Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

29-10-2011, 19:56

W hitlerowskim więzieniu w Katowicach działała gilotyna. Zginął od niej m.in. młody ksiądz Jan Macha  »

naszemiasto.pl
Grażyna Kuźnik
29-10-2011

70 lat temu w hitlerowskim więzieniu w Katowicach stanęła gilotyna. Była wyjątkiem w okupowanej Polsce, bezustannie spływała krwią. Tak zginął młody ksiądz Jan Macha. O jego życiu i śmierci powstał film dokumentalny śląskiej dziennikarki Dagmary Drzazgi “Bez jednego drzewa las lasem zostanie”. Wczoraj odbyła się jego premiera – pisze Grażyna Kuźnik.

Czerwona wdowa – tak nazywano katowicką gilotynę z więzienia przy ul. Mikołowskiej. Ścięto tutaj co najmniej 552 osoby. Machina śmierci działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta Rosjan. Niemcy stracili wtedy siedmiu więźniów z Piekar, Siemianowic, Knurowa, Orzesza i Rudy Śląskiej. Dopiero potem gilotynę próbowali ukryć. Nie mieli czasu, zakopali ją płytko na cmentarzu w Bogucicach. W katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego cudem zachowały się spisy zgilotynowanych. Ginęli nie tylko mężczyźni, ale też kobiety i młodzież. W pierwszej egzekucji stracił życie 32-letni murarz z Czechowic. Drugą ofiarą była 31-letnia góralka z Żywca. Oprócz niej ścięto jeszcze 53 kobiety i 13 chłopaków w wieku do 19 lat.

Historia “Czerwonej wdowy” nie dawała spokoju Dagmarze Drzazdze, dziennikarce TVP Katowice. – W Niemczech najpierw ścinano toporem i dopiero Hitler nakazał stosowanie gilotyny – mówi Dagmara. – W Muzeum Martyrologii Wielkopolan widziałam katowski pień ze śladami topora. Wstrząsające. Gilotyna jest równie straszna. Chciałam opowiedzieć o tym barbarzyństwie poprzez jeden ludzki los.

Jest autorką scenariusza i reżyserką filmu o człowieku, którego Niemcy nigdy nie złamali. Wiedział, że umrze na gilotynie, nie okazał strachu. W swojej mądrości był ponad zło. 28-letni ksiądz Jana Macha został ścięty w Katowicach w grudniu 1942 roku.

Wydał go zdrajca

Jest wojna. Ksiądz Jan Macha zakłada podziemną organizację “Konwalia”. Pomaga rodzinom powstańców śląskich i innym prześladowanym. Wkrótce kieruje pomocą społeczną na całym Śląsku. Skupia wokół siebie byłych polskich studentów i harcerzy. Wydają gazetkę “Świt”, wierząc w koniec wojny i klęskę hitlerowców. W jego parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej mieszka wiele rodzin polskich działaczy, których adresy gestapo zna doskonale. Tragedią Górnego Śląska są konfidenci. Zaczynają się masowe aresztowania.

Ks. Jan Macha

Kiedy gestapo zatrzymuje księdza Jana, nazywanego w domu Hanikiem, jego młodszy brat Piotr jest w Auschwitz. Ktoś doniósł, że podeptał swastykę, że cała jego rodzina jest bardzo propolska. Piotr, czyli Pietrzyk, jakoś się trzyma. Do dnia, kiedy usłyszy o egzekucji brata na gilotynie. Wieść przywieźli mu Ślązacy z kolejnego transportu. 25-letni Pietrzyk ledwo stał na nogach po tyfusie; cudem uniknął selekcji do gazu. Ważył 42 kilo, same kości. Śmierć ukochanego Hanika załamuje go, rzuca się na druty. Więźniowie odciągają go siłą, ale Piotr jest w ciężkim stanie. Matka jest jak skamieniała – jeden syn ścięty, drugi w obozie koncentracyjnym, umierający.

Ksiądz Jan Macha urodził się w Starym Chorzowie w rodzinie mistrza ślusarskiego. Inteligentny i wrażliwy, zdecydował się na studia teologiczne w Krakowie. Wkrótce po nich obejmuje swoją pierwszą parafię. Ale już za kilka miesięcy wybucha wojna…

- Rodzina księdza Machy jest wyjątkowa. Przechowuje pamiątki po nim jak coś najdroższego. Bardzo mi pomogli – mówi Dagmara Drzazga.

Jak doszło do aresztowania księdza Machy? 5 listopada 1941 roku z dwójką kleryków pojechał do Katowic po katechizmy. Odebrał je w ustalonym miejscu. Wracali na dworzec, bo ksiądz chciał widzieć, jak bezpiecznie wsiadają do pociągu. On sam miał jeszcze zostać w Katowicach. Jeden z nich Bernard Łukaszczyk zeznał potem, że gdy przez okno pociągu rozmawiał z księdzem, podeszło do niego dwóch mężczyzn w cywilnych ubraniach. Bez słowa chwycili go pod ręce. Nie stawiał oporu. Widzieli się wtedy po raz ostatni. Bliscy księdza wiedzą, że wydał go zdrajca.

Za czarną zasłoną

W więzieniu w Mysłowicach bardzo go bito. Milczał. Był młody, czasem się zgłaszał, żeby odebrać dodatkowe baty za słabszego współwięźnia. Oprawcy mówili, że to albo wariat, albo święty.

Gilotyna z katowickiego więzienia

W grypsie z więzienia Joachim Guertler, kleryk aresztowany w sprawie księdza, pisał: “Każdy z nas otrzymuje 20 batów i musi leżeć we dnie i w nocy na gołych deskach. Dokucza głód i bicie. Bestialscy strażnicy znęcają się w sposób straszny. Na komendę «Na dół!» ksiądz Jan w jednym momencie musi być na podłodze i na powrót na komendę do łóżka. Komenda jest powtarzana kilka razy”. Chociaż ksiądz był wysportowany, nie zawsze zdążył na czas z wykonaniem zadania. Wtedy się nad nim pastwiono. Guertler dodawał, że księdza bito bykowcem. Nie załamywał się, ze sznurka zrobił sobie różaniec i modlił się. Krzyż wykonał z drzazgi odłupanej ze stołu. Ten różaniec jest teraz rodzinną relikwią. W lipcu 1942 r. wyznaczono rozprawę. Ksiądz Jan Macha bronił się sam. Wiedział, że wyrok jest ustalony. W celi śmierci czekał na egzekucję pięć miesięcy.

Wtrącono go do lodowatej celi Oddziału B-1, w podziemiach katowickiego więzienia. Nogi miał skute kajdanami, ręce nie mogły utrzymać pióra. Leżał na kamiennej podłodze, bo skazanym na śmierć nie przysługiwał siennik. W końcu w celi pojawił się prokurator. Księdza zabrano do magazynu ubrań. Musiał oddać wszystko, co miał na sobie. Mogło się jeszcze Rzeszy przydać. Dostał papierową śmiertelną koszulę… Ostatnie chwile. Strażnicy prowadzą go do jasno oświetlonej sali. Prokurator czyta wyrok z formułą: “Oddaję pana w ręce kata”. Dozorcy odsuwają zasłonę. Gilotyna jest ogromna. Kładą skazańca na drewnianą ławę, przywiązują sznurami, na szyję nakładają dyby. Nie ma czasu na modlitwę. Ostrze spada.

- Dzisiaj gilotyna znajduje się w Muzeum Auschwitz, przechowywana w kawałkach – dodaje autorka. – Muzeum specjalnie dla potrzeb filmu złożyło ją i postawiło w baraku byłej pralni. Mogliśmy ją sfilmować w całej grozie.

“Wszystko będzie dobrze”

Na cztery godziny przed egzekucją ksiądz Jan napisał list do matki. Był grudzień 1942 roku, skończył 28 lat. “Dziękuję za wszystko!… Pogrzebu mieć nie mogę, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby od czasu do czasu ktoś o mnie wspominał i zmówił za mnie «Ojcze nasz». Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, ale uważam, że cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze. Bez jednego drzewa las lasem zostanie, bez jednej jaskółki wiosna też zawita.”

Ksiądz Jan nie ma grobu. Koledzy z seminarium na cmentarzu przy kościele w Starym Chorzowie ufundowali mu pomnik z napisem: “Przechodniu, ciała mojego tutaj nie ma, ale odmów na tym miejscu «Ojcze nasz» za spokój mojej duszy”.

Jego brat Piotr przeżył Auschwitz, potem dezercję z niemieckiego wojska, gdzie go przymusowo wcielono, i ciężką wojenną ranę. Mówił, że to Hanik nad nim czuwał.

Nowy niezwykły dokument o historii Śląska

Dagmara Drzazga jest dziennikarką TVP Katowice, autorką wielu filmów dokumentalnych, laureatką nagród. Otrzymała między innymi Prix Italia, pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Katolickim Festiwalu Mediów oraz Grand Prix Documentary we Włoszech. Jest także scenarzystką i reżyserką filmu “Bez jednego drzewa las lasem zostanie”, którego premiera odbyła się wczoraj w Katowicach. Producentem wykonawczym dokumentu jest firma “Kataraman Izabela Rudzik”, autorem zdjęć Mieczysław Chudzik, montaż obrazu i dźwięku wykonał Norbert Rudzik. Kierownictwo produkcji – Hanna Suchorabska.

Całość: http://katowice.naszemiasto.pl/artykul/1141819,w-hitlerowskim-wiezieniu-w-katowicach-dzialala-gilotyna,id,t.html?kategoria=678

29-10-2011, 16:21

Rada Etyki (Mediów) bez etyki – komentarz Jadwigi Chmielowskiej  »

Szykuje się proces przeciwko Prezesowi Rady Etyki Mediów. Zdaniem nawet byłych członków tej zacnej z nazwy instytucji ze wszech miar słuszny, gdyż od kilku kadencji coraz mniej było w niej etyki. W lipcu br. Rada Etyki Mediów przystąpiła do bezpardonowej nagonki na znanego śląskiego dziennikarza, Prezesa Zarządu Wojewódzkiego SDP w Katowicach. REM w osobie jej przewodniczącego Ryszarda Bańkowicza “stwierdza iż p. Tomasz Szymborski – w swoich publikacjach na łamach internetowej platformy hostingowej salon24.pl., w blogu internetowym tosz.blogspot.com/2009/10/z-mojego-podworka, a także w internetowym portalu informacyjnym Silesia24 – dopuścił się złamania zasad zapisanych w Karcie Etycznej Mediów.”

Jadwiga Chmielowska

To złamanie zasad miało polegać na tym, że Szymborski, w swoich tekstach napisał  o tym  jakoby Marek Chyliński “był tajnym współpracownikiem służb specjalnych PRL złamał zasady obiektywizmu i uczciwości.” Dalej w swym “Liście do Marka Chylińskiego”, opublikowanym na stronie internetowej REM w zakładce “Nasze Stanowisko” R. Bańkowicz stwierdza autorytatywnie, że Szymborski  “Złamał też zasadę wolności i odpowiedzialności, która nakłada na dziennikarza odpowiedzialność za treść i formę przekazu oraz wynikające z niej konsekwencje, a przede wszystkim zasadę prawdy, nakazującą dziennikarzowi okazanie wszelkich starań, aby przekazywane informacje były zgodne z prawdą, zaś w razie rozpowszechnienia błędnej informacji niezwłocznie dokonać sprostowania”.

Z powyższych stwierdzeń R. Bańkowicza – Przewodniczącego REM wynika, iż REM nie jest w stanie czytać tekstów ze zrozumieniem albo nie zapoznaje się ze spornym tekstem lub, o czym nie chcę nawet myśleć, pisze teksty – stanowiska i oświadczenia na zamówienie. Ciekawa jestem, w jakim składzie obradowała REM i czy wszyscy członkowie tej instytucji łamią podstawowe kanony czyli – sprawdzenie zasadności skargi przez dotarcie do materiałów źródłowych (audycji czy artykułu), a także wysłuchanie drugiej strony?  Wiem, że w tym przypadku nikt się z obwinionym o złamanie zasad etyki dziennikarskiej Tomaszem Szymborskim nie kontaktował. Szymborski nie napisał w swoim artykule, że Marek Chyliński był TW, czyli tajnym współpracownikiem SB. Napisał natomiast tak: “W archiwum Instytutu Pamięci Narodowej Katowicach znajdują się bowiem dokumenty o tym, że jako Tajni Współpracownicy zostali zarejestrowani: red. Stanisław Bubin (TW Karol) oraz red. dr Marek Chyliński (TW Aleksander).” Cały tekst dostępny jest tutaj: http://tosz.blogspot.com/2009/10/z-mojego-podworka.html

Tak więc Szymborski nie napisał, że Chyliński współpracował z SB a jedynie to, że był zarejestrowany jako TW. Napisał więc prawdę. Potwierdził to zarówno Sąd Lustracyjny jak i IPN. Kwintesencją orzeczenia sądu lustracyjnego jest to, iż: “w toku postępowania ustalono, że Marek Chyliński w zapisach ewidencyjnych SB figuruje w charakterze TW ps. “Aleksander”,   natomiast teczka: pracy i personalna TW ps. “Aleksander” zostały zniszczone. Nie odnaleziono żadnych dokumentów wskazujących na materializację współpracy Marka Chylińskiego z organami bezpieczeństwa państwa.”

Postanowienie sądu w Katowicach potwierdza informację zawartą w tekście T. Szymborskiego i jest wbrew pozorom bardzo nieprzychylne dla Chylińskiego. To, że materiały uległy zniszczeniu, a oficer prowadzący zasłania się niepamięcią podczas procesu lustracyjnego działa na szkodę osoby lustrowanej. Oficerowie prowadzący z reguły chronią swą agenturę. Zasłaniają się niepamięcią na wypadek odnalezienia materiałów i unikają w ten sposób postawienia zarzutu składania fałszywych zeznań.

REM (Bańkowicz?) w swoim “Liście – Stanowisku” twierdzi: “Po oczyszczającym Pana (Marka Chylińskiego – przyp. red.) z tego bezpodstawnego zarzutu wyroku Sądu Okręgowego w Katowicach stwierdzającym, iż nie był Pan TW, a Pańskie oświadczenie lustracyjne było zgodne z prawdą, Tomasz Szymborski nie tylko nie zamieścił wymaganego przez zasadę prawdy sprostowania, ani nie przeprosił Pana, czego wymaga zwykła przyzwoitość, ale okazał lekceważenie wobec prawomocnego orzeczenia sądu i nadal podtrzymywał swoje kłamliwe zarzuty wobec Pana na jednym z wyżej wskazanych blogów internetowych. Zaprzeczając faktom twierdził, iż informując, że był Pan zarejestrowany jako TW nie sugerował, iż podjął Pan współpracę z służbami specjalnymi w tym charakterze. REM stwierdza, iż i w tej deklaracji Tomasz Szymborski całkowicie mija się z prawdą, bo taka insynuacja zawarta była w jego tekście na blogu.”

Widać tu wyraźnie, że REM nie rozumie wyroku sądu lustracyjnego. Można ją też podejrzewać, że jest przeciwna lustracji, gdyż prowadzi nagonkę na dziennikarzy zajmujących się tą tematyką.

Tomasz Szymborski ujawniając fakt rejestracji M Chylińskiego działał w interesie społecznym. Otóż w “Dzienniku Zachodnim”, którego właścicielem jest Grupa Wydawnicza “Polskapresse” (jej właścicielem jest z kolei Axel Diekmann z Passau w Niemczech), w 2009 r. trwał proces zwalniania z pracy dziennikarzy, którzy zwrócili się do Prezesa Zarządu SDP z prośbą o interwencję w kierownictwie Polskapresse. 

T. Szymborski skierował więc oficjalny list powołując się na to, że właściciele Polskapresse po wejściu w życie tzw. Ustawy Lustracyjnej wystosowali do pracowników list, w którym czytamy: “Jednocześnie chcemy jeszcze raz podkreślić, że w Polskapresse nie ma miejsca dla osób, które kiedykolwiek współpracowały ze służbami PRL-owskich organów przemocy, ani też tych, które podjęły współpracę ze służbami specjalnymi już po 1989 roku. Wierzymy, że nie ma dziś w naszym wydawnictwie takich osób. Próba zatuszowania współpracy z PRL-owskimi służbami czy zachowanie dziś podwójnej lojalności byłaby traktowana jako poważne naruszenie zaufania pracodawcy”. Zarówno na to pytanie, jak i następne skierowane także do A. Diekmanna z Verlagsgruppe Passau (VP), nie nadeszła żadna odpowiedź.

Nawiasem mówiąc ciekawe, czy Axel Diekmann właściciel Polskapresse – Verlagsgruppe Passau tolerowałby w swoich gazetach na kierowniczym stanowisku w Niemczech zarejestrowanego agenta STASI? Może mu to w Polsce nie przeszkadza albo – co gorsza – być może jest nawet z pewnych względów wygodne. Ludzie służb nie zadają pytań i nie mają rozterek.

Należy pamiętać również, iż redaktor M. Chyliński jest nie tylko pracownikiem naukowym Uniwersytetu Opolskiego i prywatnej uczelni, był wówczas też Prezesem Zarządu “Instytutu Dziennikarstwa Polskapresse”, fundacji, która szkoli adeptów naszego zawodu. Obecnie Chyliński wykłada dziennikarstwo w Uniwersytecie Opolskim…

Rada Etyki Mediów w nowej VI kadencji potwierdziła, że choć skład jest inny, to nic się w zasadzie nie zmieniło. Po blamażu REM poprzedniej kadencji, także ta jest na jak najlepszej drodze, aby jej niektórych stanowisk i oświadczeń nadal nie traktować poważnie.

Na koniec zadam pytanie: A co będzie, jeżeli okaże się, że Ryszard Bańkowicz bez zgody i wiedzy pozostałych osób z REM, stworzył i opublikował “List do Marka Chylińskiego”, a dyskredytowanie postawy Tomasza Szymborskiego jest jego prywatnym działaniem?

Jadwiga Chmielowska

PS. Marek Chyliński, jeśli czuje się niewinny, to powinien pozwać do sądu osoby, które zlecały i bezpośrednio niszczyły dokumenty SB. A także również tych, którzy piastując wysokie stanowiska nie zapobiegli takiemu procederowi. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna – ponieważ dokumenty, które mogły działać na jego korzyść zostały zniszczone, a przecież w nich były ukryte dowody, że nigdy nie był agentem… 

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/2426

28-10-2011, 16:41

Ukazał się pierwszy numer “Metropolia Silesia”  »

PAP
KMD
29-10-2011

Dla co piątego uczestnika niedawnego sondażu Metropolia Silesia jest tylko pustym hasłem. Skupiający 14 miast regionu Górnośląski Związek Metropolitalny (GZM) rozpoczął wydawanie gazety, dzięki której chce przekonać mieszkańców do korzyści płynących z metropolii.

Dzisiaj wraz z “Dziennikiem Zachodnim” ukazał się pierwszy numer “Metropolii Silesia”; gazeta ma odtąd ukazywać się co miesiąc, prezentując sprawy ważne dla tworzenia i przyszłości metropolii, budowanej wspólnie przez miasta Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Gazeta to wspólne przedsięwzięcie wszystkich czternastu miast skupionych w GZM.

- Otwierając nowy rozdział w funkcjonowaniu metropolii, dostosowując ją do aktualnych i przyszłych wyzwań, pragniemy na bieżąco dzielić się z mieszkańcami prowadzonymi projektami i przedsięwzięciami – podkreślił szef GZM, Dawid Kostempski.

Jego zdaniem, do najważniejszych zadań czekających samorządy w najbliższym czasie należy wytyczenie i realizacja wspólnej strategii działania miast tworzących Metropolię Silesia.

Kostempski zapewnia, że choć pod względem prawnym metropolia ma obecnie ograniczone pole działania, nawet w obecnej formule GZM może szukać dobrych, przynoszących wymierne korzyści rozwiązań dla mieszkańców. Jednym z nich jest np. przygotowywany wspólny przetarg na zakup prądu dla miejskich jednostek, który może przynieść miastom metropolii nawet 5,7 mln zł oszczędności rocznie.

W pierwszym numerze metropolitalnej gazety można przeczytać m.in. o zgłoszonym przed wyborami przez Platformę Obywatelską pomyśle stworzenia obligatoryjnego powiatu metropolitalnego. Autorzy stosownego projektu ustawy przekonują, że taki powiat da możliwość konkurowania śląskiej metropolii z dużymi ośrodkami miejskimi Europy.

- Rozdrobnienie w naszej aglomeracji dławi dalszy rozwój. Poważni inwestorzy szukają lokalizacji w miastach co najmniej 500-tysięcznych – podkreślił na łamach gazety lider śląskiej PO, poseł Tomasz Tomczykiewicz.

Zwolennikiem utworzenia powiatu metropolitalnego jest przewodniczący Parlamentu Europejskiego, Jerzy Buzek. “Jako powiat będziemy mieli szanse na sukces mierzony w setkach milionów na niezbędne inwestycje” – przekonuje w gazecie szef europarlamentu.

Metropolia Silesia to popularna nazwa Górnośląskiego Związku Metropolitalnego (GZM), skupiającego 14 miast Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Wobec braku specjalnej ustawy metropolitalnej, związek ma pomóc w realizacji projektów, służących wszystkim miastom aglomeracji. Jednym z nich jest budowa w regionie zakładu termicznej utylizacji odpadów.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/slask/ukazal-sie-pierwszy-numer-metropolia-silesia,1,4893567,region-wiadomosc.html

28-10-2011, 08:08

Jubileusz Radia Piekary, czyli 15 lat na Śląsku, o Śląsku, po śląsku  »

Metropolia Silesia
Dziennik Zachodni
28-10-2011

15 lat Radia Piekary

Dobra wiadomość to zła wiadomość. Odbiorców interesują tylko krew, pot i łzy. To – zdawałoby się – żelazne zasady współczesnego dziennikarstwa. Niekoniecznie – Radio Piekary udowadnia, że popularną rozgłośnię można robić także opierając się na informacjach pozytywnych.

17 października minęło równo 15 lat, odkąd Radio Piekary rozpoczęło nadawanie na częstotliwości 88,7 FM. Od tamtej pory radio zawładnęło śląskim eterem i – z małymi wahaniami -utrzymuje się wśród rozgłośni cieszących się najwyższą słuchalnością w aglomeracji śląskiej. Najnowsze badania, wykonane przez SMG KRS MillwardBrown, dają Radiu Piekary słuchalność 9,59%. Samorządową rozgłośnię wyprzedza tylko potężny RMF, o drugie miejsce na Śląsku piekarska stacja rywalizuje najczęściej z ogólnopolską Trójką.

Jak taki sukces udało się osiągnąć lokalnej stacji, która nie dysponuje wielkimi pieniędzmi, nie może liczyć na długoterminowe, ogólnopolskie kampanie reklamowe lub wsparcie abonamentowe? Być może tajemnica sukcesu tkwi w umiejętnie konstruowanej ramówce, która oparta jest o najważniejsze hasło rozgłośni: „Na Śląsku, o Śląsku, po śląsku”. To zapewne podstawowa cecha odróżniająca Radio Piekary od innych stacji lokalnych. Prezenterzy radia przyznają, że szlagiery wypełniają większość czasu antenowego, choć – o czym nie wszyscy wiedzą – nie brakuje audycji kulturalnych, programów dla dzieci czy melomanów. Niemniej ważny jest dobry kontakt prezenterów ze słuchaczami, którzy codziennie dzwonią to radia po to, by pozdrowić swoich najbliższych. Radio Piekary było zresztą prekursorem tego typu obecności odbiorców na antenie. Innymi słowy – receptą na tale wielką popularność radia jest pozostawanie blisko ludzi, blisko spraw, którymi mieszkańcy żyją – kłopotów, radości, smutków, czasem obaw.

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/2421

27-10-2011, 18:18

Marszałek Województwa Śląskiego nagradza Michała Łukasiewicza  »

MediaFM.net
Magdalena Fris
27-10-2011

Podczas obchodów Światowych Dni Turystyki w Katowicach jakie miały miejsce 25 Października, Michał Łukasiewicz – producent i prezenter programu “Pojechany Łikend” w TVN Turbo, został nagrodzony za zasługi dla rozwoju turystyki w 2011 roku. Uroczystość miała miejsce w Sali Sejmu Śląskiego, a nagrodę otrzymał z rąk Marszałka Adama Matusiewicza.

Michał Łukasiewicz

To już trzecia nagroda, jaką autor programu “Pojechany Łikend” otrzymał na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Poprzednie wręczyła mu Polska Organizacja Turystyczna, Stowarzyszenie Dziennikarzy RP oraz kapituła Festiwalu Mediatravel.

“Pojechany Łikend” to program, w którym Michał Łukasiewicz zachęca do turystyki aktywnej, poznawania Polski i świata. Udowadnia, że każda pora roku jest dobra by się ruszyć z domu i że często właśnie pod domem jest coś, czego nie dostrzegamy. W każdym odcinku biorą udział inni uczestnicy, którzy na własnej skórze przekonują się o atrakcyjności danych miejsc. Pikanterii dodaje fakt, że nie są informowani o tym, co ich za chwilę czeka i gdzie będą. Z początkiem 2012 roku rusza kolejna, piąta już edycja.

Całość: http://mediafm.net/telewizja/33651,Marszalek-Wojewodztwa-Slaskiego-nagradza-Michala- Lukasiewicza--.html

27-10-2011, 18:00

Mniejszość niemiecka z Opolszczyzny planuje uruchomienie radia  »

Press
27-10-2011

Nowa rozgłośnia miałaby rozpocząć nadawanie w przyszłym roku w Opolu. Zasięgiem obejmie Opolszczyznę, zachodnią część woj. śląskiego i część Dolnego Śląska. Program będzie nadawany w większości po niemiecku, ale także po polsku. Ramówka ma również uwzględnić pierwiastek śląski. Twórcy radia podpisali już umowę z Deutsche Welle, która będzie dostarczać wiadomości z Niemiec i Europy. Program będzie kierowany do grupy wiekowej 40+. Program na żywo będzie nadawany od 6 rano do północy, pozostały czas wypełnią powtórki i emisja muzyki sterowana systemem komputerowym. Reklamy nie przekroczą 2 proc. czasu antenowego.

Obecnie mniejszość niemiecka ma do dyspozycji czas antenowy w  Polskim Radiu Opole, ma też swoje audycje w oddziałach TVP  w Katowicach, Opolu i Wrocławiu.

Jak zapowiada opolski poseł mniejszości niemieckiej Ryszard Galla, dokumenty potrzebne do złożenia wniosku o koncesję na radio mają być gotowe do końca listopada.

Całość: http://www.press.pl/newsy/radio/pokaz/27380,Mniejszosc-niemiecka-chce-miec-swoje-radio