12-01-2012, 11:27
Dziennikarz “Gazety” pozwał CBA »
Ewa Siedlecka
12-01-2012
Bogdan Wróblewski, który w “Gazecie” pisze m.in. o służbach specjalnych, był “billingowany” przez CBA za czasów Mariusza Kamińskiego, teraz posła PiS. Z jakiego powodu? CBA do dziś nie potrafi wytłumaczyć.
Obecny szef CBA Paweł Wojtunik uważa, że nie było po temu podstawy prawnej. Mimo to prokuratura umorzyła postępowanie w sprawie inwigilacji połączeń telefonicznych dziennikarza. Podobnie jak inne postępowania w sprawie inwigilacji dziennikarzy i nadużywania tzw. czynności operacyjnych.
Skoro więc na drodze karnej nie można wyegzekwować od policji i służb poszanowania konstytucyjnych praw i wolności, to może uda się to w procesie cywilnym?
Precedensową próbę podjął z pomocą Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka Bogdan Wróblewski. Zdecydował się na to jako jedyny z dziesiątki dziennikarzy “billingowanych” przez służby za czasów rządu PiS.
O tej inwigilacji dowiedzieliśmy się z akt sprawy dotyczącej bezprawnego podsłuchiwania innego dziennikarza “Gazety” – Wojciecha Czuchnowskiego. Fakt, że było to za czasów IV RP, nie ma znaczenia, bo ciągle wychodzi na jaw, że służby lekką ręką sięgają po dziennikarskie billingi – jak choćby w sprawie przecieków z tzw. śledztwa smoleńskiego zakończonej próbą samobójczą prokuratora.
A o tym, że “billingowanie” dotyka setki tysięcy Polaków, świadczą dane Urzędu Komunikacji Elektronicznej: rocznie policja i służby 1,3 mln razy (!) sięgają po billingi, dane abonentów, wykazy SMS-ów i BTS (dane lokalizacyjne pozwalające śledzić ruchy i kontakty właściciela telefonu). A wszystko to bez konieczności uzyskania zgody sądu i jakiejkolwiek zewnętrznej kontroli. Skarga rzecznika praw obywatelskich na takie prawo od pół roku jest w Trybunale Konstytucyjnym, ale jeszcze nie rozpoczęto nad nią prac.
Sprawa Bogdana Wróblewskiego pokazuje wszystkie patologie “billingowania”.
Policja i służby mogą sięgać po dane telekomunikacyjne bez niczyjej zgody czy kontroli, ale powinny to robić z jakiegoś prawnie uzasadnionego powodu. Np. w ramach postępowania karnego. Tymczasem ani CBA, ani prokuratura nie potrafiły powodu wskazać.
Chodziło o dwa tygodnie maja 2007 r. I nie o jeden telefon, ale trzy: służbowy, prywatny telefon żony dziennikarza (ale zarejestrowany na niego) i prepaid.
Przesłuchiwany w 2007 r. przez sejmową komisję ds. służb specjalnych b. szef MSWiA Janusz Kaczmarek powiedział, że to ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro chciał poznać, z kim Wróblewski się kontaktuje. Później, przed naciskową komisją śledczą, b. wiceszef CBA Maciej Wąsik – który zlecał “billingowanie” Wróblewskiego – twierdził, że chodziło o sprawdzenie źródeł informacji dziennikarza do artykułu o jednym ze śledztw.
Jaki to był artykuł i jakie śledztwo – nie pamiętał. Zupełnie nie potrafił też sobie przypomnieć, po co żądał jego billingów wcześniej – w grudniu 2006 r. Wtedy powstało CBA i można podejrzewać, że po prostu, ot tak, dla własnego komfortu sprawdzono sobie dziennikarzy, którzy mogą się służbą interesować.
To kolejna patologia, bo choć według prawa pobieranie danych teleinformacyjnych nie musi się dziać w ramach konkretnego postępowania, to jednak musi być związane z kompetencjami służby. CBA jest od zwalczania korupcji, monitorowania przetargów, sprawdzania oświadczeń majątkowych funkcjonariuszy publicznych. Wśród jej kompetencji nie ma badania przecieków ze śledztw. A w kompetencjach żadnej ze służb nie mieści się badanie kontaktów dziennikarzy dla samej wiedzy.
To oczywiste nadużycie i tak już dziurawego prawa. I obejście ochrony dziennikarskich źródeł informacji. Czyli prawa, które chroni nie dziennikarza, ale jego informatorów. A także jest jedną z gwarancji, by prasa mogła wypełniać swoją konstytucyjną rolę: informować, kontrolować i umożliwiać debatę publiczną.
To nie koniec billingowych patologii. Pozyskując billingi i inne dane teleinformatyczne Wróblewskiego z tak długiego okresu, CBA musiało uzbierać kilka segregatorów danych. Co się stało z tymi materiałami? Zniszczone? Nie ma protokołu zniszczenia. Są gdzieś w archiwum? CBA nie potrafi ich odnaleźć. Ktoś wyniósł? Ile było kopii? Kamień w wodę.
A przecież tam są wrażliwe informacje, także o życiu prywatnym. I to nie tylko dziennikarza, ale również jego żony. A także osób, z którymi przez kilka miesięcy oboje się kontaktowali. Można sprawdzić, gdzie i kiedy byli, z kim się spotykali. Wszystkie te informacje są gdzieś we władaniu nie wiadomo kogo. A ponieważ prokuratura umorzyła postępowanie – mamy przyjąć, iż jest to stan zgodny z prawem.
W odróżnieniu od procesu karnego, w cywilnym to pozwany – czyli CBA – musi dowieść, że działał zgodnie z prawem. I że za jego działaniami stał interes publiczny, który usprawiedliwia naruszenie prywatności.
Prowadzący pro bono sprawę pełnomocnik Bogdana Wróblewskiego adw. Maciej Ślusarek pisze w pozwie, że takiego interesu nie było, a “celem ingerencji w prawo do prywatności powoda nie była realizacja ustawowych zadań CBA, a raczej partykularny interes tego podmiotu”.
Cywilny proces o ochronę dóbr osobistych – prywatności, tajemnicy komunikowania się, autonomii informacyjnej i dziennikarskiej reputacji, którą mógł podkopać fakt inwigilowania przez służby źródeł informacji dziennikarza – może się okazać skutecznym sposobem wykazania, że “billingowanie” w wykonaniu policji i służb łamie prawo. Spowodować zmianę praktyki, a może i prawa – jeśli np. sąd zwróci się z pytaniem prawnym do Sądu Najwyższego czy Trybunału Konstytucyjnego.
Całość: http://wyborcza.pl/1,75478,10949809,Dziennikarz__Gazety__pozwal_CBA.html#ixzz1jEYLworN


