Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

20-08-2011, 09:12

“Wernisaże, wernisaże”  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 8/2011
Michalina Wawrzyczek-Klasik
20-08-2011

Wernisaż jest świętem artysty, podsumowaniem jego pracy, domknięciem pewnej rozwiniętej w prezentowanych pracach myśli. Jest też dla twórcy pierwszą konfrontacją odbiorców z tym, co dotychczas było tylko jego, tylko “w nim”. To silne przeżycie, kiedy pokazuje się ludziom coś tak osobistego, jak własna sztuka. Spontaniczne, silne emocje wywołane tym wydarzeniem obnażają charakter, stosunek do własnej sztuki, do ludzi, świata, samego siebie. Pozwalają wiele się o danym artyście dowiedzieć.

Zbigniew Sawicz

Mimo swojej wagi, są to niestety chwile bardzo ulotne. Znalazła się jednak osoba, która wpadła na pomysł, jak je ocalić. „Wernisaże, wernisaże” to tytuł najnowszej wystawy wybitnego fotografa – Zbigniewa Sawicza. Ekspozycja została zorganizowana w galerii Związku Polskich Artystów Plastyków “Art Nova 2″. Aby w pełni odczytać tematykę prezentowanych prac, warto spojrzeć na nie w kontekście całej twórczości artysty.

Zbigniew Sawicz jest jednym z najwybitniejszych śląskich fotografów. Jest członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, przez 11 lat pełnił funkcję prezesa Katowickiego Towarzystwa Fotograficznego. Od kilkunastu lat jest również współpracownikiem naszego miesięcznika. Cała twórczość artysty związana jest z naszym regionem – to właśnie jemu Sawicz zdecydował się poświęcić kilkadziesiąt lat swojej pracy i wiele, wiele, fotograficznych zapisów. Wystarczy przytoczyć tu chociażby “Śląską balladę” – niezwykłą wystawę artysty w Muzeum Śląskim (2009), otwierającą cykl “Mistrzowie fotografii”. Była to wystawa retrospektywna, przedstawiająca poruszające, czarno-białe fotografie, utrwalające śląski krajobraz, jego mieszkańców, atmosferę, tradycje – wszystko to, co ważne, a co powoli odchodzi w niepamięć…

Kolejnym wątkiem w twórczości Zbigniewa Sawicza jest wyjątkowy, fotograficzny “zbiór” sylwetek twórców współczesnej, polskiej kultury – “Mistrzowie piękna”. Fotograf utrwalił wiele postaci polskiej sceny artystycznej, m.in.: Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza czy Józefa Szajnę, wybitnych muzyków i kompozytorów – Wojciecha Kilara, Krzysztofa Pendereckiego, Krystiana Zimermana a także wielu reżyserów, aktorów, fotografów, malarzy, rzeźbiarzy, grafików, artystów intermedialnych, szczególnie eksponując sylwetki twórców związanych ze Śląskiem. Wśród nich można odnaleźć m.in.: Romana Kalarusa, Lecha Majewskiego, Jana Szmatlocha, Kazimierza Kutza, Jerzego Dudę-Gracza czy Wojciecha Kuczoka. Wszyscy zostali sfotografowani w naturalnym dla siebie otoczeniu – w miejscu swojej twórczej pracy, na tle własnych dzieł. Powstałe, w ten sposób, fotograficzne portrety są autentyczne, całkowicie pozbawione nieszczerej pozy.

Cykl “Wernisaże, wernisaże” wydaje się być częściowo kontynuacją tego tematu. Sylwetki twórców to jeden z głównych wątków prezentowanych na tej wystawie. Z tą różnicą, iż przedstawiane osoby sfotografowane zostały podczas tytułowej uroczystości, pod wpływem wywołanych tym wydarzeniem emocji, na tle własnych prac, w otoczeniu gości. Fotografie te stanowią rzetelny zapis chwili, zbliżając się w swej formie bardziej do reportażu, co nadaje im specyficzny, nietuzinkowy charakter. Są to bowiem zdjęcia wykonane szybko, zwykle nie pozowane, ukazujące spontaniczność sytuacji. Za tym idzie oczywiście technika. Fotografie są kolorowe i dosyć surowe w kompozycji. Prezentacja głównie śląskich (bądź ze Śląskiem w jakichś sposób związanych) twórców, pozwala odbierać wystawę, jako swoistą kronikę artystycznych wydarzeń naszego regionu. A portret to niezwykły – prosty i przenikliwy.

Fragment wystawy w obiektywie Zbigniewa Sawicza

Wystarczy przywołać kilka fotografii: skromny, nieśmiało, ale ciepło uśmiechający się do obiektywu Maciej Bieniasz, za nim jego niezwykłe, czarno-białe rysunki; Roman Kalarus sportretowany na tle swojego plakatu – patrzący nieco z góry, odważnie, z zawadiackim błyskiem w oku; Katarzyna Gawrych-Olender w żywiołowej pozie, z radosnym, szczerym uśmiechem; młoda artystka Agata Rawecka, kolorowa jak obrazy, spontanicznie przykładająca twarz do jednego z nich… Sawicz posiada niezwykły talent wydobywania z portretowanych osób tego, co w nich najistotniejsze. To, co wydaje się stanowić największą wartość w tych fotografiach, to otwartość, z jaką portretowani pozują do zdjęć – są swobodni i czują się “sobą” przed obiektywem.

Kolejne fotografie pokazują twórców w jeszcze bardziej nieformalnych sytuacjach – otoczonych gronem przyjaciół, pogrążonych w rozmowie. Wtedy język ciała mówi o nich bardzo wiele. “Utrwalone” zostają przyjaźnie i relacje między artystami. Szybka migawka aparatu zapisuje czułe przywitania, spojrzenie w oczy, przyjacielski uścisk dłoni… Jednym z moich ulubionych jest zdjęcie przedstawiające trzech wybitnych malarzy – wspomnianego już tutaj Macieja Bieniasza, Ireneusza Walczaka oraz Kazimierza Cieślika. Dwaj ostatni panowie stoją pewni siebie, zamyśleni, paląc papierosy. Maciej Bieniasz sprawia przy nich wrażenie osoby bardzo skromnej, może trochę wycofanej – być może to efekt różnicy charakterów, a może różnicy “malarskich” pokoleń. Jednak mimo tak różnorodnych postaw i sposobu bycia, wyczuwa się ciche porozumienie.

Wiele z postaci utrwalonych na fotografiach, to osoby związane z katowicką Akademią  Sztuk Pięknych. Zbigniewowi Sawiczowi nie umknęły też momenty uczelnianych uroczystości – na wystawie oglądać możemy między innymi pochód Senatu w katowickim BWA, z prof. Tomaszem Jurą na przedzie oraz kadry z dyplomowych wystaw.

Na fotografiach obecni są także bliscy artystów, pasjonaci sztuki, ale też tak zwani “stali bywalcy” wystaw. W Katowicach jest wiele takich osób, których twarze pojawiają się na wielu wernisażach. Śmiem nawet twierdzić, iż jeden Pan jest obecny na wszystkich. I to nie bynajmniej jedynie z powodu darmowego wina – silnie reaguje na sztukę i poprzez lata “przebywania” w jej pobliżu, wyrobił sobie o niej własne zdanie. Ktokolwiek z Państwa był na kilku otwarciach wystaw w okolicy Katowic, na pewno wie o jaką barwną postać chodzi. Artysta najwidoczniej również uznał, iż oddanie w pełni klimatu fotografowanych wernisaży wymaga uwiecznienia na wystawie ich stałego bywalca. I tak się właśnie stało – wśród portretów twórców możemy oglądać również ten, bardzo ciekawy portret. Opisywana przeze mnie postać pojawiła się oczywiście także i tym razem, i z dużym zadowoleniem ów pan odnalazł siebie na jednej z fotografii.

Warto również wspomnieć o tym, jak ważną częścią tej wystawy było jej otwarcie – wiele z obecnych na nim osób odnajdowało się na fotografiach, pozostali spośród zgromadzonych gości rozpoznawali wśród otaczającego tłumu, pojawiające się na zdjęciach twarze. Obecność wielu ze sportretowanych osób w symboliczny sposób “domknęła” całe to wydarzenie, uczyniła je “pełnym”.

Zbigniew Sawicz od kilkudziesięciu lat z całą swoją wrażliwością i fotograficzną czułością “pochyla się” nad Śląskiem Dzięki temu przekazuje nam coś bezcennego – wielopłaszczyznowy, głęboki obraz naszego regionu. Cykl „Wernisaże, wernisaże” jest częścią tej fotograficznej kroniki. Już dziś ma ona niezwykłą wartość, a jeszcze cenniejsza stanie się dla kolejnych pokoleń. Pozostaje jedynie życzyć sobie, aby ta kronika przez kolejne lata rozrastała się dalej w tak szybkim tempie. Jak żartobliwie zagroził sam twórca, podczas otwarcia wystawy – “Ja Was jeszcze wszystkich dopadnę!” (fotograficznie oczywiście). Nie pozostaje mi więc nic innego, jak odpowiedzieć – “Trzymamy za słowo!”.

Całość: http://www.alfa.com.pl/slask/201108/s88.htm

11-08-2011, 08:48

Piotr Ornowski straci stanowisko szefa muzycznego Trójki  »

Press
(TAM)
11-08-2011

Piotr Ornowski otrzymał wypowiedzenie umowy o pracę i od września nie będzie szefem muzycznym Programu III Polskiego Radia.

Ornowski był szefem redakcji muzycznej Trójki od czerwca ub.r. Wcześniej był m.in. kierownikiem redakcji muzycznej i dyrektorem programowym Radia Katowice. Decyzję o jego zatrudnieniu podjął zarząd, którego członkiem był Wojciech Poczachowski, wcześniej prezes katowickiej rozgłośni. Pociągnęło to za sobą protesty dziennikarzy. Odwołanie Ornowskiego nie oznacza zmian muzycznych w Programie III. Jak już pisaliśmy, pobierając pensję w wysokości ok. 6 tys. zł., przez ostatnie miesiące Ornowski jako szef muzyczny nie wykonywał swoich obowiązków, bo do pracy nie dopuszczała go dyrektor Trójki Magda Jethon. Na ponowne objęcie zwolnionego stanowiska ma szansę poprzednik Ornowskiego, Grzegorz Hoffmann, który kierował redakcją muzyczną od 2007 do 2010 roku.

Całość: http://www.press.pl/newsy/radio/pokaz/26716,Piotr-Ornowski-straci-stanowisko-szefa-muzycznego-Trojki

09-08-2011, 19:16

MEDIALNY CYRK – będzie nowa miejska gazeta  »

Krzysztof Turzański - blog
09-08-2011

To informacja ściśle tajna, czyli mówi o tym całe miasto. Będziemy mieli w Piekarach Śląskich nową gazetę, która będzie dostarczać dobrych i obiektywnych informacji, bo będzie to kolejna miejska produkcja. Pojawi się obok Radia Piekary i całkowicie niewiarygodnego Głosu Piekarskiego. Tym razem jednak bez amatorszczyzny. Odpowiadać będzie za nią zawodowiec – Jacek Szyperski – redaktor odpowiedzialny za tygodniki lokalne Dziennika Zachodniego, który w zeszłym tygodniu pożegnał się już z kolegami z dotychczasowej pracy.

Krzysztof Turzański

Aby podnieść swoją wiarygodność prezydent będzie więc mógł wykorzystać już trzy media: Radio Piekary, Głos Piekarski i ten nowy tytuł owiany mgłą tajemnicy. Żadnym sekretem nie jest jednak fakt, że wydawanie prasy kosztuje. Czymże jest jednak 100 czy 200 tysięcy złotych z miejskiej kasy wobec takiego efektu propagandowego? Może brakować na sport, na imprezy kulturalne, na remonty i inwestycje, ale pozytywny PR musi być.

Zawsze twierdziłem, że zdrowa konkurencja to motor rozwoju – więc będziemy się rozwijać. I konkurować. Czy będzie lepiej nie wiem – ale na pewno będzie weselej. Prezydent Stanisław Korfanty zaczyna budować medialny koncern – radio, dwie gazety, telewizja internetowa… Najlepiej i “najbezpieczniej” opisane miasto w Polsce… Eh, gdyby tak jeszcze można było zabronić innym wydawania prywatnych gazet, pisania blogów – to już byłby raj.

Krzysztof Turzański

Całość: http://piekary.bloog.pl/id,330161147,title,MEDIALNY-CYRK-bedzie-nowa-miejska- gazeta,index.html

08-08-2011, 20:45

Krzysztof Kosiński: Ja nie mam radiowego głosu  »

Wiadomości24.pl
Jolanta Maria Budniak
08-08-2011

“Dzień dobry, wita Was Krzysztof Kosiński…”. Choć sam do swojego głosu podchodzi krytycznie, to przecież w jego głosie jest to “coś”, co przyciąga, co powoduje, że codziennie słuchają go setki sympatyków Radia Plus.

Ukończył studia prawnicze, ale nie przepracował ani jednego dnia w swoim zawodzie. W 1986 roku wygrał konkurs na reportera radiowego w Radiu Kraków. Zatrudnił go pierwszy niekomunistyczny szef tego radia, a był nim Bronisław Wildstein. Od roku 2002 zaczął pracę w gliwickiej rozgłośni Radio Plus.

Jolanta Maria Budniak: Jak długo jest Pan dziennikarzem radiowym?

Krzysztof Kosiński

Krzysztof Kosiński: 25 lat. Właśnie uświadomiła mi Pani, że chyba powinienem urządzić sobie jakiś jubileusz. Gdyby nie to pytanie, wcale bym nie skojarzył tych dat. Przy czym ja dość późno “wystartowałem” w zawodzie, ale uważam, że to mi tylko pomogło. Dziennikarz powinien chociaż “liznąć” kawałek innego życia, tego “z drugiej strony barykady”. Miałem szczęście zaczynać pracę w tym zawodzie w czasach, gdy historia była “na zakręcie”. Przyszedłem do radia (po wygraniu konkursu na reportera radiowego, jako człowiek “z ulicy”) w 1986 r. czyli formalnie jeszcze za czasów “komuny”. Ale to już był jej schyłek. Oni czuli już swój koniec i pozwalali na wszystko. Potem przyszła pierwsza ekipa z dawnej opozycji, razem tworzyliśmy coś zupełnie nowego. To niezapomniane przeżycie uczestniczyć w tworzeniu historii… Potem w mediach publicznych było tylko coraz gorzej. Dlatego dzisiaj jestem tutaj, w Radiu Plus Śląsk.

Będąc dziennikarzem radiowym można się realizować? Jeśli tak, to w jaki sposób?

W każdym zawodzie można się realizować. Skromnie powiedziałbym tak:trzeba tylko kochać to, co się robi. A nieskromnie odpowiem: trzeba “jedynie” być dobrym w tym, co się robi. I uczyć się całe życie, bo ten zawód to wyzwanie, codziennie staje się oko w oko z czymś, na czym człowiek do tej pory się nie znał albo czego nigdy nie próbował. Dla mnie chwilą takiej właśnie satysfakcji zawodowej i świadomości “samorealizacji” jest np. rozmowa, wywiad z kimś, kto przychodzi z nastawieniem, że to będzie kolejny wywiad w jego karierze, kilka pytań, szablonowe odpowiedzi i do widzenia. Moją ambicją jest to, żeby najpóźniej przy trzecim pytaniu spojrzał na mnie zaskoczony. Żeby “nabrał szacunku” i świadomości, że jesteśmy równoprawnymi partnerami w rozmowie.

Czy jest Pan rozpoznawalny dzięki swojemu głosowi?

Zanim odpowiem na to pytanie, wyjaśnijmy sobie coś najpierw. Ja nie mam tzw. RADIOWEGO GŁOSU. Mój głos nie jest niski, nie ma jakiejś niesamowicie interesującej barwy itp. Cóż, Pan Bóg mi tego nie dał i tylko do Niego mógłbym mieć o to pretensje. Gdybym np. umieścił swój głos w jakiejś bazie danych (a jest takich już kilka w internecie), zapewniam Panią, że pies z kulawą nogą nie zatrudniłby mnie do żadnej reklamy czy roli lektora w filmie. Tu przegrywam, za to mogę sobie to odbić maleńką złośliwością, którą może narażę się kilku kolegom “z branży”. Żebyśmy ja i mój głos stali się rozpoznawali, muszę się bardziej starać o to “CO” mówię, a nie tylko “JAK”.

A tak poważnie mówiąc, to należy się pewne wyjaśnienie niezorientowanym, że we współczesnym radiu są dwie trochę różne grupy ludzi występujących na antenie. Są prezenterzy, to właśnie oni powinni dysponować świetnymi głosami, bo oni mają bawić i umilać czas słuchaczom. Tu bez owego “radiowego głosu” niewiele się osiągnie. Słuchacz musi z przyjemnością tego głosu słuchać, a jeśli do tego jeszcze czuje, że jego posiadacz jest sympatyczny, miły, a na dodatek niegłupi-to brama do sukcesu jest otwarta. I są dziennikarze sensu stricto. Bywają fantastyczni reporterzy, którzy prawie się nie odzywają na antenie, ważne jest to, do czego potrafią dotrzeć i co zarejestrować. Ja na antenie się odzywam i to dużo, bo jestem tzw. publicystą. I jeśli udało mi się osiągnąć np. to, że słuchacz (albo słuchaczka ) dzwoni i mówi: “bo Pan ma taki miły głos…”, to zapewniam, że jest to pewna sugestia. Widocznie zasłużyłem sobie na jakiś tam szacunek, że słuchacze mnie lubią, bo jakoś identyfikują się z tym, CO mówię, że w końcu sami zaczynają wierzyć w to, że mam “radiowy, miły głos”…

A co samej rozpoznawalności, takiej stricte, to zdarza się, choć rzadko. Cóż mam powiedzieć? Że to miłe? Każdy w końcu jest choćby w minimalnym stopniu próżny. Ale proszę mi wierzyć, że o wiele większą satysfakcję sprawia nie rozpoznawanie mnie po głosie, ale… po nazwisku. Np. gdy ostatnio wjeżdżałem do elektrociepłowni w Zabrzu, przy bramie ochroniarz zaczął mi wystawiać jakąś tam przepustkę, wiec musiałem podać moje nazwisko i nazwę radia i wtedy zobaczyłem szeroki uśmiech, usłyszałem: “A to pan?!” I zaczęła się krótka dyskusja o jakichś ostatnich programach. To tak, to jest wielka satysfakcja.

Proszono Pana o autograf dlatego, że ktoś skojarzył Pana po głosie?

NIE. Jeden raz w życiu poproszono mnie o autograf. Prowadziłem jakąś imprezę plenerową, taki festyn z radiem gdzieś tam. Gwiazdą wieczoru był niesłychanie wtedy popularny zespół Krywań. W jakiejś przerwie podeszła do mnie dziewczynką z prośbą o autograf. Wziąłem kartkę i długopis i wtedy coś mi zaświtało. Zapytałem, czy wie, że ja nie jestem z zespołu Krywań. Żeby Pani widziała to rozczarowanie na jej buzi! Było mi jej tak żal, że zastanawiałem się, czy nie lepiej było podpisać się nieczytelnie i pozwolić jej chwalić się potem koleżankom autografem gwiazdy?

Można być popularnym i mieć swoich sympatyków, tak jak to jest w przypadku dziennikarzy telewizyjnych? Hmm… powinienem odpowiedzieć, że nie wiem, jak to jest w przypadku dziennikarzy telewizyjnych… Ale owszem, można mieć sympatyków i być popularnym, oczywiście na skalę medium, w którym się występuje. Ja zdobyłem popularność, jak na radio dosyć dużą, prowadząc przez trzy lata nocne programy oparte wyłącznie na telefonicznych rozmowach ze słuchaczami. Muszę nieskromnie powiedzieć, że to naprawdę trzeba umieć. Sztuka rozmowy nie jest prosta. To naprawdę ciągłe balansowanie między szacunkiem dla każdego, kto chce zabrać głos, a niedopuszczeniem do tego, żeby każda bzdura była traktowana tak samo. Trzeba umieć polemizować, a nawet nieraz ośmieszyć czyjeś poglądy bez obrażania kogokolwiek. I trzeba posiadać umiejętność rzadką u wielu dziennikarzy: umiejętność SŁUCHANIA. Bo rozmowa polega na słuchaniu tego, co mówi rozmówca. Niech mi Pani wierzy, to bardzo rzadkie u ludzi – umieć słuchać. Często zadajecie pytania, po czym słuchacze odpowiadają. Dzieje się to wszystko na “żywo”.

Czy zdarzyły się Panu jakieś sytuacje, nazwijmy je niezręczne lub niepożądane?

Jasne, że się zdarzyły. Tyle, że znajomość rzemiosła polega na tym, żeby sobie w takich sytuacjach radzić. Zaraz Pani zapyta zapewne “jak”? Chce Pani, żebym zdradzał zawodową kuchnię? Ale przecież cały dowcip polega na tym, żeby reszta słuchaczy się nie zorientowała, że sytuacja była “niebezpieczna”. Są dwa najczęściej spotykane rodzaje takich sytuacji. W pierwszej dzwoni słuchacz agresywny, przekonany o swojej racji, mający na końcu języka słowa wulgarne, i pełen chęci do obrażania wszystkich mających inne zdanie. Sytuacja, jak to Pani nazwała, niezręczna, ale to jednak rozmowa. Takiej rozmowy nie przerywam, moim dziennikarskim zadaniem jest właśnie to, żeby ta rozmowa się odbyła pod warunkiem zachowania pewnych reguł (ot, choćby nieużywania słów na k… itp.). Zapewniam, że to się da zrobić, jeśli rozmową odpowiednio pokierować.

Druga sytuacja to taka, że oto jakiś nasz słuchacz dzwoni w “stanie wskazującym”. To się zdarzało czasami (na szczęście rzadko) w nocnych programach. Wtedy trzeba owego “gościa” wymiksować tak, żeby reszta słuchaczy się nie zorientowała. Wysłuchać kilku pierwszych słów, jak są problemy z wyartykułowaniem, to nawet grzecznie dokończyć za niego (w stylu: „rozumiem, ze chciał Pan powiedzieć, że…”), gdy tylko potwierdzi, że o to mu chodziło – zaczynam odpowiadać. Trzeba tylko mówić odpowiednio długo i bez sekundy przerwy. Mój mikrofon jest uprzywilejowany. Dopóki ja mówię, tamten jest niesłyszalny. Jeśli bym przerwał choć na moment, to on znowu się dorwie do głosu… W tym czasie delikatnie rozłącza się połączenie telefoniczne, ja uprzejmie słuchaczowi dziękuję i pozostaje miłe wrażenie, że po prostu dzwonił ktoś mało gadatliwy, oszczędny w słowach… Jeśli myślą Państwo, że to łatwe, to proszę kiedyś spróbować mówić na jakiś temat minutę bez żadnej przerwy, nawet na ułamek sekundy…

Jaka jest Pana recepta na dobre dziennikarstwo radiowe?

Odpowiedź w miarę wyczerpująca byłaby na miarę co najmniej cyklu wykładów, w końcu po coś uczymy się tego fachu latami. Może zatem tylko dwa bardzo wycinkowe aspekty, ale za to chyba jedne z najważniejszych. Praca dziennikarza radiowego polega głównie na prowadzeniu rozmów z gośćmi na antenie. To podstawa. A jak przeprowadzić dobrą rozmowę? Gdy młody, zdolny, pełen ambicji dziennikarz otrzymuje pierwszą w życiu szansę przeprowadzenia wywiadu z kimś “ważnym”, najczęściej trzy noce nie śpi z wrażenia, tylko wymyśla pytania. Takie pytania, żeby były mądre i żeby nie te same, które zadawano już w dziesiątkach poprzednich wywiadów owego VIP-a. Jeśli dziennikarz jest zdolny, wymyśli takie pytania. I idzie na wywiad. Zadaje pierwsze pytanie, rozmówca zaczyna odpowiadać, a dziennikarz cały czas zerka na kartkę, żeby czasem nie zająknąć się przy następnym pytaniu. O, zapadła cisza, wiec odpowiedział już na pierwsze pytanie, zadajemy więc drugie itd. itd. Dziennikarz wraca do redakcji i przesłuchuje nagrany materiał. I przeżywa szok.

Na pierwsze pytanie VIP odpowiedział jakimś kompletnym stekiem ogólników i frazesów, można go było “docisnąć”, poprosić o konkrety, ale skoro się go nie słuchało… Odpowiadając na drugie pytanie, rozmówca strzelił czymś zupełnie nowym, o czym nikt jeszcze nie wie, ale tylko jednym słowem to zasygnalizował. Należało dopytać, z tego uczynić główny temat rozmowy, ale… się nie słuchało. Prawda, że recepta jest prosta? Wywiad to nie zadanie pięciu pytań i zarejestrowanie odpowiedzi. Wywiad to rozmowa. Bardzo proste, a piekielnie trudne, bo wymaga umiejętności słuchania ze zrozumieniem. A już sama umiejętność słuchania, jest w ludziach rzadką cechą…

Największa wpadka Pana?

Była taka trochę z pogranicza samej mojej pracy dziennikarskiej. Kolega, jeden z najlepszych w kraju dziennikarzy sportowych zaproponował mi kiedyś „fuchę”, takie parę groszy do pensji. Dziennikarze sportowi czasami dorabiają tzw. spikerką na meczach. Coś mu tam nie pasowało w terminach i chciał odstąpić mi swoją. Mecz był towarzyski: reprezentacje radnych krakowskich i niemieckich z jakiegoś miasta zaprzyjaźnionego. Taka zabawa w gruncie rzeczy z dochodem na jakiś cel charytatywny chyba. Tłumaczyłem koledze, że na piłce nie znam się w ogóle, że nawet nie wiem i nie bardzo chcę wiedzieć, co to jest spalony, ale on mnie namówił. Dał mi listę zawodników: numery na koszulkach i nazwiska, a ja się skusiłem na tę kasę… Koszmar. Nie zdawałem sobie sprawy, czym to pachnie. Coś się dzieje na boisku, widzę zawodnika z numerem 5, szukam na liście nazwiska, zanim je znajduję i zdążę skomentować – wydarza się już pięć kolejnych sytuacji. Pełna kompromitacja. Nie poszedłem po te pieniądze. Kolega mi je przyniósł, ale do dzisiaj wiem, ze powinienem je przeznaczyć wyłącznie na tzw. flaszkę, żeby się upić ze wstydu. I nigdy więcej, za żadne pieniądze nie dałbym się na coś takiego namówić…

Największy sukces?

Jednego wskazać nie umiem, ale spróbuję jakoś krótko to ująć. Z dawnych lat, moje częste wyjazdy do Warszawy i wielki cykl bardzo długich rozmów z legendami polskiej polityki przełomu lat 90. To były naprawdę wielkie indywidualności i często wielkie umysły. Można się było z nimi nie zgadzać, ale nie można było nie czuć szacunku. Ta grupa już się przerzedza, niestety, niektórzy już odeszli z tego świata, inni na emerytury. Nie da się zapomnieć kilku godzin na rozmowie z Jackiem Kuroniem czy Leszkiem Moczulskim – przecież osobami z dwóch biegunów świata polityki. Coraz mniej jest dzisiaj takich, działa okrutna selekcja negatywna i dlatego dzisiaj coraz bardziej się dystansuję od tej “wielkiej” polityki. Dzisiaj już nie miałbym ochoty na te “jazdy” do “warszawki…”.

A tutaj, w Radiu Plus? Debaty przed wyborami samorządowymi. One się odbiły naprawdę szerokim echem, także dzięki internetowi, w którym zapisy dźwiękowe krążyły i miały liczbę słuchaczy chyba porównywalną z tymi, którzy słuchali „na żywo”. Tytułem anegdotki, miałem niesamowita satysfakcję, jak po jakiejś debacie dzwoni słuchacz i mówi coś w tym rodzaju: “Panie redaktorze, słuchałem całe trzy godziny, ale ja wciąż nie wiem, na kogo Pan będzie głosował!”. I o to właśnie chodziło…

Jeśli dostałby Pan propozycję zostania dziennikarzem telewizyjnym, czy przyjąłby ją Pan?

W moim wieku? I proszę tego nie odbierać jako żart. Mówię zupełnie poważnie. TV ma swoje wymagania, kamera wymaga miłej buzi albo przystojnego, młodszego faceta. I nie w tym żadnej złośliwości, bo zapewniam, że znam wiele ładnych buzi i przystojnych mężczyzn, którzy są świetnymi dziennikarzami. Beze mnie doskonale się wszelka telewizja obędzie.

Czy zamieniłby Pan ten zawód na inny?

NIE.

Jolanta Maria Budniak

Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/krzysztof_kosinski_ja_nie_mam_radiowego_glosu_205825-1--1-d.html

04-08-2011, 20:14

Redaktor Bohdan Knichowiecki nie żyje  »

04-08-2011

Niewysoki, ze stale zadartą głową, wiecznie gdzieś spieszący, lub zażarcie rozdyskutowany. W “Trybunie Robotniczej”, a następnie w “Trybunie Śląskiej”, gdzie pracował od 1966 roku znali i lubili go wszyscy. Urodzony w 1942 roku, odszedł w poniedziałek, 25 lipca.

Bohdan Knichowiecki

Przez całe lata redaktor Bohdan Knichowiecki z prawdziwą pasją oddawał się działalności w Dyskusyjnym Klubie Filmowym “Kaczątko” przy katowickim Pałacu Młodzieży. Był również członkiem Komisji Rewizyjnej przy Ogólnopolskiej Federacji Dyskusyjnych Klubów Filmowych. W uznaniu zasług odznaczony został honorową odznaką Zasłużony dla Kultury.

Mieszkał z rodziną, żoną i córką w słynnym drapaczu chmur przy ul. Żwirki i Wigury, na przemian, na szóstym i na dziewiątym piętrze. Z nieskrywaną dumą opowiadał o tym, że jego ojciec Czesław jako kurator szkolny już w 1937 roku otrzymał mieszkanie w tym najnowocześniejszym i najwyższym domu w ówczesnej Europie. Mieszkała tam również przez 26 lat matka ks. Jana Twardowskiego, z którym Knichowiecki, będąc siostrzeńcem poety, pozostawał w wielkiej przyjaźni. A w spisie lokatorów znalazło się jeszcze wiele innych nazwisk znanych katowiczan i wybitnych twórców kultury. W różnym czasie mieszkali tam między innymi: Kazimierz Kutz, Bernard Krawczyk, Bolesław Lubosz, Kalman Segal, Gustaw Holoubek czy Wojciech Standełło. 

W osobie Bohdana Knichowieckiego śląskie środowisko dziennikarskie utraciło admiratora kultury wysokiej i szczerze oddanego Kolegę.

Msza św. żałobna zostanie odprawiona w sobotę, 6 sierpnia o godz. 11.00 w kościele pw. ś.ś. Piotra i Pawła w Katowicach, skąd nastąpi odprowadzenie Zmarłego na cmentarz przy ul. Sienkiewicza.


 

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/2021

03-08-2011, 18:47

Odszedł Ryszard Barnert (1927-2011)  »

Ryszard Barnert nie żyje. Reżyser telewizyjny, dziennikarz, pasjonat automobilizmu zmarł w piątek 29 lipca w Katowicach. Miał 84 lata.

Rodzina, przyjaciele i znajomi odprowadzili go na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu parafialnym przy ul. Francuskiej w środę, 3 sierpnia.

——————————————————–

Pożegnanie Przyjaciela

W imieniu prezesa Auto Klubu Dziennikarzy Polskich red. Aleksandra Żyznego oraz członków naszego Klubu, przyszło mi 3 sierpnia w Katowicach ze smutkiem pożegnać naszego wieloletniego Przyjaciela, dziennikarza motoryzacyjnego, telewizyjnego realizatora i reżysera Ryszarda Barnerta.

Poza twórczą pasją pracy w katowickiej telewizji, do której organizowania, pod koniec lat pięćdziesiątych, dołączył wraz z filmowcami Amatorskiego Klubu Filmowego Śląsk, Ryszard pozostanie w naszej pamięci, nie tylko jako zasłużony działacz na polu motoryzacji w Polsce, ale przede wszystkim jako dziennikarz motoryzacyjny z bogatym dorobkiem setek publikowanych tekstów. Motoryzacja była równie Jego wielką pasją, jak praca w polskiej telewizji.  Jako pierwszy ze Śląska, w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku (!), współorganizował w Warszawie Motorowy Klub Dziennikarzy, aby później skutecznie zaszczepiać rajdowego bakcyla w nas, młodych jeszcze wówczas adeptach sztuki dziennikarskiej, zamiłowanie do tego wspaniałego sportu. Pamiętam, prawie przed półwieczem, starty w dziennikarskich rajdach w charakterze pilota Ryszarda. Był świetnym kierowcą rajdowym i wielu z nas, choć niewielu się nas ostało, do dziś zawdzięcza Mu umiejętności bezpiecznego, acz sportowego, prowadzenia samochodu. Był przez lata, nie tylko na polskich drogach, w czołówce rajdowców pośród braci dziennikarskiej. Inicjatorem, pomysłodawcą i organizatorem w Warszawie pierwszej w Polsce rewelacyjnej wystawy Auto Moto Show.

W latach dziewięćdziesiątych zainicjował, wraz z inż. Kwiatkowskim, utworzenie firmy PRO- CAR-ENGINEERING, która wyprodukowała pierwszy pojazd tzw. kit-car o nazwie Pirat, przypominający Alfę-Romeo z lat trzydziestych. Ryszard wzbudzał nim zrozumiałą sensację nie tylko na ulicach Katowic, ale również podczas naszych rajdów. Odszedł od nas Wspaniały Człowiek, którego zasług nie sposób zapomnieć. Odszedł na szerokie, bez żadnych ograniczeń prędkości, kosmiczne autostrady Wszechświata.

Żegnamy Cię Ryśku w imieniu całej motoryzacyjnej braci.

Piotr Gawroński
AKDP – Stowarzyszenie Auto Klub Dziennikarzy Polskich

——————————————————–

Ryszard Barnert

Ryszard Waldemar Barnert był rodowitym warszawiakiem, choć urodził się w podwarszawskim Wołominie, gdzie rodzina miała mały domek letniskowy. Jego ojciec był wtedy urzędnikiem Ministerstwa Skarbu. W 1930 roku przybywają na stałe na Śląsk, gdzie ojciec dostaje przydział do pracy w Dyrekcji Urzędu Ceł. Po wybuchu wojny 1939 roku ojciec i starszy brat uciekają na Węgry, ze względu na poszukiwania ojca przez niemiecki wywiad wojskowy, Ryszard wraz z matką wracają do okupowanej Warszawy. Znajduje synowi pracę w warsztacie rusznikarskim granatowej policji, gdzie po kryjomu naprawia broń żołnierzom podziemia. Wykonuje też zwiady w terenie dla Szarych Szeregów. Kilka tygodni przed wybuchem Powstania Warszawskiego matka przeczuwając zamiary syna wywozi go na Śląsk, do zaprzyjaźnionego lekarza z Dąbrowy Górniczej. Po wojnie kończy gimnazjum Adama Mickiewicza w Katowicach i dostaje pracę kierownika w fabryce w Policach, z których szybko powraca na Śląsk. Jego pierwszym kupionym autem był poniemiecki Opel Kapitan. Co najmniej od tej chwili motoryzacja staje się dla niego jedną z dwóch głównych pasji.

Drugą pasją jest kino, film, rodząca się telewizja. Zostaje członkiem Śląskiego Klubu Filmowego. W 1957 roku bierze udział w konkursie, będącym naborem do powstającego właśnie ośrodka Telewizji Katowice – drugiego dopiero w Polsce. Konkurs wygrywa i zostaje pierwszym realizatorem telewizyjnym. Telewizję współtworzy z innymi wybitnym postaciami – aż do roku 1981. W tym czasie spod jego ręki wychodzi ponad 6.000 wyemitowanych programów. Jako doświadczony już praktyk zdaje egzaminy reżyserskie w łódzkiej PWSTiF. Reżyseruje bardzo wiele recitali, koncertów, festiwali, spektakli teatru TV.

Swoją pasję automobilisty wykorzystuje w latach 60., pracując w komitecie budowy samochodu małolitrażowego, co staje się zaczynem powstania Fabryki Samochodów Małolitrażowych. Startuje w rajdach dziennikarzy, wielokrotnie wygrywając je w swojej klasie. Swoją dużą wiedzą motoryzacyjną dzieli się w prasie nie tylko polskiej, ale i fachowej austriackiej. Na tematy filmowe publikuje w książkach filmoznawczych pod redakcją prof. Andrzeja Gwoździa. Nierzadko gościł także na naszych łamach.

W roku 1990 założył własną firmę PROC AR i organizował międzynarodowe targi motoryzacyjne Autosalon – pierwsze w powojennej historii kraju. W końcu postanawia zbudować własny samochód. W tym celu wraz ze znajomym inżynierem, konstruktorem amatorem, zakłada nową firmę. Sprowadza z Anglii wzorcowy samochód kitcar. Tworzy jego kopię. Auto otrzymuje wymowną nazwę Pirat. Wkrótce jego produkcję podejmuje kilka prywatnych firm w całym kraju. Jego różne wersje i emanacje są do dziś niezwykle popularne na imprezach okolicznościowych. Szczególnie umiłowali je sobie nowożeńcy. Zawsze z pasją, zawsze z fantazją, prawdopodobnie dyryguje teraz jakimś anielskim chórem, bądź tworzy nowy pojazd między galaktyczny.

“Śląsk”, wrzesień, 2011

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/2493