Pamiętacie wieczorne spotkania wokół magnetowidu? Nie przeszkadzał niemiecki dubbing ani jakość kaset zdartych po wielokrotnych kopiowaniach. Nareszcie oglądaliśmy to, na co mieliśmy ochotę. 20 lat temu nasz region był najlepszym rynkiem wideo w kraju – wspomina Piotr Zawadzki.
Moda wideo dotarła do nas w drugiej połowie lat 80. Wkrótce oglądanie filmów na domowych odtwarzaczach stało się już powszechnym obyczajem.
Krzysztof Łęcki, socjolog kultury z Uniwersytetu Śląskiego (pierwszy magnetowid kupił w Peweksie pod koniec lat 80.), też uległ tej modzie: – Kiedy miało się dwadzieścia parę lat, to uczestnictwo w rewolucji wideo było czymś naturalnym, niemalże towarzyską koniecznością. Bo jak inaczej rozmawiać o filmach, które oglądali wszyscy, jeśli samemu się ich nie widziało? A one były tylko na wideo… Pokusa zakazanego owocu i towarzyskie obowiązki dają razem bardzo silną motywację.
Na Śląsku jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać firmy sprowadzające tani sprzęt wideo z Azji. Błyskawiczny rozwój rynku kaset był tylko kwestią czasu.
Początkowo filmy były dostępne przede wszystkim w obiegu towarzyskim, ale także na targowiskach i straganach ulicznych. Prosto z kartonów wymieniało się je na własną odpowiedzialność. Bo nie zawsze tytuł na kasecie odpowiadał zawartości. Zamiast najnowszego hitu pechowiec mógł trafić na kino klasy C, w dodatku nie do oglądania po wielokrotnym kopiowaniu.
W Katowicach wielkim powodzeniem wśród wideomaniaków cieszyła się giełda w okolicach domu kultury Huty Baildon. Teraz jest tam kinoplex.
Narzekają na złe prawo
Szybko zaczął powstawać legalny biznes: wypożyczalnie kaset, a w ślad za nimi czasopisma i targi wideo. Specjaliści od przestrajania i naprawy magnetowidów mieli pełne ręce roboty. Cacka sprzed lat na internetowych aukcjach chodzą dziś nawet po 10 zł. Zachwalane są jako atrakcje dla majsterkowiczów. Fachowiec z centrum Katowic teraz w szyldzie swojej firmy ma już serwisowanie laptopów i odzyskiwanie danych. Nawet mu się nie chce rozmawiać o dawnych czasach. – Roboty mam potąd. A po robocie to ja odpoczywam – ucina.
Chorzowianin Marek Cichy (pierwszy magnetowid, koreańskiej firmy NEC, kupił w Baltonie pod koniec lat 80.) był jednym z pionierów śląskiego rynku wideo. Wypożyczalnie kaset pączkowały wtedy w centrach miast, ale też na osiedlowych blokowiskach. Wystarczało nawet niewielkie pomieszczenie. – Pierwszą otworzyłem w 1992 roku w Halembie. Wynająłem lokal w ośrodku kuratorskim dla trudnej młodzieży – wspomina Cichy. Na 16 m kw. zmieścił 1,5 tys. kaset. W najlepszym okresie miał siedem wypożyczalni Leo (w Chorzowie, Katowicach, Siemianowicach, Rudzie Śląskiej), zatrudniał prawie 20 osób.
W 1995 roku stać go było na wylicytowanie za ówczesne 8 mln zł serduszka Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Kiedy Cichy przymierzał się do otwarcia nowej wideoteki w centrum Chorzowa, pomieszczenie po dawnej wędzarni ryb przerobił na elegancki salon. Beżowa glazura na podłogach, sufit z podwieszanych kasetonów, regały przykręcone do białych ścian. A na samym środku fontanna na tle lustrzanych kafelków.
- Sam to wszystko wymyśliłem – uśmiecha się Cichy. Po latach został mu tylko lokal w Chorzowie-Batorym. Wypożyczalnia (teraz na półkach filmy na DVD i Blue-ray) to jednak tylko część salonu prasy i sklepu spożywczego. – Sama wideoteka by się nie utrzymała – wzdycha. – Jak nic się nie zmieni, to pociągnie jeszcze najwyżej rok – wieszczy.
Ludzie z branży narzekają na złe prawo, które nie ściga skutecznie piratów. Na dodatek usługi wypożyczania filmów opodatkowane są stawką podstawową 23 proc. Wszędzie indziej można obejrzeć film obłożony siedmioprocentowym VAT-em.
- Mam duszę artysty. Zaczynałem od pracowni fotograficznej w górniczym domu kultury, prowadziłem sklep z kasetami magnetofonowymi. Potem było wideo. Widzi pan? Zawsze miało to coś wspólnego z taśmą – mówi Cichy. Ma teraz inne, bardziej intratne pomysły na życie (giełda, fotografia), ale wideo żal mu rzucać. – To przecież 20 lat mojego życia – przypomina.
Wywiady na wyłączność
W latach 90. na polskim rynku pojawiało się legalnie nawet około 200 nowych filmów miesięcznie. Do naszego regionu trafiała prawie połowa kaset sprzedawanych z jednego tytułu. Filmoznawca Jan F. Lewandowski (magnetowid kupił za złotówki w 1990 roku) potwierdza, że w tej branży Katowice były wtedy najważniejszym miejscem w Polsce.
- Ludzie przestali chodzić do kina, gdzie była repertuarowa posucha, i przerzucili się na kasety – wspomina Lewandowski.
„Gazeta” pisała: „W jednej z małych katowickich wypożyczalni, zanim »Forrest Gump « przestał być rezerwowany i pojawił się na półce, minęły dwa miesiące. Czekać trzeba również na inne nowości”.
Dziennikarz Adam Synowiec (odtwarzacz Hitachi kupił chyba w 1989 roku w Peweksie za honorarium za opublikowane w Związku Radzieckim opowiadania s.f.) zaczął wydawać w Katowicach pierwsze polskie pismo o wideo.
- Trzy miesiące siedziałem nad biznesplanem. Wyszło mi, że powinno się udać. Powstałe w 1990 roku “Cinema Press Video” było w swoim czasie największym filmowym pismem w kraju. Dystrybucja początkowo tylko przez wypożyczalnie kaset, potem także przez kioski i salony prasowe. W połowie lat 90. nasz miesięcznik sprzedawaliśmy w 60 tys. egzemplarzy. Miał do 150 stron formatu A4 – mówi Synowiec, który wydawał także “Videotekę” przeznaczoną dla biznesmenów.
Inni też chcieli coś uszczknąć dla siebie z tego dochodowego tortu. W Katowicach powstały kolejne pisma dla zwykłych widzów, ale też dla dystrybutorów i właścicieli wypożyczalni: “Video Reporter” i “Video Business”.
Synowiec jeździł na festiwal do Cannes. – Nosiłem niebieski prestiżowy identyfikator zarezerwowany dla przedstawicieli najlepszych branżowych pism. Na miejscu zamawialiśmy wywiady na wyłączność z amerykańskimi gwiazdkami – wspomina.
W 1990 roku pierwsze ogólnopolskie targi wideo odbyły się w Katowicach.
Synowiec: – Zorganizowaliśmy je w dawnym Dezember Palast [dziś Centrum Kultury Katowice - przyp. red.]. Frekwencja dopisała. Cały parter i piętro były zajęte przez boksy wystawców. Przyjechali najważniejsi dystrybutorzy krajowi, także wysłannicy amerykańskiego Imperiala i Warnera. Najlepszych ludzi z branży nagradzaliśmy Srebrną Kasetą.
Kolejne edycje targów odbywały się już w Spodku.
Walka o przetrwanie
Pod koniec 1990 roku ukazał się pierwszy numer miesięcznika “Premiera”, za którym stały nazwiska znanych śląskich publicystów: Jana F. Lewandowskiego (redaktora naczelnego), Feliksa Netza, Marka Bastera. Stałym felietonistą został Kazimierz Kutz szukający wtedy dopiero pieniędzy na realizację filmu o tragedii w kopalni Wujek.
Lewandowski dobrze pamięta, że okładkę premierowego numeru zdobiła twarz Teri Hatcher, gwiazdki amerykańskiego filmu. A na ostatniej stronie Nicolas Cage epatował obrzydliwie ekstrawagancką marynarką ze skóry węża.
- Naszą ambicją było założenie w Katowicach pisma filmowego. Redagowanie “Premiery” wspominam jako nieustanną walkę o przetrwanie. Dobrze wystartowaliśmy, co w tamtych czasach już było sukcesem. Większość pism padała po jednym, dwóch numerach – wspomina Lewandowski. To były jeszcze czasy szalejącej inflacji. Pierwszy numer kosztował 5 tys. zł, jeden z ostatnich – już 18 tys. zł. “Premiera” upadła po dwóch i pół roku.
- Coraz słabsza sprzedaż, mniej reklam, perturbacje z drukarnią i papierem. Przy braku rezerw finansowych byliśmy skazani na porażkę – wylicza naczelny miesięcznika.
“Cinema Press Video” ukazywało się prawie przez dekadę. – Każdej nocy oglądałem po pięć, sześć filmów, żeby potem stworzyć ich metryczkę i napisać recenzję do gazety. W większości to było dziadostwo. Często film mi się nie podobał, ale nie miałem wyboru. Kasety dostawaliśmy od dystrybutorów. Korzystaliśmy też z czarnego rynku. Jak większość Polaków – mówi Synowiec.
W 1999 roku sprzedał “Cinema Press Video” niemieckiemu koncernowi, który jednak nie zdecydował się na dalsze wydawanie pisma. – Wypożyczalnie wideo zaczęły wymierać. Zmęczyła mnie też ciągła gonitwa. Do Warszawy jeździłem kilka razy w miesiącu, miałem tam poumawianych osiem, dziewięć spotkań. Nie skończyłem jako dłużnik. To mnie niektóre firmy do dziś są winne pieniądze – mówi.
Karate na osobnej półce
Pamiętacie hity z tamtych czasów? “Lody na patyku”, “Rambo”, “Błękitna laguna”, “Akademia Policyjna”, komedie z Chevy Chase’em, łubu-dubu z Jean-Claude Van Damme’em, Arnoldem Schwarzeneggerem i Chuckiem Norrisem. Filmy karate w każdej wideotece miały swoje osobne półki.
Łęcki doskonale pamięta, że pierwsze filmy obejrzane na wideo (w mieszkaniu kolegi) to “Rambo” i “Klasa 84″. – No i Bond, cała seria Bonda. To było wtedy dla mnie coś wspaniałego, że wreszcie mogę zobaczyć tę legendarną serię – mówi.
Ludzie wypożyczali filmy na potęgę. Oglądali wszystko: sensację, komedie, dramaty, romanse, erotyki.
Cichy: – Najlepiej szły filmy akcji. Zarabiałem na kaszanie, ale kupowałem też do swoich wideotek wszystko, co się ukazywało z kina europejskiego i polskiego.
Synowiec: – Nawet wśród piratów nie brakowało entuzjastów filmu. Choć może nie zawsze byli to entuzjaści filmów ambitnych.
- Słyszałem historię, jak w pewnej wypożyczalni osiłek pchnął w stronę sprzedawcy kilkanaście kaset i powiedział tylko: “jeszcze raz to samo”. I dostał – śmieje się Łęcki.
PS. Magnetowid, używany siemens, sprowadziłem z RFN w 1989 roku. Szwankowało w nim nagrywanie, więc rok później kupiłem JVC w Baltonie.