
Czesław Ludwiczek
Ten dom, zamykający wraz z sąsiadującym z nim Skarbkiem zachodnią stronę katowickiego rynku, wyróżniał się swą nietypową formą frontową. Stanowiła ją, jak to wynika z opisu architektonicznego, ściana kurtynowa, całkowicie przeszklona, a w dodatku zróżnicowana kolorystycznie. Od parteru. aż po szczyt przegradzały ją na przemian obszerne, różowe prostokąty szyb i wąskie, usytuowane poziomo niebiesko-zielone paski podmurówek podtrzymujące owo szkliwo okienne. Ta właśnie para-mozaika sprawiała, że obiekt ten widoczny był doskonale, nawet ze sporej odległości, zwłaszcza z zachodniej i północnej strony miasta, bo z pozostałych kierunków ze względu na inne zabudowania w tej części grodu, dostrzegało się jedynie jego fragmenty. Owe barwne pasy oddzielały kondygnacje tego gmachu, więc ktoś, kto zawiesił na nim wzrok mógł bez trudu policzyć ile znajduje się w nim pięter. Aby jednak nie trzymać czytelnika w niepewności stwierdźmy, że było ich osiem. Na najwyższym, ściślej rzecz biorąc na skraju poszycia dachowego budowli i to na całej jej długości widniał w okresie blisko trzech dziesiątków lat skonstruowany z metalowych liter napis: Śląskie Wydawnictwo Prasowe. Tak, bo znajdowały się tam redakcje katowickich dzienników i innych periodyków w tym mieście wychodzących. Od chwili, w której otworzył swoje podwoje przed żurnalistami, a mija od tego wydarzenia dokładnie pięćdziesiąt lat, nosił nazwę Domu Prasy.
Nie z taką jednak intencją przystępowano do jego wznoszenia. W zamyśle faktycznego inicjatora budowy, a był nim w drugiej połowie lat pięćdziesiątych przewodniczący Wojewódzkiego Komitetu Kultury Fizycznej Roman Stachoń, miał to być dom sportowca. Sam to z jego ust słyszałem podczas rozszerzonego posiedzenia tej instytucji, które dla Polskiej Agencji Prasowej relacjonowałem. Miały się tam mieścić wszystkie okręgowe związki sportowe, centrum opieki zdrowotnej, gabinet odnowy, poradnia psychologiczna. Towarzyszący wówczas przewodniczącemu projektant przyszłego budynku Marian Sramkiewicz z Miastoprojektu informował nawet gdzie i co mieścić się będzie na poszczególnych kondygnacjach. Od samego początku zakładano jednak, że na pierwszym piętrze znajdzie się publicznie dostępna kawiarnia z widocznymi na planie architektonicznym galeryjkami na zewnątrz, wąską i długą salą wewnątrz oraz drobnym pomieszczeniem kuchennym na zapleczu. Coś jednak musiało ten lokal gastronomiczny wiązać z kulturą fizyczną, więc wymyślono dla niego nazwę “Cafe-Sport”, która zresztą na wiele lat pozostała, mimo iż zamiast sportowców, dom zasiedlili dziennikarze.
Roman Stachoń był przed wojną rzeczywistym sportowcem, a po wojnie organizatorem sportu na Śląsku i aktywnym działaczem partyjnym, posłem na sejm, później szefem Wojewódzkiej Rady Związków Zawodowych, członkiem egzekutywy KW i plenum KC PZPR. Wymieniam te wszystkie jego funkcje po to aby uzmysłowić, że taki ważny na owe czasy człowiek mógł przekonać do swojej inicjatywy najwyższe władze wojewódzkie, a co więcej zdobyć dla niej fundusze i materiały, a w końcu doprowadzić swoje dzieło prawie do samego końca. Wszakże i ten tak ważny człowiek musiał się poddać, bo w połowie 1963 roku ogłoszono, że we wzniesionym właśnie na Rynku nowym gmachu zagnieździ się prasa śląska. Nikt z nas prostych dziennikarzy nie wiedział jednak co spowodowało tę znamienną decyzję i prawdę pisząc do dziś nie wiem co ją sprowokowało. Przez pewien czas podejrzewałem, że stał za nią ówczesny naczelny redaktor “Trybuny Robotniczej” i członek egzekutywy KW Włodzimierz Janiurek. Pod koniec lat osiemdziesiątych nadarzyła się nawet okazja, by go o to zapytać, co też wprost uczyniłem. Janiurek, wtedy już emeryt, nie potwierdził, ale i nie zaprzeczył, wywijając się jakimś nic nie znaczącym dowcipem.

Dom Prasy, lata 70. ubiegłego wieku
Jak było, tak było, ale dla śląskiego konglomeratu wydawniczego szczęśliwie się zaczęło. Bo oto w pierwszych dniach października wspomnianego już powyżej roku ruszyła przeprowadzka do nowiutkiego, pachnącego jeszcze farbą i lakierem gmachu, który wprawdzie stał na Rynku, ale otrzymał adres Młyńska 1, bo od tej ulicy prowadziło do niego główne wejście. Nie było to zajęcie zbyt uciążliwe, ponieważ nie trzeba było przewozić mebli ze starych pomieszczeń redakcyjnych do nowego gmachu. Już bowiem wcześniej wszystkie jego pokoje wyposażone zostały w zuniformizowane biurka, krzesła i na ogół wnękowe szafy. Przyszli lokatorzy zabierali ze sobą tylko podręczne torebki, notatki, kalendarze i – rzecz bardzo istotna – maszyny do pisania, bo tych w otwieranym właśnie Domu Prasy nie było. Osobiście miałem do pokonania zaledwie sto, może sto dwadzieścia metrów, bo moja ówczesna redakcja, “Dziennik Zachodni”, mieściła się do tej pory w starym domu, też na ulicy Młyńskiej, tyle że na wprost budynku Miejskiej Rady Narodowej. Przeniosłem więc swoją maszynę pod właściwy adres, wywiozłem ją nowoczesną w tamtych latach windą na piąte piętro, gdzie zainstalował się “Dziennik” i pozostałem tam na długo. I jakkolwiek później zmieniałem piętra, a nawet na pewien czas się z tego domu wyprowadziłem, to jednak w sumie przetrwałem w nim do emerytury, a nawet dłużej, ponieważ będąc w teoretycznym stanie spoczynku emerytalnego, wiele jeszcze lat tam pracowałem, dopóki ostatnia moja gazeta “Wieczór” nie padła i kiedy następnie zaprzestałem współpracy z sobotnim wydaniem “Trybuny Śląskiej”.
Wtedy jednak, w październiku i następnych miesiącach 1963 roku Dom Prasy był systematycznie zasiedlany, a w przeznaczonych do publicznego użytku pomieszczeniach odpowiednio do swoich funkcji przystosowywany. Cały parter, z wejściem od rynku, zajął Klub Międzynarodowej Prasy i Książki, zwany popularnie “Kaempikiem”. Była to instytucja nadzwyczaj pożyteczna, bowiem dysponowała czytelnią wyposażoną w zagraniczne dzienniki i czasopisma, nie tylko z krajów tzw. demokracji ludowej, ale i z zachodnich. Ktoś, kto znał języki obce mógł usiąść sobie przy stoliku, zamówić kawkę lub świeżą napoleonkę i przeczytać atrakcyjne tytuły zostawiając w zastaw dowód osobisty lub inną legitymację. Natomiast ktoś, kto nie władał obcą mową mógł się zapisać na kursy języków angielskiego, francuskiego, niemieckiego, rosyjskiego, bo katowicki klub, podobnie jak wiele innych w całym kraju naukę ich za odpowiednią opłatą prowadził. Na pierwszym piętrze otwarto, zgodnie ze wspomnianymi już wcześniej założeniami projektanta, kawiarnię noszącą rzeczywiście nazwę “Cafe-Sport”. Lokal ten cieszył się niesłychanym powodzeniem, a o miejsce w nim było równie trudno jak o jakieś wyszukane towary z importu w sklepach delikatesowych. Może dlatego, że znajdował się w samym centrum miasta, a może dlatego, że serwowano tam nowinkarskie napoje, jak np. mrożoną kawę, której wcześniej w żadnej innej instytucji gastronomicznej w Katowicach nie podawano. Kawiarnia ta egzystowała mniej więcej piętnaście lat, po czym zniknęła jak sen jakiś złoty, ale o tym już w dalszej części tekstu.
Tuż powyżej, czyli na drugim piętrze zainstalowała się instytucja, która dyrygowała całą tą katowicką grupą gazet. Było to oczywiście Śląskie Wydawnictwo Prasowe. Zajmowało się administracją, finansami, księgowością, organizacją druku i mnóstwem innych rzeczy ożywiających tego molocha prasowego. Można by więc pomyśleć, że było jego właścicielem i formalnie rzecz biorąc, taką funkcję pełniło, ale najważniejsze decyzje, w tym przede wszystkim polityczne i kadrowe zapadały zupełnie gdzie indziej, w tak zwanym białym domu. Mieliśmy więc do czynienia ze swoistą formą dwuwładzy, z których jedna faktycznie nadawała ton i kierunek prasie śląskiej, a druga formalnie go sankcjonowała. Doskonale poruszał się w tym układzie dyrektor wydawnictwa Karol Szarowski. Czynił to tak zręcznie, że funkcję tę piastował kilkadziesiąt lat i przetrwał na niej wszystkich redaktorów naczelnych poszczególnych tytułów, niektórych nawet po kilkakroć. Rozstał się z nią dopiero wtedy, kiedy po zmianie systemu sprawowania władzy w kraju przystąpiono do likwidacji RSW Prasa, w tym i wydawnictwa śląskiego.

Dom Prasy
Kontynuując jednak proces zasiedlania Domu Prasy przed półwieczem, warto zauważyć, że w procesie tym zastosowano odpowiednią do wagi tytułu, a może i jego nakładu hierarchię. Te najważniejsze sadowiły się w niższych partiach gmachu, te o lżejszym tonie i rzadszej częstotliwości wydawania u jego szczytu. Tak więc trzecie i czwarte piętra zajęła “Trybuna Robotnicza”, na piątym zainstalował się “Dziennik Zachodni”, szóste podzieliły między siebie redakcje “Wieczoru” i “Sportu”, a na siódmym usadowiły się czasopisma, tygodnik “Panorama” i dwutygodnik lub miesięcznik, w zależności od okresu, “Poglądy”. Układ taki przetrwał długie lata, w każdym razie do końca komuny, chociaż i w tym okresie dwie redakcje musiały się przeprowadzić do sąsiedniego budynku w Rynku, ponieważ w wyniku rozrostu kadrowego poszczególnych redakcji, w domu przy Młyńskiej 1 zaczęło brakować miejsca.
Był to więc ogromny kombinat wydawniczy, którego jednorazowy nakład, szczególnie w piątki, oceniano na około 2,5 do 3 milionów egzemplarzy. Wliczano w to nie tylko wymienione powyżej gazety, ale i powiatowe tygodniki, jak np. ”Wiadomości Zagłębia”, “Goniec Górnośląski”, “Życie Bytomskie”, “Gwarek” tarnogórski, “Nowiny Gliwickie”, “Głos Zabrza i Rudy Śląskiej”, które stanowiły integralną część Śląskiego Wydawnictwa Prasowego. Prawie połowę tego olbrzymiego nakładu dostarczała “Trybuna Robotnicza”. W swoim najlepszym okresie, a wlicza się do niego głównie lata siedemdziesiąte, ukazywała się ona w piątek w nakładzie miliona do miliona dwustu tysięcy egzemplarzy. Ponieważ maszyna rotacyjna w drukarni na ulicy Opolskiej nie byłaby w stanie takiej liczby gazet w ciągu jednej nocnej zmiany wydrukować, uruchamiano ją już w czwartkowe późne popołudnie. Zdarzało się więc, że strony depeszowe, czyli pierwsza i druga tego samego wydania gazety mogły się różnić, bo jeśli do północy dalekopisy PAP dostarczały ważne, świeższe informacje, to dyżurni redaktorzy owe strony modyfikowali. Czasem zmieniano również którąś ze stron wewnętrznych, ale działo się to rzadko i prowokowane było interwencją cenzury. Taka sytuacja zdarzyła się np. w maju 1977 roku. Przebywający wówczas w Warszawie na tenisowym meczu o Puchar Davisa szef działu sportowego Zbigniew Dutkowski nadesłał w południe krytyczną informację, że Wojciech Fibak nie wystąpi w meczu z Francją, bo dokładnie w tym samym czasie wybiera się do Dallas na turniej deblowy. Informacja znalazła się na stronie sportowej “TR”, ale wieczorem pokazał się zapis cenzorski, że nie wolno publikować informacji o wyjeździe tenisisty do Stanów Zjednoczonych. W konsekwencji informację tę z gazety usunięto. Spośród innych gazet stosunkowo wysokim nakładem odznaczał się “Dziennik Zachodni”, który w najlepszym swoim okresie przekraczał nieco 500.000 egzemplarzy. Z kolei “Wieczór” dochodził do 100.000 gazet, a “Panorama” do 70 – 80.000 sztuk tygodnika.

Wilhelm Szewczyk
W tej wędrówce ku szczytom Domu Prasy dochodzimy wreszcie do ósmego piętra i czynimy to rzeczywiście na nogach, bowiem wspomniana już nowoczesna winda docierała tylko do siódmego. Ostatni odcinek pionu pokonywało się po schodach. Na tej najwyższej kondygnacji znajdowała się stołówka, pomieszczenie wielce użyteczne, bowiem można było tam coś przekąsić, no i co równie ważne, a może i ważniejsze, wypić kawę. Wszakże pełniła ona wiele innych istotnych funkcji. Przede wszystko towarzyską. Każdego dnia, od wczesnego przedpołudnia tłoczyło się tam przy stolikach mnóstwo dziennikarzy popijając lurę zwaną kawą oraz dyskutując, plotkując i żartując. Wcześniej, czy później spotykało się tam wszystkich zatrudnionych w tym prasowym biurowcu, z wyjątkiem redaktorów naczelnych, dla których stołówkowe spoufalanie się z dziennikarską masą roboczą stanowiło pewną ujmę. Odstępstwem od tej formuły wyróżniał się jedynie szef “Poglądów”, znany pisarz, publicysta i krytyk Wilhelm Szewczyk, który wszędzie prowadził bogate życie koleżeńskie, stołówki na ósmym piętrze nie wyłączając, przynajmniej dopóki jego redakcja w tym gmachu się znajdowała.
Stołówka była też miejscem pracy. W niej niektórzy dziennikarze umawiali się na wywiady lub rozmowy z przedstawicielami życia społecznego, gospodarczego, kulturalnego. Na ogół były to dla postronnych widzów postacie bezimienne, ale za to z tej ostatniej branży bardzo dobrze znane. Raz jedyny widziałem tam na początku lat siedemdziesiątych ówczesnego dyrektora Teatru Śląskiego Ignacego Gogolewskiego, później zdarzyło mi się dostrzec Józefa Parę, wreszcie kilku aktorów teatru i filmu, wśród nich np. Bernarda Krawczyka, Stanisława Brudnego i Ryszarda Zaorskiego, który był tam niemal stałym gościem. Zabawna przygoda przydarzyła mi się tam latem 1974 lub 1975 roku. Wpadłem do tej stołówki wtedy niezbyt tłocznej ze względu na okres urlopowy i szybkim krokiem zmierzałem w kierunku bufetu. Przy jednym ze stolików siedziała samotnie znana mi osoba, więc rzuciłem: – cześć i usłyszawszy podobną odpowiedź, poszedłem dalej. Po kilku krokach uświadomiłem sobie jednak, że to nie żadna dziennikarka, lecz Beata Tyszkiewicz. Wtedy zatrzymałem się, wróciłem i przeprosiłem gwiazdę polskiego kina za to obcesowe “cześć”. – Nic nie szkodzi – odpowiedziała aktorka – to bardzo miłe, przynajmniej mnie pan pamięta. W chwilę po tym okazało się, że przybyła tu w gościnę do dziennikarki “TR” Zofii Kępińskiej, z którą od lat się przyjaźniła. W stołówce tej występowało również kilku artystów estrady. W tym domu, niekoniecznie na ósmym piętrze, pojawiało się też wielu sławnych sportowców z kraju i z zagranicy, goszczących tu głównie na zaproszenie “Sportu”.
Dom Prasy przy całej swojej funkcji wydawniczej stawał się kuźnią kadr dziennikarskich. W jego redakcjach nieopierzeni kandydaci do zawodu próbowali swych sił, zdobywali doświadczenie, zyskiwali umiejętność pisania i w końcu redagowania gazet. Wielu z nich zyskało sobie opinię znakomitych dziennikarzy, a niektórzy wspinali się na bardzo wysokie stanowiska. Te najwyższe, zawdzięczali nie tyle swojej, zdobytej w Katowicach sprawności zawodowej, ile swej działalności politycznej. Oto np. wspomniany już w tym tekście Włodzimierz Janiurek bywał w starym systemie politycznym posłem na Sejm, ambasadorem Polski w Czechosłowacji, rzecznikiem prasowym rządu. Jego następca na stanowisku szefa “TR” Maciej Szczepański także był posłem, nawet czterech kadencji, a ponadto przewodniczącym Komitetu d/s Radia i Telewizji. Zapisał się super modernizacją TV, ale i niesławnym zakończeniem swojej kadencji. Kolejną reprezentantką katowickiego środowiska dziennikarskiego w Sejmie, tym razem tzw. kontraktowym wybranym w 1989 roku była publicystka “Dziennika Zachodniego” Teresa Sojkowa. Może zakotwiczyłaby w nim na dłużej, gdyby nie to, że porzuciła Klub Lewicy Demokratycznej, przyłączając się do Polskiej Unii Socjaldemokratycznej Tadeusza Fiszbacha, która nie dotrwała nawet do końca kadencji. W nowych już warunkach ustrojowych posłem IV kadencji Sejmu został redaktor naczelny “Wieczoru”, “TR”, katowickiej TV oraz tygodnika “Tak i Nie” Kazimierz Zarzycki.
Na szersze wody wypłynęli z Domu Prasy także zwykli dziennikarze, którzy awans uzyskiwali dzięki swym nadzwyczajnym zdolnościom lub pisarskim umiejętnościom. Przedstawicielem tych pierwszych był członek zespołu redakcyjnego “Sportu” Jerzy Brodzki, poliglota władający kilkoma językami i umiejętnością bardzo szybkiego pisania. Człowiek ten, który w ciągu swojego żywota był aż pięciokrotnie żonaty, około 1967 roku ściągnięty został do Warszawy, gdzie najpierw został reporterem brytyjskiej agencji prasowej Reutersa, a następnie szefem polskiego oddziału amerykańskiej agencji o charakterze światowym Associated Press. Innym fenomenem językowym był Józef Małek, który wiele lat przepracował na stanowisku depeszowca “DZ”, by w końcu dzięki znajomości kilku języków zrobić karierę w handlu zagranicznym. Zupełnie innego typu dziennikarzem był Zbigniew Dutkowski z “Trybuny Robotniczej”. Zyskał on ogromną popularność wśród publiczności czytelniczej, m.in. za “7 dni w sporcie”, które publikował nieprzerwanie przez 30 lat. Nadsyłał także sprawozdania z sześciu igrzysk olimpijskich i kilkunastu mistrzostw świata i Europy. Ponadto 29 razy obserwował tenisowy turniej w Wimbledonie, nawet w najczarniejszym okresie stanu wojennego, w roku 1982.
Bardzo głośno było w kraju o Jacku Maziarskim zwłaszcza po przesileniu politycznym 1981-82 roku. To on , gdy nie przeszedł ówczesnej weryfikacji dziennikarskiej zamieścił w “Życiu Warszawy” słynne ogłoszenie: “Uczciwy dziennikarz szuka pracy”. Oznacza to, że uchodził za opozycjonistę i potwierdza to jego życiorys w internetowej Wikipedii. Wymienia się tam redakcje, w których pracował, ale pomija zupełnie tę, w której pracował najdłużej, czyli “Dziennik Zachodni”. Od początku lat sześćdziesiątych aż do 1967 roku był czołowym publicystą tej gazety, a później, jako członek Stronnictwa Demokratycznego był wraz z Cezarym Leżeńskim kierownikiem wydziału propagandy tej partii. Wreszcie po 1989 roku był jednym ze współzałożycieli Porozumienia Centrum i posłem na Sejm z rekomendacji tej partii.

Józef Makal
Spośród pracowników w Domu Prasy interesujące kariery robili nie tylko dziennikarze, ale i członkowie zespołów administracyjnego i technicznego. Pierwszą osobą, która zyskała sporą popularność na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych była Józefa Bęben ze Śląskiego Wydawnictwa Prasowego. Została ona znaną sportsmenką, siatkarką, zdobywczynią wraz z reprezentacją Polski dwóch brązowych medali olimpijskich. Inny sukces, tym razem już zawodowy, odniosła Urszula Kowaczek, która w charakterze maszynistki przepracowała w “Dzienniku Zachodnim” 44 lata. Wyróżniała się niezwykłą sprawnością i zawrotną szybkością w pisaniu. Najlepiej świadczą o tym jej dokonania w konkursach maszynopisania, bowiem dziesięciokrotnie zdobyła tytuły mistrzyni Polski. Dwukrotnie startowała także w mistrzostwach Europy noszących nazwę Intersteno. Na pierwszej z tych imprez w Budapeszcie zajęła 4 miejsce, na drugiej w Szwajcarii 6 miejsce. Sporo osiągnięć odnotowali fotoreporterzy zatrudnieni w redakcjach mieszczących się w Domu Prasy. Kilku z nich zdobyło nagrody i wyróżnienia na dorocznych międzynarodowych konkursach Photo Press, ale pierwszym, który odnotował taki sukces był Józef Makal z “Dziennika Zachodniego”.
W Domu Prasy ciężko się pracowało, ale często dobrze się zabawiało. We wszystkich redakcjach odbywały się imprezy towarzyskie, nierzadko alkoholowe, dla których pretekstem bywały okazje wynikające z kalendarza. Najgłośniejsze i najradośniejsze przeprowadzano 8 marca, kiedy to w każdej redakcji oddzielnie obchodzono Dzień Kobiet. Okazji do popitki i rozrywki dostarczały również urodziny lub imieniny co bardziej popularnych osób, obchodzone jubileusze, świętowanie nagród uzyskiwanych przez dziennikarzy w różnych konkursach. Wprawdzie istniał zakaz spożywania w miejscach pracy napojów wyskokowych, ale w gmachu przy ul. Młyńskiej 1 nikt go raczej nie przestrzegał, z redaktorami naczelnymi włącznie, bo chętnie w takich imprezach uczestniczyli, czasem nawet w ich własnych gabinetach. Większość tych rozrywkowych spotkań kończyła się szczęśliwie, jeśli nie liczyć kaców trapiących nazajutrz ich uczestników. W latach siedemdziesiątych, choć roku dokładnie już nie pamiętam, zdarzył się jednak tragiczny wypadek, który wstrząsnął sumieniami dziennych lokatorów tego gmachu. Oto bowiem podczas imprezy imieninowej sekretarza redakcji “Panoramy” Karola Herbsta odbywającej się na siódmym piętrze śmierć poniosła jedna z uczestniczek zabawy, bodaj maszynistka w tej redakcji. Będąc pod wpływem wódy wyszła na korytarz, przechyliła się na barierce otaczającej schody i uczyniła to tak głęboko, że przekroczyła środek ciężkości, a w konsekwencji runęła w dół zabijając się na miejscu.
Wypadek ten wywołał zrozumiałe poruszenie, od prawniczo-dochodzeniowych do projektowo-remontowo-budowlanych. Uznano, że liczące 110 cm wysokości poręcze otaczające schody od zewnętrznej strony są za niskie, a zatem mogą stanowić zagrożenie dla osób wspinających się lub schodzących po nich, niekoniecznie w zawianym stanie. W następstwie tej konstatacji podjęto decyzję o podwyższeniu balustrad o 20 cm i natychmiast, na całej wysokości schodów od parteru po ósme piętro, zamierzenie to wykonano. Była to pierwsza, chociaż drobna rekonstrukcja budynku od chwili oddania go do użytku. Wszakże nie ostatnia. Wkrótce po tym przystąpiono do poważniejszych przeróbek i modyfikacji. Na czas remontu, pod sam koniec lat siedemdziesiątych, zamknięto kawiarnię “Cafe-Sport” i nigdy potem już jej nie otworzono. W miejscu dawnej kawiarni powstała stołówka Domu Prasy w miejsce tej, zlikwidowanej równocześnie na ósmym piętrze. Nigdy wprawdzie nie przedostała się do wiadomości publicznej wiadomość dlaczego nastąpiła ta stołówkowa zamiana pomiędzy ósmym a pierwszym piętrem, ale można podejrzewać, że miało to związek ze wspomnianym wyżej wypadkiem i obawą, że ktoś spośród ludzi odwiedzających ten wewnętrzny lokal gastronomiczny na samym szczycie budynku może przypadkowo lub świadomie przekroczyć barierkę i spowodować nowe nieszczęście. Teza ta jest o tyle prawdopodobna, że nie wiadomo było jak zagospodarować zwolnione miejsce na ósmym piętrze, więc w końcu urządzono tam nikomu niepotrzebne archiwum. Ale i ono nie utrzymało się długo, bo nikt prawie z niego nie korzystał, toteż już w latach osiemdziesiątych przeprowadzono tam kolejny remont, w wyniku którego urządzono pokoje biurowe, w których pomieszczenie znalazło m.in. Stowarzyszenie Dziennikarzy RP.
Jak już raz w tej relacji wspomniałem, w redakcjach znajdujących się w Domu Prasy ciągle wzrastała liczba pracowników, więc usilnie poszukiwano sposobów rozładowania ciasnoty. Najlepszym na to lekarstwem było wyprowadzenie z gmachu przynajmniej jednej redakcji. Wkrótce też, w porozumieniu z prezydium Miejskiej Rady Narodowej znaleziono pomieszczenia, przy pomocy których można było ten pomysł zrealizować. Znajdowały się one w domu pomiędzy ulicami Pocztową i Św. Jana, czyli faktycznie pod adresem Rynek 13. Pierwsze przeniosły się tam “Poglądy” z Wilhelmem Szewczykiem na czele i grupą katowickich literatów należących do zespołu tej redakcji. Zwolnione przez nich miejsca zajęła w części “Trybuna Robotnicza”, a w części przychodnia lekarska, na razie bardzo skromna, bo tylko dwupokojowa. Wszystko to nie rozwiązywało jednak problemu, więc wkrótce, czyli w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, do domu w Rynku przeprowadziła się redakcja “Wieczoru”, zajmując całe czwarte piętro. Gościła tam przeszło piętnaście lat i wprawdzie do Domu Prasy w nowych warunkach ustrojowych wróciła, by tam w roli już tylko dwutygodnika ostatecznie skonać. Wtedy jednak, kiedy się pierwszy raz z Młyńskiej 1 wyprowadziła, pokoje po niej zajął “Sport”, co było o tyle uzasadnione, że już dawno z czasopisma ukazującego się najpierw dwa a później trzy razy w tygodniu przekształcił się w dziennik, a zatem powiększył zespół.
Po zmianach systemu sprawowania władzy w kraju, a zatem i likwidacji oraz rozparcelowywania majątku RSW Prasa i jego Śląskiego Wydawnictwa, proces wyprowadzki z Domu Prasy został znacznie przyśpieszony. Najpierw objął on redakcje “Sportu” i “Panoramy”, które wraz z drukarnią na ulicy Opolskiej dostały się decyzją komisji likwidacyjnej w 1990 roku Wojciechowi Fibakowi, który zresztą majątek ten odsprzedał w 1993 roku spółce Marquard-Presse. Zaraz jednak po pierwszej zmianie własnościowej “Sport” przeniesiono do pomieszczeń drukarni, bo po co nowy właściciel miał płacić czynsz za miejsce w Domu Prasy, skoro w gmachu drukarni istniały duże niezagospodarowane powierzchnie. Następnie z budynku tego wyniosła się “Panorama”, która znacznie podupadła i po raz kolejny zmieniła właściciela. Na przełomie wieków zniknął też stamtąd ostatecznie “Wieczór”. Dalsze losy pustoszenia budynku przy Młyńskiej 1 znam już tylko z ogólnie dostępnych mediów. Tak więc w następnej kolejności zniknęła spadkobierczyni “Trybuny Robotniczej” – “Trybuna Śląska” wchłonięta zresztą przez “Dziennik Zachodni”, bo obie redakcje miały tego samego wydawcę. W końcu i ta gazeta porzuciła Dom Prasy przenosząc się w roku 2009 do wybudowanego przez jej wydawnictwo budynku w Sosnowcu-Milowicach. W ten sposób Katowice, które niegdyś były jednym z najsilniejszych ośrodków prasowych w kraju, nie mają już ani jednej gazety opiniodawczej, nie licząc “Sportu”, który egzystuje jeszcze w jednej z czynszowych kamienic śródmieścia. Do dawnego Domu Prasy poddanemu gruntownemu remontowi i zmianie wspomnianej na wstępie kurtyny zewnętrznej wprowadza się Urząd Miejski. Ciekawe tylko czy mimo zmiany charakteru budynku mieszkańcy Katowic nadal nazywać go będą siłą przyzwyczajenia Domem Prasy?
CZESŁAW LUDWICZEK