Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

31-05-2013, 17:25

Inside Russia II  »

Magdalena Przedmojska
31-05-2013

Wizje, emocje, nieporozumienia.
Podróż studyjna dla polskich i niemieckich dziennikarzy do Moskwy.

Termin: 25. – 30. listopada 2013 r.

Czy Rosja w 2013 roku to olbrzym, który budzi się ze snu? Gracz międzynarodowy, który intensywnie się modernizuje? Kraj, w którym łamie się prawa człowieka? A może przede wszystkim największy na świecie dostawca surowców?  Potężny sąsiad na Wschodzie budzi od wieków w Polakach i Niemcach lęki i nadzieje, chętnie też go pouczamy i odczuwamy wobec niego wyższość. Pięciu polskich i pięciu niemieckich dziennikarzy skonfrontuje w listopadzie swoją wizję Rosji z rzeczywistością – w rozmowach z naukowcami, ludźmi kultury, politykami i przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego.

Ich spojrzenie na Rosję zetknie się z rosyjskim widzeniem Zachodu: Co kryje się pod zarzucaniem nam „podwójnych standardów”? Dlaczego organizacje pozarządowe otrzymały od rosyjskich polityków etykietkę „zagranicznych agentów”? Czy Rosjanie podzielają jeszcze „europejskie” wartości? Gdzie plasuje się Rosja w polityce międzynarodowej? Ile sprzecznych odpowiedzi na te pytania otrzymamy w Rosji od różnych rozmówców?

Szczegółowy program podróży podamy do wiadomości na początku września.

Adresaci projektu

Podróż skierowana jest do aktywnych zawodowo dziennikarzy mediów drukowanych i radia, a także do fotoreporterów.

Język

Oficjalnym językiem podróży studyjnej będzie angielski – w tym języku porozumiewają się ze sobą uczestnicy, po angielsku odbędzie się większość spotkań (jeśli zajdzie potrzeba, spotkania będą tłumaczone na angielski). Znajomość rosyjskiego jest mile widziana, ale nie stanowi warunku uczestnictwa.

Opłata za uczestnictwo

Niemcy: 80 Euro (dziennikarze nieetatowi), 180 Euro (dziennikarze na etatach)

Polska: 300 PLN (dziennikarze nieetatowi), 700 PLN (dziennikarze na etatach)

Koszty przygotowania programu, a także koszty podróży i zakwaterowania oraz wyżywienia a także opłaty wizowe pokrywa Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Prosimy o nadsyłanie zgłoszeń z następującymi załącznikami:

list motywacyjny W JĘZYKU ANGIELSKIM

życiorys W JĘZYKU ANGIELSKIM (z listą najważniejszych publikacji)

dwie nowsze publikacje

Kompletne zgłoszenia prosimy nadsyłać w wersji elektronicznej w terminie do 20 września 2013 r. do Moritza Gathmanna: moritz.gathmann(at)sdpz.org

Ważne: Prosimy zwrócić uwagę na termin ważności paszportu: min. 3 miesiące (w przypadku uczestników niemieckich) i min. 6 miesięcy (w przypadku uczestników polskich) od daty zakończenia podróży studyjnej.

Podróż studyjna jest projektem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej realizowanym wspólnie z n-ost Network for Reporting on Eastern Europe

Fundacja Współpracy Polsko-Niemieckiej Büro Berlin
Schumannstraße 2
D-10117 Berlin
T: (+49 30) 240478510
www.sdpz.org

n-ost
Netzwerk für Osteuropa-Berichterstattung
Neuenburger Straße 17
D-10969 Berlin
T: (+49 30) 259 32 83-0
www.n-ost.org

magdalena.przedmojska@fwpn.org.pl

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/4887

31-05-2013, 13:49

Naczelny Polityki o prawicowych mediach: Czarne msze, seanse nienawiści, żenada  »

Media2.pl
Łukasz Szewczyk
31-05-2013

Gdy się zorientowano, że istnieje duża grupa gotowa płacić za media, które poprawiają jej samopoczucie, to stało się to dobrym obszarem biznesowym. Organizacja okołopisowska ma wręcz podręcznikowe cechy organizacji parareligijnej – mówi w wywiadzie dla Gazety Wyborczej Jerzy Baczyński, redaktor naczelny tygodnika Polityka.

Jerzy Baczyński

Po lotniczej katastrofie pod Smoleńskiem prawicowe media otrzymały wiatr w żagle. Dzięki dużej promocji, przy okazji wieców ulicznych organizowanych razem z PiS, znacznie wzrosła sprzedaż tygodnika Gazeta Polska. Powstało także wiele nowych mediów nie kryjących swoje prawicowe poglądy, wśród nich m.in. dziennik Gazeta Polska Codziennie, tygodniki Uważam Rze, Do Rzeczy, Sieci czy też nowa Telewizja Republika.

Katastrofa smoleńska strasznie ludzi dotknęła, przeżyliśmy emocjonalne tsunami. (…) Pojawił się wtedy naturalny popyt na teorie spiskowe, ale jeszcze nie było podaży. Ktoś musiał ją zaoferować tej części publiczności i zrobiła to Gazeta Polska, a później na tej samej fali inne pisma prawicowe. Chociaż bardzo nie lubię używać w tym przypadku określenia “prawica” (…) Choć to brzmi kulawo: tożsamościowo-narodowe, w poglądach społecznych często lewackie. Gdyby nie złe skojarzenie zbitki słów można by powiedzieć, narodowo-socjalistyczne - mówi w wywiadzie dla Gazety Wyborczej Jerzy Baczyński, redaktor naczelny Polityki

Analizując rynek tzw. prasy prawicowej Baczyński podkreśla, że cała ta organizacja okołopisowska ma podręcznikowe cechy organizacji parareligijnej.

Dziennikarstwo tożsamościowe dostarcza głównie produktów o charakterze emocjonalnym, daje poczucie wspólnoty przeciw wrogiej grupie i wrogiemu światu. Buduje obraz przeciwnika. Stosuje rozmaite metody manipulacji psychologicznej, które służą odnalezieniu ciepła w pewnej grupie wobec zimnej wrogości na zewnątrz. To silnie działający narkotyk. (…) Gdy czytam kolejne tytuły pism prawicowych, to widzę, jakie tam są odprawiane czarne msze. To jest rodzaj liturgii, bo wraca co tydzień w tej samej postaci. Każdego tygodnia negatywnymi bohaterami są te same osoby, często zresztą inni dziennikarze. To klasyczne seanse nienawiści mające silnie związać grupę wyznawców, którzy gromadzą się pod papierowymi sztandarami – ocenia Baczyński.

Redaktor naczelny tygodnika Polityki krytykuje także fakt, że tzw. media prawicowe określają się jako “niezależne” czy też “niepokorne”.

To jest nadużycie językowe o charakterze kabaretowym.Umieszczanie takich sloganów na okładkach to przecież żenada. Coś czego dotychczas nie spotykało się nie tylko u nas, ale też chyba w żadnym innym kraju (…) My takiego kitu nie wciskamy. Zresztą nasz czytelnik chyba nie ma aż takiej potrzeby dowartościowania, a jeśli, to musi zaspokajać ją gdzie indziej - dodaje w wywiadzie dla Gazety Wyborczej Jerzy Baczyński, redaktor naczelny Polityki

Z kolei Telewizja Republika jako slogan reklamowy używa hasło “włącz prawdę”. Naczelny Polityki zauważa, że TV Republika to biznes który ma sens, jest kolejnym elementem układanki.

Ta nowa telewizja to też takie zatrute drzewo i nie może wydać zdrowych owoców. Wyrosło z potrzeby umacniania pewnego typu światopoglądu, tezy politycznej (…) Gdy się zorientowano, że istnieje duża grupa, tak szeroka jak elektorat PiS, gotowa płacić za media, które poprawiają jej samopoczucie, to stało się to dobrym obszarem biznesowym. Stąd naturalny pomysł, by do już istniejących tygodników, dodawać kolejne media budowane wokół tych samych medialnych, środowiskowych autorytetów. Telewizja to kolejny element dołożony do tej układanki - mówi Baczyński o TV Republika

Jerzy Baczyński dodaje, że dla kierowanego przez niego tygodnika Polityka największym konkurentem jest Newsweek Polska, a nie tygodniki prawicowe. Zapewnia także, że nie zamierza namawiać czytelników do kupna Polityki wykorzystując hasła typu “zrzuć się, daj ofiarę, bo prowadzimy wojnę”.

 

 

Całość: http://media2.pl/media/103084-Naczelny-Polityki-o-prawicowych-mediach-Czarne-msze-seanse-nienawisci-zenada.html

31-05-2013, 09:39

Test DZ: Dziennikarka DZ została kierowcą miejskiego autobusu. Strach był!  »

Dziennik Zachodni
Joanna Oreł
31-05-2013

Joanna Oreł

Autobus się spóźnia, potem obijacie się o szybę, bo kierowca gwałtownie hamuje? I co, rzucacie przekleństwami? A gdybyście tak sami musieli wozić pasażerów? Ja tego spróbowałam!

W regionie mamy ponad dwa tysiące kierowców autobusów komunikacji miejskiej. To pracownicy największych przewoźników w regionie, czyli m.in. katowickiego, gliwickiego, sosnowieckiego i świerklanieckiego PKM-u, a także Meteora z Jaworzna. Niektóre z autobusów jeżdżą nawet na 50-kilometrowych trasach. To solarisy, ikarusy, jelcze… Prowadzą je nie tylko mężczyźni. Pasażerów wozi też ok. 40 pań. Ale koniec z liczbami.

Na kilkadziesiąt minut sama postanowiłam sprawdzić, jak kobieta daje sobie radę za kierownicą autobusu.

Łatwo nie było!

12 ton? Co to dla mnie!

Spokojnie. Poszkodowanych nie było. Opóźnień autobusów za moją sprawą także nie odnotowano. Co więcej, pasażerowie nie przeklinali. Pewnie dlatego, że prawa jazdy kategorii D jeszcze nie mam (choć po mojej przejażdżce rozważam, czy sobie nie wyrobić), więc pozwolono mi jeździć jedynie po parkingu gliwickiego PKM-u.

Na miejscu czeka na mnie ważący ok. 12 ton niskopodłogowy solaris. Pełna klasa, ale i tak zanim ruszyłam, zaczęłam się zastanawiać, czy to aby na pewno dobry pomysł. No bo jak? Przed chwilą wysiadłam z mojej prywatnej “limuzyny”, szerzej znanej jako daewoo tico, a teraz mam kierować taką, hm, kobyłą? Jan Snakowski, kierownik działu ruchu autobusowego w PKM-ie, uspokaja mnie.

- Czego się tu bać? Ten autobus można kierować jednym paluszkiem – powiedział z uśmiechem jakimś ironicznym nieco. Kobieta z kobietą lepiej się dogada, więc pytam jeszcze, co i jak Katarzyny Bączkiewicz z Knurowa, którą na co dzień możecie zobaczyć za kierownicą solarisów w regionie.

- Autobusem się lepiej kieruje niż samochodem osobowym – stwierdza bez wahania pani Katarzyna.

Sprzęgła nie ma, PIN jest

Jednak ja, podchodząc na miejsce kierowcy autobusu, poczułam się bardziej, jakbym znalazła się w kokpicie samolotu. Mnóstwo przycisków, wskaźników, ekranów. Uff… bezpieczniej się czuję, gdy zasiadam. Fotel pierwsza klasa! Już mam przekręcać kluczyk w stacyjce, ale…

- Najpierw wbija się numer PIN przypisany do kierowcy i dopiero wtedy można ruszać – instruuje mnie Katarzyna Bączkiewicz.  Dalej wcale nie jest lepiej. Panika ogarnia mnie, gdy szukam sprzęgła. Nie ma. No tak. Automatyczna skrzynia biegów. Przyznam szczerze – po raz pierwszy mam z nią do czynienia. W końcu odpalam. Co ma być, to będzie.

Ja nie jadę. Ja lecę i płynę

Ups! Przyjechała policja. To oczywiście wywołało śmiech u moich nielicznych pasażerów, czyli pracowników PKM-u. Trochę stresu, ale na szczęście mundurowi przyjechali tu nie po mnie. W końcu ruszam. Jest zaskakująco dobrze. To nie ja kieruję autobusem. “Mój” solaris po prostu płynie po parkingu. Nie trzeba zmieniać biegów. Nie ukrywam, trochę to przerażające. W kilku lusterkach widzę długie boki autobusu.

Jak tym wyhamować?

Wszystko jest jednak tak zaprogramowane, że wystarczy lekko nacisnąć na hamulec i autobus bez problemu zwalnia.

Moje zadowolenie szybko mija, gdy zbliżam się do jednego z budynków. Czas na pierwszy zakręt. Gdy tylko pojawia się ta myśl, chwytam kurczowo kierownicę.

- Spokojnie, musimy podjechać trochę dalej. Trzeba “wypuścić” się do przodu – stopuje mnie pani Katarzyna.

Wypuszczam. Mam jednak wrażenie, że zaraz uderzę w budynek. Dopiero, gdy spoglądam w lusterka wsteczne po raz kolejny, uświadamiam sobie, że to nie samochód osobowy, ale ok. 12-metrowy autobus. Dlatego zwykły skręt jest tutaj o wiele trudniejszy. Po pierwszym z nich czuję się jednak pewniej.

Kolejny lęk dopada mnie, gdy zbliżam się do nierówności na parkingu PKM-u. Okazuje się, że te da się pokonać bez problemu. Amortyzatory robią swoje. Nawet nie czuję, gdy przejeżdżam przez dziurę. Po kilku okrążeniach dojeżdżamy do “przystanku”. Gładkie hamowanie, otwieramy drzwi (wystarczy nacisnąć przyciski). Tryumfalnie ogłaszam przez mikrofon:

- Dziękuję państwu za wspólną podróż!

Jedzie baba, Boże czuwaj

Moja przygoda za kierownicą autobusu obyła się bez większych ekscesów. A w tym fachu różnie bywa, szczególnie gdy – tak jak w moim przypadku – autobusem kieruje kobieta.

- Zdarzają się pasażerowie, którzy żegnają się zanim wsiądą do autobusu. Albo w ogóle rezygnują – śmieje się Irena Solecka, która od 2006 roku pracuje w gliwickim PKM.  – A jak się spóźnimy kilka minut na przystanek, bo na trasie są korki, to możemy usłyszeć, że nie potrafimy jeździć – dodaje Katarzyna Bączkiewicz.

Nasz pasażer, nasz pan?

Najbardziej uciążliwi pasażerowie? Nastolatkowie – tak w większości odpowiadają kierowcy. Są hałaśliwi, wulgarni i śmiecą. Zdarzają się też tacy, którzy stają jak najbliżej barierek przy kabinie kierowcy (a najlepiej za nimi), choć to później ci drudzy muszą się tłumaczyć. Pasażerowie składają też skargi na kierowców, którzy – według nich – są niekulturalni, wulgarni, czy jeżdżą niezgodnie z rozkładem.

- Takie zgłoszenia staramy się weryfikować przez monitoring w autobusach, bo w wielu z nich już działa.

To daje nam jasny ogląd sytuacji – mówi Henryk Szary, prezes gliwickiego PKM-u. – Uzasadnione skargi pasażerów kończą się upomnieniem lub naganą.

Kto jest bardziej agresywny za kierownicą autobusu: mężczyźni czy kobiety? Prezes Szary tłumaczy, że nie ma większych różnic. Panie uważane są za bardziej przyjazne dla pasażerów, ale to też nie jest reguła, bo dużą sympatię zdobył sobie Grzegorz Maro, kierowca katowickiego PKM-u, który jeździ na liniach 297 i 657. Zrobiło się o nim głośno za sprawą licznych pochwał ze strony pasażerów.

- Kojarzę sporą grupę z nich i wiem nawet, którzy lubią się spóźniać – opowiada Grzegorz Maro. – Często używam mikrofonu. Życzę pasażerom miłego dnia, a czasem, jak trzeba, to przeproszę na przykład za to, że za ostro zahamuję, czy że podjechałem z opóźnieniem.

Noce i dnie. Taka praca

Kierowcy autobusów przyznają jednak, że to nie pasażerowie czy jazda po mieście są najbardziej uciążliwe, ale… wczesne wstawanie.

- Jak mam kurs o godz. 3.30, to budzę się o godz. 2. Czasem więc po prostu nie opłaca się kłaść spać – żartuje pani Aleksandra, która od trzech miesięcy kieruje autobusami gliwickiego PKM-u.

Swoją przygodę za kierownicą autobusu kończę z mieszanymi uczuciami. Niby trzeba “tylko” zrobić m.in. prawo jazdy odpowiedniej kategorii, zdać test i uzyskać świadectwo kwalifikacji. Ale ta odpowiedzialność, złe humory pasażerów, no i to wczesne wstawanie! Chyba jednak wolę tico zamiast solarisa.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/907822,test-dz-dziennikarka-dz-zostala-kierowca-miejskiego,1,id,t,sa.html

31-05-2013, 08:08

Ruszyły konkursy do rad nadzorczych mediów publicznych. Jakie wymagania?  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
PP
31-05-2013

KRRiT

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji rozpoczęła konkursy na członków rad nadzorczych mediów publicznych. Obecne kadencje członków rad upływają w pierwszej połowie 2014 roku.

Krajowa Rada na mocy ustawy wybiera po pięciu członków rad nadzorczych Telewizji Polskiej, Polskiego Radia oraz po czterech członków rad nadzorczych w każdej z 17 spółek radiofonii regionalnej. Kandydatów do rady nadzorczej zgłaszają organy kolegialne uczelni akademickich, Mają na to czas do 30 października br.

Konkurs będzie składał się z trzech etapów. Pierwszy obejmie formalną ocenę zgłoszeń, drugi ich ocenę merytoryczną. Trzecim etapem będzie rozmowa kwalifikacyjna z wyłonionymi kandydatami.

Krajowa Rada będzie oceniała kompetencje kandydatów uwzględniając m.in. ich doświadczenie zawodowe w dziedzinie prawa, finansów, kultury i mediów, wykształcenie oraz uprawnienia zawodowe w tych dziedzinach. Oceniany będzie też przebieg dotychczasowej kariery zawodowej pod kątem niezbędnych umiejętności wymaganych do realizacji zadań mediów publicznych.

Zgodnie z nowym rozporządzeniem KRRiT, kandydaci na członków rad nadzorczych nadawców publicznych będą musieli wykazać trzyletnie, a nie jak dotychczas pięcioletnie, doświadczenie zawodowe na stanowiskach związanych z działalnością gospodarczą, finansową, zarządzaniem, obsługą prawną, nadzorem właścicielskim, działalnością naukową lub działalnością twórczą w dziedzinie mediów.

Jak podaje Rada, decyzja o nowelizacji rozporządzenia została podjęta po wnikliwej analizie kandydatur zgłaszanych w pierwszym procesie wyłaniania władz mediów publicznych. – Zmiana ma umożliwić ubieganie się o piastowanie stanowisk we władzach mediów publicznych większej niż dotychczas liczbie ludzi młodych, a już posiadających  doświadczenie zawodowe – czytamy w komunikacie.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ruszyly-konkursy-do-rad-nadzorczych-mediow-publicznych -jakie-wymagania

28-05-2013, 10:36

SDP pozyskało fundusze na publikowanie tekstów, których nie opublikują inni  »

Press
JF
28-05-2013

Dzięki pomocy finansowej Szwajcarii pod egidą Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich ma powstać serwis internetowy z tekstami, których z obawy przed reakcją władz nie chcą publikować redakcje lokalnych tytułów ani blogerzy. Fundacja Court Watch Polska przygotuje też raport na temat działania polskich sądów w sprawach z udziałem dziennikarzy i blogerów.

Na projekt “Wzmocnienie mediów lokalnych i obywatelskich” SDP zdobyło fundusze ze szwajcarskiego programu współpracy z nowymi krajami członkowskimi Unii Europejskiej. – Konkurencja była ogromna, do konkursu stanęło kilkaset organizacji, które przedstawiały projekty wspierające budowę społeczeństwa obywatelskiego – mówi Edyta Żyła, koordynatorka projektu “Wzmocnienie mediów lokalnych i obywatelskich” z ramienia SDP. – Wsparcie zdobyło tylko kilka procent starających się organizacji. Nam udało się uzyskać dotację w wysokości 524 tys. zł – dodaje.

Za te pieniądze SDP stworzy w Internecie ogólnopolski serwis, który będzie zamieszczać teksty dotyczące spraw lokalnych. – Będziemy zamieszczać w nim materiały, których dziennikarze lub wydawcy nie chcą opublikować, obawiając się reakcji lokalnych władz. Stworzymy również pogotowie prawne, które zapewni pomoc szykanowanym przez władze dziennikarzom – mówi Edyta Żyła.

Prace nad stworzeniem serwisu już się rozpoczęły. Ma on wystartować w lipcu br. Za opublikowane w nim teksty będą wypłacane honoraria. Fundusze szwajcarskie mają wystarczyć do utrzymania serwisu do września 2014 roku. – Ale nie planujemy zamykania serwisu po tym terminie – mówi Edyta Żyła.

Fundacja Court Watch Polska, która jest parterem SDP w realizacji projektu, będzie obserwować procesy prawne wytaczane dziennikarzom, komentatorom i blogerom. – Ustalimy, czy prowadzone przez polskie sądy postępowania zniechęcają dziennikarzy i blogerów do prowadzenia działań kontrolnych wobec władz – mówi Bartosz Pilitowski, prezes Fundacji Court Watch Polska. Końcowy raport w tej sprawie fundacja ma przedstawić do września 2014 roku.

- Cieszę się, że powstanie serwis z ciekawymi tekstami o tematyce lokalnej – mówi Dominik Księski, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych i wydawca tygodnika „Pałuki i Ziemia Mogileńska”. Jednak w jego ocenie redakcje gazet lokalnych podczas podejmowania decyzji o publikacji tekstów nie obawiają się ani reakcji władz, ani reakcji reklamodawców. – Przez ostatnie 20 lat tylko raz nie pozwoliłem na puszczenie tekstu z obawy, że po jego publikacji mógłbym przegrać sprawę w sądzie. Dziennikarz nie zebrał wystarczających dowodów, choć byłem przekonany, że dotarł do prawdy. Kłopot projektu SDP polega na tym, że tego typu teksty nie mogą ukazać się w żadnym medium – podsumowuje Dominik Księski.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/41874,SDP-pozyskalo-fundusze-na-publikowanie-tekstow_-ktorych-nie-opublikuja-inni

27-05-2013, 18:29

Baczyński: Plemienna wojna tygodników prawicowych  »

Gazeta Wyborcza
Sebastian Kucharski
27-05-2013

Budowa tego środowiska medialnego to też sposób na życie. Gdy się zorientowano, że istnieje duża grupa, tak szeroka jak elektorat PiS, gotowa płacić za media, które poprawiają jej samopoczucie, to stało się to dobrym obszarem biznesowym. Jak popatrzeć z boku, to cała ta organizacja okołopisowska ma wręcz podręcznikowe cechy organizacji parareligijnej. Jest tam męczennik, prorok, są apostołowie, własne księgi, biskupi i kaznodzieje, a na końcu lud boży. Mają nawet procesje, odpusty, relikwie – mówi redaktor naczelny “Polityki” Jerzy Baczyński.

Sebastian Kucharski: Koniec dziennikarstwa?

Jerzy Baczyński: Żyjemy w czasach niepewności, a w obszarze społecznej komunikacji jest ona szczególnie widoczna. Obserwujemy rozpad dawnego świata mediów; chociaż to proces, który zajmie jeszcze lata, to jednak zmiany są szybsze, niż wszyscy przypuszczaliśmy. Upada klasyczny model środków masowego przekazu. Dziś nie są już masowe, bo świat medialny podzielił się na dziesiątki nisz. Masowa pozostała jedynie rozrywka, a nie informacja.

Nie jest to też przekaz – bo relacja między nadawcą i odbiorcą stała się dużo bardziej złożona. Dziś odbiorca jest nie tylko aktywny, ale niesłychanie selektywny.

A co z dziennikarstwem?

Jerzy Baczyński

- Pewien model dziennikarstwa się kończy, ale to nie oznacza końca tego zawodu ani końca mediów. Panuje niebywały chaos informacyjny, więc publiczność, bardziej niż kiedyś, będzie potrzebowała zawodowego brokera informacji. Bo nie ustanie potrzeba selekcji, nadawania hierarchii wiadomościom, dodawania im kontekstu i interpretacji. Bez tego byśmy oszaleli. Człowiek ma ograniczoną zdolność przyjmowania bodźców, potrzebujemy wokół nas jakiegoś ładu i porządku. Inaczej grozi nam wizja, jak z filmów science fiction: świat, w którym ludzie będę bardzo zagubieni, bardzo przestraszeni i podatni na manipulacje.

Wierzę, że dziennikarstwo jest potrzebne jako rodzaj rzemiosła, fachowych usług dla ludności. Ale trzeba pamiętać, że nie każdy, kto pisze i publikuje, jest dziś dziennikarzem, tak jak nie wszystkie sprzedawane w kioskach gazety trzeba nazywać prasą. Istnieje np. cały potężny nurt gazet rozrywkowych, plotkarskich, celebryckich. A to nie jest dziennikarstwo w sensie jakiejś służby czy misji publicznej, standardów warsztatowych. Chociaż zaspokaja potrzeby różnych czytelników. Takich, którzy mają ogródek, takich, którzy jeżdżą rowerem albo lubią duże biusty. Każdy może znaleźć pismo dla siebie i mieć swoich “dziennikarzy”.

Także “dziennikarzy” od polityki?

- W tym segmencie też są “ludzie piszący”, którzy zaspokajają potrzeby jakiejś grupy odbiorców, ale niekoniecznie uprawiają dziennikarstwo. Tam mniej chodzi o jakiś wysiłek zrozumienia i opisania rzeczywistości, a bardziej o wywarcie wpływu, modelowanie, “formację” czytelnika.

Temu służy ostatnio cała tzw. publicystyka tożsamościowa. Użyję metafory: powiedzmy, że tygodnik “Polityka” to restauracja; spis treści to nasze menu, są różne dania – lżejsze i cięższe, staramy się je dobrać tak, żeby zaspokoiły główne potrzeby informacyjne organizmu i tak je przyprawiać, żeby były możliwie najsmaczniejsze. Ale mamy pewną zasadę: do tych dań nie dosypujemy kokainy, czy sproszkowanej pigułki gwałtu.

Czym jest ta kokaina?

- Chodzi mi o coś, co przypomina środek uzależniający. Nie próbujemy przekraczać granicy, poza którą chodzi już tylko o budowanie więzi zależności emocjonalnej. A dziennikarstwo tożsamościowe dostarcza głównie produktów o charakterze emocjonalnym, daje poczucie wspólnoty przeciw wrogiej grupie i wrogiemu światu. Buduje obraz przeciwnika. Stosuje rozmaite metody manipulacji psychologicznej, które służą odnalezieniu ciepła w pewnej grupie wobec zimnej wrogości na zewnątrz. To silnie działający narkotyk.

My nie mówimy naszym czytelnikom: “Słuchajcie, musimy się trzymać razem, bo wszyscy dookoła na nas czatują”. Że: “są ludzie, którzy knują, a my wskazujemy wam wrogów”. Gdy czytam kolejne tytuły pism prawicowych, to widzę, jakie tam są odprawiane czarne msze. To jest rodzaj liturgii, bo wraca co tydzień w tej samej postaci. Każdego tygodnia negatywnymi bohaterami są te same osoby, często zresztą inni dziennikarze. To klasyczne seanse nienawiści mające silnie związać grupę wyznawców, którzy gromadzą się pod papierowymi sztandarami.

Nazw tych prawicowych pism pan nie wymienia. One odniosły rynkowy sukces. “Gazecie Polskiej” w ciągu ostatnich lat trzykrotnie udało się podnieść sprzedaż. Teraz ma ok. 60 tys. egz. “Sieci” czy “Do Rzeczy”, które zadebiutowały kilka miesięcy temu, sprzedają po 100 tys. egzemplarzy.

- Wciąż dużo mniej od “Polityki”. Ale jeśli chodzi o ich sukcesy – tak też jest na świecie, weźmy np. CNN i prawicowe Fox News. Ich powodzenie powiązane jest z ewolucją cywilizacyjną, o której mówiliśmy wcześniej. Wpływa na to poczucie zagrożenia, chaosu, niezrozumienie świata, stresujące zmiany, które w okropnym tempie zachodzą dookoła. Dokłada się niepewność dotycząca gospodarki, emerytury, przyszłej kariery dziecka, własnej pracy. Świat się rozhermetyzował, przeciągi są z każdej strony. Trochę psychologizuję, ale ma to potwierdzenie w różnych analizach społecznych – w takich sytuacjach jedną z naturalnych form ucieczki jest chęć zakwestionowania zmian. Znalezienie grupy, która daje poczucie bezpieczeństwa, sensu i nadaje interpretację. Pozwala oswoić świat. Wskazać winnych naszych niepowodzeń. To jedna z najsilniejszych potrzeb ludzkich. Ale zwykle jak daje się proste wyjaśnienia i recepty, to niestety one nie mogą być prawdziwe. Bo świat jest zbyt złożony.

I na tym też polega niebezpieczeństwo płynące z mediów o silnym przekazie tożsamościowym. Bo wtedy tworzą się plemiona, które mają swoje rytuały i używki poprawiające samopoczucie. A te tygodniki chcą być po prostu przywódcami plemion..

A “Polityka” nie jest pismem dla plemienia? Dla – jak to teraz się określa – “lemingów”?

- Lubimy to określenie i nawet sami go używamy dla prostego opisu obywateli “niepisowskich”. Ale to jest dwie trzecie społeczeństwa i w tej masie są bardzo różne gatunki. Nieufności wobec PIS na ogół towarzyszy tu dystans i sceptycyzm wobec innych partii. To nie jest grupa, która da się skrzyknąć pod jednym ideowym sztandarem; co nas łączy to pewna wizja modernizacji, unowocześniania Polski, mówiąc najogólniej – lepszego życia. Rozzłoszczone lemingi potrafią ugryźć, ale nie są jadowite.

Spodziewał się pan, że “Gazeta Polska”, która w sprawie katastrofy smoleńskiej lansuje tezę o zamachu, zanotuje taki wzrost sprzedaży?

- Katastrofa smoleńska strasznie ludzi dotknęła, przeżyliśmy emocjonalne tsunami. Widać to było po kumulacji emocji na Krakowskim Przedmieściu. Że jest ogromna grupa ludzi, która chce sobie z tym jakoś poradzić. Pojawił się wtedy naturalny popyt na teorie spiskowe, ale jeszcze nie było podaży. Ktoś musiał ją zaoferować tej części publiczności i zrobiła to “Gazeta Polska”, a później na tej samej fali inne pisma prawicowe. Chociaż bardzo nie lubię używać w tym przypadku określenia “prawica”.

To jakby je pan nazwał?

- Choć to brzmi kulawo: tożsamościowo-narodowe, w poglądach społecznych często lewackie. Gdyby nie złe skojarzenie zbitki słów można by powiedzieć, narodowo-socjalistyczne. Bo to jest taki miks populizmu społecznego z bardzo konserwatywnym komponentem światopoglądowym.

Same się określają jako “niezależne” czy “niepokorne”.

- To jest nadużycie językowe o charakterze kabaretowym. Umieszczanie takich sloganów na okładkach to przecież żenada. Coś czego dotychczas nie spotykało się nie tylko u nas, ale też chyba w żadnym innym kraju.

Patrzę na numery “Do Rzeczy”, które uchodzi w tym segmencie za najbardziej umiarkowane, intelektualne, i widzę, że po raz kolejny ma na okładce zdjęcie własnego redaktora. To też ewenement na skalę światową. Byli tam już Bronisław Wildstein czy Rafał Ziemkiewicz. Cała seria. Rzecz zdumiewająca, takie coś nie miałoby prawa zaistnieć w normalnych warunkach. Ale widać w jakim dziwnym segmencie te pisma operują. Tam jest ważniejsze żeby pojawił się ktoś w roli guru, kapłana, niż sama treść.

Te pisma krzyczą: “zapraszamy na liturgię, dzisiaj słowo będzie głosił…”. Ten rodzaj więzi między medium a odbiorcami jest zupełnie inny niż w tym świecie, w którym ja się lepiej odnajduję. Rozumiem te mechanizmy, wiem, jakie one zaspokajają potrzeby. Takie pisma są dostarczycielami godności, a to dziś cenny towar. Mówią odbiorcom , że są lepsi moralnie, że są atakowani, że to oni są solą ziemi i prawdziwymi patriotami. To oni są “krew z krwi, kość z kości” polskich bohaterów. A reszta już nie.

My takiego kitu nie wciskamy. Zresztą nasz czytelnik chyba nie ma aż takiej potrzeby dowartościowania, a jeśli, to musi zaspokajać ją gdzie indziej. Przemawiamy – tak sądzę – raczej do rozumu niż do uczuć. Wciąż wierzymy w komunikację racjonalną. To jest niezbędne w funkcjonowaniu społeczeństwa. Nie ma innego wspólnego mianownika dla różnych grup społecznych niż zgodzenie się co do pewnych reguł logiki i języka. Jeśli je łamiemy, to tracimy możliwość porozumienia. Stajemy się obcymi plemionami, które mogą ruszyć na wojnę.

Zaczęło się od katastrofy smoleńskiej?

- Nie potrafiłbym siąść do rozmowy z kimś, kto z tych samych danych, które wszyscy mamy, dotyczących okoliczności, przebiegu lotu, nagrań z czarnych skrzynek itp., wyciąga wniosek, że były tam wybuchy i zbrodniczy zamach. Po prostu żyjemy w innych światach.

My jakoś, na swój sposób i skalę, próbujemy bronić rozsądku, umiaru, realizmu, chociaż rynek medialny wręcz wymusza radykalizm zachowań, ocen, ekspresji. Chcemy podtrzymać słabnącą racjonalną komunikację zanim nasz świat rozpadnie się na kawałki, których nie da się już poskładać.

Pan nie chciał dawać okładek z Jackiem Żakowskim czy Janiną Paradowską?

- Nie jesteśmy w stanie przekroczyć pewnego progu zażenowania. Nawet myśleliśmy sobie, że zrobimy jakiś żart w momencie, gdy redakcje tych tygodników pisały o sobie jako o autorach “niepokornych”. Pomyśleliśmy, że zdefiniujemy się równie ładnie: np. niewierni, niezbrojni, wyborni .. Ale ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na wymianę marnych dowcipów.

A tożsamościowe tygodniki to nie jest wasza największa konkurencja i należy się jej obawiać?

- Nie. Naszym głównym rynkowym konkurentem jest jednak “Newsweek”, chociaż startujemy na różnych bieżniach.

Środowiska tych pism chętnie zwracają się do swoich odbiorców o wsparcie finansowe na budowę mediów “niezależnych”.

- Jeżeli ktoś buduje relację kapłana i wiernego, to może też oczekiwać datków na tacę. Rozumiem, jaki stoi za tym model biznesowy. Te pisma są sprzedawane, ale dosyć trudno wejść im na rynek reklamowy. Gazety o agresywnej tożsamości mają ten problem, że wielu reklamodawców nie chce się w tym kontekście pojawiać. A jak się kasa nie domyka, to trzeba się zwrócić do grona wyznawców.

Może czytelnik “Polityki” też chciałby datkami budować “niezależne media”?

- My namawiamy do kupna tygodnika, który, wobec dramatycznego załamania przychodów reklamowych w całej prasie, być może będzie musiał kosztować nieco więcej, ale nie mówimy: zrzuć się, daj ofiarę, bo prowadzimy wojnę.

Czytelników na żadną wojnę nie prowadzimy. Jesteśmy jedynie zawodowym doradcą do spraw świata. Być może należymy już do ginącego gatunku. Ale nie chcemy, żeby świat szedł w stronę konfliktu silnych tożsamości – narodowych, religijnych, politycznych, kastowych.

Zawodowy doradca do spraw świata, ale jednak z określonym poglądem. Pamięta pan te okładki z wykrzyknikami “Tusku musisz”, “Bronku, do broni!”. Dlaczego się zdecydowaliście na tak mocne opowiedzenie się za PO? Czy z perspektywy czasu tych okładek nie ocenia Pan, jako jednak błędnych?

- Hasła okładkowe na ogół nie są przekazem odredakcyjnym, ale zapowiedzią konkretnej publikacji; w przypadku “Tuska, co musi” był to artykuł opisujący stan paniki w PO przed wyborami 2007 roku i wieszanie całej nadziei na przewodniczącym. Ale hasło przylgnęło do nas jak przyprawiona gęba, której już nawet nie próbujemy zdzierać, bo przecież zdecydowanie zwalczaliśmy IV RP i w tamtych wyborach życzyliśmy zwycięstwa Platformie. Dziś jesteśmy z rządów PO zadowoleni umiarkowanie, ale jak pomyślimy o realnej alternatywie, to by się chciało powtórzyć: Tusku, musisz wziąć się za swój rząd, swoją partię, a może także za siebie.

W Polsce mamy od niedawna telewizję prawicową – Republikę. Skorzysta pan z zaproszenia na jej antenę?

- Już takie dostałem. Odmówiłem.

Dlaczego?

- Pamiętam, jak koledzy chodzili do programu Jana Pospieszalskiego “Warto rozmawiać”. Okazywało się, że akurat w tym programie nie warto było rozmawiać.. Retoryka prowadzącego była od razu osądzająca, felietony zmanipulowane, publiczność tupiąca, na pewno nie chodziło tam o porozumienie.

Ta nowa telewizja to też takie zatrute drzewo i nie może wydać zdrowych owoców. Wyrosło z potrzeby umacniania pewnego typu światopoglądu, tezy politycznej. Nie bardzo wiem, czemu miałbym w tym uczestniczyć. Ani jako osoba, która ją uwiarygodnia, ani jako mięso do szatkowania.

Twórcy tej stacji podkreślają, że to będzie medium oczywiście “niezależne”, które odbuduje standardy dziennikarskie. No i że nie będzie już można tak ostentacyjnie kłamać i manipulować, jak w innych mediach. Czy ta “niezależność”, sztandary ze “standardami”, to nie są po prostu hasła marketingowe?

- Budowa takiego środowiska medialnego to też sposób na życie. Gdy się zorientowano, że istnieje duża grupa, tak szeroka jak elektorat PiS, gotowa płacić za media, które poprawiają jej samopoczucie, to stało się to dobrym obszarem biznesowym. Stąd naturalny pomysł , by do już istniejących tygodników, dodawać kolejne media budowane wokół tych samych medialnych, środowiskowych autorytetów. Telewizja to kolejny element dołożony do tej układanki.

Jak popatrzeć z boku, to cała ta organizacja okołopisowska ma wręcz podręcznikowe cechy organizacji parareligijnej. Jest tam męczennik, prorok, są apostołowie, własne księgi, biskupi i kaznodzieje, a na końcu lud boży. Mają nawet procesje, odpusty, relikwie. To dlatego ten ruch jest u nas tak dobrze zakorzeniony, bo ta struktura w społeczeństwie już była gotowa. W naszym kraju budowa wspólnot obywatelskich idzie ciężko, dużo łatwiej z parareligijnymi.

To środowisko zagospodarowało hasła “niezależny” i “niepokorny”. Nie stanie się tak, że wkrótce społeczeństwo uwierzy, że jedynymi “niezależnymi” są publicyści konserwatywni?

- Wierzę w poczucie humoru Polaków. Za czasów PRL mieliśmy niezły trening. Ludzie są wrażliwi na taki propagandowy kit.

Oni przecież nawzajem o sobie piszą teksty, recenzują entuzjastycznie swoje książki. Jest tam taki pewien rodzaj sitwy, który zawsze był raczej wstydliwy. A tu nie tylko wychodzi na światło dzienne, ale wręcz się pyszni.

Gdyby ktoś w mojej redakcji chciał się podpisać jako “autor niepokorny” czy prześladowany, uznalibyśmy, że coś jest z nim nie w porządku. A tam się to dzieje z pełną ostentacją. Odbieram to jednak w sumie jako koszt dramatycznych przemian, które zachodzą w Polsce od prawie ćwierć wieku. Wielu ludzi nie wytrzymuje tych przeciążeń, szuka ujścia dla uzasadnionej często frustracji, poczucia bezradności, zawodu.

Im wyższy poziom lęku i niepewności, tym większy popyt na gusła i szamanów. My uparcie uważamy, że nawet ten dzisiejszy świat da się zrozumieć i poprawić. Chciałbym się nie mylić.

Całość: Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,13987946,Baczynski__Plemienna_wojna_tygodnikow_prawicowych.html#ixzz2q9D2jaWU