Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

03-11-2011, 12:13

Stanisław Ligoń – Karlik z “Kocyndra”  »

Nowiny Zabrzańskie
(man)
03-11-2011

- Dziadek od zawsze przekonywał Ślązaków, że są Polakami – mówił Andrzej Sas Jaworski, wnuk słynnego na Śląsku Stanisława Ligonia, malarza, poety, rysownika, członka Polskiego Komisariatu Plebiscytowego po III powstaniu śląskim, wielkiego piewcy śląskości. Był w Zabrzu 20 października na spotkaniu pn. “Mój dziadek Karlik z Kocyndra”, zorganizowanym w Muzeum Górnictwa Węglowego, w ramach cyklu prelekcji pt. „Powstania Śląskie – pamięć, która zobowiązuje”.

Wolał być artystą niż górnikiem

Stanisław Ligoń

Stanisław  Ligoń  (1879 – 1954) urodził się w Chorzowie. Zawsze chciał zostać artystą, a nie górnikiem. Pracował jako goniec, potem malował domy. Miał talent plastyczny, dlatego wyjechał do Krakowa, aby uczyć się wzornictwa przemysłowego.

- Dziadek chciał i lubił się uczyć. Po 2 latach wrócił do Chorzowa, a następnie pojechał na 3 lata do Berlina, aby studiować malarstwo. Po powrocie malował ilustracje do książek, pracował m.in. u Karola Miarki, rysował portrety. Ciągnęło go jednak do nauki, więc wrócił do Krakowa na dalsze studia. I wojna światowa zastała go w Truskolasach. Założył tam z żoną polską szkołę, chór, teatr amatorski. Urodziły się im 4 córki. W 1917 roku, na pogrzebie swego ojca w Chorzowie, został zatrzymany przez Niemców i wcielony do wojska. Po zakończeniu wojny wrócił do Chorzowa i rozpoczął pracę w dziale propagandy Polskiego Komisariatu Plebiscytowego. Nadawał się do tej pracy idealnie, znał język niemiecki, literacki polski, gwarę śląską. Wykonywał rysunki satyryczne, plakaty, nalepki, nawet papierowe pieniądze – opowiadał Andrzej Sas Jaworski.

Karlik z Kocyndra

- 10 czerwca 1920 roku ukazał się pierwszy numer “Kocyndra” – “tygodnika literackiego, który wychodzi kiedy chce i może”. Kocynder oznacza chuligana. Dziadek przyjął pseudonim Karlik, ponieważ ukrywał się przed Niemcami. Za jego głowę wyznaczono bardzo wysoką nagrodę. Propaganda, którą prowadzono w “Kocyndrze”, była na najwyższym poziomie europejskim. Żarty były inteligentne, rysunki na świetnym poziomie artystycznym, nie było tam chamstwa, koncentrowano się głównie na kwestiach narodowych. Zachęcano Ślązaków, aby w plebiscycie zagłosowali za Polską, bo to ich ojczyzna. Odpowiednikiem proniemieckim był “Pieron”. Prowadził bardzo ostrą i brutalną propagandę, skupiał się na kwestiach ekonomicznych. Starał się przekonać, że Polska jest na niższym poziomie cywilizacyjnym, że przyłączenie Śląska do Polski sprawi, że mieszkańcy będą żyli biedniej. Niemcy z całego kraju przywozili na plebiscyt ludzi, którzy urodzili się na Śląsku – mówił wnuk Stanisława Ligonia. W czasie spotkania z A. Jaworskim można było zobaczyć m.in. oryginalne numery “Kocyndra” z 1921 roku.

Bery i bojki w radiu

Karlik po podziale Śląska przeniósł się do Katowic. Uczył rysunku w jednym z gimnazjów. Pracował jako scenograf w teatrze, opiekował się ludowymi i lalkowymi teatrami, intensywnie działał w Radzie Muzealniczej, która doprowadziła do powstania w Katowicach Muzeum Śląskiego (w 1939 roku zniszczyli je Niemcy). Stanisław Ligoń w 1927 roku rozpoczął też pracę w polskim radiu. – Wtedy narodził się nowy Karlik. Wraz z pracą w radiu zaczęło się beranie (opowiadanie, gawędzenie). Prowadził stałe audycje “Bery i bojki”, “Przy sobocie po robocie”, zawsze w gwarze. Były bardzo popularne. W czasie II wojny, dziadek wraz z innymi uchodźcami dostał się do Palestyny. Tam pisał, prowadził audycje dla żołnierzy i cywilów. W 1944 roku w Jerozolimie ukazała się książka “Bery i bojki”. Po wojnie dziadek wrócił do pracy w katowickim radiu. Prowadził prawie do śmierci słynną audycję “Radiowa czelodka” i “U Karlika gra muzyka”. Władze PRL cenzurowały jego teksty, bardzo się tym denerwował. Jego pogrzeb w 1954 roku był manifestacją dziesiątków tysięcy Ślązaków, przywiązanych do swojej tradycji – wspominał A. Sas Jaworski.

Chciałem być jak dziadek

- Stanisław Ligoń był dobrym dziadkiem. Pamiętam, jak na niego czekaliśmy w 1946 roku. Mieszkaliśmy z dziadkami w jednym domu. Uwielbiałem jego pracownię. Był bardzo pogodnym człowiekiem. Uwielbiał ptaki, szczególnie kanarki i szczygły. Trzymał je w klatkach. Miał poczucie humoru, kawałami sypał jak z rękawa. Mówił świetnie gwarą. Zawsze chciałem dziadka naśladować, być jak on – dodał.

A. Sas Jaworski jest na emeryturze, pracował jako protetyk. Jego pasją jest historia, pracuje nad książką poświęconą historii Katowic.

(man)

Całość: http://www.nowinyzabrzanskie.pl/index.php?option=com_content&task=blogsection&id=3&Itemid=4

31-10-2011, 22:27

Pamiętamy  »

Polskie Radio Katowice
31-10-2011

Kwiaty na mogile Stanisława Ligonia

Jak co roku, delegacja Polskiego Radia Katowice z prezesem Henrykiem Grzonką, złożyła wiązankę kwiatów i zapaliła symboliczne znicze na grobie Patrona naszej Rozgłośni, Stanisława Ligonia.

Podczas wizyty na cmentarzu delegacja odwiedziła również grób tragicznie zmarłej senator Krystyny Bochenek, dziennikarki Radia Katowice, która zginęła w kwietniu ub. roku w katastrofie samolotu prezydenckiego pod Smoleńskiem.

Całość: http://www.radio.katowice.pl/index.php?id=259&tx_ttnews[tt_news]=19824&tx_ttnews[backPid] =66&cHash=1a140c8c1e

31-10-2011, 20:55

Złoty mikrofon Anny Sekudewicz  »

Dziennik Zachodni
Henryka Wach - Malicka
31-10-2011

Nagrywa własne, znakomite audycje, ale promuje też zdolnych kolegów. Jej “Trzy kwadranse z reportażem”, nadawane na antenie Radia Katowice, w ubiegłym tygodniu skończyły 20 lat. O redaktor Annie Sekudewicz pisze Henryka Wach-Malicka.

Z Hanną Krall rozmawiała ponad 12 godzin, ale z Umberto Eco tylko kilkadziesiąt minut. Nie każdy rozmówca da się przecież obłaskawić od razu. I nie każdemu można poświęcić tyle czasu, ile by się chciało. Umieć słuchać to jedno, a stworzyć z tego słuchania fascynujący reportaż radiowy to drugie. Rzecz w tym, że Eco odpowiadał na pytania natychmiast, a Hanna Krall ważyła każde zdanie.

Obydwoje są jednak ulubionymi bohaterami redaktor Anny Sekudewicz z Radia Katowice, dla której reportaż radiowy to nie tylko uprawiana z sukcesem forma dziennikarska.

Także wielka, trwająca od lat, przygoda życiowa. – To trochę tak – mówi dziennikarka, jakbym dostała przyzwolenie na większą śmiałość w wypytywaniu ludzi o ich życie. Rzadko zdarzało mi się jednak przekroczyć barierę czyjejś intymności. A jeśli nawet, to nigdy nie nadużyłam zaufania rozmówców. I dlatego mogę do nich wracać…

Anna Sekudewicz któregoś dnia weszła do radia i... została

Złoty Mikrofon, najwyższe wyróżnienie branżowe, otrzymała w 1990 roku, czyli – jak na radiowe zwyczaje – bardzo wcześnie. W ten sposób koledzy po fachu wyrazili uznanie dla jej twórczości. Ale Anna Sekudewicz, laureatka najważniejszej dla dziennikarzy radiowych na świecie nagrody Prix Italia, jest nie tylko świetną reporterką. Od lat popularyzuje pracę innych reportażystów, jako autorka i wydawca “Trzech kwadransów z reportażem”. Tej audycji, nadawanej co tydzień, w czwartki, o godz. 14.15, słuchamy na antenie Radia Katowice już od 20 lat!

Przez ten czas Anna wyemitowała dziesiątki audycji kolegów z całego kraju. Gdyby wysłuchać tych reportaży jeden po drugim, ułożyłyby się w najnowszą historię Polski nie gorzej od analiz socjologicznych. Bo reportaż to nie tylko pomysł na atrakcyjną formę; to przede wszystkim wyczucie rzeczywistości. Sukces, nie tylko zresztą w radiu, osiągają ci, którzy mają dodatkowy zmysł odnajdywania spraw istotnych.

Anna Sekudewicz bezapelacyjnie taki zmysł posiada. I niebywale czuły słuch; w przenośnym i dosłownym tego słowa znaczeniu. Dziennikarka jest córką pianistki, więc muzyka towarzyszyła jej od dzieciństwa.

Wrażliwość na dźwięk oraz osobiste zainteresowania sprawiły, że Anna Sekudewicz wybrała studia na romanistyce. Francuski przydaje się jej w wielu momentach życia zawodowego. A czasem także zawodowo-towarzyskiego. Jak w czasie nieoczekiwanego spotkania z Catherine Deneuve. Zostały zaproszone do tego samego programu francuskiego radia i pewnie ich rozmowa potoczyłaby się uprzejmie, ale standardowo, czyli przez tłumacza.

A potoczyła się żywo, bo język po prostu im to ułatwił.

Anna z sentymentem wspomina spotkanie z wielką gwiazdą europejskiego kina. – Deneuve była miła, nawet ciepła, choć nie należy do gatunku “otwarte ramiona” – opowiada. – No i była oszałamiająco wytworna. Ale mimo że elegancko ubrana i umalowana, nie pozwoliła sobie zrobić zdjęcia przez jednego z kolegów. Taką miała zasadę i za nic nie chciała jej złamać – śmieje się reporterka.

Zupełnie inaczej natomiast Anna Sekudewicz wspomina swoje spotkania z Peterem Leonardem Braunem – wieloletnim szefem berlińskiego Studia Reportażu w SFB, laureatem wszystkich chyba możliwych nagród, szefem konkursu radiowego Prix Europa i wychowawcą setek reportażystów. – Obdarzony charyzmą – charakteryzuje swojego mistrza – i traktowany przez wszystkich jak król, zachowuje się skromnie i z niebywałą życzliwością wobec każdego młodszego kolegi. Jestem dumna, że zaszczyca mnie swoją przyjaźnią.

Wiele razy spotykała się z Leo Braunem na rozmaitych konferencjach i konkursach, sama jest bowiem członkinią Europejskiej Unii Nadawców i kilku innych radiowych organizacji europejskich. Jedną z milszych stron tej pracy są uroczyste gale, np. kończące wręczenie nagród Prix Italia. – Taka elegancka i piękna oprawa – mówi reporterka – podnosi rangę radia w ogóle, a radiowego reportażu w szczególności. Nie ukrywam, że gdyby nie takie spotkania, może nie miałabym okazji spędzić wieczoru w towarzystwie sław włoskiej opery czy Umberto Eco. I raczej nie gościłabym w pałacu bolońskich arystokratów, którzy zaprosili gości konkursu do swoich ogrodów i apartamentów.

Podróże po świecie to ważne, ale jednak tylko przerywniki, w pracy Anny Sekudewicz nad własnymi reportażami. A pracować potrafi ze zdumiewającym samozaparciem, czatując na odpowiedni nastrój rozmówcy, albo sprzyjającą sytuację, nawet całymi miesiącami.

- Nagrywanie, a potem montowanie reportażu – mówi – to jest praca, której nie można wykonywać automatycznie. Bo zawsze towarzyszy ci niepokój o ostateczny efekt. No i ból “wycinania” tysięcy słów, które nie zmieszczą się w ramach czasowych audycji, a które zawsze wydają się ważne – dodaje.

Bywają też przeżycia, nad którymi reporter nie może zapanować, a przecież musi. Odporność na własny stres i cudzą rozpacz przetestowała Anna Sekudewicz najboleśniej w czasie pracy nad reportażem “Użyto broni”, o tragicznych wydarzeniach pod kopalnią Wujek w 1981 roku. Z Markiem Mierzwiakiem rejestrowała na radiowej taśmie ludzki dramat. Reportaż powstawał 7 lat po tamtych wydarzeniach, ale dystans czasu niczego nie ułatwiał.

Wręcz odwrotnie – rodziny ofiar, przywódcy strajku, nawet przypadkowi obserwatorzy nie mogli zrozumieć, dlaczego odkrycie prawdy jest niemożliwe. A poza tym, niektórzy rozmówcy bali się opowiadać o tym, czego doświadczali. To był dla Anny Sekudewicz jeden z najważniejszych reportaży. Wróciła zresztą do tematu realizując dwie następne części. Nazywały się “Użyto broni. 20 lat później” oraz “Pojednanie”. W ostatniej części tryptyku, bohaterką reportażu była Agnieszka, córka Ryszarda Gzika, górnika poległego w pacyfikacji kopalni Wujek.

Dziesiątki reportaży to setki spotkanych ludzi. Tych znanych ze swojej działalności czy twórczości. I tych, którym Anna Sekudewicz dała szansę wykrzyczenia swoich problemów. Tak jak bohaterom reportażu “Cena pracy” (we współpracy z Anną Dudzińską), za który autorka otrzymała Prix Italia. To byli górnicy, którzy zaufali reporterce i opowiedzieli o potwornie niebezpiecznych warunkach pracy w kopalni, bezduszności przełożonych i lekceważeniu podstawowych (i regulaminowych!) przepisów bezpieczeństwa.

Zdobycie zaufania rozmówcy to punkt wyjścia każdego materiału, nad jakim dziennikarka pracuje. Inaczej Maria Bojarska – wdowa po Tadeuszu Łomnickim – nie powiedziałaby Annie Sekudewicz tylu ważnych i mądrych rzeczy o trudnym życiu z wielkim aktorem w reportażu pt. “Wdowa”. Katarzyna Gaertner, bohaterka “Śpiewającej czarownicy”, nie ujawniłaby szalonych fragmentów swojej biografii, a Hanna Krall – niezwykle ostrożna w ujawnianiu przeżyć – nie pokazałaby jej prywatnych listów i fotografii.

Anna Sekudewicz żartuje, że życie przynosi jej czasem rekompensatę za tygodnie “uganiania się” za tematem, bohaterem, szczegółem. A czasem zaskakujące sytuacje.

- We Florencji – wspomina – w czasie wielkiej gali rozdania nagród w konkursie europejskich nagród radiowych, organizatorzy nieoczekiwanie zaprosili całą ekipę słynnego serialu “Ośmiornica”. Odbywa się bankiet w parkowych plenerach, a obok mnie staje Michele Placido, czyli sam ekranowy komisarz Cattani. Przyznaję, duża przyjemność. Nie nagrałam jednak z nim rozmowy, bo nieopatrznie magnetofon zostawiłam w hotelu. Wieczorowa suknia nie miała kieszeni, a do torebki nie mieścił się mikrofon. No i nici z nagrania, ale trudno. Jakąś wpadkę też trzeba zaliczyć…

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/stronaglowna/466409,zloty-mikrofon-anny-sekudewicz-zdjecia,id,t.html

30-10-2011, 22:59

Redakcja “Uważam Rze”: Naczelny zwolniony. Lisicki: Negocjacje trwają  »

Tokfm.pl
mm
30-10-2011

Zamieszanie w Presspublice. Redakcja tygodnika “Uważam Rze” w specjalnym komunikacie pisze o zwolnieniu redaktora naczelnego. Z kolei sam Paweł Lisicki deklaruje, że sprawa nie jest przesądzona i być może pozostanie na stanowisku na stałe. Wszystko zależy od tego, jak potoczą się negocjacje – powiedział w TVN24.

W ubiegłym tygodniu nowy właściciel Presspubliki podjął decyzję o zmianie redaktora naczelnego “Rzeczpospolitej”. Dziennikiem przestał kierować Paweł Lisicki. Zastąpił go Tomasz Wróblewski, dotychczasowy wiceprezes Presspubliki, wcześniej m.in. redaktor naczelny tygodnika “Newsweek Polska” oraz “Dziennika Gazety Prawnej”.

Lisicki zwolniony z “Uważam Rze”? ”Negocjacje trwają”

Według pierwszych informacji Paweł Lisicki dostał propozycję pozostania na stanowisku redaktora naczelnego “Uważam Rze”, jednak odmówił. Co innego napisała w komunikacie redakcja tygodnika. “Jak Państwo zapewne wiecie, redaktor naczelny “Rzeczpospolitej” i “Uważam Rze” Paweł Lisicki został zwolniony z obu stanowisk przez nowego właściciela. Jednak szanując zaufanie Czytelników, zgodził się tymczasowo nadal pełnić obowiązki naczelnego – pisze redakcja. Jak spekulowano, do czasu znalezienia zastępcy.

Jednak sam Paweł Lisicki zapewnia, że sprawa nie jest przesądzona. Jak powiedział w TVN24, na razie jest naczelnym i możliwe, że pozostanie nim “jeszcze długo”. – Wszystko zależy od tego, jak potoczą się negocjacje z wydawcą – stwierdził.

“Kluczowi” na razie zostają

Dalej w komunikacie, redakcja “Uważam Rze” pisze: “nie rozstrzygając na razie o przyszłości, postanowiła pozostać na łamach także grupa kluczowych dziennikarzy i publicystów tygodnika (Jacek Karnowski, Michał Karnowski, Waldemar Łysiak, Marzena Nykiel, Marek Pyza, Piotr Semka, Bronisław Wildstein, Piotr Zaremba, Rafał A. Ziemkiewicz i inni). Jeśli uznamy, że nie możemy dalej pracować jako w pełni wolni dziennikarze, po prostu nas tu Państwo nie znajdziecie”.

Natomiast Piotr Semka, który – jak wynika z komunikatu – pozostaje na razie w “Uważam Rze”, w sobotę pożegnał się z czytelnikami “Rzeczpospolitej”. – To moje ostatnie “Plusy i minusy tygodnia” na tych łamach – napisał. Komunikat wydawał się jednoznaczny. Jednak pytany o to Lisicki, stwierdził: – Z tego, co czytałem to Piotr Semka nie pożegnał się z “Rzeczpospolitą”. Napisał jedynie, że nie będzie pisał tej konkretnej rubryki. Ale proszę o to pytać pana Semkę…

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,10564934,Redakcja__Uwazam_Rze___Naczelny_zwolniony__Lisicki_.html#ixzz1cLWpEm7G

30-10-2011, 15:15

Geburtstag w Radiu Piekary  »

Dziennik Zachodni
Michał Smolorz
30-10-2011
Nie wiem, czy 15-lecie to rocznica tak bardzo okrągła, by ją fetować. Skoro jednak Radio Piekary samo się wprosiło ze swoim “jubileuszem” do publicznej dyskusji, to chętnie temat podejmę. Bo jest ta rozgłośnia rzeczywistym fenomenem, którego nie sposób bagatelizować, niezależnie od tego, czy otacza się go nabożną czcią, czy skrajną irytacją.

Jest trwałym elementem śląskiego krajobrazu, mającym kilkaset tysięcy “żelaznego elektoratu”, wypracowała i spopularyzowała swój własny model śląskości, który pozostaje realnym faktem społecznym. Można się zżymać, zgrzytać zębami, ale nie sposób udawać, że go nie ma.

A jest się na co zżymać, wszak to Radio Piekary ukształtowało i wypromowało śląską kulturę najniższych lotów, kulturę prostacką, schlebiającą najgorszym gustom i oczekiwaniom.

Trudno nawet nazwać ją “jarmarczną” albo “odpustową” – wszak tradycyjny śląski jarmark czy odpust też miały swoją oryginalną stylistykę. Raczej odpowiada ona jarmarczności w bardzo współczesnym wydaniu, w której plastikowa chińska tandeta zastąpiła “gliniane koguciki”, “baloniki na druciku” i wszystkie inne atrybuty dawnej kultury odpustowej.

Ale bądźmy sprawiedliwi: wypasiona na piekarskiej piersi śląskość “hajmatowa” nie była jej własnym dzieckiem, autorskim pomysłem na kulturę regionalną. Założyciele RP podpatrzyli bowiem dzieło raciborskiego Radia Vanessa, gdzie “hajmaty” rozkwitły dwa lata wcześniej, a już w końcu lat 80. ub. wieku żyły w twórczości śląskich muzyków weselnych, nieudolnie kopiujących niemieckie wzorce z satelitarnych programów RTL-u czy SAT-1. Największym grzechem piekarskich radiowców jest wpuszczenie tego szmirowatego towarzystwa szerokim strumieniem na salony.

Stało się tak przy aktywnym wsparciu – co warto podkreślić – miejskich i gminnych samorządów, ochoczo zasilających kulturową magmę publicznymi pieniędzmi. Piekarska antena była w tym dziele sojusznikiem Związku Górnośląskiego, pierwszego oficjalnego protektora regionalnego soroństwa. Przez pewien czas był ten sojusz nawet sformalizowany, gdy prezes Związku został dyrektorem Radia (albo też odwrotnie).

Społeczne skutki tej polityki są opłakane i w dużym stopniu nieodwracalne. Ale też nie jest to wyłączna wina radiowców z Piekar, sytuacja zrodziła się z zupełnego braku konkurencji na regionalnym rynku. Odpowiedzialne za kulturę władze wojewódzkie (osławiony Ginkoland i spółka) całkowicie zlekceważyły śląskiego odbiorcę i uznały, że nie zasługuje on na godziwą rozrywkę na profesjonalnym poziomie. Publiczne Radio Katowice zamknęło się w kokonie “śląskości koncesjonowanej”, Ligoniowej – zapominając, że patron rozgłośni (ówże Stanisław Ligoń) był przede wszystkim aktywnym propagandzistą ekipy sanacyjnego wojewody Michała Grażyńskiego, zaś jego śląskość skrojona na miarę ówczesnej polityki, twórczo przejętej po wojnie przez komunistów. Polityki quasi-patriotycznego getta, odcinającego się od wszystkich “niepolskich” składników tutejszej kultury. Nie obciążam więc radiowców z Piekar całą winą za tandetyzację naszej kultury, choć swoje powinni w czyśćcu odpokutować.

Trzeba wreszcie przyznać, że w ostatnich kilku latach program piekarskiej fali wyraźnie dojrzał, stał się bardziej zróżnicowany. Nie rezygnując z “hajmatowego” audytorium, rozgłośnia oferuje coraz więcej audycji wyższego lotu (jest nawet muzykapoważna!), radiowa śląskość staje się bardziej wysublimowana i przemyślana.

Być może taka miała być kolej rzeczy – po grzechach wieku szczenięcego mamy do czynienia z piętnastolatkiem, który powoli dojrzewa i dokonuje pierwszych życiowych wyborów. Być może na dwudziestolecie Radio Piekary stanie się ukształtowanym partnerem i włączy się w promowanie dojrzałej śląskości na miarę oczekiwań oświeconego Europejczyka, który nie chce być zamknięty pomiędzy hasiokiem, chlewikiem i klopsztangą. Tego winszuję na geburtstag.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/466553,geburtstag-w-radiu-piekary,id,t.html

30-10-2011, 12:03

Geburtstag w Radiu Piekary  »

Dziennik Zachodni
Michał Smolorz
30-10-2011

Nie wiem, czy 15-lecie to rocznica tak bardzo okrągła, by ją fetować. Skoro jednak Radio Piekary samo się wprosiło ze swoim “jubileuszem” do publicznej dyskusji, to chętnie temat podejmę. Bo jest ta rozgłośnia rzeczywistym fenomenem, którego nie sposób bagatelizować, niezależnie od tego, czy otacza się go nabożną czcią, czy skrajną irytacją.

Jest trwałym elementem śląskiego krajobrazu, mającym kilkaset tysięcy “żelaznego elektoratu”, wypracowała i spopularyzowała swój własny model śląskości, który pozostaje realnym faktem społecznym. Można się zżymać, zgrzytać zębami, ale nie sposób udawać, że go nie ma.

A jest się na co zżymać, wszak to Radio Piekary ukształtowało i wypromowało śląską kulturę najniższych lotów, kulturę prostacką, schlebiającą najgorszym gustom i oczekiwaniom.

Trudno nawet nazwać ją “jarmarczną” albo “odpustową” – wszak tradycyjny śląski jarmark czy odpust też miały swoją oryginalną stylistykę. Raczej odpowiada ona jarmarczności w bardzo współczesnym wydaniu, w której plastikowa chińska tandeta zastąpiła “gliniane koguciki”, “baloniki na druciku” i wszystkie inne atrybuty dawnej kultury odpustowej.

Ale bądźmy sprawiedliwi: wypasiona na piekarskiej piersi śląskość “hajmatowa” nie była jej własnym dzieckiem, autorskim pomysłem na kulturę regionalną. Założyciele RP podpatrzyli bowiem dzieło raciborskiego Radia Vanessa, gdzie “hajmaty” rozkwitły dwa lata wcześniej, a już w końcu lat 80. ub. wieku żyły w twórczości śląskich muzyków weselnych, nieudolnie kopiujących niemieckie wzorce z satelitarnych programów RTL-u czy SAT-1. Największym grzechem piekarskich radiowców jest wpuszczenie tego szmirowatego towarzystwa szerokim strumieniem na salony.

Stało się tak przy aktywnym wsparciu – co warto podkreślić – miejskich i gminnych samorządów, ochoczo zasilających kulturową magmę publicznymi pieniędzmi. Piekarska antena była w tym dziele sojusznikiem Związku Górnośląskiego, pierwszego oficjalnego protektora regionalnego soroństwa. Przez pewien czas był ten sojusz nawet sformalizowany, gdy prezes Związku został dyrektorem Radia (albo też odwrotnie).

Społeczne skutki tej polityki są opłakane i w dużym stopniu nieodwracalne. Ale też nie jest to wyłączna wina radiowców z Piekar, sytuacja zrodziła się z zupełnego braku konkurencji na regionalnym rynku. Odpowiedzialne za kulturę władze wojewódzkie (osławiony Ginkoland i spółka) całkowicie zlekceważyły śląskiego odbiorcę i uznały, że nie zasługuje on na godziwą rozrywkę na profesjonalnym poziomie. Publiczne Radio Katowice zamknęło się w kokonie “śląskości koncesjonowanej”, Ligoniowej – zapominając, że patron rozgłośni (ówże Stanisław Ligoń) był przede wszystkim aktywnym propagandzistą ekipy sanacyjnego wojewody Michała Grażyńskiego, zaś jego śląskość skrojona na miarę ówczesnej polityki, twórczo przejętej po wojnie przez komunistów. Polityki quasi-patriotycznego getta, odcinającego się od wszystkich “niepolskich” składników tutejszej kultury. Nie obciążam więc radiowców z Piekar całą winą za tandetyzację naszej kultury, choć swoje powinni w czyśćcu odpokutować.

Trzeba wreszcie przyznać, że w ostatnich kilku latach program piekarskiej fali wyraźnie dojrzał, stał się bardziej zróżnicowany. Nie rezygnując z “hajmatowego” audytorium, rozgłośnia oferuje coraz więcej audycji wyższego lotu (jest nawet muzyka poważna!), radiowa śląskość staje się bardziej wysublimowana i przemyślana.

Być może taka miała być kolej rzeczy – po grzechach wieku szczenięcego mamy do czynienia z piętnastolatkiem, który powoli dojrzewa i dokonuje pierwszych życiowych wyborów. Być może na dwudziestolecie Radio Piekary stanie się ukształtowanym partnerem i włączy się w promowanie dojrzałej śląskości na miarę oczekiwań oświeconego Europejczyka, który nie chce być zamknięty pomiędzy hasiokiem, chlewikiem i klopsztangą. Tego winszuję na geburtstag.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/opinie/466553,geburtstag-w-radiu-piekary,id,t.html