28-12-2012, 18:42
Pożegnanie ze “Śląskiem” »
Witold Turant
22-12-2012
Z TADEUSZEM KIJONKĄ,
założycielem i prezesem Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego
i redaktorem naczelnym miesięcznika „Śląsk”,
rozmawia WITOLD TURANT
- Czy jesteś rdzennym Ślązakiem?
- Jestem nie tylko rdzennym Ślązakiem, ale wywodzę się z rodziny o wielopokoleniowych związkach ze Śląskiem i śląskich tradycjach. Otóż mój dziadek ze strony matki, Józef Kojzar, noszący potem przydomek “Polskiego Króla”, w roku 1919 został wybrany polskim naczelnikiem gminy Rowień pod Żorami gdzie mieszkał, jednym z pierwszych na Śląsku. Przedtem zakładał POW razem z Nikodemem Sobikiem, swoim szwagrem, rozstrzelanym później w Charkowie, rzec można z dwóch wyroków, stalinowskiego i hitlerowskiego – figurował bowiem w tzw. księdze gończej, którą hitlerowcy i sowieci wymienili między sobą. Sobik, dowódca baonu żorskiego, był jednym z najbitniejszych powstańczych dowódców III powstania. Najpierw z zaskoczenia opanował nocą Żory, potem poszedł na Rybnik, który zdobył nie bez ofiar, walka toczyła się nawet na dachach w Paruszowcu. Stamtąd ruszył nad Odrę w miejsce najcięższych walk. Czasem patrzę na rodzinne zdjęcie: dziadek miał jedenaścioro dzieci – zastanawiam się i nie mogę pojąć, jak bardzo ryzykował. Tym bardziej, że dwaj dorośli synowie także byli w powstaniu. Dziadek prowadził urząd gminny we własnym domu. W 1922 roku naprzeciw tego domu wyrosła postawiona przez niego brama powitalna. Dziadek zmarł mając 90 lat. Jego ostatnie zdjęcie urodzinowe zostało wykonane w grudniu 1966 roku, odbył się wtedy ostatni już zjazd rodzinny. Jest to zdjęcie na tle powstańczego sztandaru, w towarzystwie dwóch ziomków w mundurach powstańczych. Odprowadzając dziadka na cmentarz w Boguszowicach, wnukowie nieśli trumnę, był także poczet sztandarowy, jak sobie by tego życzył, a czego już dopilnował syn Frydek, powstaniec, adiutant Sobika.
- Rodzina o orientacji zdecydowanie propolskiej. A gdzie miejsce na tak dziś chętnie przez niektórych przywoływane śląskie germanofilstwo?
- Nie, nie. To nie tak było. Były oczywiście ostre podziały, była pewna charakterystyczna dla pogranicza chwiejność postaw, ale dominowały postawy jasne. Także mój drugi dziadek, zaolziak z Dziećmorowic, opowiedział się za Polską. Jego brat, który wrócił do Dziećmorowic z emigracji zarobkowej, zamiast postawić sobie dom i założyć rodzinę, buduje tam polską szkołę, pod egidą Macierzy Śląska Cieszyńskiego. Z takiego domu wywodzi się mój ojciec Antoni, rocznik 1901, który na skutek udziału w walkach podczas czeskiego zaboru Zaolzia w 1919 roku musiał opuścić swoje rodzinne strony. Trafia najpierw do polskiego wojska, następnie bierze udział w III powstaniu. Na Zaolzie już nigdy nie wróci. Nie było dnia bez wspominania Olzy, rzeki życiowej rozłąki.
- Nadchodzi rok 1936 i rodzi się Tadzio.
- Urodziłem się w Radlinie Dolnym. Ojciec znalazł tam stały przystanek, najpierw u rodziny Grabarczyków, przezacnych ludzi. To w ich domu przyszedłem na świat. Rodzice dorabiali się wszystkiego, od przysłowiowej łyżki. Ojciec był bardzo gospodarny. Kupił kawałek ziemi w sąsiednim Jodłowniku i myślał o budowie domu, wiosną 1939 roku posadził nawet drzewa i ugasił wapno, zwiózł piasek i cegły. Ja, choć jeszcze paroletni, dobrze pamiętam te lata radlińskie, szczególnie jednak czas okupacji, jako okres nieustannych rewizji i działań nękających. Nawet węgiel przerzucano w piwnicy. Były podejrzenia o związki rodziców z AK. Matka jako kurierka wyprawiała się do Wiednia. Rodzice nie przyjęli volkslisty. W 1944 roku w nocy 20 maja przyszło gestapo i zabrało rodziców. Myśmy zostali sami – po przebudzeniu, dwuletni brat i ja. Ojciec na przymusowych robotach, to wiedziałem, lecz matka, gdzie jest matka… Mamie udało się uprosić, żeby sprowadzono moją przybraną starkę, Łucję Grabarczykową, aby się nami zajęła. Potem dość długo nie było wiadomo, gdzie się rodzice znajdują. Jeden z braci mamy przekradł się wozem rzeźniczym do gestapowskiego więzienia w Rybniku i zobaczył ojca rąbiącego na placu drewno. Myśmy byli z bratem przeznaczeni do wysłania do Niemiec i przekazania niemieckiej rodzinie. Jednak do tego nie doszło. Zachował się nawet dokument wystawiony potem przez gminę, mówiący o przekazaniu nas na wychowanie pod opiekę Łucji i Pawła Grabarczyków, powstańca, górnika, w tym czasie na robotach przymusowych z synem Bolkiem w Łabędach. To wtedy zdarzył się cud – podczas przesłuchania na gestapo, protokolantka, Łucja Wróbel z Popielowa, mocno zaczadzona hitleryzmem – nikt inny nie mógł do takiej pracy na gestapo zostać wzięty – mówi nagle do mojej matki, pod wpływem jakiegoś impulsu, kiedy przesłuchujący gestapowcy wyszli na papierosa: – Pani Kijonkowo, wy się do niczego nie przyznowejcie. Oni nic o wos nie wiedzą. – To było kluczowe zdanie dla dalszego śledztwa i losów mojej mamy, którą po złamaniu na przesłuchaniach czekało Auschwitz. Informację przerzucono do ojca, który twardo trzymał się odpowiedzi zaprzeczających. Bardzo dobrze pamiętam ten radliński czas. Także spotkania w naszym domu, potajemne rozmowy, przekazywanie informacji z radia o liniach frontu oraz nakładanie ich na rozłożoną mapę, która zachowała się w domu. Ten czas to stałe poczucie zagrożenia. Pamiętam następnie bombardowanie pobliskiego Wodzisławia i pożar miasta. Radlin dzieliły od Wodzisławia zaledwie dwa kilometry, więc był w zasięgu ostrzału i bombardowania.
- Rok 1945 nie przyniósł jakiejś zasadniczej zmiany.
- To wszystko nie stało się tak od razu. Pamiętam 3 maja po wyzwoleniu. To było zdumiewające. W Radlinie, w sali restauratora Kowalskiego stanęły oto na estradzie dwa chóry. Odbyła się normalna akademia z pocztami sztandarowymi. Wszystko ożywało, starzyki wydobyli z ukrycia sztandar. Już wtedy sprawdziłem się jako recytator. Najpierw wygłosiłem wierszowaną opowieść o czasie okupacji napisaną przez mamę. Potem ze sztandarami poszliśmy na cmentarz na grób powstańców.
- To ile lat wtedy miałeś?
- Niecałe osiem. Na cmentarzu, tonąc w glinie, bo wtedy padało, wygłosiłem napisany przez mamę okolicznościowy wiersz. Pamiętam jego zakończenie:
“O grobie powstańców, sześć lat opuszczony,
ale już zabrzmiały nasze polskie tony.
Przyszlim tu radośnie dzisiaj wieniec złożyć,
ukochanej Polsce dalej wiernie służyć”.
Wiersz wygłosiłem tak stanowczym głosem, że nie przeszło to bez wrażenia. A po południu poprawiła się pogoda i na boisku w „moim” Radlinie odbył się capstrzyk powstańczy z grochówką i ogniskiem. Tak więc moje wejście w powojenną rzeczywistość było bardzo uroczyste. To są lata, kiedy się coś odradza, zapowiada, ale szybko nadchodzą czasy stalinowskie, które wspominam także jako okres nieustannego zagrożenia. Rodzice z jednej strony należeli do Związku Byłych Więźniów Politycznych, ale przynależność do tzw. prywatnej inicjatywy też tworzyła stan zagrożenia i niepewności. Po szkole podstawowej znalazłem się w Technikum Budowy Maszyn Górniczych. Chodziło o to, żeby mieć i to w miarę szybko pewny fach w ręku. Ale równocześnie od czterdziestego szóstego roku uczyłem się gry na fortepianie, bo już wówczas, zanim wrócą do Rybnika bracia Szafrankowie, powstało coś w rodzaju ogniska muzycznego w klasach rybnickiego gimnazjum, gdzie ustawiono kilka pianin. W technikum jakoś dawałem sobie radę, choć były przedmioty, które jeszcze dziś budzą we mnie grozę: osiem godzin matematyki w tygodniu – i to w pięć dni, no i te przedmioty zawodowe: spawalnictwo, odlewnictwo, organizacja pracy, obróbka skrawaniem, maszynoznawstwo, maszyny górnicze, elektrotechnika; niektóre zresztą lubiłem, jak rysunek techniczny. W zeszytach z jednej strony było to, co zanotowałem na lekcji, a na tylnych stronach zapisywałem wiersze. Miałem słuch i byłem muzykalny, toteż rokowano mi spore możliwości pianistyczne. Natomiast w technikum raz w tygodniu szło się na zajęcia warsztatowe, były również niedziele robocze i zjazdy na dół do kopalni. Odbywaliśmy także podczas wakacji miesięczne praktyki w Rybnickiej Fabryce Maszyn. I po takiej praktyce szykowano mnie z trudnym już programem na popisy. Pani Bernard, wspaniała nauczycielka, która dojeżdżała do Rybnika z Chorzowa, później także nauczycielka Eugeniusza Knapika, zawołała z przerażeniem, przyglądając się po wakacjach moim dłoniom: – Tadziu, coś ty zrobił z rękami? Tym się nie da grać! – No i w ten sposób wykruszyłem się z tych zajęć, za to miałem wreszcie czas na piłkę nożną. Jeszcze teraz zasiadam czasem do pianina, zwłaszcza w okresie śpiewania kolęd. Kiedy mama żyła, miewała taki koncert życzeń: – Tadziu, zagraj to, zagraj tamto. – Brałem nuty sprzed lat i grałem, potrafiłem z pamięci przebiec jeszcze “Menuet” Paderewskiego. Osiągnąłem więc już pewną sprawność. Potem mi się to przydało, bo Karol Stryja, który był konsultantem artystycznym opery w Bytomiu potrzebował kogoś, kto rymuje i gra. I byłem na miejscu jedynym, który miał łatwość rymowania więc mogłem sprawdzić sobie przy instrumencie, jak się ma tekst do nut.
Już wtedy pisałem. Mój polonista z technikum pan Kazimierz Widzisz uznał, że powinienem się udać do kogoś, kto jest literatem. Nie bardzo był zorientowany, kto na Śląsku zajmuje się literaturą, znał tylko nazwisko Wilhelma Szewczyka i poradził mi pojechać do niego, bo pochodził z naszych stron. I tak bez większego skrępowania i zapowiedzenia się, postanowiłem odwiedzić go w domu, jak to było przyjęte w naszych stronach. Dzwonek, drzwi otwiera pani Stefania Szewczykowa i już po chwili siedzę w gabinecie Wilhelma Szewczyka.
- Który to jest rok?
- 1954. Kończę technikum. Obowiązują nakazy pracy. Chciałem studiować polonistykę, ale po technikum nie było to możliwe. Mogłem pójść na politechnikę, ale niech Bóg broni! Wziąłem nakaz pracy do Katowic i wkrótce zaprzyjaźniłem się z panem Wilhelmem. Znaczenie miał także mój rybnicki rodowód. I tak zaprowadził mnie pewnego listopadowego dnia na spotkanie Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich i w ten sposób wszedłem w środowisko.
- Jakie było to środowisko?
- Miało swoje legendarne postacie. Był tu potężnej postury poeta Aleksander Baumgardten, wkrótce wydajny prozaik, który przybył ze Lwowa. Był drobny, siwiuteńki powieściopisarz Jan Brzoza. Oni musieli się codziennie spotkać, żeby się pokłócić o Lwów. Dominowali Wilhelm Szewczyk i Zdzisław Hierowski. Z Hierowskim także potem wszedłem w zażyłość, bywałem u niego w domu. Jestem jeszcze studentem, ale jesteśmy już po imieniu. Był oczywiście Gustaw Morcinek, który mieszkał w Skoczowie i przyjeżdżał od czasu do czasu do Katowic, jako prezes zarządu. Zdarzyło się, że zachorował Hierowski i to mnie wówczas powierzono zredagowanie książki z okazji siedemdziesiątej rocznicy urodzin Morcinka. Nie miałem wtedy jeszcze żadnego edytorskiego doświadczenia, ale wiedziałem, że po prostu nie mogę odmówić. Publikowałem już swoje utwory, ale to przecież nie to samo. Były to nie tylko wiersze zamieszczone na łamach “Przemian”, pisma powstałego w 1956 roku, ale i poemat poświęcony Węgrom, a potem pierwszy reportaż pod tytułem “Szubienice gotartowickie”, o zagładzie tamtejszej drużyny harcerskiej podczas okupacji i egzekucji publicznej na oczach rodziny.
Warto może wspomnieć jeszcze kilka postaci tego środowiska – jest Janina Żelechowska-Zabierzewska, która osiadła tu z mężem jeszcze przed wojną. Niesłychanie sympatyczna starsza pani, pisywała wiersze. Jest Jan Wypler, działacz plebiscytowy, poliglota, tłumacz z chińskiego, postać niezwykle barwna i powszechnie szanowana. Z prozaików wymienić należy jeszcze cenioną pisarkę Marię Klimas Błahutową i Kalmana Segala, który po powrocie z ZSRR osiadł w Katowicach. Miał swój literacki świat związany z zagładą żydowskich miasteczek. Po roku 1968 wyjechał z rodziną z Polski. Mocno zaznaczał swą obecność pełen temperamentu Andrzej Wydrzyński, publicysta, dramaturg, do prozy przeszedł nieco później. Aktywny publicysta w okresie przemian, pisał w duchu rozrachunkowym. Potem się przeniósł do Warszawy i wszystkie dziewczyny tutejsze płakały. Miał żonę, Jolantę Haniszównę, piękną aktorkę Teatru Śląskiego, która go bardzo kochała i przymykała oczy, z tym, że nie wiemy, czy tak naprawdę wiele było do wybaczania, niemniej był to taki z temperamentu i potrzeby ducha uwodziciel. Środowisko skupione w ZLP liczyło wówczas niewiele ponad 20 osób i było bardzo rozproszone. To rozproszenie stanowiło tutaj zawsze problem i rzutowało na jakość i możliwości funkcjonowania tego środowiska.
Nawiązuję także kontakty ze środowiskiem teatralnym, przyjaźnię się z młodymi aktorami Teatru Śląskiego, trafiam jeszcze na końcówkę dyrektorowania Gustawa Holoubka. Potem będę w serdecznej zażyłości z Józefem Wyszomirskim, którego kilka lat później goszczę w Rybniku. Kierownikiem literackim teatru był Zdzisław Hierowski. Wyraźnie widać wówczas potrzebę kontaktów pomiędzy różnymi środowiskami artystycznymi. Hasłem tego okresu jest integracja. Spotykamy się w usytuowanych wokół rynku kawiarniach na “małej czarnej”. To był rytuał: “mała czarna”. Byli ludzie, którzy mieli swoje stałe stoliki. W tym czasie powstaje grupa poetycka “Domino”, w której i ja się znalazłem, założona przez najstarszego z nas Stanisława Horaka. Należeli także do tej, skądinąd nie trwającej długo grupy m.in. Czesław Slezak, Krysia Broll-Jarecka, Jan Wyżgoł i Leonard Drzewiecki. To była taka typowo sytuacyjna grupa, by zaistnieć zbiorowo. Tak się złożyło, że bardzo szybko wszyscy wydaliśmy tomiki. Byłem wtedy studentem czwartego roku na UJ i jednocześnie jedynym studentem-poetą w Krakowie, który wydał książkę. Podczas Dni Krakowa i juwenaliów podpisuję swoje: “Witraże” obok Harasymowicza i Śliwiaka…
- I jednocześnie jesteś laureatem nagrody.
- Otrzymałem nagrodę Rybnickiego Okręgu Węglowego, razem z założycielem orkiestry przyszłej Filharmonii ROW, świetnym skrzypkiem i dyrygentem, Antonim Szafrankiem. Na uroczystość wręczenia, która odbyła się w popularnym Bombaju, przyjechał ze mną mój profesor, Kazimierz Wyka, i wygłosił tam wykład o Tuwimie. Jest to po latach dla mnie niepojęte, że chciało mu się odbyć ze swoim studentem tak długą podróż, do Rybnika, z przesiadką w Katowicach: On bardzo interesował się piłką nożną, kibicował Cracovii, więc podczas podróży mieliśmy i ten wspólny temat. Do dziś jakoś sobie tego nie potrafię uzmysłowić. W tym czasie wchodzę w kontakty ze “Współczesnością” i z innymi redakcjami, zachodzę do “Życia Literackiego”. W Krakowie zakładam międzyuczelniany klub literacki, który działał w “Żaczku”. Organizuję regularnie spotkania, daję informację w gazetach, rozlepiam afisze, które sam robię, agituję przez radiowęzeł. Przyjeżdżali znakomici goście, z różnych stron, także z Warszawy. ZSP miał jakieś pieniądze, ja nic nie kosztowałem. I tak się przyzwyczaiłem, żeby nic nie kosztować.
- To dziś bardzo przydatna cecha.
- Zwłaszcza kiedy się redaguje “Śląsk”, czy prowadzi jakąś organizację, jakąkolwiek pozarządową.
- Jak byłeś postrzegany przez krakowskie środowisko?
- Zostałem zaakceptowany. Z miejsca nawiązałem przyjaźń z Tadeuszem Śliwiakiem, wówczas jeszcze redaktorem “Zebry”, z Tadeuszem Nowakiem i Staszkiem Czyczem. Zachodzę do Szymborskiej. Miałem dobry kontakt ze środowiskiem młodoliterackim. Sam nigdy nie zaznaczałem specjalnie różnic wynikających z rodowodowej śląskości, ale też nigdy nie ukrywałem, że jestem Ślązakiem; to było dla mnie ważne. Byłem towarzyski, oczytany. Odwiedzałem Jurka Harasymowicza na Łobzowskiej. Później zaprzyjaźniłem się ze Zbigniewem Herbertem, nawet gdy gościł w Katowicach, odwiedził mnie już w “Poglądach”. Mogę mówić o dużej przyjaźni ze Staszkiem Grochowiakiem. Zaprzyjaźniłem się z Marianem Grześczakiem. Odwiedził mnie kiedyś w Krakowie Tymoteusz Karpowicz. Miałem taką stancyjkę przy ulicy Różanej 7 – pół kuchni za kotarą. I tu przyjmowałem gości. Specjalność – rolady z koniny. Słowem miałem kontakty i nie odczuwałem obcości. Jeśli ktoś utrwala w sobie obcość, to jest traktowany jak obcy. Za wydarzenie pamiętne muszę uznać fakt, że wiosną 1960 roku zorganizowałem w Rotundzie pierwszy od lat Bal Filologów i to z udziałem profesury. Pojawili się między innymi Henryk Markiewicz i Kazimierz Wyka.
- Po studiach wracasz do Katowic.
- Tak, i zaraz po powrocie, idąc ulicą Ligonia, w odwiedziny do Zdzisława Lachura, malarza, który mieszkał na Plebiscytowej powyżej Ligonia, spotykam nagle Jerzego Sochanika, ówczesnego dyrektora radia katowickiego. Ja wcześniej z radiem współpracowałem, ponieważ tam można dość łatwo otrzymać honoraria za stosunkowo proste teksty, takie lekkie i przyjemne do programów porannych. W radiu w tym czasie pracuje już Czesław Slezak, który prowadzi programy poetyckie, Krysia Jarecka jest jeszcze w księgowości, by wkrótce przejść do redakcji literackiej. Jerzy Sochanik mówi, lekko jąkając się: – Panie Tadeuszu, niech pan wstąpi ze mną, mamy etat, podpisze pan umowę. Nie bardzo miałem ochotę, bo miałem inne plany, ale umowę podpisałem. Zacząłem zaraz od dużych rzeczy, m.in. słuchowisk, bo bździny mnie nie satysfakcjonowały. Półtora roku później powstają “Poglądy”. Katowice od czasu likwidacji “Przemian” nie miały czasopisma kulturalnego. Wilhelm Szewczyk budował zespół i zaproponował mi etat kierownika działu. Dzięki temu rozwiązał się na dwadzieścia lat mój problem, dokąd pójść do pracy. Radio mi jednak nie odpowiadało. Miałem poczucie, że słowa niezapisane przepadają bez dowodu rzeczowego. A ilu nas tam było w “Poglądach”, w niewielkim w sumie zespole – młodzi to Roman Samsel i ja, zastępcą naczelnego był Jan Pierzchała, grafikiem Jerzy Moskal, sekretarzem redakcji w pierwszych latach Stanisław Wilczek. Na jakiś czas przylgnął do pisma Andrzej Wydrzyński. Mogłem pójść do któregoś z dzienników – ale niech Bóg broni przed “Trybuną Robotniczą”, choć Włodzimierz Janiurek proponował mi posadę. Nie chciałem także do “Dziennika Zachodniego”, bo tam panował straszliwy reżym, dyscyplina u Szmita-Kowalskiego była przysłowiowa. Natomiast tu był pewien luz, bywali u nas znani pisarze, goście Wilhelma Szewczyka z całej Polski. Ja prowadziłem także teczkę poetycką, odwiedzali mnie stale młodzi pisarze. No i to nie był dziennik – “Poglądy” były dwutygodnikiem. Jednak miałem tam sporo zobowiązań dziennikarskich, napisałem ileś reportaży, no bo ktoś to musiał robić. Za to otrzymywałem zaproszenia do teatru, na wystawy i przeróżne imprezy. Jak na możliwości Katowic, w warunkach, kiedy panuje cenzura, nie było tak źle.
- Publikujesz kolejne tomiki i otrzymujesz kolejne nagrody.
- Ważna była nagroda im. Andrzeja Bursy. Uhonorowano nią mój tom wierszy “Rzeźba w czarnym drzewie”, ze szczególnym zaznaczeniem elegii poświęconych pamięci brata. Nagrodę przyznawał Kraków, w lokalu ZLP na Krupniczej odbywała się uroczystość, na którą pojechaliśmy z żoną. Nagrodę wręczał Stefan Otwinowski, a wśród jurorów byli m. in. Jerzy Harasymowicz, Tadeusz Śliwiak, Tadeusz Nowak; zjawili się również zacni kontrkandydaci, m.in. mój przyjaciel Michał Sprusiński. Otrzymałem wówczas tę nagrodę przyznaną po raz pierwszy. W ogóle dosyć mi się wiodło z tymi nagrodami. Tom “Kamień i dzwony” otrzymał dwie nagrody: miesięcznika “Poezja” za najlepszy tom poetycki roku i Stanisława Piętaka, bardzo wówczas cenioną, którą odbierałem z rąk Jarosława Iwaszkiewicza. Oczywiście nigdy nie byłem poetą wyłącznym. Zawsze miałem jakieś obowiązki wynikające z pracy w redakcji i z tego, czego oczekiwała redakcja musiałem się wywiązać. Jednak tak uwikłany w różne czynności administracyjne, zabierające czas i zajmujące terminy, stale pod presją jak teraz gdy prowadzę miesięcznik “Śląsk” nie byłem nigdy. Wtedy miałem czas, żeby pojechać czasem na jakąś imprezę poetycką, na Kłodzką Wiosnę, czy inne, podobne. Muszę powiedzieć, że byłem dość chętnie zapraszany, traktowany z sympatią, także z uwagi na towarzyską cześć. Jeśli gdzieś było pianino, chętnie zasiadałem do klawiatury. Mam takie zdjęcie z Kłodzka: ja przy pianinie a w otoczeniu między innymi Ludwik Flaszen i Jan Błoński. Oddechy zapewne wysoce procentowe.
- Zawsze miałeś czas na działalność społeczną, kulturalną, jakbyśmy to w dzisiejszej nowomowie powiedzieli, na działalność okołoliteracką.
- Ja to traktowałem jako swoją powinność. Środowiska nie wykazywały żadnej inicjatywy, były z natury bierne. Tak się działo, że kiedy wróciłem z Krakowa, objąłem Klub Młodych Twórców w Katowicach. Jakiś czas to trwało. Zawsze funkcjonowałem jako działacz kulturalny. Było to czasochłonne. Klasyczne marnowanie czasu z wyższą motywacją. Katowice mają jednak wówczas swój magiczny, artystyczny adres: Warszawska 37, Klub Związków i Stowarzyszeń Twórczych, no i ta Piwniczka z demoniczną legendą.
- Działacz! Co za obrzydliwe słowo.
- No a jako kto?
- Dziś się to nazywa animator.
- Animator? Nikt nie znał tego słowa. (Obaj się śmieją)
- No to zostańmy przy działaczu.
- Pozwalało to także podtrzymywać kontakty, mogłem dzięki temu zapraszać różnych ludzi do Katowic, organizować spotkania. No i szybko znalazłem się w zarządzie ZLP w Katowicach. Byłem potem także członkiem komisji zagranicznej w Zarządzie Głównym ZLP w Warszawie. Zawsze lubiłem ten rodzaj działalności; byłem, co także ważne, wybierany.
- Powiedz, czy polityka tak cię fascynowała, że zostałeś także posłem?
- Nie, nie. To był zupełnie inny przypadek. Mój przyjaciel, Feliks Netz, pamięta dokładnie to wydarzenie. Otóż byłem inicjatorem powołania w Katowicach Komitetu Porozumiewawczego Związków i Stowarzyszeń Twórczych po Sierpniu. To ja zorganizowałem pierwsze zebranie środowisk twórczych przy Warszawskiej 37. To była cała skomplikowana demokratyczna procedura – kto może tam się znaleźć i tak dalej. Dokonaliśmy wyboru na prezesa Kazimierza Kutza, wtedy po ciężkiej chorobie, który poruszał się w pancerzu gipsowym. Mnie wybrano na wiceprzewodniczącego, czyli człowieka do roboty. Rozpoczęliśmy z miejsca bardzo aktywną działalność, także na rzecz powrotu polonistyki z Sosnowca do Katowic, nie unikając kolizji. Tę sprawę udało mi się doprowadzić do szczęśliwego końca dopiero wtedy, gdy zostałem posłem i wywojowałem na ten cel budynek byłego już wtedy komitetu wojewódzkiego PZPR.
W stanie wojennym następuje sytuacja zamrożenia kontaktów. Powstaje wtedy, w miejsce “Poglądów”, pismo społeczno-kulturalne nieco lżejszego kalibru, dość poczytne “Tak i Nie”. W tym tygodniku, zaraz w dwóch pierwszych numerach opublikowałem potężny szkic pod tytułem “Węzeł śląski”, dotyczący wszystkich najistotniejszych problemów tutejszych, z volkslistą, z Wehrmachtem, z tymi czy innymi śląskimi kompleksami, z polityką społeczną osadzoną na poczuciu krzywdy śląskiej. Parę lat temu duże fragmenty wydrukowała “Gazeta Wyborcza”, bo się okazało, że w zasadzie spory trwają wciąż w tych ramach. Na to nałożyło się pewne ważne wydarzenie. W tym pierwszym okresie takiej niby odwilży, w Centrum Kultury organizowane jest pierwsze po stanie wojennym spotkanie środowisk artystycznych i twórczych w Katowicach, które prowadzi niejaki Jeremiasz Sitarz, nadsztygar z kopalni Jastrzębie, członek KC. Atakuje wybitnych twórców, wręcz lży, między innymi Gustawa Holoubka. Holoubek był kiedyś moim gościem w domu, gdy reżyserował w Operze Śląskiej “Manon Lescaut” Pucciniego, do czego właśnie ja go namówiłem. Odczuwaliśmy do siebie odtąd sympatię. Na sali są aktorzy. Nikt się nie odzywa, wszyscy milczą. Nie wytrzymałem. Wyskoczyłem z krzesła i zaatakowałem – że z czyjego upoważnienia, że myli fakty, zniesławia wybitne osoby z kręgu kultury polskiej. Wnet dołączyli się niektórzy aktorzy, zrobiła się burza i spotkanie skończyło się awanturą. Ówczesny dyrektor wydziału kultury, Hubert Grajek powiedział: – Tadek, coś ty sobie narobił… Była to poważna kolizja. Sprawa odbiła się także echem w redakcji “Tak i Nie”. Naczelny Kazimierz Zarzycki pyta: – Po co? Dlaczego? – A ja mówię: – Gdyby była taka sytuacja, że o tobie coś mówią, a ja jestem na sali i się nie odzywam. Jak byś to przyjął? – Mogłeś wyjść na papierosa. – Ale ja nie palę.
Za mną wlókł się Komitet Porozumiewawczy, zostałem negatywnie zweryfikowany, kiedy likwidowano prasę. Dotąd widzę przed sobą osoby z Komisji Kwalifikacyjnej, pamiętam nazwiska. Odpierałem stanowczo zarzuty. Gdy znalazłem się potem w Sejmie, bardzo uczciwie przepracowałem dwie kadencje i to w trzech komisjach. W wyborach, tych drugich, czerwcowych, jako jedyny poseł z województwa katowickiego przeszedłem po raz drugi do Sejmu z ponad trzydziestoma pięcioma tysiącami głosów. To nie było byle co. Już w pierwszej kadencji poruszyłem w przemówieniu sytuację dyskryminowanych w Związku Radzieckim Polaków. Wystąpiłem też z interwencją dotyczącą funkcjonowania Śląska na prawach “kolonii wewnętrznej”… tak, to moje określenie. Odkryłem i nadałem rozgłos sprawie budowy koksowni w Stonawie. Później zaangażowałem się w kwestie zatrucia Odry i Olzy ropą i mazutem przez Czechosłowację. Zyskałem nawet przydomek “strażnika Odry”, tak często wyprawiałem się w te strony, i co szczególnie godne przypomnienia – w Sejmie następnej kadencji podejmuję jako pierwszy temat wywózek górników ze Śląska do Związku Radzieckiego. Gruntownie udokumentowana interpelacja trafiła na ręce premiera Tadeusza Mazowieckiego. Kilkakrotnie tę interpelację ponawiałem. Wiedza na ten temat do dziś się właściwie nie poszerzyła. Nie stało się jednak to, czego oczekiwałem – minister Skubiszewski nie udał się do Związku Radzieckiego by podjąć negocjacje w sprawie ustalenia podstawowych faktów. Zawsze wybierał podróże na Zachód. Bardzo konsekwentnie podejmowałem także starania o powrót polonistyki do Katowic i uzyskania na ten cel gmachu dawnego komitetu wojewódzkiego. Petycję w tej sprawie podpisało wielu posłów, w tym nieżyjący już Walerian Pańko, a także Adam Michnik.
- Myślę, że poloniści winni ci są dozgonną wdzięczność.
- Mam jednak poczucie głębokiego niedosytu. Myśmy w Komitecie Porozumiewawczym upominali się także o gmach po komendzie miejskiej przy ulicy Kilińskiego. Po jakimś czasie miałem szczęście przekazać wszystkie dokumenty na ręce dziekana prof. Jana Malickiego i prof. Stefana Zabierowskiego wraz z decyzją podpisaną przez wicepremiera Czesława Kiszczaka o przekazaniu tego budynku na rzecz uniwersytetu. Były gotowe wszystkie dokumenty. Nadinspektor Hula co prawda negocjował, żeby to przekazanie opóźnić o trzy miesiące, ponieważ trzeba było zdemontować jakieś urządzenia, ale rzecz była przesądzona. Niestety w wyniku konfliktu ówczesnego wojewody, pana Wojciecha Czecha, któremu nie mogę tego wybaczyć i rektora Uniwersytetu, doszło do zaniechania przekazania obiektu. A mogła tu powstać złota oś kultury i nauki jak to argumentowałem, w tym w publikacjach prasowych – od nowego obiektu Biblioteki Śląskiej po ASP, zaś cała śląska humanistyka mogła być w Katowicach razem. W grę wchodził oczywiście gmach po KW oraz budynek, którym dziś także zarządza Biblioteka Śląska, przy ulicy Ligonia 20. No i przede wszystkim ten wielki gmach komendy stopiony z Pałacem Młodzieży, przy ulicy Kilińskiego. Były też możliwości pozyskania gmachu po Związkach Zawodowych, jednak brakło determinacji w samym Uniwersytecie.
- To są niewątpliwe sukcesy w twojej działalności społecznej i politycznej, ale odniesione po 1989 roku. Natomiast kiedy biorę do ręki twoje książki poetyckie, zwłaszcza i przede wszystkim “Czas zamarły”, to nie pasuje mi do tego data twojego wystąpienia z partii – także 1989 rok, dla wielu dopiero 1989 rok. To była taktyka, trudność podjęcia decyzji, czy coś jeszcze?
- To nie była wyłącznie trudność podjęcia decyzji. Pamiętaj, że ja nie zostałem zweryfikowany podczas lustracji prasy śląskiej i nie podpisałem oświadczenia, iż wprowadzenie stanu wojennego uważam za konieczne. Miałem także trudną sytuację osobistą o charakterze losowym. Nie mogłem zwyczajnie ryzykować sytuacją rodziny. Stąpałem cały czas po cienkim lodzie. Można więc mówić o asekuracji koniecznej… A wiersze – wszystkie są pisane w takich momentach, że nawet po latach jestem w stanie określić w jakim miejscu zaczęły pulsować towarzyszące ich powstawaniu przeżycia. Był czas kiedy dyrektor Andrzej Sikora z IPN zaproponował mi wystąpienie o nadanie statusu pokrzywdzonego. Nie skorzystałem z tej możliwości, wydawało mi się to po prostu zbędne i nieprzystające do sytuacji. Z tzw. opozycją miałem zawsze dobre kontakty. Byłem autorem pierwszego raportu Komitetu Porozumiewawczego o stanie kultury na Śląsku, który to raport był zdecydowanym aktem oskarżenia, co skończyło się konfliktem z komitetem wojewódzkim. Ten ocalały tekst ukazał się potem drukiem przy okazji organizacji Kongresu Kultury na Górnym Śląsku w 1998 roku, którego byłem konsekwentnym inicjatorem. Kiedy byłem w Sejmie, kierują do mnie sprawy ludzie ze środowisk twórczych, w tym prezes SPP Andrzej Braun, zapamiętany na Śląsku z owego niesławnego zjazdu ZLP w Katowicach, kiedy miał bardzo zdecydowane wystąpienie. Poza tym w tychże latach sekretarzem KW został tutaj Bogumił Ferensztajn, który nie był zawodowym działaczem partyjnym i chciał zmienić otoczenie. W tym znaczeniu nie byłem obciążony przeszłością. Zresztą niewiele brakowało a zostałbym pozbawiony prawa pracy w śląskiej prasie. To wszystko są sprawy złożone. Gdyby były wobec mnie gdzieś uzasadnione zarzuty na pewno nie uniknąłbym lustracji, już by się o to postarali ci, którzy mogli mieć w tym interes.
- Pomnik Powstańców Śląskich – stoi, ale w twoim oglądzie jakby nie był kompletny. Wiele energii poświęciłeś, jeśli to można tak określić, zmianie jego wymowy.
- Od dziewięciu lat zabiegam o to, by pomnik odzwierciedlał cały wysiłek bojowy powstańców, na wszystkich frontach i we wszystkich walkach, w jakich uczestniczyli. Chodzi m.in. o dopełnienie oficjalnego aktu erekcyjnego – ten pomnik miał także upamiętniać walki o całość granic i niezależność polskiego państwa. Stąd obok Cedyni, Psiego Pola czy Grunwaldu pojawił się Kołobrzeg i Narwik. Znalazło się też Monte Cassino, bo i w tej bitwie uczestniczyli powstańcy śląscy, którzy znaleźli się w armii Andersa. Słowem cały pas granic związany z sąsiedztwa polsko-niemieckiego i toczonymi tu wojnami, został upamiętniony na cokole pomnika, nie mówiąc o miejscach bitew powstańczych. Ale na temat tego, co działo się na Wschodzie, panowała cisza i wciąż ten wątek nie został udokumentowany. Nie jest też wciąż opisany przez historyków na miarę skali uczestnictwa i zbiorowego losu udział powstańców śląskich w kampanii wrześniowej, a przecież były to tysiące ludzi. Wielu z nich trafiło na nieludzką ziemię i tam zostali zamordowani i pochowani. Uważam, że nadszedł czas by u podstaw pomnika znalazły się urny z ziemią z Charkowa, Bykowni, Starobielska, Katynia, Miednoje, Wilna, Grodna, Lwowa, Tarnopola i innych miejsc. A dochodzą jeszcze nazwy bitew historycznych analogicznie jak w przypadku wojen polsko-niemieckich. Bo skoro Grunwald, to również Kircholm, Chocim czy Kłuszyn. A już na pewno to, co wynika z dat i miejsc od roku 1939. Była świetna okazja aby te urny wmurować, kiedy trwał remont pomnika, który został pozbawiony wszelkich elementów informacyjnych. Rozmawiałem na ten temat z Wojciechem Zabłockim, z Gustawem Zemłą, z prezydentem Katowic, z kolejnymi wojewodami. Wciąż nic w tej sprawie nie może drgnąć. Jeśli ktoś uważa, że zejdę z tego świata, nie załatwiwszy tej sprawy, to się grubo myli. Mówię przy różnych okazjach, że można to zrobić w bardzo prosty sposób: dajcie mi samochód, saperkę, a pojadę i nakopię ziemi z tych wszystkich pobojowisk, i będzie można wmurować urny. To jest istotne zwłaszcza teraz, kiedy rozdmuchuje się dawne spory i animozje, często w bardzo nikczemnych intencjach i wycisza zasługi powstańców śląskich, w tym ich ofiary.
-Wróćmy teraz do poezji, ale może od nieco innej strony – jak byś określił sytuację poety na Śląsku – w czasach twojej młodości, wtedy kiedy byłeś już dojrzałym twórcą, i obecnie.
- Różnice są zasadnicze. Kiedy startowała nasza grupa poetycka “Domino”, na Śląsku nie było w ogóle krytyki literackiej, przez długie lata funkcjonował jeden krytyk: wcześniej Zdzisław Hierowski, potem Witold Nawrocki. Nie ma tu również ani jednego krytyka poetyckiego – toteż nie mogliśmy liczyć na żadną krytykę pokoleniową. W Krakowie, we Wrocławiu, w Poznaniu, było zupełnie inaczej. Dziś debiutujący na Śląsku poeta nie może narzekać na brak otoczenia, na brak krytyki. To wynik istnienia Uniwersytetu i zaplecza krytycznego. Jest teraz na pewno łatwiej wydać książkę. Każdy, kto zdobędzie jakiś grosz, może wydać swoje utwory. Przedtem było tylko wydawnictwo “Śląsk”, gdzie na druk czekało się trzy, cztery lata. Za to było wiele możliwości publikacji w prasie. “Trybuna Robotnicza” czy “Dziennik Zachodni” miały dodatki kulturalne. Inaczej było jednak z czasopismami literackimi. Po likwidacji „Odry” aż do powstania kwartalnika “Śląsk Literacki” jest próżnia. Potem znowu wyrwa, a po niej “Przemiany”, duży tygodnik, który pojawił się w 1956 roku i wychodzi przez rok zlikwidowany z powodów politycznych w tym samym czasie co „Po prostu”. Aż do “Poglądów”, które wychodzą od 1962 roku Śląsk nie ma swojego pisma. Długo trwały starania a potem chronicznie nie było papieru, by zapewnić odpowiedni nakład, choć nie brakowało pieniędzy. Papier przyznawano na szczeblu ministerialnym. Tych trudności organizacyjno-technicznych dziś nie ma. Była natomiast większa waga słowa poetyckiego w odbiorze publicznym. Dziś na dobrą sprawę nikogo to nie interesuje. Wyobraź sobie, że w Warszawie, która zawsze miała co najmniej dwa duże tygodniki kulturalne nie ma dziś żadnego dużego czasopisma o takim charakterze.
- Ale jest Internet.
- To nie jest to samo. Książki poetyckie ukazywały się wówczas we względnie dużych nakładach. Ten sam tomik można było kupić w Suwałkach i w Krośnie. One były rozprowadzane możliwie harmonijnie. Poza tym było rozbudowane życie organizacyjne literatów. Te kontakty coś tam stwarzały, stowarzyszenie coś tam gwarantowało. Teraz żadne nie zapewnia nic. Ale za to mamy pełną wolność, bo nie ma cenzury i interwencji zza węgła. Byłem sekretarzem redakcji w “Poglądach” i wiem co znaczyły te kontakty z dyrektorem Dąbrowskim. Zgroza.
- Ja wiem, że ty jesteś zwolennikiem zorganizowanego życia środowiskowego. I tu zapewne jest geneza powstania Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, którego jesteś założycielem.
- Zmarnowano beztrosko, czy z wyrachowania potencjał śląskiej prasy i w 1992 roku sytuacja jest taka, że nie ma na Śląsku żadnego czasopisma kulturalnego, ale to temat na oddzielną opowieść, dramatyczną i smutną, pełną manipulacji i rozgrywek politycznych. Przed wojną w Katowicach ukazywało się 71 tytułów prasowych, a w tej chwili nie mamy w mieście nawet własnego dziennika. A przecież historia mogła się potoczyć inaczej. Gdy z mocy kontrowersyjnej ustawy w roku 1990 dochodzi do likwidacji RSW Prasy, przy wsparciu grupy śląskich posłów, wystąpiłem z inicjatywą wyodrębnienia Śląskiego Wydawnictwa Prasowego jako jednoosobowej spółki skarbu państwa. I oto 28 października 1990 roku Rada Ministrów podjęła decyzję pozytywną w tej sprawie. Mógł wówczas powstać na Śląsku potężny koncern grupujący blok tytułów z pełnym zapleczem technicznym, przede wszystkim z własną drukarnią. Pojawiła się jednak wpływowa grupa osób, która przejęła “Trybunę Robotniczą” – i wszystko zaczęło się walić. Pozostały więc starania od zera. I tak grzebiąc kiedyś w papierach, natrafiam na sprawę powstałego w Bytomiu w 1892, Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, w oparciu o stworzoną w Jassach, w Rumunii, przez byłych powstańców styczniowych przebywających tam na emigracji, bibliotekę polską, która w wyniku różnych zbiegów okoliczności, trafiła właśnie do Bytomia, wtedy centrum odrodzenia narodowego. Ta biblioteka, jej księgozbiór, stworzyła po latach zręby zasobów dzisiejszej Biblioteki Śląskiej. To także temat na oddzielną opowieść. Pomyślałem sobie wtedy, że setna rocznica utworzenia takiej organizacji to dobra okazja, by ją reaktywować, a właściwie powołać do życia od nowa. Zmieniał się właśnie sposób myślenia o kulturze, odchodzi się od modelu centralistycznego na rzecz policentrycznego, zaczyna się większe zainteresowanie wartościami regionalnymi. I tak 19 grudnia 1992 roku zorganizowałem zebranie założycielskie. Mimo okropnej pogody zjawiło się ponad pięćdziesiąt osób. To już było coś. Napisałem statut, który został zatwierdzony. Otóż pismo “Śląsk” mogło powstać wcześniej. Był program i środowisko skupione w GTL-u. Mieliśmy też gwarancje wojewody Wojciecha Czecha oraz zapewnione na start środki. Jednak ówczesny nowy szef wydziału kultury, Marek Łabno przekazał je samowolnie powstającemu z jego inicjatywy kwartalnikowi “Opcje”, który otrzymała grupa jego bytomskich kumpli. Dopiero wojewoda Eugeniusz Ciszak trzy lata później wygospodarował pewne środki, które mogły pokryć koszt wydania trzech pierwszych numerów — na dzisiejsze pieniądze ok. 40 tys. złotych. Ale sytuacja jest wówczas taka, że nie mamy lokalu, nie mamy wyposażenia, słowem niczego. Chodzę po instytucjach, urzędach i wreszcie w trzecim roku zabiegów prezydent Dziewior przydzielił nam lokal przy ul. 3 Maja. Mam koncepcję zespołu i wkrótce spotykamy się w składzie, jaki ukonstytuuje pierwszą redakcję – Feliks Netz jako zastępca, Wiesława Konopelska – sekretarz redakcji, Marian Kisiel, Jan Lewandowski, Krzysztof Karwat – kierownicy działów, Wojciech Łuka – redaktor graficzny. Lecz nie ma i nigdy nie będzie etatów, tylko skromne ryczałty, ani też żadnych umów o pracę. Pismo musimy uruchomić natychmiast i wydać pieniądze do końca roku, bo inaczej przepadną. Ale gwarancji, że wyjdą następne numery nie ma. Kolejne sześć ukazało się dzięki pomocy minister Barbary Blidy, która przekonała do tego wsparcia Kazimierza Dejmka. Lecz dotacje mogły pokryć jedynie koszty techniczne, skromny fundusz płac na początku musimy wypracować sobie sami. Jako naczelny musiałem dać przykład i sam także nie byłem ani nie jestem w „Śląsku” dotąd zatrudniony. Pierwszy numer ukazuje się już w listopadzie 1993 roku, zredagowany od ręki, bez numeru próbnego, co jest ewenementem. Bardzo efektowną winietę przygotował Wojciech Łuka. Od początku dbałem o to, by zaznaczać kolejne ważne daty i fakty: numer pierwszy, piąty, pięćdziesiąty, setny, stupięćdziesiąty – i tak do dziś. Każda taka uroczystość stawała się okazją do spotkań promocyjnych pisma z udziałem licznych gości. Przyznawaliśmy także nasze wyróżnienia za dokonania twórcze i zasługi dla wspierania miesięcznika, nadając tytuł Przyjaciela “Śląska”, wręczając medale GTL-u, Orła Śląskiego, Perły Śląskiej, Korony Śląskiej, statuetki Skarbnika Śląskiego… Te uroczystości stanowią też świadectwo naszych kontaktów oraz ich prestiżu.
- Niedawno ukazał się numer dwusetny.
- Pismo się przyjęło, stało instytucją. Staram się, żeby w miesięczniku nie było szowinizmu, co jest dostrzegane. Nie jesteśmy zwolennikami tendencji autonomicznych, w rozumieniu przedwojennym, bo to nierealne, przy całym szacunku dla pamięci lokalnej i regionalnej. Pismo jest z założenia ponadregionalne, otwarte dla wszystkich piszących. Ma największy w Polsce nakład spośród pism o tym profilu – średnio 3500 egzemplarzy co numer. Od początku jest z nami Tadeusz Różewicz. Czesław Miłosz napisał dla nas esej. Drukował u nas Wiesław Myśliwski. Pismo ma silne stałe oparcie w śląskich uczelniach wyższych i piórach najznakomitszych humanistów akademickich. Odnotowujemy i analizujemy wszystkie społeczne, ekonomiczne, kulturowe, i cywilizacyjne przemiany, jakie zachodzą na Śląsku od początku lat dziewięćdziesiątych, dyskusje i spory o tożsamość śląską, o gwarę, piszemy o upadku przemysłu i kosztach restrukturyzacji. Gościmy na naszych łamach wszystkich czołowych socjologów śląskich – prof. Jacka Wodza, prof. Marka S. Szczepańskiego, prof. Wojciecha Świątkiewicza. Dużo uwagi poświęcamy historii, naszymi stałymi współpracownikami są m.in. profesorowie: Ryszard Kaczmarek, Edward Długajczyk i Michał Lis z Opola oraz Tomasz Falęcki i ks. Jerzy Myszor. Kilkuset przedstawicieli sztuk plastycznych zostało zaprezentowanych na naszych łamach. Odnotowujemy z największą uwagą dorobek i sukcesy środowiska muzycznego, wydaliśmy m.in. numery poświęcone Henrykowi Mikołajowi Góreckiemu i Wojciechowi Kilarowi – przyjaciołom naszego pisma. “Śląsk” jest pismem polskim, co chciałbym podkreślić i reprezentuje polskie dziedzictwo kulturalne i historyczne, co nie wszystkim teraz odpowiada, gdy doszło do zantagonizowania śląskich społeczności i to na wyjątkową skalę, jak świadczą chociażby sprowokowane w ostatnich latach spory o genezę i przebieg powstań śląskich, czy teraz o Muzeum Śląskie.
- “Śląsk” a młodzi…
- Przez “Śląsk” przewinęli się wszyscy młodzi poeci, prozaicy i krytycy, a to już więcej niż setka osób. Piszą u nas także młodzi utalentowani dziennikarze, w tym również studenci. Oczywiście w dziale historycznym przeważają osoby z uznanym dorobkiem. Żeby “Śląsk” wydawać spotykamy się raz w tygodniu. Od początku odbyło się 800 kolegiów redakcyjnych – jeśli pomnożyć 200 numerów przez 4 czwartki w miesiącu, to tyle wychodzi. W tych warunkach konieczna jest maksymalna mobilizacja i samodyscyplina.
- Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł, żeby, jak sobie tego życzysz, naszą rozmowę zatytułować “Pożegnanie”. Nie bardzo mi się chce wierzyć, żebyś przygotowywał się do roli “wielkiego milczącego”. Jak wyobrażasz sobie funkcjonowanie pisma i swoją dalszą działalność po dniu l stycznia 2013 roku?
- To przesądzone. Redagowanie pisma przejmie Krystian Gałuszka, poeta, prozaik i działacz kulturalny, dyrektor Biblioteki Miejskiej w Rudzie Śląskiej. Zgłosiłem swoją wolę na zebraniu Zarządu GTL i przekonałem do tego obecnych. Jestem prezesem nieprzerwanie od dwudziestu lat. W tym czasie zorganizowałem też kilkaset literackich spotkań i różnych imprez, w tym wiele jubileuszy, które sam prowadziłem. Właśnie zakończyły się XIV Katowickie Spotkania Literackie. Ale to nie kwestia wysiłku organizacyjnego. Także, a może przede wszystkim pieniędzy, czyli pisanie wniosków, podejmowanie różnych zabiegów i nieustępliwych starań. Na nic innego nie starcza mi czasu. Przyszły rok, to będzie czas Kijonki-poety. Mam także dosyć wyczekiwania pod drzwiami w urzędach i różnych firmach znosząc upokorzenia, próśb o dofinansowanie i wsparcie. A to wszystko jest na mojej głowie – redaktora naczelnego pisma i prezesa organizacji. W dodatku nie mogę w ostatnim czasie pozyskać życzliwości Urzędu Marszałkowskiego, choć wcześniej miałem raczej dobre kontakty. Odnoszę nawet wrażenie, że w tym roku szykowano na “Śląsk” zasadzkę. Oto jeszcze w 2009 roku w Urzędzie Marszałkowskim wypracowano skuteczny system stabilnego dofinansowania “Śląska” poprzez Bibliotekę Śląską jako współwydawcy, co gwarantowała uzgodniona umowa. Lecz na rok 2012 pomimo złożonego przez Bibliotekę Śląską wniosku nie zostały na to zabezpieczone odpowiednie środki. W ten sposób umowa stała się po prostu nieaktualna. A jednocześnie w tzw. konkursie ofert otrzymaliśmy najniższą dotację w ostatnich latach. Nie, nie wierzę w przypadki. Mogło otóż dojść poprzez niedofinansowanie do załamania “Śląska” i tak to widzę. “Śląsk” na szczęście otrzymał w odpowiednich proporcjach dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz miasta Katowice. Wsparł także pismo z okazji rocznicy 1922 roku Wojewoda Śląski. I tak bezpiecznie dotrwaliśmy do końca 2012 roku, gdy ukaże się numer 206, ostatni przygotowany przeze mnie. Ale do połowy roku nie miałem pewności czy zdobędziemy wystarczające wsparcie. Zapewne nie ma w budżecie Urzędu Marszałkowskiego nadmiaru pieniędzy na kulturę. Ale czy na pewno? Dowiódł tego artykuł Teresy Semik i Henryki Wach-Malickiej w “Dzienniku Zachodnim” z 21 września, który nie doczekał się reakcji i sprostowania z urzędu. Ten artykuł dowodzi, że można mówić o towarzyskich koneksjach i układach. Potwierdza się znów opinia na temat nadmiernego finansowania Ars Cameralis, instytucji poza społeczną kontrolą, co nie spotkało się z żadną uwagą protektorów. I tak jeśli w roku 2009 kwota ta wynosiła 2 682 024 zł, dwa lata później było już tego ponad 3 miliony. A w roku 2012 realny budżet Ars Cameralis przekroczył 4 417 697 zł, choć weszliśmy ponoć w kryzys. A przecież z braku środków na pewne trwałe przedsięwzięcia brakuje funduszy. W tym kontekście dotacje dla „Śląska” to są grosze. Powiem tyle: polityka kulturalna w województwie śląskim, jeśli jest, wymaga generalnej rewizji. Mówię to jako autor raportu kultury przedstawionego podczas Kongresu Kultury na Górnym Śląsku w 1998 roku oraz przeze mnie zredagowanych wniosków. Niestety, szybko te uchwały zaczęły administracji ciążyć, szczególnie mocno zaznaczona podmiotowość suwerennej Rady Kultury. Toteż w 7 lat po Kongresie Kultury zorganizowałem interwencyjną dysputę w Sali Parnasos w Bibliotece Śląskiej. Lecz teren nie był do odzyskania – a kto o tym decydował wspominać nie będę. Słowem – bez nazwisk.
- Twój następca nie trafi tutaj na synekurę.
- Nie ma mowy o synekurze. Jest tylko praca. Dwanaście numerów sporego pisma w ciągu roku – jest co robić, zwłaszcza w sytuacji, kiedy kilka spotkań i rozmów w Urzędzie Marszałkowskim przekonało mnie, że tam pewnym osobom na miesięczniku niezbyt zależy, co innego bowiem słowa, co innego wymierne fakty w środkach płatniczych. Bo nie ma tam jak sądzę nawet dostatecznej świadomości ile funkcji “Śląsk” wypełnia i co oznaczałby upadek tego miesięcznika, który jest jako stałe przedsięwzięcie świadectwem pasji i wyrzeczeń. Ja sam przecież nikogo nic nie kosztuję. Cały zespół redakcji też obywa się bez etatów zaś stałe koszta redakcyjne pokrywane są z przychodów pisma. I w tym stanie rzeczy przez tyle lat nie zadano mi tu i tam nigdy pytania: Tadek, jak ci pomóc?… Dla jasności – jestem jak najdalszy, bo zawsze byłem, od rozwiązań przez sterowany konflikt. Zawsze opowiadam się za kompromisem, dopóki stwarza to racjonalne warunki do skutecznych negocjacji. Lecz jeśli nie – a do tego w moim odczuciu doszło…
- Co uważasz za swoją największą porażkę, a co za swój sukces?
- Największą porażką jest to, że nie udało się Uniwersytetowi przejąć gmachu przy ulicy Kilińskiego, a drugą fakt, iż zostałem wymanewrowany i oszukany w sprawie Instytutu Badań nad Śląskiem, placówki badawczej z prawdziwego zdarzenia. Instytut miał mieć szeroki profil i zajmować się społeczeństwem, kulturą, sztuką i nauką. W efekcie w Sejmiku Śląskim, w sytuacji gdy złożono mi już odpowiednie zapewnienia i działa od trzech lat społeczna rada programowa Instytutu, której jestem przewodniczącym, pomijając te fakty przegłosowano utworzenie Instytutu Regionalnego. To zapewne rozwiązanie doraźne, bo Śląsk musi się w końcu doczekać placówki godnej swego miejsca i potencjału naukowego. To przecież właśnie ja podjąłem tę inicjatywę i przekonałem do niej wiele osobistości ze środowiska naukowego. Przypomnę, że przez cały rok 2009 na łamach “Śląska” toczyła się debata w tej sprawie. Oczywiście taki Instytut w obecnej sytuacji nie mógł powstać od ręki, ale nie należało zaprzestać starań, w które zaangażował się wcześniej marszałek Bogusław Śmigielski. Uważam, że trzeba było szukać i znaleźć sprzymierzeńców, by dotrzeć ze sprawą do premiera, choćby przez profesora Jerzego Buzka, a nie od razu całą ideę zmiąć i do kosza! Należało się porozumieć, a nie działać z pominięciem społecznej rady. No ale to pewien umacniający się styl sprawowania władzy.
Natomiast największym moim sukcesem jest powstanie “Śląska”, według Eugeniusza Knapika, wybitnego kompozytora, do niedawna rektora Akademii Muzycznej, prawdziwej encyklopedii współczesnego życia na Śląsku, że nie będę już cytował opinii Tadeusza Różewicza i wielu autorytetów kultury i sztuki. Nie mniej ważne jest doprowadzenie do przekazania gmachu przy placu Sejmu Śląskiego polonistyce. Dokonaniem trwałym jest też zapewne powstanie GTL-u, Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, które wkrótce również obejmie nowy prezes, a które było moją ideą w warunkach rozpadu życia literackiego pozbawionego podstawowych instytucji. I to właśnie zostało ostatnio dostrzeżone o czym świadczy podniosła laudacja podczas niedawnego wręczenia mi przez biskupa diecezji ewangelicko-augsburski Tadeusza Szurmana prestiżowego Szmaragdu Śląskiego.
- Dziękuję ci bardzo za rozmowę i na jej zakończenie chciałem wyrazić nadzieję, że jeszcze przez długie lata będziesz wspierał swą energią i pomysłami zarówno miesięcznik jak i Towarzystwo, a także inne przedsięwzięcia służące rozwojowi kultury i rozwojowi społecznemu Śląska.
- Co będę mógł, to będę robił, w granicach moich obecnych znacznie mniejszych możliwości. Nie liczę sobie lat, nie oczekuję też gestów i świadectw uznania. Wystarczą mi te afronty, których doświadczyłem z okazji ukazania się 200. numeru. W tym miejscu należałoby dodać, choć to dla mnie osobiście doświadczenie przykre, że Ślązak, Ślązakowi, Ślązakiem!… Decyzja równoczesnej rezygnacji z obu funkcji była dla mnie na pewno trudna i wymagała czasu. Przecież miesięcznik rodził się w ogromnym trudzie i właściwie bez sprzymierzeńców zanim powstał. Ale jest i trwa. Jest i nie może upaść. Co ważne: pismo przekazuję jako tytuł stabilny, wypromowany, z zaangażowanym w jego byt zespołem. “Śląsk” nie miał nigdy i nie ma grosza długu, obywał się bez pożyczek i kredytów, i mimo takich czy innych trudności wychodził regularnie, miesiąc w miesiąc przez 206 miesięcy, wierny swojej idei zawartej w pierwszym przykazaniu: po pierwsze – Śląsk!… Nowy naczelny Krystian Gałuszka, sam Ślązak, wie co otrzymał i za co od tego momentu odpowiada. Będę go oczywiście wspierał, ale nie ograniczając satysfakcji z pełnej odpowiedzialności. Wierzę też, że moje odejście, które jest moją całkowicie suwerenną decyzją, też być może uczuli kogo trzeba, odpowiedzialne osoby, instytucje i środowisko, co mogą, powinny uczynić, by nie doszło do poślizgu „Śląska” i zagrożenia jego bytu. Mam nadzieję, że tak się nie stanie. Proszę więc o uznanie tego zobowiązania za wspólne, co podkreśla też moja podwójna dymisja. Wierzę, że konieczna a przez to skuteczna.
Pragnę też w tym miejscu i w takim czasie podziękować wszystkim, którzy wspierali i budowali autorytet “Śląska”.







