- Media przypominają o tym, że nasila się zainteresowanie manifestacjami 11 listopada, ale nie sądzę, żeby same je prowokowały. Nie demonizujmy ich siły – mówi w rozmowie z TOKFM.pl prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z SWPS i UW. – Media nie są w stanie zorganizować tego typu manifestacji i doprowadzić do zamieszek. Do tego musi istnieć już jakiś klimat – a ten klimat odziedziczyliśmy po wyborach – dodaje.
Trwa liczenie strat po manifestacjach, które miały miejsce 11 listopada w Warszawie. Policja wstępnie oszacowała swoje na ponad 250 tys. zł, z kolei TVN, któremu spalono m.in. wóz transmisyjny, stracił ok. 2 mln zł. Nieprzerwanie także organizatorzy Marszu Niepodległości i Kolorowej Niepodległej – manifestacji i kontrmanifestacji zorganizowanych w Święto Niepodległości – przerzucają się odpowiedzialnością za zamieszki, które towarzyszyły obydwu wiecom.
Dodatkowo w całej dyskusji pojawiają się argumenty o braku rzetelności i przygotowania mediów do przekazywania tego, co działo się podczas Święta Niepodległości. Niektórzy twierdzą także, że to przez pokazywanie w mediach zapowiedzi manifestacji, zwiększa się zainteresowanie uczestniczeniem w nich.
Media jak katalizator, nie przyczyna
Rolę mediów 11 listopada ocenia dla TOKFM.pl prof. Maciej Mrozowski, medioznawca z SWPS i UW. Jego zdaniem przypominają one jedynie o tym, że zainteresowanie tego typu wiecami z roku na rok się nasila. Jednakże: – Nie sądzę, żeby media miały aż tak wielką siłę mobilizacyjną, żeby same prowokowały różnego typu zajścia. Nie demonizujmy ich siły. Media nie są w stanie zorganizować tego typu manifestacji i doprowadzić do zamieszek. Musi już istnieć jakaś struktura organizacyjna, klimat. A ten klimat odziedziczyliśmy po wyborach i chociażby debatach o kibolach. Wiele czynników złożyło się na wydarzenia z 11 listopada, ale media pełniły tylko rolę pośrednika, katalizatora, a nie przyczyny głównej – podkreśla ekspert.

Prof. Maciej Mrozowski
Mrozowski zauważa, że strony, które starły się podczas Święta Niepodległości, same się zwoływały przez internet. Rola mediów tradycyjnych była także w tym aspekcie ograniczona.Pospieszalski, Ziemkiewicz? “To dziennikarze tylko w polskim rozumieniu…”
Medioznawca odniósł się także do zaangażowania dziennikarzy w promowanie wieców 11 listopada. Komentując zaangażowanie Jana Pospieszalskiego i Rafała Ziemkiewicza, stwierdził: – To nazwiska osób, które – według cywilizowanych kryteriów dziennikarstwa – dziennikarzami nie są. Są to działacze polityczni, aktywiści, którzy łączą swoją działalność medialną z zaangażowaniem w ruchy społeczne i polityczne.
Ekspert tłumaczy to polską specyfiką. – My mamy szerokie pojęcie dziennikarstwa, więc ich zaliczamy do dziennikarzy. Zresztą – niech oni sobie wspierają kogo chcą. Do wszystkich zaczyna i tak docierać, że winę za zdarzenia 11 listopada ponosi magistrat. Nie można przecież pozwalać na dwie imprezy, które mają ze sobą walczyć.
Nie ma relacji bez interpretacji
Prof. Mrozowski broni mediów – uważa, że owszem -w swoich relacjach interpretowały wydarzenia, ale jego zdaniem jest to nieuniknione w takich sytuacjach. – To dziennikarz jest od tego, żeby informował, a nie można informować nie interpretując jednocześnie. Wszystkie relacje mediów ze wszystkich demonstracji na świecie są o tyle stronnicze, że media koncentrują się na najbardziej zapalnych i najbardziej gwałtownych momentach demonstracji. Nawet gdyby szło 100 tys. ludzi spokojnych i 500 ludzi wrzeszczących, to media pokażą wrzeszczących.
- To natura współczesnego dziennikarstwa – pokazuje się najbardziej wyrazisty moment, a nie troszczy o reprezentatywność – kontynuuje profesor. – Bo też dziennikarz nie może policzyć na bieżąco, kto jest po której stronie. Oczywiście – interpretacja ma swoje granice. Taka, która w pewnym momencie jest rażąco jednostronna i pomija pewne fakty równie gwałtowne po drugiej stronie, jest tendencyjna. I to trzeba piętnować – podsumowuje medioznawca.