obywatelskie powinno być bliskie pieniactwu. W warstwie społecznej, pieniacze ze swym uporem są niezwykle przydatni. W ostatnich latach dziennikarze zawodowi patrzą władzy na usta, więc szansą dziennikarzy obywatelskich jest patrzenie władzy na ręce – mówi Piotr Najsztub w wywiadzie dla Wiadomosci24.
Lidia Raś: Pamięta Pan swoją przygodę z dziennikarstwem obywatelskim? Rok 2007, I edycja konkursu na Dziennikarza Obywatelskiego i Pan w jury konkursu. Zapamiętałam Pana jako entuzjastę raczkującego wtedy zjawiska jakim było wtedy DO.

Piotr Najsztub
Piotr Najsztub: Tak, wydawało mi się wtedy, że wśród pewnej jałowości mediów „normalnych”, które obracają się wśród tych samych tematów, służą coraz bardziej wywoływaniu i podtrzymywaniu rozmaitych emocji, a nie zwracaniu uwagi na istotne sprawy i pilnowaniu potem tych istotnych spraw, dziennikarstwo obywatelskie tę lukę wypełni. Sądziłem, że będą się pojawiali ludzie, którzy będą śledzić działania różnych instytucji, patrzeć na ręce władzy. Sądziłem też, że DO będzie takim narzędziem, które będzie dostarczać nowych tematów. Tak się nie stało.
Przeczytałem niedawno raport NIK w sprawie tzw. Schetynówek. Podobno jakość pozostawia wiele do życzenia. Ja bym oczekiwał, że szeroka społeczność kierowców, którzy z tych dróg skorzystają, zbierze się i ktoś napisze jak to wygląda na co dzień. Ale nikt nie napisał… Szereg takich tematów nam umyka. Mam wrażenie, że Ci, którzy mieli ambicje być dziennikarzami obywatelskimi, dali się wciągnąć w nasz, zawodowców, wir. Komentują Tuska, Kaczyńskiego, sprawę krzyża na Krakowskim Przedmieściu i raport MAK, czyli robią to samo co my. Nie wypełnili tej luki.
Dlaczego tak się dzieje?
Bo łatwiej jest pisać o Tusku i Kaczyńskim, bo ma się poczucie uczestniczenia w mainstreamie; ale to źle wróży. Były takie przypadki jak np. Kataryna, która pisała wnikliwie o różnych sprawach, drążyła, szukała, ale zdaje się, że nawet ona w ostatnich czasach wpadła w mainstream, a jej naśladowcy się nie pojawili. W ostatnich latach dziennikarze zawodowi patrzą władzy nie na ręce a na usta, więc szansą DO nadal jest patrzenie władzy na ręce.
Mówi się często, że dziennikarstwo obywatelskie rozkwita tam, gdzie silne jest społeczeństwo obywatelskie…
No tak, a u nas jest z tym marnie, bo nigdy nie mieliśmy takiego doświadczenia zbiorowego. Początek lat 80. wyzwolił patriotyzm, ale nie działania typowe dla społeczeństwa obywatelskiego; nie mamy wzorców. Myślę, że marzenie o społeczeństwie obywatelskim trzeba odłożyć, bo go w Polsce w najbliższym czasie mieć nie będziemy. Możemy mieć coraz silniejsze społeczności walczące o coś w swojej okolicy, więc może to za 20-30 lat spowoduje, że społeczeństwo obywatelskie się pojawi. Na razie jesteśmy skazani na jednostki pozarządowe, które jako jedyne będą mogły wpływać na rządzących.
Kim jest dla Pana modelowy dziennikarz obywatelski?
Człowiekiem z pasją pisania. I z pragnieniem, by być słyszanym. Tylko nie ma w nim wytrwałości i niestety „ego” dominuje. Dziennikarstwo obywatelskie powinno być bardziej zbliżone do pieniactwa. Jeśli dziennikarza obywatelskiego w pracy jego gminy coś oburza, to idzie do tej gminy, pisze, szuka, ktoś mu odpowiada, idzie na spotkanie rady… To jest dziennikarstwo obywatelskie. Bliskie pieniactwu. My uważamy, że pieniactwo to coś negatywnego. W sądzie, gdy sąsiad kłóci się sąsiadem – tak, ale w warstwie społecznej, pieniacze ze swym uporem są niezwykle przydatni.
Zawodowi dziennikarze, krytykując dziennikarstwo obywatelskie, często zarzucają mu nierzetelność, chęć realizowania jakichś swoich interesów. Według Pana słusznie?
Nawet w internecie obowiązują zasady prawa prasowego. Jest więc groźba, że jeśli pieniacz pomówi kogoś, będzie ukarany. Zanim się coś napisze, postawi zarzuty, trzeba mieć na to dowody. Jeśli ktoś pisze, bo coś usłyszał, a nie ma dowodów, to nie jest to dziennikarstwo obywatelskie, tylko donosicielstwo obywatelskie. Ale jest jeszcze coś, ja czytam też prasę lokalną i nie ma w niej tematów od dziennikarzy obywatelskich, bo DO wcale nie poruszają aż takich istotnych spraw lokalnych! A jeśli już coś się pojawi, to zwykle słabo udokumentowane.
Zaglądał Pan ostatnio na W24? W serwisie materiały przechodzą przez moderację, także pod kątem rzetelności informacji.
No i tak powinno być, bo jednak serwis jeśli jest poważny, to zamieszczając treści na swoich stronach, musi mieć możliwość skontrolowania tego co puszcza. Zmusza zresztą do tego prawo prasowe. Trudno oczekiwać, że sam dziennikarz obywatelski będzie o tym pamiętał, bo on jest głównie od podania informacji, ale jeśli puszczamy jego materiał, to musimy przefiltrować go zgodnie z założeniami sztuki dziennikarskiej.
Widzi Pan potrzebę większej kontroli w internecie?
Zasady kontroli są. To tylko rząd sprytnie udaje, że nie czytał dyrektywy unijnej, która niczego nie nakazywała, ale informowała w jakim kierunku zmierza internet i jak w związku z tym w przyszłości chronić różne interesy. Przecież w Polsce, w internecie obowiązują zasady prawa prasowego. Kodeks cywilny i kodeks prawny również działa wobec treści zamieszczonych w sieci, prawo autorskie też, tylko trzeba tego przestrzegać. Zgoda na powiększający się obszar anonimowości, w którym panują coraz większe emocje negatywne jest przyzwoleniem na bezkarność. Jeśli coś deprecjonujemy, to róbmy to z otwartą przyłbicą, a jeśli nie chcemy robić tego otwarcie, to dyskutujmy u cioci na imieninach.