Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

04-04-2011, 18:48

Wiesław Władyka: Dziennikarze to bardzo aroganckie osobowości  »

Wiadomości24.pl
Eustachy Bielecki
04-04-2011

Czy dziennikarstwo obywatelskie ma prawo do istnienia? Czy zagraża Polsce tabloidyzacja? Czy wciąż obowiązuje cenzura? Swoją opinią nt polskiego dziennikarstwa podzielił się z W24 prof. Wiesław Władyka, publicysta “Polityki”, wieloletni kolega Ryszarda Kapuścińskiego.

Wielu dziennikarzy z mediów mainstreamowych określa zjawisko DO “zejściem prawdziwego dziennikarstwa na psy”. Czy mają rację? Czy rzeczywiście dziennikarze obywatelscy to dyletanci, piszący o niepozamiatanych chodnikach?

Prof. Wiesław Władyka

Nie uważam tak. To raczej kwestia zdefiniowania ról. Jeśli mówimy o działalności dziennikarskiej (teksty, materiały audiowizualne – od autora), to materiały dziennikarzy obywatelskich podlegają tej samej krytyce, co praca zawodowców. Polskie media, zarówno mainstreamowe, jak i obywatelskie, są przepełnione błędami, nieścisłościami i brakiem dobrego tonu. Ten dystans zawodowych dziennikarzy do swoich “obywatelskich kolegów” wynika z najprostszej konkurencji i strachu przed utratą prestiżu i elitaryzmu tego zawodu. Rywalizacja na scenie medialnej jest podwójnie trudna.

To znaczy, że poziom tekstów dziennikarzy obywatelskich może dorównać profesjonalizmowi zawodowców?

Nie zawsze, ale bardzo często. Trzeba pamiętać, że polscy dziennikarze to bardzo aroganckie, wyniosłe osobowości, które niezwykle wysoko cenią sobie swoją pracę. Stąd ten dystans i skłonność do krytyki. Krytykujemy wszystko, oprócz samych siebie.

Czy zatem dziennikarze obywatelscy mogą w ciągu jednej dekady “uspołecznić” ten zawód? Czy dziennikarzem może zostać każdy, kto potrafi dobrze pisać?

Tak nie powiedziałem. Powtórzę się, musimy zdefiniować role. Dziennikarstwo zawodowe zajmuje się gorącymi newsami i opinią. Z kolei DO dostarcza informację lokalną i prowadzi swoje “śledztwo”.

A co z kwestią upolitycznienia mediów mainstreamowych? Czytając prasę lub oglądając telewizję, nie mam wątpliwości, że dziennikarze jednak nie są do końca obiektywni.

Nie są obiektywni i nigdy nie będą. To jest cecha ludzka i z nią walczyć się nie da. Myślę, że dziennikarz powinien być zaangażowany w temat i wyrażać swoją opinię. Każdy zawodowiec w tym rzemiośle ma swoje zdanie. Niemniej, stopień upolitycznienia mediów, prawdę mówiąc, zaczyna mnie drażnić. Politycy stali się gwiazdami medialnego show.

Czy dziennikarze obywatelscy mogą nie mieć tego problemu z poprawnością polityczną i być bardziej bezstronnymi?

Nie, bo podlegają tym samym regułom, co my. Przecież oni również są wyborcami.

Czy poziom polskiego dziennikarstwa jest wysoki? Może jakieś uwagi?

Z dziennikarstwem jest średnio. 90 proc. materiałów, ukazujących się w mediach, to bezsens. Warto również dostrzec zgubną dla prawdziwego dziennikarstwa falę tabloizacji, która pochłonęła dzienniki, prasę opinii i media elektroniczne. Moja ocena polskiego dziennikarstwa naszych czasów nie jest pozytywna.

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/wieslaw_wladyka_dziennikarze_to_bardzo_aroganckie_osobowo sci_188953.html

04-04-2011, 09:31

Złote czasy “Lodów na patyku”  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Piotr Zawadzki
04-04-2011

Pamiętacie wieczorne spotkania wokół magnetowidu? Nie przeszkadzał niemiecki dubbing ani jakość kaset zdartych po wielokrotnych kopiowaniach. Nareszcie oglądaliśmy to, na co mieliśmy ochotę. 20 lat temu nasz region był najlepszym rynkiem wideo w kraju – wspomina Piotr Zawadzki.

Moda wideo dotarła do nas w drugiej połowie lat 80. Wkrótce oglądanie filmów na domowych odtwarzaczach stało się już powszechnym obyczajem.

Krzysztof Łęcki, socjolog kultury z Uniwersytetu Śląskiego (pierwszy magnetowid kupił w Peweksie pod koniec lat 80.), też uległ tej modzie: – Kiedy miało się dwadzieścia parę lat, to uczestnictwo w rewolucji wideo było czymś naturalnym, niemalże towarzyską koniecznością. Bo jak inaczej rozmawiać o filmach, które oglądali wszyscy, jeśli samemu się ich nie widziało? A one były tylko na wideo… Pokusa zakazanego owocu i towarzyskie obowiązki dają razem bardzo silną motywację.

Na Śląsku jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać firmy sprowadzające tani sprzęt wideo z Azji. Błyskawiczny rozwój rynku kaset był tylko kwestią czasu.

Początkowo filmy były dostępne przede wszystkim w obiegu towarzyskim, ale także na targowiskach i straganach ulicznych. Prosto z kartonów wymieniało się je na własną odpowiedzialność. Bo nie zawsze tytuł na kasecie odpowiadał zawartości. Zamiast najnowszego hitu pechowiec mógł trafić na kino klasy C, w dodatku nie do oglądania po wielokrotnym kopiowaniu.

W Katowicach wielkim powodzeniem wśród wideomaniaków cieszyła się giełda w okolicach domu kultury Huty Baildon. Teraz jest tam kinoplex.

Narzekają na złe prawo

Szybko zaczął powstawać legalny biznes: wypożyczalnie kaset, a w ślad za nimi czasopisma i targi wideo. Specjaliści od przestrajania i naprawy magnetowidów mieli pełne ręce roboty. Cacka sprzed lat na internetowych aukcjach chodzą dziś nawet po 10 zł. Zachwalane są jako atrakcje dla majsterkowiczów. Fachowiec z centrum Katowic teraz w szyldzie swojej firmy ma już serwisowanie laptopów i odzyskiwanie danych. Nawet mu się nie chce rozmawiać o dawnych czasach. – Roboty mam potąd. A po robocie to ja odpoczywam – ucina.

Chorzowianin Marek Cichy (pierwszy magnetowid, koreańskiej firmy NEC, kupił w Baltonie pod koniec lat 80.) był jednym z pionierów śląskiego rynku wideo. Wypożyczalnie kaset pączkowały wtedy w centrach miast, ale też na osiedlowych blokowiskach. Wystarczało nawet niewielkie pomieszczenie. – Pierwszą otworzyłem w 1992 roku w Halembie. Wynająłem lokal w ośrodku kuratorskim dla trudnej młodzieży – wspomina Cichy. Na 16 m kw. zmieścił 1,5 tys. kaset. W najlepszym okresie miał siedem wypożyczalni Leo (w Chorzowie, Katowicach, Siemianowicach, Rudzie Śląskiej), zatrudniał prawie 20 osób.

W 1995 roku stać go było na wylicytowanie za ówczesne 8 mln zł serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Kiedy Cichy przymierzał się do otwarcia nowej wideoteki w centrum Chorzowa, pomieszczenie po dawnej wędzarni ryb przerobił na elegancki salon. Beżowa glazura na podłogach, sufit z podwieszanych kasetonów, regały przykręcone do białych ścian. A na samym środku fontanna na tle lustrzanych kafelków.

- Sam to wszystko wymyśliłem – uśmiecha się Cichy. Po latach został mu tylko lokal w Chorzowie-Batorym. Wypożyczalnia (teraz na półkach filmy na DVD i Blue-ray) to jednak tylko część salonu prasy i sklepu spożywczego. – Sama wideoteka by się nie utrzymała – wzdycha. – Jak nic się nie zmieni, to pociągnie jeszcze najwyżej rok – wieszczy.

Ludzie z branży narzekają na złe prawo, które nie ściga skutecznie piratów. Na dodatek usługi wypożyczania filmów opodatkowane są stawką podstawową 23 proc. Wszędzie indziej można obejrzeć film obłożony siedmioprocentowym VAT-em.

- Mam duszę artysty. Zaczynałem od pracowni fotograficznej w górniczym domu kultury, prowadziłem sklep z kasetami magnetofonowymi. Potem było wideo. Widzi pan? Zawsze miało to coś wspólnego z taśmą – mówi Cichy. Ma teraz inne, bardziej intratne pomysły na życie (giełda, fotografia), ale wideo żal mu rzucać. – To przecież 20 lat mojego życia – przypomina.

Wywiady na wyłączność

W latach 90. na polskim rynku pojawiało się legalnie nawet około 200 nowych filmów miesięcznie. Do naszego regionu trafiała prawie połowa kaset sprzedawanych z jednego tytułu. Filmoznawca Jan F. Lewandowski (magnetowid kupił za złotówki w 1990 roku) potwierdza, że w tej branży Katowice były wtedy najważniejszym miejscem w Polsce.

- Ludzie przestali chodzić do kina, gdzie była repertuarowa posucha, i przerzucili się na kasety – wspomina Lewandowski.

„Gazeta” pisała: „W jednej z małych katowickich wypożyczalni, zanim »Forrest Gump « przestał być rezerwowany i pojawił się na półce, minęły dwa miesiące. Czekać trzeba również na inne nowości”.

Dziennikarz Adam Synowiec (odtwarzacz Hitachi kupił chyba w 1989 roku w Peweksie za honorarium za opublikowane w Związku Radzieckim opowiadania s.f.) zaczął wydawać w Katowicach pierwsze polskie pismo o wideo.

- Trzy miesiące siedziałem nad biznesplanem. Wyszło mi, że powinno się udać. Powstałe w 1990 roku “Cinema Press Video” było w swoim czasie największym filmowym pismem w kraju. Dystrybucja początkowo tylko przez wypożyczalnie kaset, potem także przez kioski i salony prasowe. W połowie lat 90. nasz miesięcznik sprzedawaliśmy w 60 tys. egzemplarzy. Miał do 150 stron formatu A4 – mówi Synowiec, który wydawał także “Videotekę” przeznaczoną dla biznesmenów.

Inni też chcieli coś uszczknąć dla siebie z tego dochodowego tortu. W Katowicach powstały kolejne pisma dla zwykłych widzów, ale też dla dystrybutorów i właścicieli wypożyczalni: “Video Reporter” i “Video Business”.

Synowiec jeździł na festiwal do Cannes. – Nosiłem niebieski prestiżowy identyfikator zarezerwowany dla przedstawicieli najlepszych branżowych pism. Na miejscu zamawialiśmy wywiady na wyłączność z amerykańskimi gwiazdkami – wspomina.

W 1990 roku pierwsze ogólnopolskie targi wideo odbyły się w Katowicach.

Synowiec: – Zorganizowaliśmy je w dawnym Dezember Palast [dziś Centrum Kultury Katowice - przyp. red.]. Frekwencja dopisała. Cały parter i piętro były zajęte przez boksy wystawców. Przyjechali najważniejsi dystrybutorzy krajowi, także wysłannicy amerykańskiego Imperiala i Warnera. Najlepszych ludzi z branży nagradzaliśmy Srebrną Kasetą.

Kolejne edycje targów odbywały się już w Spodku.

Walka o przetrwanie

Pod koniec 1990 roku ukazał się pierwszy numer miesięcznika “Premiera”, za którym stały nazwiska znanych śląskich publicystów: Jana F. Lewandowskiego (redaktora naczelnego), Feliksa Netza, Marka Bastera. Stałym felietonistą został Kazimierz Kutz szukający wtedy dopiero pieniędzy na realizację filmu o tragedii w kopalni Wujek.

Lewandowski dobrze pamięta, że okładkę premierowego numeru zdobiła twarz Teri Hatcher, gwiazdki amerykańskiego filmu. A na ostatniej stronie Nicolas Cage epatował obrzydliwie ekstrawagancką marynarką ze skóry węża.

- Naszą ambicją było założenie w Katowicach pisma filmowego. Redagowanie “Premiery” wspominam jako nieustanną walkę o przetrwanie. Dobrze wystartowaliśmy, co w tamtych czasach już było sukcesem. Większość pism padała po jednym, dwóch numerach – wspomina Lewandowski. To były jeszcze czasy szalejącej inflacji. Pierwszy numer kosztował 5 tys. zł, jeden z ostatnich – już 18 tys. zł. “Premiera” upadła po dwóch i pół roku.

- Coraz słabsza sprzedaż, mniej reklam, perturbacje z drukarnią i papierem. Przy braku rezerw finansowych byliśmy skazani na porażkę – wylicza naczelny miesięcznika.

“Cinema Press Video” ukazywało się prawie przez dekadę. – Każdej nocy oglądałem po pięć, sześć filmów, żeby potem stworzyć ich metryczkę i napisać recenzję do gazety. W większości to było dziadostwo. Często film mi się nie podobał, ale nie miałem wyboru. Kasety dostawaliśmy od dystrybutorów. Korzystaliśmy też z czarnego rynku. Jak większość Polaków – mówi Synowiec.

W 1999 roku sprzedał “Cinema Press Video” niemieckiemu koncernowi, który jednak nie zdecydował się na dalsze wydawanie pisma. – Wypożyczalnie wideo zaczęły wymierać. Zmęczyła mnie też ciągła gonitwa. Do Warszawy jeździłem kilka razy w miesiącu, miałem tam poumawianych osiem, dziewięć spotkań. Nie skończyłem jako dłużnik. To mnie niektóre firmy do dziś są winne pieniądze – mówi.

Karate na osobnej półce

Pamiętacie hity z tamtych czasów? “Lody na patyku”, “Rambo”, “Błękitna laguna”, “Akademia Policyjna”, komedie z Chevy Chase’em, łubu-dubu z Jean-Claude Van Damme’em, Arnoldem Schwarzeneggerem i Chuckiem Norrisem. Filmy karate w każdej wideotece miały swoje osobne półki.

Łęcki doskonale pamięta, że pierwsze filmy obejrzane na wideo (w mieszkaniu kolegi) to “Rambo” i “Klasa 84″. – No i Bond, cała seria Bonda. To było wtedy dla mnie coś wspaniałego, że wreszcie mogę zobaczyć tę legendarną serię – mówi.

Ludzie wypożyczali filmy na potęgę. Oglądali wszystko: sensację, komedie, dramaty, romanse, erotyki.

Cichy: – Najlepiej szły filmy akcji. Zarabiałem na kaszanie, ale kupowałem też do swoich wideotek wszystko, co się ukazywało z kina europejskiego i polskiego.

Synowiec: – Nawet wśród piratów nie brakowało entuzjastów filmu. Choć może nie zawsze byli to entuzjaści filmów ambitnych.

- Słyszałem historię, jak w pewnej wypożyczalni osiłek pchnął w stronę sprzedawcy kilkanaście kaset i powiedział tylko: “jeszcze raz to samo”. I dostał – śmieje się Łęcki.

PS. Magnetowid, używany siemens, sprowadziłem z RFN w 1989 roku. Szwankowało w nim nagrywanie, więc rok później kupiłem JVC w Baltonie.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35055,9372704,Zlote_czasy__Lodow_na_patyku_.html

04-04-2011, 08:38

Dziennikarze jak tancerze  »

Wiadomości24.pl
Stanisława Zdrodowska
04-04-2011

Wielu zdolnych erudytów marzy, by zostać dziennikarzem. Zainteresowanie tym zawodem często spowodowane jest krążącymi mitami. Konfrontacja z rzeczywistością okazuje się w praktyce nowym wyzwaniem.

Istnieje dziennikarz i mit o nim. Pisanie dziennikarskie jako akt twórczy, ze swoją rangą społeczną, nie może spełnić często tych oczekiwań.

Jak działać, aby dziennikarz nie został narzędziem w ręku władzy, pracodawcy lub innej grupy, a stawał się przedstawicielem opinii publicznej? Kto jest dziennikarzem i jakie ramy do tego obrazu będą właściwe? Czy słusznie dziennikarstwo nieoficjalnie figuruje jako ta gorsza literatura? Czy istnieje wokół tego sztuczny tłok? Pytania bez końca.

To, co się dzieje w obrębie zespołów redakcyjnych, to już inny temat i na inny artykuł!

Dziennikarz jako tak zwany przedstawiciel “czwartej władzy”, często blokowany jest przez przedstawicieli biznesu i polityki. Jest to prawda czy fikcja? Jak feminizuje się środowisko dziennikarskie i czy to prawda, że kobiety najczęściej trafiają do tzw. prasy tęczowej, np. pisemek dla pań o modzie i sylwetce?

Czytałam, że zmienia się wizja roli zawodu dziennikarza: o ile na początku lat 90. dominowali (wg nomenklatury Pisarka) bojownicy i rzemieślnicy, o tyle obecnie wypierani są oni przez disk-dżokejów. Nadal brak jedności środowiska dziennikarskiego, współpracy głównych organizacji zawodowych.

Cenione niegdyś cechy takie jak: zaangażowanie społeczne i polityczne ustąpiły miejsca: Spostrzegawczości. Pomysłowości. Umiejętności łatwego nawiązywania kontaktów. Pasji dochodzenia do prawdy. Operatywności, zwłaszcza w wynajdywaniu reklamodawców itp.

Niektórzy uważają, że zawód ten ma tak dużo barier i niedogodności, że zaczyna być (o zgrozo!) dostępny dla samorodnych geniuszy pióra! A czyż nie jest tak, że wykształceni, ale nieudacznicy dziennikarze psują dobre imię tego zawodu? Widocznie dobre wykształcenie nie wystarcza i potrzebny jeszcze talent, bo nie każdy szewc buty szyje.

Gdyby tak zająć się i zadbać o nowe ramy, w które da się dziennikarz wstawić bez szkody dla niego samego, może okazałoby się, że definicja i uznanie leżą obok siebie bez żadnych tajemnic i nie trzeba tak okrężnie tłumaczyć tego, co wcale skomplikowane nie jest.

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/dziennikarze_jak_tancerze_189065.html

02-04-2011, 18:55

Jacek Gadzinowski: Dziennikarstwo obywatelskie powinno być pasją!  »

Wiadomości24.pl
Katarzyna Olczak
02-04-2011

- Dziennikarstwo obywatelskie to ogromna szansa praktycznie dla każdego, jeśli ma tylko coś konkretnego do przekazania – mówi Jacek Gadzinowski w wywiadzie dla Wiadomości24.pl. – W dobie internetu, zdecentralizowania mediów i dostępnych prostych narzędzi, można to zrobić w ciągu minut, jeśli nie sekund. I to jest powrót do korzeni dziennikarstwa, bez zamykania się w „szklanych wieżach”, jak to czynią obecnie tzw. stare media.

Katarzyna Olczak: Co Pan sądzi o dziennikarstwie obywatelskim?

Jacek Gadzinowski: To ogromna szansa praktycznie dla każdego, jeśli ma tylko coś konkretnego do przekazania – by przekazał to szerszej opinii publicznej. W dobie internetu, zdecentralizowania mediów i dostępnych prostych narzędzi, można to zrobić w ciągu minut, jeśli nie sekund. I to jest powrót do korzeni dziennikarstwa, bez zamykania się w „szklanych wieżach”, jak to czynią obecnie tzw. stare media.

To także swoiste narzędzie kontrolne, do dziennikarstwa zawodowego. By mniej bullshitu trafiało w eter, bez kontroli.

Czy uważa Pan, że dziennikarze obywatelscy mogą zastąpić dziennikarzy zawodowych? Czy stanowią dla nich zagrożenie?

Jedna i druga grupa dziennikarzy nie stanowi dla siebie zagrożenia. Co więcej, znakomicie się uzupełniają i często pełnią podwójną rolę – jeśli można tak powiedzieć. Stare i nowe media powinny żyć ze sobą w symbiozie, wykorzystując, co najlepsze po obu stronach. Nie sadzę, by dziennikarze obywatelscy zastąpili zawodowych, z tej przyczyny, iż zawsze będzie czytany tygodnik opinii czy oglądane wiadomości w TV. Zmieni się być może nośnik i formuła, ale tradycyjne formy dziennikarstwa przetrwają.

Kontakt24 stacji TVN, Twoje Info TVP Info, Gorąca linia RMF24… Kolejne stacje otwierają platformy dla dziennikarzy obywatelskich, licząc na łatwe pozyskiwanie darmowej treści. Wydaje się, że jest to kolejny trend w dziennikarstwie. Jak Pan sądzi?

Jest to trend pozyskiwania tzw. contentu, wiadomości z pierwszej ręki. Odbiorcy treści często chcą dowiedzieć się szybko, co dzieje się u nich za rogiem, lokalnie czy też daleko za linią frontu, gdzie nie zawsze dotrze dziennikarz zawodowy. Dziennikarz obywatelski może doskonale tę rolę wypełnić, wzbogacić informacje filmami video czy zdjęciami, w ciągu minut. Platformy wspomniane też przywracają wiarygodność tym mediom, które przez część odbiorców są odczytywane za powolne i ospałe. Podejście i nastawianie się na tanie pozyskiwanie treści, jest krótkowzrocznością. Na tym nie zbuduje się ramówki…

Jeśli dziennikarstwo obywatelskie się rozrasta, to czy media powinny coś oferować za pracę non profit? Czy obietnica wyemitowania bądź opublikowania materiału jest wystarczająca? Jeśli media wykorzystują darmowy kontent i mają z tego zyski, to może powinny organizować różnego rodzaju kursy bądź szkolenia dla dziennikarzy obywatelskich?

Stoję na stanowisku, że każda praca wymaga wynagrodzenia. Dla niektórych dziennikarzy obywatelskich takim wynagrodzeniem będzie społeczne uznanie, dla innych wynagrodzenie finansowe. W obu przypadkach konieczne jest podawanie źródła informacji, a z tym czasem jest na bakier w mediach tradycyjnych. Niejednokrotnie obserwujemy zjawisko przywłaszczania newsów, artykułów i podpisywanie ich jako „internet” czy „internauci”. To wysoce naganna praktyka i jako taka powinna być piętnowana. Czy i jak wynagradzać, powinno to już zależeć od bezpośrednich relacji stare i nowe media.

Czy zna Pan serwis Wiadomości24.pl? Jak Pan ocenia jego zawartość merytoryczną? Czego brakuje w tym serwisie?

Materiały, artykuły na wiadomości24.pl, są mi bliższe i bardziej „zjadliwe” niż te znane mi z mediów tradycyjnych. Inna proporcja, tego co jest obecnie „grzane”, a tego co jest wokół nas, a ucieka nam w szumie informacyjnym. Szczerze, wolę tutejsze materiały, niż formatowane newsy i materiały.

Coraz więcej contentu, materiałów w sieci, to materiały video. Zdecydowanie za mało go w wiadomości24.pl. Tego najbardziej brakuje mi tutaj obecnie.

Czy uważa Pan, że internet powinien być miejscem do nieskrępowanego wyrażania myśli? Czy sieć powinno się kontrolować?

Internet nie da się kontrolować, to twór z założenia zdecentralizowany. Im bardziej czegoś zakażemy, z tym mocniejszą reakcją obronną się spotkamy. To rozsądek i poczucie dobrego smaku, powinien być jedynym hamulcem tego, co się publikuje, zwłaszcza pod swoim rzeczywistym nazwiskiem. A to, że w internecie znajdują się „anonimowe opinie”, to do tego należy się przyzwyczaić i z tym żyć.

Wszystkie próby cenzury, kontroli internetu są z założenia skazane na porażkę. Zawsze się znajdzie technologia, która pozwoli temu zaradzić. Jeśli pojawiają się próby cenzury poprzez przepisy, zazwyczaj wynikają one z niskiej świadomości prawodawcy lub myślenia z epoki analogowej. Zatem pytanie, czy internet powinien być miejscem wolnym jest retoryczne. On zawsze będzie mniej lub bardziej wolny.

Co chciałby Pan przekazać dziennikarzom obywatelskim?

By po prostu robili swoje, nie obawiając się tego, co mówi na ich temat otoczenie, krytycznie i często w sposób anonimowy. Tylko ludzie tchórzliwi, którzy nie mają nic do powiedzenia, wchodzą w polemikę, nie mając często nic merytorycznego do powiedzenia lub z założenia chcą prowokować, rozwadniać tematy. Naciski? One są zawsze, trzeba się do nich przyzwyczaić. Nie warto na to tracić energii, tylko skupić się na pozytywach swojej pasji. Tak, bo dziennikarstwo zawodowe czy obywatelskie powinno być pasją!

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/jacek_gadzinowski_dziennikarstwo_obywatelskie_powinno_byc_189091.html

01-04-2011, 18:21

Dziennikarstwo obywatelskie. Problemy z definiowaniem  »

Wiadomości24.pl
Adam K. Podgórski
01-04-2011

Z Sebastianem Brudysem, od kilku dni piszącym dla W24, rozmawia Adam K. Podgórski.

Tematyka dziennikarstwa obywatelskiego była nieraz podejmowana na łamach W24. Budzi wiele kontrowersji, dyskusji i polemik. Jak bowiem zdefiniować to zjawisko?

Dziennikarz to człowiek, który obserwuje, a następnie referuje i (lub) komentuje zjawiska, zdarzenia, których był świadkiem lub, o których zebrał informacje w różny sposób, najlepiej z wielu źródeł. Za swoją pracę – publikacje, felietony czy reportaże – otrzymuje wynagrodzenie.

Cechą dziennikarstwa – przynajmniej w teorii – jest niezależność. To co napisze dziennikarz nie powinno być w żaden sposób cenzurowane, zmieniane czy przeinaczane. Ponadto każdy dziennikarz zobowiązany jest do rzetelności, czyli podawania informacji zgodnych z prawdą. Praca dziennikarza musi odznaczać się periodycznością. Napisanie jednego czy kilku artykułów nie czyni z człowieka automatycznie dziennikarza.

Co odróżnia dziennikarstwo obywatelskie od zwykłego dziennikarstwa – na potrzeby niniejszej rozmowy – nazwijmy je “zawodowym”?

Głównie to, że dziennikarz obywatelski nie pisze dla zarobku. Publikuje własnoręcznie napisane materiały, nie pobierając za to wynagrodzenia. Jedyny możliwy do osiągnięcia dochód, nie czyniący z dziennikarza obywatelskiego dziennikarza „zawodowego”, to tantiemy za przedruk jego materiałów przez redakcję, ale koniecznie po ich uprzednim opublikowaniu na zasadzie non-profit.

Aby ktoś mógł się tytułować dziennikarzem obywatelskim, jego artykuły albo relacje telewizyjne, radiowe itd. powinny mieć takie same cechy co artykuły dziennikarzy „zawodowych”. Innymi słowy, muszą charakteryzować się rzetelnością, dokładnością i obiektywizmem, oraz być w zgodzie z prawem prasowym i przyjętymi w środowisku dziennikarskim normami i obyczajami.

Kiedy człowieka publikującego swe materiały można nazwać dziennikarzem obywatelskim?
 
Na pewno nie po napisaniu jednego lub kilku artykułów. Prezentacja szerokiej publiczności przez twórcę jednego obrazu – nawet o cechach wybitności – nie czyni z niego od razu artysty. Dopiero w kontekście wielu jego wytworów, mających cechy artyzmu, można go za takiego uznać.

Umiejętność jazdy samochodem nie czyni z człowieka automatycznie kierowcy. Dopiero znajomość przepisów ruchu drogowego, minimalne doświadczenie – nabywane podczas kursu na prawo jazdy i potwierdzone zdanym egzaminem państwowym – uprawnia do używania tytułu „kierowca”. Internautą nie staje się każdy, kto potrafi włączyć komputer, uruchomić przeglądarkę i wpisać znany sobie adres internetowy, oraz poruszać w obrębie znanej sobie strony. Do określenia człowieka „internautą”, potrzebna jest jeszcze jego umiejętność swobodnego korzystania z wyszukiwarek, poczty elektronicznej, czy pisania tekstów, np. na bloga czy chociażby postów w dyskusjach. Wszystko to musi być wykonywane w miarę sprawnie, płynnie, na poły „automatycznie” – jak kierowanie samochodem przez kierowcę z doświadczeniem.

Na analogicznej zasadzie, dopiero pewien dorobek napisanych i opublikowanych w zgodzie z dziennikarskimi standardami tekstów, uprawnia jego autora do posługiwania się tytułem „dziennikarza obywatelskiego”. Nie podejmujemy się jednak zdefiniować, jak mierzyć ów „dorobek”, kiedy publikujący staje się dziennikarzem obywatelskim. Na pewno nie jest to łatwe i oczywiste. Może ktoś zaproponuje coś w tej kwestii? Zapraszam do dyskusji. Ja na pewno nie jestem dziennikarzem. Żadnym dziennikarzem. Kilka opublikowanych przeze mnie materiałów na W24, kilkanaście zamieszczonych w innych serwisach, i liczne komentarze na wielu portalach nie czynią mnie (jeszcze?) dziennikarzem obywatelskim.

Pozostał jeszcze istotny problem do zdefiniowania. Czy blog to dziennikarstwo? Czy premier Pawlak albo inni politycy blogerzy, to dziennikarze obywatelscy?

Moim zdaniem nie. „Arena”, na której ukazują się materiały dziennikarskie, nie powinna być prowadzona jednoosobowo, powinny być dopuszczone wypowiedzi różnych autorów. Dlatego blog to raczej forma zbliżona do pamiętnikarstwa, chodź nieliczne blogi można na siłę podciągnąć pod kategorię dziennikarstwa. Ale to już materiał na osobną rozmowę.

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/dziennikarstwo_obywatelskie_problemy_z_definiowaniem_188716.html

31-03-2011, 17:40

Młodzi dziennikarze odwiedzili naszą redakcję  »

MMSilesia.pl
Michalina Bednarek
31-03-2011

Mimo że mają po 11 i 12 lat już wydają własną gazetę! Młodzi adepci dziennikarstwa doskonalili u nas swoje umiejętności.

Czy można kopiować teksty i zdjęcia z innych stron? Co to jest plagiat? Jak się zostaje dziennikarzem i ile godzin trzeba spędzać w redakcji? Skąd biorą się pieniądze na gazetę? Co pan jada na śniadanie? – to tylko niektóre pytania, które zadawali nam mali dziennikarze. Uczniowie czwartej i piątej klasy szkoły podstawowej nr 37 w Tychach należą do kółka dziennikarskiego, prowadzonego pod opieką Joanny Uznańskiej – Basom i Marcina Melona.

- Należę do tego kółka, bo bardzo lubię pisać o różnych rzeczach. Przeprowadzamy też wywiady do naszej gazetki – opowiada nam Wiktoria.

- Ja chciałabym zostać weterynarzem w przyszłości – dodaje Julka – ale lubię też oglądać i czytać różne rzeczy w Internecie. A najczęściej korzystam z Naszej Klasy – dodaje.

Mali dziennikarze prowadzą już nawet swoją szkolną gazetkę o tytule Kartkówka. Ukazuje się w nakładzie w nakładzie stu egzemplarzy, na której stronach mogą wypowiedzieć się wszyscy uczniowie w szkole.

- W naszej gazetce piszemy o różnych rzeczach, prowadzimy np. rubrykę porad albo rubrykę Debiut literacki, w której uczniowie z całej szkoły mogą umieszczać swoje wiersze. Mamy nawet rubrykę z żartami – opowiada nam Wiktoria, jedna z uczennic – niestety jest ona wciąż czarno – biała i nie przyciąga innych kolegów.

- Ja tłumaczę teksty z angielskich piosenek – dodaje Max a wtóruje mu Michał – Ja bardzo lubię pisać recenzje, np. ostatnio napisałem o filmie Sala Samobójców, bo uważam, że jest to ostrzeżenie dla dzieci i ich rodziców, że niektóre gry komputerowe uzależniają i powodują wiele złego  – dodaje.

Dzieci postawiły nas w trudniej sytuacji. Poprosiły o ocenę swojej gazety. I musimy przyznać, że nie mają się czego wstydzić. Okazuje się, że posiadają całkiem niezły warsztat. W ich gazecie można znaleźć chyba wszystkie gatunki dziennikarskie. Począwszy od materiałów interwencyjnych, takich jak problem bójek w szkole czy wywiady, na przykład z Marcinem Wyrostkiem, którego nie powstydziłaby się pewnie żadna inna szanująca się redakcja. Są też recenzje, najczęściej tego co uczniów interesuje, czyli gier komputerowych czy filmów. Trzeba też przyznać, że dzieci świetnie radzą sobie z doborem zdjęć do ilustracji artykułów. Gazetę Kartkówka ocenia zdecydowanie na plus.

W zamian skład redakcji Kartkówki ocenił nasze wydania papierowe. Trochę się obawialiśmy ale nie było tak źle. – Jest kolorowa i ma bardzo fajne zdjęcia – to pierwsza reakcja Wiktorii. Według młodych dziennikarzy mamy jak dla nich zbyt poważne tematy. – Ale jakbym była starsza to bym przeczytała – powiedziała Julia. Przy okazji oceny MM-ki pojawiły się pytania o reklamy. Rozwialiśmy więc takie wątpliwości czy dziennikarz odpowiada za reklamy i wytłumaczyliśmy kto za to odpowiada. Słowa uznania padły też dla naszego kolegi, Jarka Jaza, który odpowiada za skład naszej gazety. – Fajnie wszystko wygląda – mówiły dzieci.

Ale chyba najbardziej zainteresowała ich osoba Roberta Słomy, fotografa, który na co dzień pracuje po sąsiedzku w dziale reklamy portalu regiopraca.pl. Robert opowiedział im o swojej pasji robienia zdjęć o tematyce industrialnej.

- Najczęściej robię zdjęcia w starych budynkach fabryk, kopalń, hut, ale jest to nieraz bardzo niebezpieczne, bo stare budynki są nieraz zdewastowane i może dojść do wypadku – mówił Robert.

Dzieci jednak wolą fotografować inaczej.- Ja też bym chciała zostać fotografem – dodaje Wiktoria – ale wolę robić zdjęcia przyrody, zwierząt i krajobrazów.

Mali dziennikarze dowiedzieli się, że teraz każdy może tworzyć media, bo media to ludzie. Dużo mówiono także o zagrożeniach, jakie niesie z sobą korzystanie z Internetu.

- Ja nie chcę spędzać za dużo czasu przed komputerem bp boję się, że się uzależnię – tłumaczy nam Julia.

Łącznie z wychowawcami naszą redakcję odwiedziło aż osiem osób – ta frekwencja sprawiła nam sporo radości.

Całość: http://www.mmsilesia.pl/user/Michalina+Bednarek