Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

20-12-2011, 12:19

Oddajcie nam bar!  »

Gazeta Wyborcza
Milada Jędrusik
20-12-2011

Czy dzisiaj przeglądy prasy mają jeszcze sens? To oczywiście pytanie również o przyszłość tejże. Po porannej pobudce w ciemności i wyjrzeniu przez okno powiedziałam sobie bowiem – dość!

Nie popędzę do kiosku po gazety, bo najbliższy kiosk nie pod domem, ale trzy kilometry dalej. Poranne gazety to przywilej mieszkańców dużych miast. A jeśli ktoś mieszka na wsi, może sobie rano poczytać książkę. W związku z wylewaniem się miasta na okoliczne gminy, na wsi mieszka dziś coraz więcej przedstawicieli klasy średniej, czyli potencjalnych czytelników gazet. Jeśli jeżdżą do pracy w mieście, może sobie po drodze gazetę kupią. Ale z weekendowym wydaniem już trudniej.

Mamy oczywiście internet. A w internecie newsy także już z dzisiejszego poranka. I generalnie więcej informacji niż w gazetach, które z definicji się nie rozciągną. W dodatku za darmo, bo większość gazet w Polsce nie odważyła się wprowadzić płatnego dostępu, obawiając się odpływu czytelników.

Ale niektóre, walcząc o papierowego, przynoszącego więcej pieniędzy czytelnika, postanowiły część najsmaczniejszych tekstów wrzucać tylko do papieru. Jeśli ktoś do kiosku nie chce lub nie może, pozostaje mu tylko e-wydanie, które czyta się bardzo niewygodnie. Możemy oczywiście pomarzyć, żeby te gazety miały porządne wydania na tablety, bo nie mają. Ale znowu – kogo stać na tablet?

Jednym słowem, mamy dzisiaj z gazetami niezły miszmasz. Wciąż możemy w nich liczyć na treści jakości lepszej niż w portalach, bo utrzymują jeszcze profesjonalne zespoły redakcyjne, choć i tak dziesiątkowane przez konkurencję darmowych treści w internecie. Ale bardziej zaawansowany technologicznie czytelnik jest coraz bardziej zirytowany trudnościami z dostępem do nich.

Poza tym lepsze to nie znaczy tak dobre, jak kiedyś. To temat-rzeka: pogarszająca się – z powodu odpływu czytelników do internetu i spadku dochodów – jakość tejże prasy.

Jednym słowem: czy warto robić przeglądy informacji, które i tak są z wczoraj i coraz mniej konkurują z internetem? Dla czytelników, którzy z tegoż internetu korzystają?

No to teraz nie mam innego wyjścia, jak tylko udowodnić, że to ma jeszcze sens. Wiadomością (wczorajszego dnia oczywiście, przeleciała się przez serwisy społecznościowe z dużym sukcesem) jest dla mnie okupacja baru mlecznego – nomen omen – Prasowego na Marszałkowskiej w Warszawie, o czym pisze “Gazeta Stołeczna”. Okoliczni mieszkańcy zbuntowali się bowiem przeciwko zamknięciu tego istniejącego od kilkudziesięciu lat zakładu taniego żywienia. Boją się, że na jego miejscu pojawi się kolejny bar albo kawiarnia z wyśrubowaną ceną latte. A studenci, emeryci, którzy tam mieszkają, chcą mieć gdzie jeść.

Na portalu Gazeta.pl pojawiła się krótka notka, w której czytamy: “Po południu do baru włamała się grupa osób, które zaczęły tam gotować i przygotowywać jedzenie m.in. naleśniki. Zapraszali na nie przechodniów”. A więc zwykłe włamanie, jakaś “grupa osób”, nie za bardzo wiadomo, po co to robi.

W “Gazecie Stołecznej” świetny jest już tytuł: “Bar wzięty, leniwe podano”, z inteligentnym literackim skojarzeniem. Z tekstu dowiadujemy się, że “okupacja” baru – podczas której grupa mieszkańców wydawała przygotowane przez siebie tanie posiłki miała na celu właśnie zwrócenie uwagi na problem, jakim jest (uwaga, tu mądre słowo!) gentryfikacja Śródmieścia.

“Zamyka się w centrum małe sklepy spożywcze, warzywniaki, bo są nierentowne. A przecież miasto to nie firma” – mówi “Stołkowi” jeden z organizatorów protestu. W tym tekście jak w soczewce skupiają się ważne dziś problemy i zjawiska – i rosnąca świadomość, że nieregulowany wolny rynek prowadzi do patologii i to, że mieszkańcy, obywatele chcą mieć wpływ na to, jakie miasto zafundują im urzędnicy. To coś więcej niż zwykłe “włamanie”, choć oczywiście dla “miłośnika porządku” pozostanie ono tylko włamaniem. Ale to także obywatelski protest w obronie biedniejszych mieszkańców Śródmieścia.

I bardzo fajnie, że tekst o tym znalazł się na czołówce “Gazety Stołecznej”. Oczywiście informacji i komentarzy na ten temat, także dobrej jakości, jest pełno w internecie, kto umie szukać, ten znajdzie. Ale są i będą czytelnicy, którym wygodnie jest mieć (z rana, albo i nie, bo teraz gazety przegląda się coraz częściej po południu) jedno dobre źródło, które da gwarancję informacji rzetelnej, podbudowanej szerszym kontekstem i refleksją.

I wierzę, że będzie gotowy za to również zapłacić w wersji elektronicznej, pod warunkiem, że treści, za które płaci, będą znacząco lepszej jakości niż te, które możemy znaleźć w portalach. Ale to wymaga wysiłku i strategii od wydawców gazet. Dlatego, za mieszkańcami warszawskiego Śródmieścia, wołam: oddajcie nam Bar Prasowy!

Całość: http://wyborcza.pl/1,75968,10845918,Oddajcie_nam_bar_.html#ixzz1h4JYIlcc

20-12-2011, 11:35

Dziennikarze oskarżeni z art. 212 kk czują się jak bandyci  »

Press
PAP, KI
20-12-2011

Przed Sądem Okręgowym w Nowym Sączu nie doszło w poniedziałek do ugody między b. senatorem Tadeuszem Skorupą a dziennikarzami, którym z oskarżenia prywatnego wytoczył on proces karny za pomówienie.

Jerzy Jurecki i Józef Słowik przed sądem w Nowym Sączu

W marcu 2010 roku Jerzy Jurecki ujawnił w “Tygodniku Podhalańskim” nagraną potajemnie rozmowę senatora PiS z lokalnym biznesmenem. Na nagraniu słychać, jak Skorupa żali się na niskie zarobki senatorskie i namawia biznesmena do oddania mu terenu pod wiatrak w zamian za to, że ułatwi rozmówcy wygranie przetargu na inną nieruchomość.

Pierwotnie Skorupa pozwał Jerzego Jureckiego i Józefa Słowika, reportera lokalnej telewizji, na drodze cywilnej. W czerwcu br. sąd oddalił pozew. Uznał, że dziennikarze postąpili zgodnie z prawem prasowym, a ujawnienie rozmowy działało na korzyść społeczeństwa oraz potencjalnych wyborców.

Były senator nie odpuścił i wykorzystując zapis artykułu 212 kodeksu karnego złożył prywatny akt oskarżenia przeciwko Jureckiemu i Słowikowi. Wczoraj przed budynkiem sądu obaj dziennikarze pojawili się w więziennych strojach. Jak wyjaśniali, ich happening był wymierzony w art. 212 kodeksu karnego. – Paragrafu 212 nie powinno być w kodeksie karnym, bo w większości krajów europejskich tego typu sprawy rozstrzygają sądy cywilne – mówi Jurecki. Zwraca uwagę, że politycy wielokrotnie zapowiadali wykreślenie z prawa skompromitowanego przepisu, ale wciąż tego nie zrobili. – Oprócz groźby kary więzienia, podlegam rygorom, którym podlega każdy, kto staje przed sądem karnym. Jestem traktowany jak potencjalny przestępca, mam m.in. kuratora sądowego, a w przypadku skazania nie będę mógł pełnić pewnych funkcji publicznych i trafię do rejestru skazanych za to, co napisałem. Siedzę na ławie oskarżonych, gdzie zwykle siedzą pospolici bandyci – tłumaczy Jurecki.

Artykuł 212 kk mówi o tym, że kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną o działanie, które może ją poniżyć w opinii publicznej lub podważyć zaufanie do niej, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności. Jeżeli sprawca dopuszcza się zniesławienia za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/27829,Dziennikarze-oskarzeni-z-art_-212-kk-czuja-sie-jak-bandyci

19-12-2011, 23:58

Kup książkę i dotknij powstań śląskich  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Jacek Madeja
19-11-2011

- To książka o ludziach z krwi i kości, o miejscach, które wciąż istnieją – mówił Józef Krzyk, redaktor “Gazety Wyborczej” w Katowicach. W poniedziałek w Muzeum Śląskim odbyła się prezentacja jego książki “Spacerownik powstańczy”.

Krzyk przewertował dziesiątki publikacji, spędził długie godziny w archiwach i dotarł do nieznanych wcześniej zdjęć i materiałów. Powstała publikacja niezwykła, bo można ją nie tylko czytać, ale dzięki ogromnej liczbie zdjęć i ilustracji również oglądać. – Nie chciałem przedstawiać suchych faktów. Chodziło mi o to, żeby pokazać ludzi i miejsca, które nawet po latach można dotknąć – wyjaśniał autor. Jak podkreśla, równie ważne było to, żeby obalić powszechne przeświadczenie o tym, że o powstaniach powiedziano już wszystko. – To nieprawda. Większość publikacji bazuje na tych samych źródłach, niekiedy powielając te same błędy. Zdarza się, że niektóre zdjęcia zostały błędnie opisane. Zależało mi, żeby dotrzeć nowych rzeczy – dodał Krzyk.

Promocja książki Józefa Krzyka "Spacerownik powstańczy"

W poniedziałek podczas premiery “Spacerownika powstańczego” przy jednym stole obok autora zasiedli Leszek Jodliński, dyrektor Muzeum Śląskiego (muzeum wydało książkę wspólnie z “Gazetą Wyborczą”), oraz prof. Zygmunt Woźniczka, historyk z Uniwersytetu Śląskiego.

Jodliński podkreślał, że “Spacerownik powstańczy” to pierwsza od wielu lat publikacja dotycząca tego okresu historii Śląska. – Na dodatek ze świeżym i interesującym podejściem i w atrakcyjnej formie. Na pewno pomoże w rozwijaniu świadomości historycznej dotyczącej naszego najbliższego sąsiedztwa – mówił Jodliński.

Prof. Woźniczka przypomniał, że okrągła rocznica powstań śląskich obudziła też spory dotyczące śląskich zrywów. – Czy to zryw Ślązaków, a może raczej wojna domowa albo ingerencja Warszawy? To również spór polityczny, którego jednoznacznie nie da się wyjaśnić. Ważne jest to, że o nich mówimy. To znaczy, że powstania wciąż żyją w naszej świadomości – zaznaczył Woźniczka.

- Nie chciałem rozstrzygać kwestii ideologicznych. Moim założeniem, oprócz pokazania miejsc, było też przybliżenie bohaterów drugiego planu i pokazanie, że to ludzie z krwi i kości. Na przykład Robert Oszek, marynarz z Zabrza, który służył w pruskiej flocie wojennej, a potem w czasie powstań stworzył specjalny oddział szturmowy, albo Karol Walerus, zawadiaka, który przeżywał nieprawdopodobne przygody. Starałem się też wrócić do znanych faktów, które wciąż są owiane tajemnicą. Tak jest na przykład ze śmiercią doktora Mielęckiego. Jak to się stało, że został zabity pod okiem pilnujących porządku w mieście wojsk francuskich, które stacjonowały po drugiej stronie ulicy? – zachęcał do lektury swojej książki Krzyk.

Książka w cenie 29,99 zł do nabycia w salonach Empik, księgarniach, w Magazynie Kulturalnym Muzeum Śląskiego w Katowicach oraz na www.kulturalnysklep.pl lub pod numerem telefonu 801 130 000 (koszt połączenia wynosi 0,29 zł w sieci TP SA). Książka przygotowana w ramach wydarzeń Roku Pamięci Powstań Śląskich ustanowionego przez Samorząd Województwa Śląskiego.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,114330,10845292,Kup_ksiazke_i_dotknij_powstan_slaskich.html#ixzz1h3vw4pz8

19-12-2011, 17:20

PSL chce zlikwidować obowiązek rejestracji dzienników i czasopism. W zamian miałaby powstać centralna internetowa ewidencja działalności prasowej  »

Gazeta Wyborcza
groh
19-12-2011

Rzecznik prasowy klubu PSL Krzysztof Kosiński mówił w poniedziałek na konferencji prasowej w Sejmie, że uchwalone w 1984 r. Prawo prasowe najlepiej byłoby odesłać do muzeum PRL-u w Nowej Hucie. – Media, prasa, dziennikarze opierają swoją działalność i pracę o prawo z poprzedniego ustroju – argumentował.

Kosiński nawiązał do wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który w ubiegłą środę orzekł, że karanie grzywną lub ograniczeniem wolności za brak rejestracji czasopism drukowanych jest niekonstytucyjne, bo sankcja karna jest za surowa. Trybunał zasygnalizował też, że uchwalone w 1984 r. prawo prasowe nie jest dostosowane do współczesności.

Dlatego PSL proponuje wprowadzenie definicji prasy elektronicznej, które obejmowałoby wszystkie strony internetowe. Ludowcy opowiadają się też za likwidacją rejestrów czasopism i dzienników w sądach okręgowych. Zdaniem PSL ta procedura niepotrzebnie obciąża sądy. W zamian miałaby zostać wprowadzona centralna ewidencja działalności prasowej – prowadzona w internecie baza zgłoszeń o pismach. Prasa elektroniczna byłaby wyłączona z obowiązku zgłoszenia do centralnej ewidencji, ale tytuły mogłyby zostać tam zgłoszone, jeśli zechciałby tego właściciel. Zgłoszenie do bazy będzie się bowiem wiązało m.in. z prawną ochroną tytułu prasowego.

Zdaniem Kosińskiego należałoby pomyśleć także o tym, czy sankcje karne w prawie prasowym zastąpić np. sankcjami administracyjnymi czy finansowymi. – To byłoby bardziej odpowiadające obecnym czasom – ocenił Kosiński. Dodał, że w dalszej perspektywie należałoby się zająć także art. 212 Kodeksu karnego, który przewiduje karę więzienia za zniesławienie.

Ludowcy zapowiadają złożenie projektu w Sejmie na początku 2012 r. Ma też zawierać propozycje nowych uregulowań dotyczących sprostowań i odpowiedzi.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75478,10840480,Ludowcy_maja_projekt_prawa_prasowego.html#ixzz1h3uVgpIR

18-12-2011, 12:54

Sądowa historia pacyfikacji kopalni Wujek spisana w książce  »

Dziennik Zachodni
Grażyna Kuźnik
18-12-2011

Z Teresą Semik – naszą publicystką, absolwentką prawa i administracji Uniwersytetu Śląskiego, autorką wydanej właśnie książki “Zabiorę twoje łzy. Sądowa historia pacyfikacji kopalni Wujek”, rozmawia Grażyna Kuźnik.

Wojciech Jaruzelski oświadczył 30 lat po wprowadzeniu stanu wojennego, że dziś jego decyzja byłaby dokładnie taka sama. Jak ty, autorka książki o sądowej historii pacyfikacji kopalni Wujek, oceniasz tę wypowiedź?

Teresa Semik

Najpierw pomyślałam niegrzecznie, że to jakieś majaczenie starca. Potem przypomniałam sobie, co mówili w sądzie członkowie plutonu specjalnego, skazani za strzelanie do protestujących górników. Zapewniali, że gdyby wiedzieli, że ich czyny uznane zostaną za przestępcze, nie wyjęliby broni. Jaruzelski nie odpowiedział za stan wojenny. Niby przeprasza za krzywdy, jakie wyrządził, ale nadal wybiera to “mniejsze zło”, czyli godzi się na upokorzenie ludzi, na zabijanie. Czy ktokolwiek ma prawo przyzwalać na śmierć i w ten sposób rozwiązywać problemy społeczne?

Trzecia Rzeczpospolita nie potrafi rozliczyć przeszłości?

Potrafisz zrozumieć, dlaczego przychodzi to jej z tak ogromnym trudem? Zbyt długo, bo blisko 22 lata czekaliśmy w wolnej Polsce na wyrok Trybunału Konstytucyjnego, który dopiero w tym roku uznał dekrety o stanie wojennym za niezgodne z konstytucją oraz Międzynarodowym Paktem Praw Osobistych i Politycznych. A przecież świadkowie wprowadzenia stanu wojennego wiedzieli od początku, że te akty prawne kłóciły się z elementarnym poczuciem sprawiedliwości, godziły w prawa człowieka.

Przesiedziałaś na procesach zomowców kilka tysięcy godzin. Jesteś pewna, że to oni strzelali do górników?

Nie wszyscy strzelali, bo nikt nie widział ani nie słyszał siły ognia 19 pistoletów maszynowych. Na pewno jednak wszyscy skazani nie są niewinni. Jak uzasadniał sąd, jedni ponieśli karę za milczenie i osłanianie kolegów. Ci zaś, którzy zabili, do końca życia pozostaną ze świadomością nie w pełni ukaranej zbrodni.

Niektórzy górnicy widzieli, że strzelał oficer wojska.

Prokurator nie dał wiary tym zeznaniom, a sąd ostatecznie uznał, że w kopalni Wujek i Manifest Lipcowy broni palnej użyła wyłącznie formacja milicyjna, a nie wojskowa.

Byłaś obecna na prawie każdej rozprawie trwającego 15 lat procesu. Dlaczego nie odpuściłaś, co cię tak zafascynowało?

"Zabiorę twoje łzy..."

Sama szukałam odpowiedzi na pytanie, co naprawdę wydarzyło się w kopalni Wujek, nie z punktu widzenia historii czy bieżącej polityki. Patrzyłam jak prawnik, a wtedy emocje pozostają w tyle i łatwiej o obiektywizm. Czy użyto broni w zagrożeniu życia, jak ustalili prokuratorzy wojskowi zaraz po tej tragedii, czy też było to nadużycie?

Uzbrojeni zomowcy mogli czuć się śmiertelnie zagrożeni przez górników, którzy nie mieli broni? Strzelano im prosto w głowy, w serce lub w plecy.

Nie zapominaj, że członkowie plutonu specjalnego nigdy nie przyznali się, by strzelali do górników, a jedynie, że strzelali w górę, w obawie o życie innych zomowców. Opinie biegłych lekarzy z zakresu medycyny sądowej jednoznacznie wskazywały, że strzelano tak, by zabić. W niektórych przypadkach ofiary znajdowały się nawet sto metrów od strzelców bądź stały do nich tyłem. Nie stanowiły więc żadnego zagrożenia. Pozostaje pytanie, kto konkretnie strzelał z zamiarem zabicia.

Dlaczego do końca nie udało się tego ustalić?

Z powodu trudności dowodowych, zmowy milczenia zomowców. Żaden świadek nie rozpoznał strzelców na ławie oskarżonych. Zginęły pociski wyjęte z ciał ofiar, które pozwoliłyby biegłym ustalić, z którego egzemplarza broni zostały wystrzelone. To był proces poszlakowy, bardzo trudny z punktu widzenia prawa.

Czy po pierwszym procesie, który zakończył się uniewinnieniem oskarżonych, miałaś nadzieję, że rodziny ofiar doczekają się sprawiedliwości?

Miałam duże wątpliwości, ze względu na ten brak dowodów. Jeżeli od strzałów zginęli ludzie, którzy stali sto metrów od strzelców albo stali do nich tyłem, to mamy do czynienia z zabójstwem. Tymczasem zomowcy stali przed sądem pod zarzutem pobicia górników z użyciem broni palnej. Szczerze mówiąc byłam szczęśliwa, że nie jestem na miejscu sędziów, którzy wydawali wyroki, także te pierwsze uniewinniające. Okrzyki: “Hańba! Hańba!”, które rozlegały się wówczas z miejsc dla publiczności, słychać było w sądzie przez kolejne lata.

Odkryłaś nieznane dotąd czytelnikom fakty. Na przykład historię Jana Drucia, zomowca spod “Wujka”, który odmówił udziału w tej akcji. Taka odmowa była jednak możliwa?

Jan Druć był suwnicowym w Hucie Batory i działaczem Solidarności. 13 grudnia 1981 roku dostał kartę mobilizacyjną Wojskowej Komendy Uzupełnień w Chorzowie, by natychmiast stawić się w jednostce ZOMO w Katowicach. To była kara za jego działalność opozycyjną. Za odmowę rozkazu pod “Wujkiem” poszedł na rok do więzienia. Nie każdego stać było na taką odwagę. Rozkaz to rozkaz, mówili inni.

Po latach udało ci się z nim porozmawiać, znalazłaś go aż w Australii. Jak z odległości czasu i przestrzeni oceniał swoją postawę?

Zdziwiony był zainteresowaniem swoją osobą, bo, jego zdaniem, nie zrobił nic nadzwyczajnego. O wydarzeniach w kopalni nie potrafił mówić spokojnie, bez łez, choć minęły długie lata. Ilekroć wraca myślami do tego dnia, wciąż słyszy przerażający zgiełk i krzyk ludzi. Słyszy odgłos wystrzałów odbijających się echem od kopalnianych zabudowań. Widzi strach i krew rannych.

Opowiedziałaś także o tym, jak przetrwał pewien pocisk, który trafił jednego z górników w “Wujku”. Ta historia zrobiła na mnie wrażenie.

Zdumiał się nawet powściągliwy sąd, gdy lekarz ortopeda przyniósł go na rozprawę. Pocisk wyjął z nogi operowanego górnika w 1981 roku, a potem oprawił w złoto i przekazał żonie w formie gustownego wisiorka. Pocisk trafił do akt sprawy, ale z powodu zniekształceń nie nadawał się do badań balistycznych.

Ostatni, trzeci proces był przełomowy. Zomowcy zostali ukarani. Czy ten wyrok kogoś satysfakcjonował?

Żaden wyrok, który zapadł w tej sprawie nie satysfakcjonował wszystkich. Ważne, że rodziny zabitych górników poczuły ulgę. Są zabici, ale nie ma sprawców tego zabójstwa. Oskarżonym zomowcom można było wykazać udział w pobiciu górników przy użyciu broni palnej. Tylko tyle czy aż tyle. Niektórzy uczestnicy tych wydarzeń uważają, że kary były za niskie. Wyższe wyroki usłyszeli w 1982 roku organizatorzy strajku w kopalni Wujek.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/483796,sadowa-historia-pacyfikacji-kopalni-wujek-spisana-w-ksiazce,id,t.html

17-12-2011, 19:16

Walka o demokrację, czyli Foto Press Białoruś 2011 w Gliwicach  »

PDF Serwis Studencki Instytutu Dziennikarstwa
Filipina Padlewska
17-12-2011

Na rynku w Gliwicach zostaną zaprezentowane fotografie nagrodzone w konkursie Foto Press Białoruś 2011. Plenerowa wystawa pod hasłem „To był nasz głos!”, prezentująca burzliwe wydarzenia po wyborach zostanie otwarta 19 grudnia.

19 grudnia zeszłego roku w wyborach prezydenckich na Białorusi ponownie „wygrał” Aleksander Łukaszenko. Na ulice Mińska, i nie tylko, wyruszyły tłumy protestujących obywateli i członków opozycji. W obliczu białoruskiego reżimu demokracja poniosła klęskę: aresztowano ponad 600 osób, setki zostały pobite przez siły bezpieczeństwa. Terroryzowano również dziennikarzy czy reporterów.

Na pamiątkę tych dramatycznych wydarzeń i w hołdzie Białorusinom walczącym o wolność i demokrację, wystawa plenerowa laureatów Foto Press Białoruś 2011 rozpocznie się równo w rocznicę wyborów prezydenckich na Białorusi – 19 grudnia 2011 r.

Na wystawie „To był nasz głos!” zostaną zaprezentowane zdjęcia z wydarzeń w Mińsku i okolicach. Organizatorzy zdecydowali się na utajnienie autorów zdjęć i niepersonalizowanie osób na zdjęciach, tak aby widzowie mogli wczuć się w klimat i pozostać namacalnymi obserwatorami tych wydarzeń.

Wystawa “To był nasz glos!” rozpocznie kilkuletni projekt Teatru Nowej Sztuki pod nazwą Inicjatywa Kulturalna Art for Art.

Więcej: www.art-for-art.eu

Całość: http://www.pdf.edu.pl/text-walka-o-demokracje-czyli-foto-press-bialorus-2011-w-gliwicach-622