Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

03-01-2012, 15:43

Sprawa Jarosława Ziętary – prokuratura prowadzi śledztwo ws. zabójstwa  »

Onet.pl
GK/PAP
03-01-2011

Prokuratura Apelacyjna w Krakowie zmieniła kwalifikację prawną śledztwa w sprawie uprowadzenia w 1992 r. dziennikarza Jarosława Ziętary – teraz jest ono prowadzone w sprawie zabójstwa.

Jarosław Ziętara był dziennikarzem śledczym “Gazety Poznańskiej” (wcześniej także “Wprost”, “Gazety Wyborczej”). Pisał oaferach gospodarczych. W 1992 r. zaginął w drodze do pracy.

- Analiza zebranego dotychczas materiału, przyjęte na tej podstawie wersje śledcze oraz fakt, że do dnia dzisiejszego nie ustalono miejsca pobytu Jarosława Ziętary uzasadniają naszym zdaniem przyjęcie kwalifikacji zabójstwa – powiedział we wtorek rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie, prok. Piotr Kosmaty.

Jak podkreślił, śledztwo nadal toczy się “w sprawie”, a nie przeciwko komuś, ponieważ ewentualni sprawcy zabójstwa nie zostali ustaleni. Zostało ono przedłużone do 30 czerwca 2012 r. Śledztwo w sprawie uprowadzenia przedawniłoby się po 15 latach.

Kosmaty dodał, że prokuratura kontynuuje przesłuchania świadków, w dalszym ciągu gromadzi i analizuje dokumentację, a także współpracuje z IPN w celu ustalenia sposobu działania “sprawców, którzy dokonywali uprowadzeń i zabójstw”. Ustala także DNA dziennikarza i ma zamiar przeprowadzić analizę wyselekcjonowanych szczątków ludzkich, znalezionych po 1992 roku w Polsce.

Zwróci się też do biegłego antropologa, by na podstawie zdjęć Ziętary dokonał “projekcji jego wizerunku, uwzględniającej upływ czasu”, tj. ustalił jego prawdopodobny wygląd po 20 latach. Prok. Kosmaty wyjaśnił, iż dopóki nie zostaną odnalezione szczątki, żadna z wersji śledztwa nie może być wykluczona. Dlatego wśród wersji śledztwa znajduje się też samobójstwo.

W 1998 r. poznańska prokuratura uznała, że Ziętara został uprowadzony i zamordowany. Rok później śledztwo umorzono, bo nie udało się odnaleźć ciała.

W kwietniu 2011 r. redaktorzy naczelni największych polskich gazet zaapelowali do władz i prokuratury o ujawnienie wszystkich okoliczności zaginięcia Ziętary i śledztwa w tej sprawie. To spowodowało analizę tego śledztwa w Prokuraturze Generalnej. W połowie czerwca 2011 r. śledztwo zostało podjęte na nowo w poznańskiej prokuraturze i przedłużone; decyzją prokuratora generalnego przekazano je do Krakowa.

W październiku 2011 r. krakowska prokuratura otrzymała dokumenty z Agencji Wywiadu, z których wynika, że ówczesny UOP chciał zatrudnić dziennikarza. W toku poprzedniego śledztwa MSW informowało w 1994 r., iż “Jarosław Ziętara nie pozostawał w zainteresowaniu UOP i nie figuruje w ewidencji, jak i materiałach archiwalnych UOP”. Prokuratura odmówiła informacji na temat znaczenia tych dokumentów dla śledztwa.

Jak podawała wcześniej, w toku śledztwa przesłuchano członków rodziny oraz członków Komitetu Społecznego “Wyjaśnić śmierć Jarosława Ziętary”, którzy prowadzili dziennikarskie śledztwo w sprawie zaginięcia kolegi. Przeprowadziła także badania odcisków palców, które zostały zabezpieczone we wrześniu 1992 roku w mieszkaniu Ziętary, ale dotąd nie były badane; zainicjowała badania biologiczne śladów zabezpieczonych w toku śledztwa metodami, które nie były znane w 1992 roku. Poddała także analizie obszerną dokumentację osób, które przewijają się w aktach śledztwa – pod kątem ew. udziału tych osób w zaginięciu dziennikarza. Ze względu na dobro śledztwa nie podaje bliższych informacji na ten temat.

Na początku śledztwa krakowska prokuratura przeprowadziła eksperyment procesowy w Poznaniu. Polegał on na odtworzeniu wszystkich istotnych zdarzeń z udziałem Ziętary, które miały miejsce od godz. 13.30 w dniu 31 sierpnia 1992 roku do godz. 8.40 następnego dnia, kiedy wyruszył do redakcji i był po raz ostatni widziany. Jak informował wówczas Kosmaty, przeprowadzony eksperyment procesowy dostarczył istotnego materiału dowodowego.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/kraj/sprawa-jaroslawa-zietary-prokuratura-prowadzi-sled,1,4988217,wiadomosc.html

03-01-2012, 06:35

SMS-y dziennikarzy. Prok. Seremet zleca kontrolę  »

Gazeta Wyborcza
es
03-01-2012

Prokurator generalny Andrzej Seremet polecił sprawdzić, czy badając sprawę przecieków do mediów ze śledztwa smoleńskiego prokuratura wojskowa nie złamała prawa, sięgając po treść SMS-ów dziennikarzy.

Chodzi o postanowienie Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Poznaniu w sprawie pozyskania od teleoperatora ”wykazu i treści wiadomości tekstowych przychodzących i wychodzących” z telefonów dziennikarzy Cezarego Gmyza (”Rzeczpospolita”) i Macieja Dudy (TVN 24).

O ile bowiem prawo telekomunikacyjne pozwala organom ścigania na swobodne sięganie po dane z billingów, BTS (lokalizacja telefonu komórkowego pozwalająca stwierdzić, gdzie w danym momencie właściciel telefonu przebywa) i o abonentach, to treść korespondencji (SMS-owej czy mailowej) można dostać tylko za zgodą sądu.

- Prokurator generalny polecił Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie zbadanie materiałów w tej sprawie. Dalsze kroki uzależnia od wyników tego badania, które powinien dostać w ciągu tygodnia – powiedział w poniedziałek ”Gazecie” rzecznik prokuratora generalnego Mateusz Martyniuk.

W tej sprawie istnieją dwa postanowienia o sięgnięciu po SMS-y dziennikarzy: jedno z 15 grudnia 2010 r., w którym mowa tylko o ”wykazie” wiadomości tekstowych (co jest legalne) i drugie z 10 stycznia 2011 r., gdzie mowa o ”wykazie i treści”.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,10903663,SMS_y_dziennikarzy__Prok__Seremet_zleca_kontrole.html#ix zz1iMmqa55v

02-01-2012, 13:20

Zaglądają nam w SMS-y?  »

Gazeta Wyborcza
Ewa Siedlecka
02-01-2012

Sprawa dwóch dziennikarzy pokazuje, że organy ścigania mogą łamać tajemnicę korespondencji. I to na masową skalę.

Na początku zeszłego roku ”Gazeta” ujawniła, że organa ścigania w Polsce biją europejskie rekordy w sięganiu po nasze dane od teleoperatorów. Jacek Cichocki, dziś szef MSW, wówczas szef Kolegium ds. Służb Specjalnych przy premierze, w reakcji na nasz tekst podawał dane w tej sprawie. Nie poinformował jednak, że oprócz danych właściciela numeru, jego kontaktów i danych BTS (miejsc, w których przebywał) służby pobierają także treści SMS-ów.

Wtedy nie mieściło się to w głowie. Bo wszystkie pozostałe dane prawo telekomunikacyjne rzeczywiście pozwala organom ścigania pobierać bez zgody sądu (zaskarżył to do Trybunału Konstytucyjnego rzecznik praw obywatelskich, a poparł prokurator generalny). Ale jeśli chodzi o treść korespondencji, prawo jednoznacznie tego zakazuje. Z katalogu danych (art. 180d prawa telekomunikacyjnego), które teleoperatorzy zobowiązani są udostępniać ”uprawnionym podmiotom”, wyłączono ”treść indywidualnych komunikatów”.

Teraz dostaliśmy dowód, że to prawo jest łamane. A przynajmniej, że złamano je w sprawie o przeciek do mediów informacji ze śledztwa smoleńskiego. W czwartek ”Rzeczpospolita” i TVN 24 podały, że prokuratura inwigilowała kontakty telefoniczne dziennikarzy tych mediów – Cezarego Gmyza i Macieja Dudy.

Szukając źródła przecieku z prokuratury, Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Poznaniu wydała polecenie przekazania przez teleoperatora nie tylko wykazu połączeń – telefonicznych i SMS-owych – ale też ”treści wiadomości tekstowych” z okresu pomiędzy 30 kwietnia a 15 listopada 2010 r. (postanowienie z 10 stycznia 2011 r.).

To, że organa ścigania obchodzą tajemnicę dziennikarskich źródeł informacji – badając, z kim się telefonicznie kontaktują – już budzi poważną wątpliwość, czy jest zgodne z prawem. I nie ma przy tym znaczenia, czy sprawa zaczęła się od sięgnięcia po billing podejrzanego o przeciek (jak twierdzi w tej sprawie prokuratura wojskowa) czy od sięgnięcia po billingi dziennikarza. Natomiast polecenie prokuratora sięgnięcia po treść SMS-ów – obojętnie czy dziennikarza, czy kogokolwiek innego – bez zgody sądu jest oczywistym złamaniem prawa.

Tę sprawę powinien zbadać prokurator generalny. Musi ustalić, czy to jednostkowy przypadek, czy może obyczaj wynikający z prawa do sięgania po dane telekomunikacyjne bez zgody sądu. Może służby, policja i prokuratura po prostu uznały, że treść korespondencji mieści się w pojęciu ”dane telekomunikacyjne”?

Jeśli tak, to trzeba sobie uświadomić skalę możliwych nadużyć. W przypadku dwóch dziennikarzy mamy do czynienia z poleceniem prokuratora wydanym w ramach toczącego się postępowania karnego. A więc procedury bardzo sformalizowanej i możliwej do skontrolowania – o czym świadczy choćby to, że obaj zostali przed zamknięciem śledztwa zawiadomieni o inwigilacji. Jednak większość przypadków sięgania po dane teleoperatorów – jak większość podsłuchów czy kontroli korespondencji – ma miejsce w tzw. trybie operacyjnym, czyli zanim wszczęte zostanie formalne postępowanie karne.

Robią to służby i policja. A prawo telekomunikacyjne (art. 179 ust. 4b) mówi, że teleoperatorzy powinni im udostępnić te dane ”bez udziału pracowników przedsiębiorcy telekomunikacyjnego.” A więc dostęp osobisty, nieskrępowany i niekontrolowany. – Służby po prostu są u teleoperatorów. Nikt nie sprawdza, czyje i jakie dane biorą. Teleoperatorzy zakładają, że dzieje się to zgodnie z prawem – mówi Wacław Iszkowski, prezes Polskiej Izby Teleinformatyki.

Iszkowski tłumaczy, że treść SMS-ów nie jest nigdzie przez teleoperatorów magazynowana w formie tekstu. To po prostu przekaz informatyczny (układ zer i jedynek), który za pomocą specjalnego programu informatycznego można odtworzyć z zawartości serwera teleoperatora. Iszkowski nie spotkał się z sytuacją, by służby poprosiły teleoperatora o taką usługę, nie przedstawiając zgody sądu. Ale skoro mają dostęp do serwera, nie można wykluczyć, że pobierają takie dane samodzielnie.

- Nie twierdzę, że to robią, ale to technicznie możliwe – zastrzega Iszkowski. I przyznaje, że na tej samej zasadzie można z serwerów teleoperatorów pobierać także treść e-maili.

Jeśli służby i policja rocznie 1,3 mln razy sięgają po dane od teleoperatorów, to ile jest w tym treści SMS-ów i e-maili? I czy w ogóle sięganie po te dane uwzględnia się w tej statystyce, skoro jest to – bez zgody sądu – nielegalne?

I jeszcze jedno: tylko policja ma obowiązek niszczyć pozyskane dane telekomunikacyjne, jeśli potem nie są przekazane prokuraturze, czyli nie są przydatne w postępowaniu karnym ani nie służą zapobieganiu przestępstwom. Pozostałe osiem służb niszczyć tych danych nie musi.

A ponieważ nasze kontakty – służbowe, ale i prywatne – odbywają się dziś w olbrzymiej części poprzez SMS-y i e-maile, to znaczy, że olbrzymia część naszego prywatnego życia może być przechowywana w archiwach służb – czekając tam, aż kiedyś może się przyda. Bez kontroli, bo nie ma dziś niezależnego organu, który mógłby sprawdzić zawartość tych archiwów pod kontem ochrony naszej prywatności.

Całość: http://wyborcza.pl/1,86116,10898325,Zagladaja_nam_w_SMS_y_.html#ixzz1iIYK2Yjf

31-12-2011, 19:42

Łukasz Kowalski – laureatem Nagrody Watergate SDP  »

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich
Bartosz Torański
31-12-2011

Z Łukaszem Kowalskim, laureatem Nagrody Watergate SDP – za dziennikarstwo śledcze – o nagrodzonym filmie “Testament” rozmawia Błażej Torański.

Jak Pan przypuszcza: dlaczego władze Bielska- Białej oddały Żydowi z Australii  na podstawie lewego dokumentu  świeżo wyremontowaną kamienicę wartą 4 mln 300 tys. zł?

Moje prywatne zdanie jest takie, że ktoś musiał mieć w tym niezły interes, aby ta sprawa tak łatwo przeszła przez Urząd Miasta, prokuraturę i sąd.

Ktoś wziął łapówkę?

Łukasz Kowalski

Ostrożnie formułuję zarzuty, bo w filmie nie udało mi się tego udowodnić. Doszedłem do etapu odzyskania kamienicy przez Józefa W., Żyda z Australii na podstawie sfałszowanego testamentu. Wiem, że chciał ją błyskawicznie sprzedać. Nie miał zamiaru administrować, ani wynajmować. Ale kiedy udowodniłem, że testament jest podrobiony, zaczęło się robić gorąco. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, w czyje ręce ostatecznie miała trafić kamienica.

Nad tematem pracował Pan trzy lata.

Zrealizowałem dwa reportaże. Nad pierwszym, wyemitowanym w „Ekspresie Reporterów”, rozpoczęliśmy pracę w listopadzie 2009 roku. Przeczytałem w lokalnej gazecie o tym, jak w centrum Bielska- Białej przez lata stała zaniedbana kamienica. Urząd Miasta wyremontował ją za publiczne pieniądze i nagle, kilka miesięcy później, odnalazł się testament i spadkobierca. Nadzwyczaj szybko Józef W. wygrał w sądzie sprawę o stwierdzenie nabycia spadku po Beti W., jego zmarłej w Izraelu ciotce, choć kamienica od dawna była już własnością Skarbu Państwa. Ten ostatni nabył ją przez zasiedzenie. Zbyt wiele było zaskakujących zbiegów okoliczności. Kiedy dotarłem do testamentu – przełożonego na język polski przez tłumacza przysięgłego – mnie, laikowi, wydało się niemożliwe, aby na podstawie pełnego braków dokumentu wydać cokolwiek, nie mówiąc o kamienicy wartej ponad 4 mln złotych.

W poszukiwaniu prawdy trafił Pan do Hajfy, Jerozolimy, Tel-Avivu.

Ustalenie czegokolwiek w Izraelu jest bardzo trudne, bo panuje tam opinia, zresztą uzasadniona, że społeczność żydowska w Polsce została ograbiona. Trudno mi więc było znaleźć kogoś, kto zechce pomóc w realizacji reportażu obnażającego patologiczne mechanizmy, pokazującego, że utraconą kamienicę chce odzyskać Żyd na podstawie sfałszowanego testamentu.

Pomogła Panu Eva Kuklis adwokat z Izraela, paradoksalnie zajmująca się odzyskiwaniem mienia pożydowskiego w Polsce. Ale dlaczego prawnicy bialskiego samorządu nie zakwestionowali tego “testamentu”? Nie złożyli w polskim sądzie żadnych wniosków dowodowych? Nie domagali się opinii, ekspertyz, ba, nawet nie stawiali się w sądzie?

To jest dobre pytanie. Pytałem o to w kancelarii adwokackiej, która zajmowała się sprawą w imieniu Urzędu Miasta, ale nikt nie chciał ze mną rozmawiać. Rzeczywiście Urząd Miasta nie zrobił nic, aby kamienica pozostała własnością Skarbu Państwa. Nie zgłaszano żadnych wniosków ani zastrzeżeń do bardzo podejrzanego dokumentu. Dlatego sprawa łatwo przeszła w sądzie. Niezawisły sąd też nie wykazał jakiejkolwiek inicjatywy, choć miał możliwości zgłoszenia od siebie uwag, co do przedłożonych mu dokumentów.  Wszystko potoczyło się po myśli wnioskodawcy z Australii.

Obnażył Pan w “Testamencie” kilka instytucji: Urząd Miasta, reprezentujący Skarb Państwa, prokuraturę, sąd, nawet CBA.

Tak, sędzia także miał możliwość zakwestionowania testamentu, ale tego nie zrobił. Skandalicznie jednak zachował się Urząd Miasta. Odniosłem wrażenie, jakby nikomu w magistracie nie zależało na majątku wartym ponad 4 mln zł. CBA także nie wykonało żadnych czynności. Od rzecznika dostawałem tylko lakoniczne odpowiedzi, że nie udzielają w tej sprawie żadnych informacji. Ale nie podjęli jakichkolwiek decyzji. Pomyślałem w pewnej chwili, że już chyba tylko mnie na tym zależy (śmiech) i właścicielce restauracji z parteru, którą chciał wykurzyć nowy właściciel.

Kto wobec tego wziął łapówkę, skoro tak wiele instytucji wykazało inercję w tej sprawie? Nieprawdopodobne.

Słusznie pan zauważył, że musiałoby w tym uczestniczyć zbyt wiele instytucji i osób na różnych stanowiskach. Prowadząc śledztwo cały czas miałem jednak nieodparte przekonanie, co do niezliczonych zbiegów okoliczności. Aby naczelnik Wydziału Mienia Gminy powiedziała dwa zdania przed kamerą, namawialiśmy ją dwie godziny. Nie docierały do niej żadne argumenty. Jakbyśmy rzucali grochem o ścianę. Zapierała się, nie miała żadnych wątpliwości, co do autentyczności testamentu i prawidłowości procedury, jakby nie chodziło o mienie wielkiej wartości.

Podejrzewał Pan zmowę milczenia?

Kilka razy próbowaliśmy rozmawiać z urzędnikami. Prezydent poświęcił nam zaledwie ułamki sekund. Złapaliśmy go na korytarzu, jak wychodził z sesji Rady Miasta. Powiedział dwa zdania, ale nie odpowiedział na pytania. Rzecznik prasowy kategorycznie odmówił wypowiedzi. Utwierdzałem się w przekonaniu, że urzędnicy nie mają czystego sumienia.

A może to były po prostu urzędnicze błędy, a nie korupcyjny układ?

Też myślałem, że był to niesłychany ciąg błędów. Ale policja, która wyjaśniała sprawę na zlecenie prokuratury, była bliska ujawnienia fałszerstwa testamentu. Niestety, prokuratura nakazała wstrzymanie tych działań. Nie było woli dochodzenia do prawdy.

Prokuratura umarzając postępowanie zakneblowała usta policjantom.

Tak, bo policjanci działali na zlecenie prokuratury. Dopiero dwa lata później inny prokuratur zlecił ekspertyzę dokumentu.

Dlaczego nie zrobili tego wcześniej?

To jest dobre pytanie. Szefowa Prokuratury Bielsko-Biała Północ tłumaczyła, że prokurator nie wpadł na ten pomysł, choć dzieci wiedzą, że trzeba było to sprawdzić.  Być może był jakiś nakaz z góry, aby to przemilczeć. Funkcjonariusze i urzędy były ślepe i głuche. Na pewno wzbogacił się spadkobierca, który stał się właścicielem kamienicy, łamiąc prawo. Ale kto jeszcze? Tego nie wiem. Z czterech milionów złotych kilka osób można było obdarować.

Także CBA? Może obnażył Pan zwyczajnie słabość państwa polskiego? Jego instytucji.

Reprywatyzacja jest dla państwa polskiego niewygodnym tematem. W tym przypadku chodzi o majątek odebrany Żydom wart ponad 60 miliardów dolarów. Należałoby im wypłacić w jakiejś formie odszkodowania. To trudne, zważywszy na kondycję ekonomiczną, w jakiej obecnie jest państwo. W Izraelu doskonale to rozumieją, ale z drugiej strony mówią “Zaraz, zaraz, ale to są nasze pieniądze”.  Eva Kuklis, która od 25 lat zajmuje się odzyskiwaniem mienia żydowskiego w Polsce podzieliła ten sam los. 1968 rok, kilka godzin na spakowanie rzeczy i bilet w jedną stronę. Trudno im się dziwić, że upominają się o swoje majątki.

Jakie były reakcje na Pana reportaże?

Oberwało mi się z dwóch stron. Jedni zarzucali mi, że chciałbym oddać majątek Polaków Żydom, drudzy, że przyczepiłem się jednego Żyda. Nawet jeśli jemu ta kamienica się nie należała, słyszałem, to wielu innym powinno się majątek oddać. A ja chciałem tylko na tym przykładzie pokazać, że brak ustawy reprywatyzacyjnej sprzyja patologiom.

I spekulantom, jak  Józef W.

Dokładnie. Ale jestem też zdania, że nie działał on w Polsce sam. Niewątpliwie trudni się tym zorganizowana grupa przestępcza.

Jaka jest skala przekrętów, jaki Pan ujawnił na przykładzie bialskiej kamienicy?

Nikt nie prowadzi takiej statystyki. Na pewno na wielką skalę ten proceder ujawniono w Krakowie.

Co uzyskał Pan swoim reportażem? Poleciały głowy w bialskim magistracie?

O to samo pytała mnie Eva Kuklis. Przy skali zaniedbań, jakie udało mi się ujawnić, niejedna osoba mogła stracić pracę. Tymczasem konsekwencji nie ma żadnych. Nikt nawet dyscyplinarnie nie został ukarany. Nie mówiąc o odpowiedzialności karnej. Film jest materiałem dowodowym i przed emisją prokuratura zabiegała aktywnie w Telewizji Polskiej o udostępnienie im nagrania. Wiem jednak, że “Testament” nie został dołączony do akt sprawy, choć rozstrzyga ją jednoznacznie.

Całość: http://www.sdp.pl/rozmowa-dnia-lukasz-kowalski

30-12-2011, 20:38

Bogdan Zdrojewski: projekt KRRiT ma wady i nie trafi do Sejmu  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
30-12-2011

Minister kultury Bogdan Zdrojewski ujawnił, że przygotowany przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji projekt nowelizacji ustawy medialnej  nie zostanie skierowany do Sejmu. Jest bowiem kontrowersyjny i ma wady.

W wywiadzie dla radiowej Trójki Bogdan Zdrojewski zadeklarował, że kierowane przez niego ministerstwo kultury nie będzie składało projektu tzw. małej nowelizacji ustawy medialnej przygotowanego przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji. – Wydaje się, że projekt przygotowany przez KRRiT ma pewne wady, w związku z tym prawdopodobnie będzie to inne przedłożenie – powiedział. Uzasadnił, że znajdują się tam zapisy, które nie leżą w kompetencji resortu kultury.

Przypomnijmy, że na początku grudnia KRRiT ujawniła, że w przygotowywanym przez nią projekcie nowelizacji ustawy medialnej zawarte są przepisy, które poprawią ściągalność abonamentu radiowo-telewizyjnego. Pojawiły się plany zapisów, zgodnie z którymi abonament miałby być płacony razem z rachunkami za prąd, a nawet że płacić będzie musiał każdy posiadacz nie tylko radia czy telewizora, lecz również komputera.

- Jestem przeciwnikiem tego, żeby wszystkie elementy składające się na różne zmiany umieszczać w jednym projekcie. Projekt robi się zbyt skomplikowany i także w niektórych momentach kontrowersyjny – wyjaśnił Bogdan Zdrojewski. Zaznaczył, że jego zdaniem odbiornik radiowy czy telewizyjny tak samo jak komputer będzie można traktować dopiero za kilka lat.

Natomiast kwestia ściągalności abonamentów w dużej mierze leży to w kompetencji resortu finansów, a za sprawy związane z Telewizją Polską – jako spółką skarbu państwa – odpowiada ministerstwo gospodarki.

Zdrojewski podkreślił, że w ostatecznym rozrachunku należy ustalić kompetencje w zakresie implementacji prawa audiowizualnego między ministerstwem kultury nowo powstałym resortem administracji i cyfryzacji kierowanym przez Michała Boniego. We wtorek odbędą się rozmowy wiceministrów i oni ustalą, kto zajmie się wprowadzaniem tych rozwiązań.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/bogdan-zdrojewski-projekt-krrit-ma-wady-i-nie-trafi-do -sejmu

30-12-2011, 09:11

Znów sięgają po billingi dziennikarzy  »

Gazeta Wyborcza
Wojciech Czuchnowski
30-11-2011

Agencja Gazeta Prokuratura wojskowa twierdzi, że ściągając wykazy połączeń, nie wiedziała, że chodzi o telefony dziennikarzy. Przeczą temu akta śledztwa.

Informację o tym, że śledczy z wojskowej prokuratury w Poznaniu ściągnęli billingi dziennikarzy z sześciu miesięcy 2010 r., podała wczorajsza ”Rzeczpospolita”. Chodziło o Cezarego Gmyza z ”Rz” oraz Macieja Dudę z Tvn24.pl. Obaj pisali o katastrofie smoleńskiej. W listopadzie 2010 r. publikowali artykuły o tym, że kontrolerzy z lotniska w Smoleńsku zmienili swoje zeznania. Prokuratura nie podawała tego oficjalnie, więc uznała, że nastąpił przeciek. Podejrzewała, że informatorem dziennikarzy jest Marek Pasionek z Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie.

Samego Pasionka zawieszono i wszczęto śledztwo w sprawie jego kontaktów z mediami oraz przekazywania informacji o postępowaniu smoleńskim przedstawicielom władz USA. Ta sprawa została w ubiegłym tygodniu umorzona przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie (przejęła ją w czerwcu tego roku).

I to właśnie cywilna prokuratura powiadomiła kilka dni temu dziennikarzy, że Żandarmeria Wojskowa (na zlecenie wojskowej prokuratury z Poznania) ściągnęła od operatorów sieci komórkowych billingi z ich połączeniami oraz z numerami telefonów, na które wysyłali SMS-y. Co ważne, obaj przesłuchiwani wcześniej dziennikarze odmówili podania swoich źródeł informacji.

Działania prokuratury skrytykowała wczoraj Helsińska Fundacja Praw Człowieka, przypominając, że to kolejny przykład omijania prawa przez służby specjalne, które za pomocą billingów próbują ustalić chronione tajemnicą dziennikarską nazwiska osób przekazujących mediom informacje.

Także wczoraj po południu wypowiedziała się poznańska prokuratura wojskowa. Występujący w jej imieniu płk Mikołaj Przybył oświadczył, że nie doszło do inwigilacji dziennikarzy. – Prokurator prowadzący sprawę nie miał pojęcia, czy rozmówcami sprawdzanych osób byli dziennikarze. Sprawdzaliśmy billingi prokuratorów, a nie dziennikarzy – zapewniał Przybył.

Z akt śledztwa wynika jednak, że było inaczej. ”Gazeta” ma protokół przesłuchania kpt. Marcina Maksjana z zespołu prasowego Naczelnej Prokuratury Wojskowej w Warszawie. 18 listopada 2010 r. opowiedział on o telefonie od Macieja Dudy, po którym szef NPW gen. Krzysztof Parulski polecił mu zrobić notatkę służbową. ”Wiedziałem wtedy, że będzie śledztwo” – mówi Maksjan. Cytował też swojego przełożonego płk. Ireneusza Szeląga, który dowiedziawszy się o pytaniach Dudy, stwierdził: ”Mamy kolejny przeciek”. Kapitan dołączył do zeznań pięć e-maili z pytaniami Dudy, w których znajdował się numer telefonu dziennikarza.

To nie wszystko. W aktach jest też tabela z analizami połączeń na telefon prok. Pasionka. Wśród czterech nazwisk rozmówców wielkimi literami wydrukowane jest nazwisko Duda.

Nie ma więc wątpliwości, że prokuratura od początku wiedziała, że występuje o billingi dziennikarza. Co więcej, właśnie od pytań zadawanych przez niego zaczęło się całe śledztwo.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75478,10888299,Znow_siegaja_po_billingi_dziennikarzy.html#ixzz1i1J5CQj3