03-11-2011, 12:13
Stanisław Ligoń – Karlik z “Kocyndra” »
(man)
03-11-2011
- Dziadek od zawsze przekonywał Ślązaków, że są Polakami – mówił Andrzej Sas Jaworski, wnuk słynnego na Śląsku Stanisława Ligonia, malarza, poety, rysownika, członka Polskiego Komisariatu Plebiscytowego po III powstaniu śląskim, wielkiego piewcy śląskości. Był w Zabrzu 20 października na spotkaniu pn. “Mój dziadek Karlik z Kocyndra”, zorganizowanym w Muzeum Górnictwa Węglowego, w ramach cyklu prelekcji pt. „Powstania Śląskie – pamięć, która zobowiązuje”.
Wolał być artystą niż górnikiem
Stanisław Ligoń (1879 – 1954) urodził się w Chorzowie. Zawsze chciał zostać artystą, a nie górnikiem. Pracował jako goniec, potem malował domy. Miał talent plastyczny, dlatego wyjechał do Krakowa, aby uczyć się wzornictwa przemysłowego.
- Dziadek chciał i lubił się uczyć. Po 2 latach wrócił do Chorzowa, a następnie pojechał na 3 lata do Berlina, aby studiować malarstwo. Po powrocie malował ilustracje do książek, pracował m.in. u Karola Miarki, rysował portrety. Ciągnęło go jednak do nauki, więc wrócił do Krakowa na dalsze studia. I wojna światowa zastała go w Truskolasach. Założył tam z żoną polską szkołę, chór, teatr amatorski. Urodziły się im 4 córki. W 1917 roku, na pogrzebie swego ojca w Chorzowie, został zatrzymany przez Niemców i wcielony do wojska. Po zakończeniu wojny wrócił do Chorzowa i rozpoczął pracę w dziale propagandy Polskiego Komisariatu Plebiscytowego. Nadawał się do tej pracy idealnie, znał język niemiecki, literacki polski, gwarę śląską. Wykonywał rysunki satyryczne, plakaty, nalepki, nawet papierowe pieniądze – opowiadał Andrzej Sas Jaworski.
Karlik z Kocyndra
- 10 czerwca 1920 roku ukazał się pierwszy numer “Kocyndra” – “tygodnika literackiego, który wychodzi kiedy chce i może”. Kocynder oznacza chuligana. Dziadek przyjął pseudonim Karlik, ponieważ ukrywał się przed Niemcami. Za jego głowę wyznaczono bardzo wysoką nagrodę. Propaganda, którą prowadzono w “Kocyndrze”, była na najwyższym poziomie europejskim. Żarty były inteligentne, rysunki na świetnym poziomie artystycznym, nie było tam chamstwa, koncentrowano się głównie na kwestiach narodowych. Zachęcano Ślązaków, aby w plebiscycie zagłosowali za Polską, bo to ich ojczyzna. Odpowiednikiem proniemieckim był “Pieron”. Prowadził bardzo ostrą i brutalną propagandę, skupiał się na kwestiach ekonomicznych. Starał się przekonać, że Polska jest na niższym poziomie cywilizacyjnym, że przyłączenie Śląska do Polski sprawi, że mieszkańcy będą żyli biedniej. Niemcy z całego kraju przywozili na plebiscyt ludzi, którzy urodzili się na Śląsku – mówił wnuk Stanisława Ligonia. W czasie spotkania z A. Jaworskim można było zobaczyć m.in. oryginalne numery “Kocyndra” z 1921 roku.
Bery i bojki w radiu
Karlik po podziale Śląska przeniósł się do Katowic. Uczył rysunku w jednym z gimnazjów. Pracował jako scenograf w teatrze, opiekował się ludowymi i lalkowymi teatrami, intensywnie działał w Radzie Muzealniczej, która doprowadziła do powstania w Katowicach Muzeum Śląskiego (w 1939 roku zniszczyli je Niemcy). Stanisław Ligoń w 1927 roku rozpoczął też pracę w polskim radiu. – Wtedy narodził się nowy Karlik. Wraz z pracą w radiu zaczęło się beranie (opowiadanie, gawędzenie). Prowadził stałe audycje “Bery i bojki”, “Przy sobocie po robocie”, zawsze w gwarze. Były bardzo popularne. W czasie II wojny, dziadek wraz z innymi uchodźcami dostał się do Palestyny. Tam pisał, prowadził audycje dla żołnierzy i cywilów. W 1944 roku w Jerozolimie ukazała się książka “Bery i bojki”. Po wojnie dziadek wrócił do pracy w katowickim radiu. Prowadził prawie do śmierci słynną audycję “Radiowa czelodka” i “U Karlika gra muzyka”. Władze PRL cenzurowały jego teksty, bardzo się tym denerwował. Jego pogrzeb w 1954 roku był manifestacją dziesiątków tysięcy Ślązaków, przywiązanych do swojej tradycji – wspominał A. Sas Jaworski.
Chciałem być jak dziadek
- Stanisław Ligoń był dobrym dziadkiem. Pamiętam, jak na niego czekaliśmy w 1946 roku. Mieszkaliśmy z dziadkami w jednym domu. Uwielbiałem jego pracownię. Był bardzo pogodnym człowiekiem. Uwielbiał ptaki, szczególnie kanarki i szczygły. Trzymał je w klatkach. Miał poczucie humoru, kawałami sypał jak z rękawa. Mówił świetnie gwarą. Zawsze chciałem dziadka naśladować, być jak on – dodał.
A. Sas Jaworski jest na emeryturze, pracował jako protetyk. Jego pasją jest historia, pracuje nad książką poświęconą historii Katowic.
(man)
Całość: http://www.nowinyzabrzanskie.pl/index.php?option=com_content&task=blogsection&id=3&Itemid=4



