Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

13-04-2011, 10:43

“Polska Dziennik Zachodni” zmieni formułę niektórych tygodników lokalnych  »

Press
(RH)
13-04-2011

“Polska Dziennik Zachodni” (Polskapresse) zmienia formułę i tytuł piątkowego dodatku lokalnego w Rybniku. Nowy tytuł to “Kocham Rybnik”. “Kocham Rybnik” zastąpił dotychczasowy “Tygodnik Powiatowy Rybnik”. Ma inny layout i bardziej magazynowy charakter. W większym niż dotychczas zakresie prezentuje historię i tradycję miasta.

Po Katowicach (od 4 lutego br. ukazuje się tam dodatek “Kocham Katowice”) Rybnik jest drugim miastem, gdzie “Polska Dziennik Zachodni” zmienia formułę tygodnika. Zenon Nowak, prezes Polskapresse Oddział Prasa Śląska, nie ukrywa, że podobne zmiany przejdą inne tygodniki lokalne dołączane do “Polski Dziennika Zachodniego” (obecnie jest ich 32). – Nową formułę będą miały jednak tylko tygodniki ukazujące się w miastach będących stolicami regionów. Na przykład Rybnik jest centrum Rybnickiego Okręgu Węglowego – dodaje Zenon Nowak.

Całość: http://www.press.pl/newsy/pokaz.php?id=25760

12-04-2011, 17:42

“Miesięcznik Gospodarczy Nowy Przemysł” na nowo  »

MediaFM.net
kw
12-04-2011

Odmieniona, bogatsza zawartość i nowa szata graficzna, dodatkowe rubryki, większa aktualność, otwarcie na tematykę europejską i światową, integracja merytoryczna i wizualna z portalem wnp.pl oraz przystosowanie do czytania na i-Padzie – tak wygląda kwietniowy, nowy “Miesięcznik Gospodarczy Nowy Przemysł”, którego wydawcą jest Grupa PTWP SA, trafia właśnie na rynek.

Miesięcznik ma zwykle około 100 stron i ukazuje się w nakładzie 15 tys. egzemplarzy. Właścicielem tytułu jest Grupa PTWP SA, wydawca prasy (m.in. “Rynku Zdrowia”, dwutygodnika “Farmer”) i portali internetowych (m.in. wnp.pl, rynekzdrowia.pl, portalspozywczy.pl).

Nowy Przemysł na nowo

Odnowiony, kwietniowy “Miesięcznik Gospodarczy Nowy Przemysł” otwiera sekwencja „Wydarzenia”. Zawiera podsumowanie gospodarcze minionego miesiąca, a także wskaźniki makroekonomiczne w nietypowym dla prasy ujęciu miesięcznym. Dział wzbogacają również fleszowe informacje z najważniejszych branż przemysłowych. „Wydarzenia” w miesięczniku merytorycznie i graficznie są jeszcze mocniej zintegrowane z ich odpowiednikiem publikowanym na portalu wnp.pl. Kolejną rubryką Miesięcznika Gospodarczego Nowy Przemysł jest „Świat”. To strony poświęcone korespondencjom zagranicznym i analizom sytuacji międzynarodowej w odniesieniu do polskiej gospodarki. Nowością ma być również prezentowanie zestawu danych i komentarzy poświęconych wybranemu zjawisku ekonomicznemu za pomocą dużych infografik. Informacje ze świata biznesu o nieco lżejszym charakterze znajdują się natomiast w dedykowanej kolumnie „Skrawki i detale”. W piśmie pozostaną sekwencje, które cieszyły się dotychczas największą popularnością: „Rozmowa miesiąca”, „Ludzie i strategie”, „Raport” oraz „Felieton”.

Szata graficzna również uległa zmianie. Odświeżono winietę, zmodyfikowano czcionki tytułowe, opracowano wzory tabel i grafik, w kolumnach wprowadzono więcej „światła”. Zredukowano nadmiar barw na rzecz stabilności kolorystycznej –  w ornamentyce tekstów przeważają bordo i brązy, w grafikach – kolor niebieski. Nazwiska autorów tekstów zostały przeniesi one na otwarcie tekstów, bardziej widoczne są również paginy. Format magazynu (A4) nie ulega zmianie. Miesięcznik został przystosowany do przeglądania na i-Padzie.

“Kiedy planowaliśmy zmiany w Miesięczniku Gospodarczym Nowy Przemysł, doszliśmy do wniosku, że nie możemy wykonać jedynie zabiegu „kosmetycznego”. Z drugiej strony wiemy, że nie wolno nam boleśnie naruszyć ciągłości czytelniczych przyzwyczajeń, czy pójść na jakikolwiek kompromis w kwestii jakości, prestiżu i rzetelności. Wierzymy, że wynik prac naszego zespołu redakcyjnego oraz studia graficznego spotka się z pozytywnym przyjęciem Czytelników” – podsumowuje Wojciech Kuśpik, redaktor naczelny Miesięcznika Gospodarczego Nowy Przemysł, prezes Grupy PTWP SA, wydawcy tytułu.

W związku z organizowanym przez Grupę PTWP SA w dniach 16-18 maja br. Europejskim Kongresem Gospodarczym, największą imprezą biznesową w Europie Środkowej, następne wydanie “Miesięcznika Gospodarczego Nowy Przemysł” będzie jeszcze bogatsze merytorycznie i objętościowo. Planowany nakład 20 tys. egzemplarzy, liczba stron – ok. 120. Specjalny kolportaż odbędzie się podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego. Dystrybucja będzie wspierana kampanią medialną w TVN CNBC, Polsat News, TV Biznes, a także w punktach sprzedaży Relay i Inmedio.

Całość: http://mediafm.net/prasa/30609,Miesiecznik-Gospodarczy-Nowy-Przemysl-na-nowo-.html

11-04-2011, 20:17

Reporter schodzi z etatu  »

Polityka
Anna Jakubas, Piotr Stasiak
11-04-2011

Polski reportaż jak szwedzkie kryminały?

Cztery lata po śmierci Ryszarda Kapuścińskiego reportaż staje się u nas modny, wydawany i dyskutowany. Jednak dla większości reporterów uprawianie tego zawodu to jeszcze jeden dzień z życia w buszu po polsku.

Tylko w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy wydarzyło się w Polsce wokół reportażu więcej, niż wcześniej przez całą dekadę. Frekwencja na listopadowym festiwalu “Warszawa bez fikcji”, na którym wystąpiło prawie 80 autorów i fotoreporterów, zaskoczyła organizatorów. – Był niepokój, że będziemy musieli tłumaczyć się z pustek na widowni przed zagranicznymi gośćmi, tymczasem nawet w największych salach, wynajętych w Zachęcie, brakowało miejsc dla chętnych – mówi jeden ze współorganizatorów, Piotr Kieżun z Instytutu Książki. Podobne tłumy przychodzą na promocje książek organizowane w księgarnio-kawiarni “Wrzenie świata”. Wieczorami, na ulicy przed niewielkim warszawskim lokalem, grupki młodych ludzi przytupują na mrozie, przez otwarte okna łowiąc fragmenty ożywionych dyskusji z autorami.

Kapuściński Non-Fiction

“Wrzenie świata” sąsiaduje ze szkołą Instytutu Reportażu, założonego w 2009 r. przez dziennikarzy związanych z “Gazetą Wyborczą”: Mariusza Szczygła, Pawła Goźlińskiego i Wojciecha Tochmana. Szkoła jest konkurencją dla działającego od lat – jako monopolista w branży – Laboratorium Reportażu przy Instytucie Dziennikarstwa UW, prowadzonego przez Marka Millera. Choć studia w niej nie należą do najtańszych – czesne minimum 7,5 tys. za rok – młodzieży chętnej do nauki nie brakuje. W Laboratorium zresztą też.

Dodatkowo posypały się nagrody. Biografia Jerzego Giedrojcia, napisana przez reporterkę Magdalenę Grochowską, otrzymała literacką “NIKE Czytelników”, a wcześniej Nagrodę Historyczną naszego Tygodnika. “Gottland” – reportaże z Czech Mariusza Szczygła – została uznana w Brukseli za Europejską Książkę Roku. W grudniu Dziennikarzem Roku został wybrany reporter Artur Domosławski, autor głośnej biografii innego reportera, Ryszarda Kapuścińskiego. W maju, po raz pierwszy w historii, jeden z tematów na maturze z języka polskiego dotyczył reportażu (“Zdążyć przed Panem Bogiem” Hanny Krall). Czy ten nagły wzrost zainteresowania reportażem to tylko zbieg okoliczności?

Dobre miejsce do wydawania

Organizatorzy “Warszawy bez fikcji” mówią, że festiwal powstał, ponieważ w dzisiejszych czasach wydarzyło się już tyle, że nie ma potrzeby nic zmyślać, zaś prawda jest ciekawsza od fikcji. – I coś w tym jest – przyznaje Monika Sznajderman, szefowa Wydawnictwa Czarne – poszukując ciekawych autorów zauważyłam, że bardzo trudno o dobrą prozę, zaś sporo interesujących pozycji to literatura faktu lub jej okolice.

Jadąc do Babadag

Sznajderman zna to również z autopsji. Prywatnie związana jest z pisarzem Andrzejem Stasiukiem, a spora część jego twórczości to literacko przetworzone, reporterskie opisy podróży po wschodnich i południowych rubieżach Europy (z nagrodzonym Nike “Jadąc do Babadag” na czele).

Wydawnictwo Czarne już kilka lat temu wyspecjalizowało się w literaturze non-fiction (publikuje m.in. reporterów związanych z “Gazetą Wyborczą”). Ale tę niszę odkryli również i najwięksi gracze na rynku – Świat Książki, W.A.B i krakowski Znak. – Od kilku lat widoczny jest znaczny wzrost zainteresowania reportażem. My też inwestujemy w ten gatunek. Na 2011 r. planujemy około 80 pozycji z literatury faktu, z czego 5-7 to będą książki reportażowe napisane na nasze zlecenie – mówi Paweł Szwed, redaktor naczelny Świata Książki. Przyznaje, że nawet dla nastawionego na masowy rynek wydawnictwa jest to ekonomicznie opłacalne. Książka Domosławskiego, wsparta gigantyczną debatą w mediach, sprzedała się w rekordowym nakładzie 130 tys. egz. Ale również Hanna Krall “rozchodzi się” w granicach 20 tys. egz. A to – jak na polski rynek – już jest bardzo dużo.

Beata Stasińska, wydawca i współwłaścicielka wydawnictwa W.A.B., do mody na reportaż podchodzi pragmatycznie. – Na Zachodzie już kilka razy odtrąbiono zwycięstwo faktu i śmierć fikcji, ale zawsze przedwcześnie. Tego rodzaju wahania, mody wśród bardziej wyrobionych czytelników, są czymś naturalnym – mówi.

Reportaż po polsku

W Polsce w tej chwili wahadło wyraźnie przechyliło się w stronę reporterów, bo nawet nie-gwiazdorskie nazwiska osiągają dziś sprzedaż 4-6 tys. egz. – To i tak dwa razy lepiej, niż książki z kategorii “proza” – przyznaje Monika Sznajderman, która uważa, że już sam znaczek “reportaż” wzmaga zainteresowanie odbiorców. – To po prostu gwarantuje prawdziwość. Polski czytelnik ufa, że reporter lepiej objaśni mu świat. A niejako w  pakiecie dostaje kawał dobrej literatury – mówi.

Niewykluczone, że jest to również element szerszego zjawiska w kulturze. W filmie także to, co najciekawsze, najtrafniej diagnozujące rzeczywistość i innowacyjne, powstaje dziś w gatunkach z tzw. reality. Dokumenty i para-dokumenty doczekały się już swoich głośnych festiwali – takich jak np. warszawski Planete Doc Review – które ściągają do kin publiczność nie mniejszą, niż przeglądy ambitnego kina artystycznego. W teatrze przebojem sezonu stała się nagrodzona Nike sztuka Tadeusza Słobodzianka “Nasza klasa”, której pierwowzorem jest literacki reportaż o Jedwabnem.

Gottland

Wydawcy z zainteresowaniem patrzą na polskie reportaże z jeszcze jednego powodu. Ostatnio stały się naszym flagowym literackim towarem eksportowym. Prawa do książek Jacka Hugo-Badera i Wojciecha Tochmana sprzedano m.in. do Wielkiej Brytanii i Francji. Mariusz Szczygieł wyda “Gottland” w Hiszpanii, Bułgarii i na Ukrainie. Polskich reporterów kupić można już we Włoszech, Finlandii, Niemczech, Izraelu, Egipcie, a nawet w krajach byłej Jugosławii.

- Znakiem firmowym literatury skandynawskiej jest kryminał, twórcy iberoamerykańscy dali światu realizm magiczny, a my jesteśmy na najlepszej drodze, aby światową marką uczynić “polski reportaż” – mówi krytyk literacki Robert Ostaszewski. Jego zdaniem młodsi autorzy wiele zyskują dzięki przetarciu szlaków do zagranicznych tłumaczeń przez Ryszarda Kapuścińskiego.

Nie brak jednak krytyków, którzy podkreślają, że jeśli chodzi o formę, język czy treść, o żadnym przełomie w polskim reportażu nie może być mowy. Widać natomiast rzeczywiście rosnącą popularność gatunku wśród czytelników.

Sceptycy wytykają też, że zainteresowanie zagranicznych wydawców reportażem lokalnym – opisującym na przykład realia polskiej prowincji – jest na świecie żadne. Jeśli coś z Polski przebija się na półki światowych księgarń, to tylko wtedy, gdy dotyczy spraw międzynarodowych: wojny w Bośni, Ruandy, Rosji. Tylko podejmując tematy uniwersalne nasi reporterzy mają więc szansę wejść do kategorii tzw. “wielkiej literatury”.

Z tym jednak wiąże się kolejny paradoks – bo im bliżej do literatury, tym dalej od prasy drukowanej, a więc medium, z którego współczesny reportaż się wywodzi.

Gdy branża prasy drukowanej przeżywa kryzys, większość redakcji nie stać na luksus utrzymywania autora, który bywa że tygodniami przygotowuje się czytając książki, potem podróżuje, aż wreszcie przysyła jeden materiał. W tym samym czasie doświadczony dziennikarz, uzbrojony w telefon i internet, nie ruszając się z biura potrafi przygotować kilkanaście tekstów. - Na ambitniejsze pomysły brakuje pieniędzy. Redakcje wychodzą chyba z założenia, że czytelnik nie zorientuje się, czy daje się mu reportaż, czy imitację reportażu. Taniej jest kupić tekst za 300 euro z agencji i go przedrukować – przyznaje szczerze Wojciech Tochman. – Wydawcy mają swoje tabelki w Excelu i one im pokazują, że reportaż w gazecie się nie opłaca – dodaje Renata Gluza.

W branży medialnej otwarcie mówi się o tym, że wzrost zainteresowania reportażem to efekt skutecznie przemyślanej kampanii marketingowej, inspirowanej przez Tochmana, Szczygła, Goźlińskiego i innych reporterów z kręgu „Gazety Wyborczej”, którym coraz trudniej odnaleźć się w ramach korporacji, jaką stała się Agora. Płatna szkoła dziennikarska oraz kawiarnio-księgarnia miałaby się dla nich stać nowym pomysłem na życie. Zaś wyrobione przez lata nazwiska – magnesem, przyciągającym młodych ludzi, którzy marzą o reporterskiej przygodzie i zbawianiu świata przez pisanie.

Czy jednak z zawodowego pisania reportaży da się utrzymać? - Zależy, ile kto potrzebuje do życia. W “Polityce” i “Gazecie Wyborczej” można, o ile się ma etat. Nie wiem, jak w innych tytułach – mówi bez ogródek Mariusz Szczygieł. Autor „z zewnątrz” za dobry reportaż może wytargować w ogólnopolskich gazetach 1,5-3 tys. zł. Plus ekstra dodatek na pokrycie części kosztów, jeżeli temat jest nośny. Ale to rzadko wystarcza, jeżeli pamiętamy, że przygotowanie tekstu trwa zazwyczaj około miesiąca.

- To jest zawód dla tych, którzy mają wewnętrzny przymus, którzy będą mieli fioła, tak jak ja, że gdybym nie mógł publikować, to bym na ścianach pisał. Dla tych, co albo mają bogatych rodziców, albo znajdą sobie bogatą żonę. Na etat w “Gazecie” nikt nie ma szans, bo my ciągle te etaty redukujemy – mówi Mariusz Szczygieł, który podkreśla, że od razu zapowiadają to również studentom swej szkoły, aby nikt nie robił sobie niepotrzebnych nadziei. Według Tochmana wielcy wydawcy prasowi dość bezwzględnie wykorzystują osobiste zaangażowanie autorów. - Bywa, że pokrywają reporterom 5-10 proc. kosztów, bo uważają, że oni tak czy inaczej pojadą, najwyżej dołożą ze swoich – mówi. Jego najnowsza książka “Dzisiaj narysujemy śmierć” kosztowała ponad 150 tys. zł, które musiał wyłożyć z własnej kieszeni.

Tochman: – Droga jest podróż, droga jest praca na miejscu. Wyjazd reporterski to nie wyjazd turystyczny. Przeloty (czasem kilka razy z Warszawy w to samo miejsce), ubezpieczenia, noclegi, wynajęcie na miejscu samochodu, często z kierowcą (reporter nie może  rozmawiać o ludobójstwie przez 9 godzin, a potem jeszcze prowadzić samochód przez 3 godziny, bo to grozi jego śmiercią), zatrudnienie tłumacza na 12 h dziennie, wykarmienie go itd.  Kosztują także książki, które kupujemy do pracy nad własną książką. Do Rwandy kupiłem około 100 pozycji. Materiału do książki nie zbiera się w miesiąc. “Dzisiaj narysujemy śmierć” przygotowywałem dwa lata, z czego w Rwandzie byłem siedem razy po kilka tygodni, w sumie 6 miesięcy.

Podsumowuje Hanna Krall, nestorka polskich reporterów: - Ten zawód nigdy nie opłacał się finansowo, dlatego jeśli ktoś go uprawiał, musiał być to wynik pasji do poznawania miejsc i ludzi, a potem opowiadania o nich ciekawych historii – mówi.

Wieczni wędrowcy

Młodzi autorzy, 20-30-letni, od początku przyzwyczajeni do potyczek z rynkiem, inaczej jednak myślą o tym zawodzie. Planują więc nie tylko ciekawy temat, ale również liczą, jak go sfinansować i gdzie go sprzedać. Szukają sponsorów, starają się o granty z państwowych urzędów lub fundacji. Wreszcie – zmieniają się w jednoosobowe kombajny multimedialne i z wyjazdu w teren przywożą kilka tekstów różnej długości i na różne tematy, zdjęcia, materiały wideo dla telewizji, a nawet reportaż radiowy. A gdzieś w perspektywie planują książkę.

Jednak zdaniem starszych autorów to strategia na krótką metę, która sprzyja powierzchowności, z której nie zrodzi się dobra literatura. - Młody reporter musi mieć zaplecze redakcji, finanse, warsztat, kontakty, pomoc redaktorów. Bez tego nie wyrobi sobie nazwiska i nigdy nie przejdzie do wydawania książek – mówi Renata Gluza. Nagrody, kontrakty, granty, przychodzą znacznie później. Sam Kapuściński przyznawał, że prawdziwą niezależność uzyskał dopiero po latach, gdy zaczął odnosić międzynarodowe sukcesy. Zdaniem Gluzy dzisiejszy wysyp świetnych książek reporterów – i spowodowany nim wzrost zainteresowania czytelników – to przede wszystkim plon ziarna, które zakiełkowało 10-15 lat temu w “Polityce” i dziale reportażu “Gazety Wyborczej”, prowadzonym przez wielką reporterkę Małgorzatę Szejnert. Ale pozostałe redakcje i wydawnictwa prasowe – wiecznie tnąc koszty – nie podążają w tym kierunku. Jak więc będzie wyglądał polski reportaż za 10 lat (o ile pokolenie wychowane na esemesach i Facebooku będzie w stanie przyswoić tekst dłuższy niż jedna strona)?

Witold Szabłowski – rocznik 1980 – kończąc studia zaryzykował. Był to czas rozszerzania Unii Europejskiej i wszyscy jego koledzy kierowali się na oś Berlin-Bruksela-Londyn. On wybrał Stambuł, Ankarę i wyspecjalizował się w tematyce wschodniej. Za reportaż z Turcji dostał w październiku nagrodę Parlamentu Europejskiego. Wydał świetnie przyjęty zbiór tekstów “Zabójca z miasta moreli”. Jest etatowym reporterem. Jak sam mówi z przekąsem – telewizja informacyjna, w której zaczynał karierę, głównym newsem na cały dzień uczyniła kiedyś psa, płynącego po rzece na krze. Jego zdaniem to dowód na skręcanie mediów w ślepy zaułek, po którym siłą rzeczy musi przyjść opamiętanie. Więc o swą przyszłość w zawodzie jest spokojny. Ale kalkuluje realnie. – Dziś mam pracę, która daje mi satysfakcję. Spełniam marzenia, poznaję świat. Ale nie wiem, czy kiedyś nie będę musiał się przesiąść na innego konia – mówi. Był już w życiu rikszarzem i naprawiał łodzie. Jego zdaniem, do zawodu reportera ciągnie specyficznych ludzi. – Jeśli dać im łopatę i wysłać na księżyc, po tygodniu będą mieli schronienie i znajdą sobie pracę – mówi. Przypadek Jacka Hugo-Badera, który pracował m.in. jako wagowy w punkcie skupu trzody chlewnej, czy chociażby naszego redakcyjnego kolegi Cezarego Łazarewicza, który zanim został reporterem, prowadził sklep z damską bielizną, zdają się potwierdzać tę obserwację.

 

Całość: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/1514808,1,polski-reportaz-jak-szwedzkie-kryminaly.read

11-04-2011, 19:51

“Święto radiowców. Miłość od pierwszego usłyszenia”  »

Telewizja Silesia
Tomasz Brzoza
11-04-2011

Jak nikt inny za mikrofonem potrafią stworzyć prawdziwy teatr wyobraźni. Dźwiękiem doskonale opisują rzeczywistość. Radiowcy mają dziś swoje święto. I choć radia słuchać można już nie tylko w eterze, ale również je oglądać oni niezmiennie, z wielką pasją pracują za radiowym sitkiem.

Jacek Filus za radiowym sitkiem pracuje już od ponad trzydziestu lat. Przy tym wyniku siedem lat Eweliny Kosałki wrażenia jeszcze nie robi. Ona w innej roli niż z radiowym mikrofonem raczej siebie nie widzi. - Myślę, że to jest moja największa miłość, to była miłość od pierwszego usłyszenia. Już jak pierwszego reportażu posłuchałam, wiedziałam że to będzie moje miejsce na ziemi i na szczęście mam tę możliwość, że robię to co kocham - podkreśla Ewelina. Bo radio ma urok, od którego trudno się uwolnić. Wie o tym dobrze rzecznik śląskiego NFZ-tu Jacek Kopocz, który zanim zaczął do mikrofonów i kamer tłumaczyć się z problemów służby zdrowia przepracował ładnych parę lat po drugiej stronie. - Coś jest takiego intymnego, coś delikatnego, coś bardzo osobistego w tej relacji pomiędzy pustym studiem wydawałoby się, a tym kimś kto jest po drugiej stronie. Ta wizualizacja, ta świadomość, że ktoś jest i Cię słucha.

A to właśnie radiowcy, jak nikt inny potrafią stworzyć prawdziwy teatr wyobraźni. Wielu z nich zanim trafia do redakcji zaczyna w radiach studenckich. Na przykład w kultowym już dzisiaj Radio Egida. - Żadne studia dziennikarskie. To może być teoretyczny dodatek, nawet fajny, ale to tutaj jest ta cała prawda o tym fachu - uważa Przemysław Sołtysik, Radio Egida. Swoje pierwsze dziennikarskie kroki stawiało tu wielu znanych dziś dziennikarzy i to nie tylko tych radiowych. - Mieliśmy serio podejście do tego. Meldowaliśmy się w robocie o 20 i do 23 pracowaliśmy. To była prawdziwa radiowa szkoła - wspomina Kamil Durczok, dziennikarz.

Jerzy Waniek w katowickim radiu pracuje już od 37 lat. Z sentymentem patrzy jak nowe wypiera to stare. – Wtedy to jak pamiętam były duże magnetofony szpulowe, każdy musiał tachać taką maszynę ze sobą w teren. Od wynalazku Marconiego, który w 1895 roku wysłał pierwszy sygnał radiowy na odległość jednego kilometra minęły lata świetlne. Radia słuchać można już nie tylko w eterze, ale również je oglądać. - Trzeba się pomalować, trzeba się ubrać. Także mamy troszkę gorzej o poranku, bo nie przychodzimy za dziesięć minut audycja, tylko godzinę szybciej, żeby się przygotować na spotkanie z naszymi słuchaczami i widzami jednocześnie - podkreśla Adam Giza, Radio Na Wizji TVS.

A o słuchacza walczy się coraz trudniej. Konkurencja jest duża, bo na skali radiowej coraz mniej miejsca, a coraz więcej rzeczy do przekazania. - Tęsknię za rzetelnością dziennikarską, tęsknię za obiektywizmem, którego czasami brakuje. Swoim studentom również powtarzam, że najważniejsze jest słowo, i to najczęściej mówię im, że jest to słowo pisane przez duże ”S”. Słowo, które może budować i może niszczyć - zaznacza Jacek Filus, Polskie Radio Katowice. I dlatego przez duże S – sto lat dla radia i ludzi z nim związanych.

Całość: http://www.tvs.pl/informacje/34566,swieto_radiowcow_milosc_od_pierwszego_uslyszenia.html

11-04-2011, 16:22

Min. Krzysztof Luft: dziennikarstwo obywatelskie ma misję i potencjał  »

Wiadomości24.pl
Paweł Kaliciński
11-04-2011

Dziennikarstwo obywatelskie – obok mediów publicznych – może być ośrodkiem odbudowy standardów, w ostatnim czasie skutecznie obniżonych przez stabloidyzowane media komercyjne – w wywiadzie udzielonym serwisowi Wiadomości24.pl mówi minister Krzysztof Luft, członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.

Proszę pozwolić, że zacznę od kwestii, która w pięciolecie dziennikarstwa obywatelskiego w Polsce społeczność serwisu Wiadomości24 zajmuje najbardziej: czy dziennikarstwo obywatelskie może stanowić skuteczną konkurencję dla dziennikarstwa zawodowego?

Min. Krzysztof Luft

Na pewno tak – i nie chodzi tylko o popularność serwisów dziennikarstwa obywatelskiego, zresztą dla wielu osób bardziej czy łatwiej dostępnych niż tradycyjne gazety; nie o ilość chodzi ale o jakości. Serwisy dziennikarstwa obywatelskiego postrzegam jako przestrzeń, w której ze swoimi poglądami i swoim widzeniem świata mogą się ujawnić osoby, które nie znajdują satysfakcji w innych mediach – sformalizowanych, zawodowych, gdzie jest wyraźna linia programowa czy ideologiczna i gdzie lansuje się określone spojrzenie na rzeczywistość, selekcjonuje tematy, dobiera wypowiedzi.

Mocną stronę dziennikarstwa obywatelskiego upatrywałby więc Pan w swobodzie ekspresji…

Tak, choć swoboda wypowiedzi zawsze ma dwa oblicza. Z internetem jest bowiem ten problem, że wielka zaleta, jaką jest możliwość nieskrępowanego wyrażania opinii, poglądów itd., nieraz zamienia się w wadę. Fora internetowe i komentarze potrafią wprost zatrważać brutalnością, bezmyślnością i prymitywizmem wypowiedzi. I z tego powodu prowadzenie takiego serwisu jak wasz – gdzie wyłapuje się złe teksty, i niewłaściwe komentarze, a jednocześnie ciekawe teksty na różne sposoby eksponuje się – ma dużo większy sens, niż tworzenie medium, gdzie każdy anonimowo wrzuca, co chce. Bo kiedy daną publikację podpisuje się nazwiskiem, które potem mogą przeczytać bliscy czy sąsiedzi, to człowiek dwa razy się zastanowi, zanim napisze jakąś głupotę.

I tu pojawia się kwestia tego, na ile publikacje internetowe traktujemy serio, a na ile z przymrużeniem oka, jako teksty drugiej kategorii, mniej ważne czy mniej poważne od papierowych czy choćby telewizyjnych.

Internet daje możliwość łatwego rzucania słów, jak w prywatnej rozmowie – zresztą pisząc na forach czy w komentarzach internauta jest sam ze swoim komputerem, może więc mieć wrażenie, że pisze niejako dla samego siebie – że nikt do jego wpisu nie dotrze czy wreszcie nie połączy go z osobą autora. To samo może dotyczyć mediów tradycyjnych, ale w internecie zabranie głosu i np. oszkalowanie kogoś jest dużo łatwiejsze, a poczucie anonimowości pozostaje silniejsze. Tym cenniejsze jest więc istnienie serwisów, które promują personalizację wpisów – firmowanie wpisów własnym nazwiskiem.

Czy właśnie z tego powodu nazwałby Pan dziennikarstwo obywatelskie cennym?

Wszystkie media z założenia niekomercyjne, publiczne i obywatelskie, postrzegam w kontekście stanu i kierunku rozwoju mediów komercyjnych, a te niestety coraz silniej ulegają procesom komercjalizacji i tabloidyzacji, oba procesy zaś powodują obniżenie standardów dziennikarstwa, także w dużych stacjach telewizyjnych czy dziennikach. Informacja staje się tam rozrywką, brak jest refleksji, brak docierania do sedna sprawy; ludzie otrzymują coraz więcej informacji, a w gruncie rzeczy coraz mniej wiedzą. Wobec tego trzeba tworzyć alternatywę, która będzie te standardy budować na nowo, inaczej.

W jaki sposób?

W moim przekonaniu najważniejszą, podstawową alternatywą dla mediów komercyjnych powinny być media publiczne, które obecnie – zwłaszcza w przypadku telewizji – niestety w znacznej mierze są zależne od rynku. Byłoby lepiej, gdyby były mniej zależne; w każdym razie, tutaj nowy standard może być budowany – tu jest pole do działania. Zdaję sobie sprawę, że to wymaga podniesienia rangi mediów publicznych, bo nie spełniają one wszystkich oczekiwań, jakie mielibyśmy wobec nich – misyjności, rzetelności czy bezstronności. Media publiczne widziałbym jednak jako ośrodek, który buduje i podtrzymuje pewien standard oderwany od takich bezpośrednio komercyjnych potrzeb; nasze jako Krajowej Rady Radiofonii Telewizji działania powoli, ale w tę stronę zmierzają.

Media publiczne to w moim wyobrażeniu jeden filar podtrzymujący te nowe, wyższe standardy; drugim mogłoby być dziennikarstwo obywatelskie.

Rozwinąłby Pan tę myśl?

Oparcie się na dziennikarzach obywatelskich, czyli tych, którymi powoduje poczucie misji, pozwala włączyć do dyskursu medialnego sprawy, które komercyjne media pomijają, realizując potrzeby rynku, czy też poszerzyć ten dyskurs o mówienie o świecie w sposób, który nie pojawia się w mediach profesjonalnych. To jest szczególnie istotne teraz, kiedy obserwujemy nasilający się proces najbardziej negatywnie rozumianej komercjalizacji mediów – banalizacji, brutalizacji, tabloidyzacji treści, które media nam dostarczają. Media publiczne i dziennikarstwo obywatelskie to dwie sfery, które mogą z jednej strony nas, odbiorców, przed tą niekorzystną tendencją chronić, a z drugiej – narzucać pozostałym sferom przestrzeni medialnej inny, wyższy standard.

Misja dziennikarstwa obywatelskiego jest więc bardzo doniosła i… niełatwa.

Owszem, jednak dziennikarstwo obywatelskie ma duży potencjał. Dostrzegam go, gdy co jakiś czas odwiedzam ten czy inny serwis dziennikarstwa albo publicystyki nieprofesjonalnej; wasz jest jednym z nich. Skoro bowiem dziennikarstwo obywatelskie jest wolne od nacisków rynku, może się skutecznie w misję odbudowy standardów medialnych włączyć.

I tego życzmy polskiemu dziennikarstwu obywatelskiemu w jego pięciolecie. Dziękuję Panu Ministrowi za rozmowę.

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/min_krzysztof_luft_dziennikarstwo_obywatelskie_ma_misje_i _190458.html?sesja_gratka=7926ff9eff0a30a3ec9b30fe4dbbcaa7

11-04-2011, 12:38

Wystawa “Stany graniczne” Arkadiusza Goli w Katowicach  »

fotopolis.pl
Marcin Grabowiecki
11-04-2011

Muzeum Śląskie zaprasza na wystawę prac utalentowanego śląskiego fotografa, reportera Dziennika Zachodniego, Arkadiusza Goli. Prezentacja zawierająca prace z lat 1991-2011 ma charakter retrospektywy, podsumowujący dwudziestolecie zmagań autora z fotografią. Ekspozycja będzie dostępna dla oglądających od 15 kwietnia do 29 maja 2011. Polecamy!

Prace Goli są dokumentami osadzonymi we współczesnych realiach życia na Górnym Śląsku. Autor penetruje różne środowiska i przestrzenie, tworząc zbiorowy portret grup społecznych, których życie jest wplecione w determinujące je otoczenie i zmieniające się oblicze przemysłu na Górnym Śląsku. Obrazy są autorskimi refleksjami, tworzą wielowątkową opowieść o ludziach mieszkających na obrzeżach miast.

Arkadiusz Gola, Kochłowice,1992 (Medium)

 W fotografii Golę interesuje przede wszystkim człowiek, jego praca, otoczenie. Jest miłośnikiem Śląska, bo właśnie tam, odnajduje szczególną siłę wyrazu, której dynamikę kształtuje charakter współczesnych zmian i tempo przemijania tradycyjnego Śląska.

Autor wypowiada się najchętniej w fotografii reportażowej, uznając siłę jej wypowiedzi za najważniejszą cechę tego medium. W jego dokumencie nie chodzi jednak o dosłowność fotografii, ale o odnajdywanie owego drugiego dna zaopatrzonego w bogactwo sensów uniwersalnych. Ponadczasowych wartości i walorów tej fotografii należy szukać zarówno w spójnych, ale zróżnicowanych formach, jak i w potencjale interpretacji zawartym w przekazie fotograficznym.

W ramach “Nocy w Muzeum Śląskim” odbędzie się “Nocne spotkanie z fotografią”, w czasie którego autor na swojej wystawie opowie o granicach subiektywizmu w fotografii dokumentalnej. Spotkanie dodatkowo zilustrują pokazy multimedialne prac nieeksponowanych na wystawie.

Kuratorką wystawy jest Danuta Kowalik Dura.

Całość: http://www.fotopolis.pl/index.php?n=12578&wystawa-stany-graniczne-arkadiusza-goli-w-katowicach