Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

11-01-2012, 05:50

REM krytykuje za zdjęcie w kałuży krwi. SE: Jesteśmy dziennikarzami albo cenzorami  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
kk/pr/zr/pap/zpe
11-01-2012

Publikując zdjęcie prokuratora płk. Mikołaja Przybyła w kałuży krwi po próbie samobójczej, “Super Express” (Murator) drastycznie naruszył normy etyczne obowiązujące dziennikarzy, a zwłaszcza zasadę poszanowania ludzkiej godności – oceniła Rada Etyki Mediów.

Zdjęcie prokuratora wojskowego po podjętej w poniedziałek próbie samobójczej znalazło się na pierwszej stronie oraz wewnątrz wtorkowego wydania “SE”.

“Od dłuższego czasu Rada Etyki Mediów otrzymuje skargi na epatowanie okrucieństwem w opisach i obrazach publikowanych w mediach, także elektronicznych. Zdaniem REM jest to praktyka zasługująca na stanowcze potępienie” – brzmi wtorkowe oświadczenie Rady Etyki Mediów.

Z zarzutami REM nie zgadza się redaktor naczelny “Super Expressu” Sławomir Jastrzębowski. “Gdybyśmy na poważnie brali Radę Etyki Mediów, musielibyśmy wyrzucić do kosza najlepsze światowe zdjęcia, nagradzane (w konkursie) World Press Photo (…). Albo jesteśmy dziennikarzami, albo cenzorami. Albo będziemy pokazywać ludziom życie, albo firanki. +Super Express+ nie ma w tej sprawie wątpliwości” – oświadczył w przesłanym nam oświadczeniu Sławomir Jastrzębowski.

Wojskowy prokurator płk Mikołaj Przybył postrzelił się w poniedziałek w Poznaniu, w przerwie konferencji prasowej. Wcześniej w specjalnym oświadczeniu zaprzeczał, by złamał prawo nadzorując śledztwo w sprawie przecieków z głównego postępowania dotyczącego katastrofy smoleńskiej. Wydarzenie to wywołało dyskusję o prokuraturze wojskowej. W tle sprawy jest też spór co do zakresu sięgania przez śledczych po billingi i esemesy, m.in. dziennikarzy.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/rem-krytykuje-za-zdjecie-w-kaluzy-krwi-se-jestesmy-dziennikarzami-albo-cenzorami

10-01-2012, 19:41

Ryszard Barnert i historia Telewizji Katowice  »

katowice.naszemiasto.pl
Grażyna Kuźnik
10-01-2012

Katowicka telewizja powstała w 1957 roku i od razu stała się jedną z najsilniejszych stacji w kraju – pisze Grażyna Kuźnik.

W tym roku przypada okrągła, 55. rocznica nadania pierwszego programu telewizji katowickiej. Ośrodek zaczął nadawać dopiero jako czwarty w Polsce; po Warszawie, Poznaniu i Łodzi, ale szybko stał się najsilniejszy po stolicy. Obejmował nie tylko Śląsk i Zagłębie, ale całą południową i zachodnią część kraju. Kilka miesięcy po powstaniu otrzymał stałe połączenie z telewizją czechosłowacką.

Ośrodek powstał w Bytkowie, sześć kilometrów od centrum Katowic. Składał się ze stacji nadawczej i masztu o wysokości 225 metrów. Redakcje telewizyjne wciąż jednak mieściły się w rozgłośni radiowej przy ul. Ligonia.

Pierwszą kadrę ośrodka stanowili ludzie radia, filmu i teatru. Nie mieli doświadczenia, ale dużo zapału. Pracy było dużo, bo jeśli na początku program był nadawany tylko trzy razy w tygodniu po trzy godziny dziennie, to już wkrótce liczba dni z programem została zwiększona do sześciu dni, a potem objęła cały tydzień. Godzin w ciągu dnia również przybyło.

Ryszard Barnert w studiu teatralnym Telewizji Katowice

Pierwszym reżyserem telewizyjnym w nowej stacji zostaje Ryszard Barnert. Jego ojciec był znanym działaczem niepodległościowym, który przybył do Katowic ze Spiszu. Ryszard nie ma odpowiedniego wykształcenia, należy jednak do Śląskiego Klubu Filmowego. Kiedy wygra konkurs na stanowisko realizatora i reżysera, zda konieczne egzaminy w łódzkiej filmówce.

Z pasją zrealizował ponad sześć tysięcy różnych programów. Nie tylko ambitne spektakle teatralne, ale wszystko, co ludzie chcieli oglądać. Programy rozrywkowe, sportowe, popularnonaukowe, informacyjne, a także koncerty i festiwale.

Z sympatią wspomina go Maryla Rodowicz, chwaląc jego sprawność i talent organizacyjny. Miał zresztą wielu przyjaciół wśród artystów.

Rodzina Barnertów była mocno związana z Katowicami. Ojciec Franciszek organizował propolskie powstanie, był komisarzem plebiscytowym w Nowym Targu, żołnierzem Polskiej Organizacji Wojskowej. Pracował w Ministerstwie Skarbu w stolicy. Na Śląsk przyjechał w 1930 roku, na posadę naczelnika w dyrekcji Urzędu Ceł w Mysłowicach. Przywiózł żonę Irenę i dwóch małych synów, Jerzego i Ryszarda. Wszyscy zamieszkali w nowym budynku Profesorów Szkół Technicznych przy ulicy Wojewódzkiej 23 w Katowicach.

We wrześniu 1939 roku Franciszek z synem Jerzym ucieka na Węgry. Tam prowadzi placówkę Czerwonego Krzyża, która jest przykrywką dla działań kontrwywiadowczych. Jako oficer “dwójki”, czyli polskiego kontrwywiadu pomaga kurierom Rządu Londyńskiego, którzy podróżują ze wschodu na zachód. Kiedyś ukrywa samego Edwarda Rydza-Śmigłego, byłego wodza naczelnego Wojska Polskiego.

W tym czasie matka wraca do okupowanej Warszawy. Ryszard jest tu harcerzem Szarych Szeregów, wykonuje zwiady dla AK. Ma pracę w warsztacie rusznikarskim granatowej policji, gdzie naprawia broń żołnierzy podziemia. Kilka tygodni przed wybuchem Powstania Warszawskiego matka, pełna złych przeczuć, zabiera go jednak znowu na Śląsk.

A na Węgrzech Niemcy aresztują Franciszka, który trafia do obozu koncentracyjnego w Bawarii, potem w Dolnych Sudetach. Ucieka stamtąd z brawurą i ukrywa się w nadgranicznych lasach. Doczekał się końca wojny i spotkania z bliskimi. Cała rodzina osiada na stałe w Katowicach.

Chociaż Ryszard wybrał artystyczny zawód, miał ścisłe talenty po ojcu. Jego pasją są samochody. Bierze udział w licznych rajdach. Ryszard Barnert, zmarły w ubiegłym roku pozostanie w pamięci nie tylko widzów jego programów, ale także fanów motoryzacji. Był przecież współtwórcą samochodu Pirat, pierwszego polskiego, niezwykłego auta do składania, czyli tak zwanego kitcara.

Całość: http://katowice.naszemiasto.pl/artykul/1233373,ryszard-barnert-i-historia-telewizji-katowice,id,t.html

10-01-2012, 19:33

Samobójca i dziennikarze, czyli pornografia nieszczęścia  »

Gazeta Wyborcza
Adam Leszczyński
10-01-2012

Tylko dwoje dziennikarzy ratowało postrzelonego prokuratora z Poznania, który próbował popełnić samobójstwo. Kamerzyści chwycili za kamery. Hieny? Dlaczego. Dostarczają widzom tego, czego chcą.

To pocieszające, że nie wszystkie ludzkie uczucia jednak zanikły wśród dziennikarzy, którzy pierwsi zobaczyli niedoszłego samobójcę. Dwie osoby stanęły na wysokości zadania – dziennikarz jednej z gazet próbował reanimować prokuratora, a dziennikarka radiowa zadzwoniła na numer alarmowy. Ktoś cyniczny mógłby jednak dodać, że oni i tak nie mogliby zrobić materiału, bo prokurator już nic im nie mógł powiedzieć. Dziennikarze telewizyjni złapali za kamery. Oni mogli zrobić materiał.

Szybko, oczywiście, internet zatrząsł się z oburzenia. “Jedna ze stacji newsowych wciąż epatuje widzów nagraniem. Otwierane okno. Ciało. Leżący pistolet. Po co KRRiT, REM, SDP etc. w tym kraju?” – np. pisał na Twitterze specjalista ds. marketingu politycznego Eryk Mistewicz (@ErykMistewicz).

Wrócił tu oczywiście stary problem: jak powinien zachować się dziennikarz, który widzi ludzkie nieszczęście? Co wolno mu pokazać, a co nie? Dotyczy wszystkich dziennikarzy, ale w największym stopniu reporterów telewizyjnych i fotoreporterów, bo oni pokazują obrazy – słowa, nawet najbardziej poruszające, rzadko wywołują takie wrażenie. Sprawa wraca zawsze, kiedy media pokażą szokujący obraz: np. za zdjęcie sępa czekającego na śmierć głodującego dziecka w południowym Sudanie fotograf Kevin Carter dostał nagrodę Pulitzera w 1994 r. Mój redakcyjny kolega Krzysztof Miller zrobił niegdyś w Kongu zdjęcie grupie fotoreporterów, którzy stoją nad zabitym – jak sępy.

Dziś “Super Express” wydrukował na pierwszej stronie zdjęcie zalanego krwią prokuratora; tak jak parę lat temu wydrukował zdjęcie zabitego w Iraku dziennikarza Waldemara Milewicza. W tym drugim wypadku sytuacja jest nieco – ale tylko trochę – czystsza, bo Milewiczowi nie można już było pomóc, kiedy zostało zrobione to zdjęcie.

Drukowanie i oglądanie tego wszystkiego jest oczywiście pornografią – tyle, że pokazuje się tu nie seks, a cudze nieszczęście.

Pornografia istnieje jednak dlatego, że ma nabywców. Dziennikarze nie działają w próżni: podlegają nieustannej rynkowej weryfikacji, w czasach internetu silniejszej niż kiedykolwiek, bo można ustalić, które materiały są oglądane w sieci, a które nie – dużo łatwiej i bardziej precyzyjnie niż w czasach prasy drukowanej.

Dziennikarze nie są oczywiście pozbawieni moralnej autonomii ani sumienia – przynajmniej żadnego takiego nie znam – ale też presja na zrobienie dobrze “wyklikanego” materiału jest silna. Czy to smutne, że jej ulegają? Smutne, zgoda. Ale drugą stroną tej smutnej sytuacji są odbiorcy, którzy uwielbiają drastyczne sceny oglądać.

Przypuszczam, że dziś z oburzenia trzęsą się ci sami ludzie, którzy wcześniej obejrzeli nagranie zalanego krwią człowieka – obejrzeli, chociaż dobrze wiedzieli, co zobaczą. Obejrzeli, a zaspokoiwszy pornograficzną chęć obejrzenia – oburzyli się, co pozwoliło im zmyć z siebie poczucie winy związane z napawaniem się drastycznym obrazem cudzego nieszczęścia i doświadczyć przyjemnego uczucia moralnej wyższości.

Dla wszystkich oburzonych obrazami krwi, krzywdy i katastrof mam więc jedną radę – nie oglądajcie. Nie klikajcie. Jak w redakcjach będą wiedzieli, że wszyscy odwrócą się z oburzeniem od zdjęcia niedoszłego samobójcy – nie będą go pokazywać. Teraz, niestety, dobrze wiedzą, że ludzie uwielbiają to oglądać. A potem lubią się oburzyć na to, co obejrzeli, bo to oburzenie też jest bardzo przyjemne.

Całość: http://wyborcza.pl/1,113922,10942175,Samobojca_i_dziennikarze__czyli_pornografia_nieszczesci a.html#ixzz1j4pZyYpZ

10-01-2012, 17:34

Ponad 50 zgłoszeń do konkursu im. Krystyny Bochenek  »

Dziennik Zachodni
(PAP)
10-01-2012

Ponad 50 materiałów dziennikarskich zgłoszono do pierwszej edycji Ogólnopolskiego Konkursu Dziennikarskiego im. Krystyny Bochenek. Na autora najlepszej publikacji poświęconej sprawom województwa śląskiego czeka 50 tys. zł.

Nagroda marszałka województwa śląskiego im. Krystyny Bochenek

Termin zgłaszania prac konkursowych upłynął z końcem grudnia 2011 r. Ostateczna liczba zgłoszonych prac będzie znana za kilka dni – na razie do Urzędu Marszałkowskiego wciąż docierają materiały wysłane pocztą krótko przed upływem regulaminowego terminu.

Wręczenie nagród zaplanowano na 13 marca – w dniu imienin Krystyny. Tragicznie zmarła wicemarszałek Senatu, wybitna dziennikarka Krystyna Bochenek, była m.in.inicjatorką dorocznego imieninowego spotkania pań noszących to imię.

Wicemarszałek zginęła 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie samolotu Tu-154 pod Smoleńskiem. Przez wiele lat była dziennikarką Radia Katowice, współpracowała z telewizją i prasą. Zasłynęła z akcji i inicjatyw społecznych, promujących m.in. zdrowie i piękną polszczyznę. Była pomysłodawczynią ogólnopolskiego dyktanda i zjazdów Krystyn.

Udział w konkursie, którego organizatorem jest marszałek woj. śląskiego, biorą autorzy publikacji podejmujących szeroko pojętą problematykę związaną z tradycją, historią i kulturą województwa, a także tematykę obecnych przemian w regionie i wizji jego przyszłości. Celem jest upamiętnienie Krystyny Bochenek i promocja regionu.

Konkurs obejmuje materiały prasowe, audycje radiowe i programy telewizyjne oraz publikacje z zakresu dziennikarstwa internetowego. Wyjątkowo w pierwszej edycji konkursu oceniane będą publikacje z lat 2010-2011; w kolejnych latach – z jednego roku kalendarzowego.

Konkurs składa się z kilku etapów. Po zakwalifikowaniu przez komitet organizacyjny prac konkursowych nastąpi wybór pięciu finalistów, z których kapituła wyłoni zwycięzcę. Główną nagrodą jest 50 tys. zł oraz pamiątkowe dyplomy i medale z wizerunkiem Krystyny Bochenek.

W skład kapituły, oprócz fundatora nagrody marszałka woj. śląskiego Adama Matusiewicza, wchodzą: rektor Uniwersytetu Śląskiego prof. Wiesław Banyś; dziekan Wydziału Radia i Telewizji tej uczelni prof. Krystyna Doktorowicz oraz dziennikarze: szef “Faktów” TVN Kamil Durczok; uznana reportażystka radiowa Anna Sekudewicz oraz znany śląski dziennikarz “Polityki” Jan Dziadul. W przyszłości do kapituły będą mogli wejść również laureaci konkursu.

Patronat nad konkursem objęły śląskie i ogólnopolskie redakcje, m.in. “Gazeta Wyborcza”, “Polska Dziennik Zachodni”, “Polityka”, Polskie Radio Katowice, katowicki oddział TVP, telewizja TVS, “Gość Niedzielny”, Wydawnictwo Górnicze oraz Polska Agencja Prasowa.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/492285,ponad-50-zgloszen-do-konkursu-im-krystyny-bochenek,id,t.html

10-01-2012, 17:27

Słownik śląskiej godki Dziennika Zachodniego  »

Dziennik Zachodni
10-01-2012

Słownik Śląskiej Godki

Słownik Śląskiej Godki to nowa propozycja przygotowana specjalnie dla Czytelników Dziennika Zachodniego. Ten bogato ilustrowany słownik dostępny będzie w formie prezentu wraz z kolejnymi wydaniami Dziennika Zachodniego począwszy od 14 stycznia br.

 Słownik Śląskiej Godki składać się będzie z 10 części oraz specjalnej okładki na całą kolekcję.  “Choć godanie jest tylko jednym z wielu elementów śląskiej kultury, to jednak trudno sobie wyobrazić Górny Śląsk, na którym nikt nie będzie potrafił mówić po śląsku.

Bez tego mówionego wymiaru śląskości nastąpiłaby wielka kulturowa katastrofa o charakterze regionalnym…” – pisze Mirek Szołtysek.

Kolekcja promowana jest w lokalnych rozgłośniach radiowych, stacjach TVS i TVP Katowice oraz w portalach naszemasto.pl, wiadomosci24.pl i dziennikzachodni.pl. Działania przygotował wydawca.

 

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/492180,slownik-slaskiej-godki-dziennika-zachodniego-zobacz,id,t.html

10-01-2012, 10:05

Prawnicy: sięganie po billingi i esemesy dziennikarzy łamie prawo  »

Onet.pl
JS/PAP
10-01-2012

Jeśli prokuratorzy rzeczywiście chcieli poznać billingi i esemesy dziennikarzy, złamali prawo – podkreślają prawnicy.

- Uważam, że nastąpiło naruszenie prawa, dlatego że tajemnica dziennikarska jest chroniona przez Kodeks postępowania karnego w sposób szczególny, podobnie jak adwokacka czy radcowska. Jest określony tryb zwalniania z obowiązku zachowania tajemnicy, tylko sąd może zwolnić, nie prokurator – ocenił prof. Piotr Kruszyński, karnista z Uniwersytetu Warszawskiego.

Według mediów wojskowi prokuratorzy z Poznania analizowali billingi i esemesy dziennikarzy śledczych Macieja Dudy z TVN24.pl i Cezarego Gmyza z “Rzeczpospolitej”. Nadzorujący to śledztwo płk Mikołaj Przybył podkreślał na poniedziałkowej konferencji prasowej m.in., że dopiero po fakcie zdał sobie sprawę, iż sprawdził dane dotyczące prawdziwych dziennikarzy (podczas przerwy w konferencji płk Przybył postrzelił się).

Zdaniem Kruszyńskiego, jeśli prokurator uważał, że ktoś podszywał się pod dziennikarza, a tak tłumaczył się Przybył, mógł to sprawdzić bez sięgania po billingi. Prawnik uważa, że wyjaśnienia wojskowego prokuratora były nieprzekonujące.

Płk Przybył w oświadczeniu dla mediów podkreślał, że postanowienia prokuratury dotyczące uzyskania danych o użytkownikach numerów telefonicznych, billingów oraz wykazów i treści esemesów uważa za “całkowicie uzasadnione i nienaruszające obowiązującego prawa”. Swoją ocenę opierał na przepisie Kodeksu postępowania karnego (art. 236a), który pozwala prokuratorowi sięgać po dowody elektroniczne.

Z kolei prokurator generalny Andrzej Seremet uważa, że kilka postanowień Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Poznaniu w śledztwie ws. przecieków ze sprawy smoleńskiej nie miało podstawy prawnej, ale nie można mówić, by prokuratorzy inwigilowali dziennikarzy.

W opinii Kruszyńskiego interpretacja płk Przybyła jest nieprawdziwa, ponieważ istnieje szczególny przepis Kpk (art. 180 par. 2), który stanowi, że adwokaci, radcowie prawni, notariusze, lekarze i dziennikarze mogą być zwolnieni z tajemnicy tylko, gdy jest to niezbędne dla dobra wymiaru sprawiedliwości, a okoliczności nie mogą być ustalone na podstawie innego dowodu. Na takie zwolnienie musi się jednak zgodzić sąd.

Według Kruszyńskiego dyskusyjne jest, jaką odpowiedzialność mieliby ponieść prokuratorzy, jeśli złamali prawo. – Na pewno jest to naruszenie prawa i na pewno powinny być jakieś konsekwencje dyscyplinarne wyciągnięte. Czy aż karne? Można dyskutować na ten temat – powiedział Kruszyński.

Takich wątpliwości nie ma prof. Marian Filar, prawnik z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. – Odpowiedzialności karnej niestety nie zastąpi żadna inna odpowiedzialność. To jest sprawa ważna, a nie chodzi o czapkę gruszek. Jeśli damy palec mały, to za chwilę nie będziemy mieli całej ręki – powiedział Filar.

Podkreślił jednak, że nie przesądza, czy prokuratura złamała prawo w śledztwie dot. przecieków ze śledztwa smoleńskiego. – Żeby odpowiedzieć na to pytanie, musiałbym znać dokładnie wszystkie fakty – zaznaczył.

Zdaniem adwokata i karnisty z Warszawy Mikołaja Pietrzaka “w świetle tragedii”, do jakiej doszło w Poznaniu, “jest kompletnie nieistotne, kto ma rację, a kto nie”. – Kwestia legalizmu jest drugorzędna – zaznaczył Pietrzak.

- Zarówno w warstwie konstytucyjnej, jak i procedury karnej uważam, że tajemnica dziennikarska, w szczególności w zakresie źródeł informacji – osób, z którymi rozmawiają dziennikarze, podlega szczególnej ochronie. Prokurator nie ma prawa, nie powinien wykonywać czynności dowodowych zmierzających do obejścia tego zakazu – podkreślił Pietrzak, który jest przewodniczącym komisji praw człowieka przy Naczelnej Radzie Adwokackiej, ale – jak zaznaczał – wypowiadał się wyłącznie we własnym imieniu.

W opinii Pietrzaka tłumaczenie płk. Przybyła, że sięga po billingi osoby, która w jego ocenie podszywała się pod dziennikarza, należy traktować z pewną dawką krytycyzmu, ale bez znajomości akt postępowania nie można wykluczyć, że są prawdziwe. – Jeżeli prokurator wiedział lub podejrzewał, że ma do czynienia z dziennikarzami, nie powinien był sięgać po te billingi – powiedział adwokat.

Pytany o konsekwencje dla prokuratorów za ewentualne naruszenie prawa Pietrzak ocenił, że w grę wchodziła odpowiedzialność dyscyplinarna, ale raczej nie karna, możliwa jedynie w razie przekroczenia uprawnień. – Myślę, że to nie jest ogromnie prawdopodobnym scenariuszem. Dziennikarze wręcz nie domagali się odpowiedzialności karnej prokuratorów, tylko odpowiedzialności dyscyplinarnej, instytucjonalnej, ewentualnie politycznej – zwrócił uwagę adwokat.

W jego opinii w sprawie prok. Przybyła stanowisko zajmą zarówno adwokatura, jak i Helsińska Fundacja Praw Człowieka, z którą Pietrzak współpracuje.

Przepisy dotyczące zarówno tzw. kontroli operacyjnej, jak i dostępu do danych telekomunikacyjnych wkrótce ma zbadać Trybunał Konstytucyjny. Dwie skargi do TK na regulujące to przepisy złożyła w ub. roku Rzecznik Praw Obywatelskich Irena Lipowicz. Nie ma jeszcze terminu rozprawy.

RPO uważa za niekonstytucyjne m.in. przepisy, które pozwalają służbom uzyskiwać np. dzięki podsłuchowi czy podglądowi dane o obywatelu, których zakresu precyzyjnie nie określono. Zdaniem RPO narusza to prawo do prywatności i zostawia służbom zbyt dużą swobodę. Lipowicz zwróciła też uwagę, że jednostka nie ma żadnej wiedzy o ingerencji służb w jej prawa i nie może korzystać np. z prawa odwołania do sądu i do zniszczenia danych na swój temat.

RPO zaskarżyła też przepisy pozwalające służbom na sprawdzenie, czyj jest dany numer telefonu komórkowego, dostęp do wykazów połączeń, danych o lokalizacji telefonu oraz o numerze IP komputera. RPO kwestionuje m.in., że ustawy nie regulują precyzyjnie celu gromadzenia billingów oraz nie nakazują służbom niszczenia tych, które okażą się nieprzydatne. Lipowicz podkreśliła też, że nie przewiduje się wyłączeń od zasady swobodnego dostępu do billingów żadnej kategorii osób – choć mogą być one objęte tajemnicą notarialną, adwokacką, lekarską lub dziennikarską.

Obecnie dziewięć służb może stosować podsłuchy, podgląd itp. Mogą to robić tylko za zgodą sądu dla wykrycia wymienionych w odpowiednich ustawach najgroźniejszych przestępstw oraz gdy inne środki są nieskuteczne. Prasa często donosi o nieprawidłowościach.

Dziś operatorzy muszą na własny koszt i na każde żądanie udostępniać służbom billingi, także online. Mają też nakaz najdłuższego w UE czasu przechowywania danych – przez dwa lata. W ub.r. uprawnione organy, w tym m.in. tajne służby, pytały o te dane 1,4 mln razy – co jest rekordem w UE. Po te dane sądy sięgają nawet w sprawach rozwodowych, co jest sprzeczne z dyrektywą UE. Zdaniem organizacji pozarządowych służby nadużywają swego prawa i nie liczą się z konstytucyjną ochroną prywatności obywateli.

Szef MSW Jacek Cichocki, jeszcze jako sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych, zapowiadał, że rząd nie będzie bronił obecnych rozwiązań ws. billingów. W październiku informował, że gotowa jest już propozycja ograniczenia okresu przechowywania billingów do jednego roku, ograniczenia zakresu ich wykorzystywania do ścigania poważnych przestępstw oraz zwiększenia kontroli nad wykorzystywaniem tych danych, w tym powołania w służbach pełnomocników do ich ochrony.

Cichocki nie widzi zaś możliwości sądowej kontroli nad dostępem służb do billingów oraz wyłączenia spod tych przepisów np. dziennikarzy. Media wiele razy podkreślały, że swobodny wgląd służb czy prokuratury w billingi reporterów grozi ujawnieniem ich źródeł, które przecież są prawnie chronione.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/raporty/samobojcza-proba-plk-mikolaja-przybyla/prawnicy-sieganie-po-billingi-i-esemesy- dziennikar,1,4993144,wiadomosc.html