Przez kilkanaście tygodni redaktor Dziennika Zachodniego – Adam Daszewski, wspominał niegdysiejszy przebój TVP 3 – “Sobota w Bytkowie”, którego był scenarzystą. Serial kręcony był w Siemianowicach (a przynajmniej w części). Oto 13 wspomnień pierwszej polskiej opery mydlanej.
Pamiętacie czasy, kiedy sobota była raz w miesiącu?
Powspominać “Sobotę w Bytkowie”? Ależ z największą przyjemnością. Po pierwsze powstawała we wspaniałych latach 90. (ubiegłego stulecia). Dlaczego wspaniałych? Bo miałem wówczas o jakieś dwadzieścia lat mniej na karku. Więcej chyba wyjaśniać nie trzeba.

Lidia Bienias - Trudka Pytlokowa na planie Soboty, przy meblościance autor wspomnień Adam Daszewski
Ponieważ P.T. Czytelnicy, którzy “Sobotę” pamiętają, też mieli wówczas mniej krzyżyków na barkach, mam nadzieję, że podzielają moją opinię.
No i tyle byłoby tytułem wstępu. Pora przejść do faktów. Skąd więc nazwa śląskiej opery mydlanej, jednoznacznie wskazująca na silne związki z Siemianowicami Śląskimi?
Po pierwsze muszę zaznaczyć, że wymyśliła ją – bodaj w 1993 r. – Redaktor (dziś także wicemarszałek Senatu) Maria Pańczyk-Pozdziej. “Sobota w Bytkowie” była początkowo programem studyjnym, w którym pojawiali się znakomici śląscy aktorzy i równie znakomite kabarety.
Program skrzył się żartami i muzycznymi przebojami. A scenariusze pisała właśnie Pani Maria. Po czasie niejakim, kiedy popularność programu rosła, telewizja wpadła na szalony pomysł, żeby głównych bohaterów obsadzić również w klasycznej soap operze. Jeszcze bardziej szalonym pomysłem było powierzenie pisania scenariusza niżej (przepraszam, w tym wypadku wyżej) podpisanemu.
Tytuł więc po prostu ukradłem. A jeśli szukać jego korzeni, to przypuszczam, że wziął się od miejsca, w którym TVP Katowice ma siedzibę. Ale rozsławił nasze Siemianowice – trzeba się przyznać i ja jestem ich mieszkańcem – na całym Śląsku, a także, dodam nieskromnie, trochę poza nim. Udało mi się napisać w ciągu kilku lat niemal 80 odcinków fabuły. Podobno niektóre odcinki oglądały nawet 4 miliony widzów! Piszę podobno, bom nie liczył, ale takie dane znalazłem w internecie. Dziwna to była opera mydlana, bo zamiast 4 odcinków tygodniowo, jak to dziś bywa, był jeden w miesiącu. Takie były możliwości ośrodka. A mimo to telewidzowie czekali. Więc może i zechcą poczytać? Zapraszam na kolejne spotkania.
To “Sobota” była pierwszym dowodem na istnienie języka śląskiego
Na początek słowo do Znawców. Otóż Znawcy świetnie wiedzą, że telenowela, serial i opera mydlana, to trzy różne gatunki telewizyjnych produkcji. Tak naprawdę niemal wszystko to, co oglądamy popołudniami, jest właśnie soap (czyli mydlaną) operą. Inna sprawa, że telewizje tej nazwy nie lubią i zasłaniają się pozostałymi. Ja natomiast mam do niej wiele sympatii i nigdy się jej nie wstydziłem, ale na potrzeby tych wspominków, pozwolę sobie stosować nazewnictwo zamienne, żeby nie zanudzić.

Francik - Bernard Krawczyk i Zefel - Eugeniusz Stoll wertują klaser ze znaczkami
Dziś chcę zdradzić tajemnicę związaną z “Sobotą w Bytkowie”, która pierwszy raz ujrzy światło dzienne, bo znana była tylko realizatorom i aktorom. I żaden z nich mnie nigdy nie zdradził. Za co dziś, z małym w końcu poślizgiem – dziękuję!
Oto autor scenariusza, urodzony w Katowicach, mieszkający w Siemianowicach rozumie wprawdzie śląski bez problemu, ale nie posługuję się nim w stopniu umożliwiającym pisanie dialogów. (Wiem, co piszę, bo to w końcu o mnie). A przecież dialogi odgrywają w telenoweli znacznie większą rolę niż w innej fabule.
Miałem więc tłumacza. Był nim jeden z największych nie tylko śląskich, ale i polskich aktorów – Bernard Krawczyk, zarazem Francik Pytlok jedna z kluczowych postaci serialu. Ileż to razy zdarzało mi się kończyć kolejny odcinek o godz. 4 nad ranem i natychmiast ruszać do ośrodka w Bytkowie. Jeden egzemplarz zostawiałem tam dla kierownika produkcji – musiał jak najszybciej wszystkich w nim grających zawiadomić i zgrać terminy zdjęć – a następnie jechałem na katowicki Wełnowiec. Tłumacz nie mieszkał, bowiem w samych Siemianowicach, ale jednak tuż, tuż. Benio przyjmował mnie zawsze z entuzjazmem, chociaż, nie wiedzieć czemu, lekko zaspany. I już następnego dnia czasem dzwonił, pytając “co autor miał na myśli”, aby najlepiej oddać to po śląsku.
No więc jeśli już w latach 90. potrzebne były tłumaczenia z polskiego na śląski, to chyba znaczy, że j. śląski istnieje?
Ja się pytam, kiedy telewizja odda mi wreszcie te łyżki?
Ze wstydem przyznam, że będąc autorem scenariusza soap opery bardzo niewiele wiem o polskich operach mydlanych. Zarówno tych z drugiej połowy lat 90., kiedy to interes dopiero się rozkręcał, jak i współczesnych. Wiem natomiast, że wynik osiągnęliśmy zupełnie niezły.

Przygotowania do nagrania kolejnej sceny
Dziś, kiedy co popularniejsze telenowele liczone są w setkach, jeśli nie w tysiącach odcinków, nikomu nie może imponować, niespełna 80 półgodzinnych “kawałków” wyprodukowanych przez TVP Katowice. Zaznaczam, że piszę wyłącznie o odcinkach fabularnych, bo jak wspominałem była też, druga studyjna i rozśpiewana “Sobota w Bytkowie”. Ale w 1999 roku, kiedy kończyła się nasza przygoda, te wspomniane 80 odcinków stawiało serial na drugim miejscu w Polsce, bodaj po nadal popularnym “Klanie”. No inny świat po prostu!
Inny świat był też pod względem możliwości. Nie chodzi mi o technikę, choć i na tym polu XXI wiek, to już inna epoka. Mam na myśli możliwości finansowe ośrodka. No, więcej niż skromne. Tak więc na przykład rekwizyty w znacznym stopniu organizowaliśmy sami. My, czyli zarówno telewizyjna ekipa, jak i aktorzy.
Kiedyś, w jednym niemal czysto kryminalnym odcinku (były i takie wątki w życiu dwóch śląskich rodzin, a jakże), zagrała moja wiatrówka, wyglądająca identycznie, jak markowy pistolet automatyczny. I znowu, dzisiaj można taką broń kupić w każdym specjalistycznym sklepie i to bez żadnych zezwoleń. Wtedy, była to jeszcze prawdziwa rzadkość. Więc pod tę moją zabawkę wymyśliłem cały odcinek.
Przy okazji chcę też poskarżyć się na TVP Katowice. Do dzisiaj nie dostałem moich dwóch ślicznie lakierowanych i w kwiatki malowanych, drewnianych łyżek rodem z Bułgarii, które zagrały w innym odcinku!
A następnym razem o znacznie większym “rekwizycie”, czyli dworcu kolejowym w Siemianowicach. Ciekawym czy wszyscy P.T. Czytelnicy wiedzą, gdzie się znajduje?
Dworzec w Siemianowicach? Jasne, że był. I pozostał… w serialu
Ciekaw jestem wielce, czy Wy drodzy Czytelnicy też tak macie? Każdy mój kumpel, a już szczególnie katowicki, po czasie krótszym lub dłuższym, odczuwa potrzebę spotkania się ze mną – dajmy na to – na piwie, koło siemianowickiego dworca.

Siemianowicki dworzec kolejowy w latach świetności i... dziś
Dziś odpowiadam, że proszę bardzo może być przy rondzie z pociągiem ( i niech szuka), ale niegdyś możliwości były daleko większe.
Kiedy więc w latach “Soboty w Bytkowie” pewien zaprzyjaźniony aktor (to był taki niezwykły serial, że właściwie wszyscy byli zaprzyjaźnieni) mrugając szelmowsko okiem zaproponował, żebym napisał jakąś scenę na dworcu PKP Siemianowice Śląskie, to usłyszał, że proszę bardzo i chętnie.
No i wkrótce u państwa Pytloków odbyła się mniej więcej taka rozmowa.
Jeden z synów Francika zagaił przy stole, że dostał propozycje spotkania na dworcu w Siemianowicach, czyli w jego przekonaniu – nigdzie. I wtedy włączyła się głowa domu, czyli Francik właśnie. I wytłumaczył latorośli, że jeszcze jakieś 40 lat wcześniej (przypominam – wspominamy lata 90. ubiegłego stulecia), pociągi osobowe jak najbardziej zatrzymywały się w Siemianowicach, co Francik pamięta osobiście.
- Ale dworzec – zakończył Francik – stoi po dziś dzień i możesz się tam umawiać, chociaż to raczej miejsce zapomniane przez Boga i ludzi.
Oczywiście nie cytuję dialogu sprzed niemal dwudziestu lat. To tylko moje nieprecyzyjne wspomnienia. I bez znakomitego tłumaczenia na śląski, którego dokonywał (jak już wspominałem) Francik właśnie, czyli sam Bernard Krawczyk.
W kolejnym odcinku koło budynku dworcowego przedstawiciele klanu Pytloków spotkali się z grupą reprezentującą – jakbyśmy to dziś powiedzieli – zorganizowana przestępczość. Ale to już zupełnie inna historia.
Natomiast historia siemianowickiego dworca dopełniła się koło 2005 roku, kiedy to chylącą się ku upadkowi ruinę, rozebrano. I tak zakończyła się ostatecznie, długa epoka pasażerskich kolei żelaznych w naszym mieście. A ja muszę teraz umawiać się przy rondzie z lokomotywą.
Mietek to specjalista od rzeczy niemożliwych
Scenarzysta nie jest oczywiście najważniejszy wśród realizatorów (wielu współczesnych reżyserów wręcz udowadnia, że nie ma żadnego znaczenia). Jest tylko pierwszy. Następnie scenariusz trafia do rąk niespodziewanie licznego grona fachowców.

Mistrz Mieczysław Chudzik w akcji
Tak przynajmniej myślimy oglądając po ostatniej filmowej scenie listę kilkuset (kilku tysięcy?) nazwisk. I proszę mi wierzyć wszyscy są na planie, i poza nim, naprawdę niezbędni. Naturalnie w wypadku “Soboty” sprzed lat lista była o niebo skromniejsza. Po pierwsze czasy były inne. Dwadzieścia lat, to w telewizyjnej historii ze trzy epoki. Po drugie nasza śląska opera mydlana, powstawała w naprawdę skromnych warunkach technicznych i finansowych w znacznym stopniu dzięki entuzjazmowi całej ekipy i gotowości do podejmowania najbardziej karkołomnych wyzwań.
Dziś chcę przypomnieć autora zdjęć, operatora doskonałego – Mieczysława Chudzika. Nikt nie uwierzy, patrząc dziś na jego wiecznie uśmiechnięte oblicze i młodą sylwetkę, że jest związany TVP Katowice, niemal od początku jej istnienia. Laureat tylu nagród, że piszący o nim jest zwolniony z obowiązku ich wymieniania, mistrz nastroju i profesjonalista najwyższej próby. I z jaką wyobraźnią.
Oto anegdota z planu (jak to anegdota – prawdziwa) na potwierdzenie powyższych wywodów.
Scena plenerowa. Trzeba, żeby kamera spojrzała na aktorów z góry. Tak zwanej zwyżki oczywiście nie ma. Chwila konsternacji i Mietek znika na pobliskim podwórku. Za chwilę powraca ciągnąc gigantyczny pojemnik na śmieci na kółkach. Po czym się nań wdrapuje z kamerą. Następnie pospolite ruszenie z planu popycha pojemnik, a Mietek panoramuje. Ujęcie wyszło, że niech się Hollywood schowa.
Reżyser musi wiedzieć wszystko i umieć pokonać demony
Czym jest w każdym szczęśliwym stadle mądra, dobra i piękna kobieta, tym w serialu (i każdej w ogóle produkcji) musi być reżyser.

Waldemar Patlewicz - reżyser "Soboty w Bytkowie"
Ktoś wiesza na ścianie portrety i zdjęcia rodziny (czyli aktorów). Ktoś układa pod tą ścianą tory dla wózka. Ktoś stawia olbrzymie ekrany, żeby odbijały światło. Ktoś rozplątuje kabel wiodący do tegoż oświetlenia. Ktoś robi makijaż artyście.
- W poprzedniej scenie podrapali Cię pod lewym czy prawym?
- Lewym.
- Moim lewym czy twoim?
- A siebie malujesz czy mnie?
Ktoś szuka rekwizytu dla innego aktora.
- Gdzie jest to jabłko, które jadłeś, jak robiliśmy wejście na klatkę?
- Jak to gdzie? Zjadłem.
- To czemu zjadłeś? Było czerwone, a ja mam już tylko żółte.
W przedpokoju, aktorzy, którzy przyszli przed chwilą powtarzają kwestie z kolejnej sceny.
A na planie: – Wyżej proszę, widzę mikrofon – to operator.
- Nie mogę tracę Jolkę (albo panią Jolę) – to dźwiękowiec.
- Jola trzydzieści centymetrów w Twoje lewo – to reżyser. – Dobra próbujemy.
- Jeszcze nie, tory mi wchodzą na kanapę. Przejazd będzie za krótki – to operator wózka.
- Dobra cofamy się – reżyser.
- Jak się cofniemy muszę przenieść kubeł – oświetleniowiec .
- Trudno, robimy plan na nowo – reżyser.
Po półgodzinie podczas której plan się rodził, a reżyser rozmawiał w przedpokoju z aktorami o koncepcji kolejnej sceny i poprawiał kłótnię , bo wypadała blado, wreszcie wszystko gotowe.
- Nie, do niczego, teraz mam lustro. Niedużo, ale mam – oczywiście operator.
- Zdejmujemy? – pyta rekwizytor.
- Nie. Wczoraj graliśmy z lustrem – reżyser.
Potem przez okno zaczyna wchodzić słońce. Potem dwie próby na sucho i kręcimy. Potem w ostatniej kwestii Jola się myli. Dubel. Znowu się myli. Dubel. I znowu…
- Adam, zmień mi tę kwestię – to Jola.
- Jak ci teraz zmienię – to się na pewno sypniesz – o proszę, to ja.
Czwarte podejście. – No wreszcie, wreszcie – to szczęśliwa Jola. – U mnie bomba – to reżyser przy monitorze. – A u mnie niestety akumulator siadł – to operator.
Waldek Patlewicz zawsze umiał opanować przedpiekle.
Prawda ekranu może telewidzowi nieźle namieszać w głowie
Oczywiście “nasz” (bytkowski) serial nie stałby się nigdy przebojem gdyby nie wspaniali aktorzy. I tu od razu muszę przypomnieć jedną z niezwykłości “Soboty”. Obok wybitnych artystów scen śląskich i polskich (będą konkrety, będą) występowali w soup operze świetni amatorzy.

Maryjka Żymłowa - Maria Pańczyk-Pozdziej nad Zeflem
Zacząć wypada oczywiście od pani Marii Pańczyk-Pozdziej. Nie dlatego, że dziś ta znakomita dziennikarka jest wicemarszałkiem Senatu, ale z tej przyczyny, że to pani Maria – jak już wspominałem – “Sobotę w Bytkowie” oraz rodziny Żymłów i Pytloków wymyśliła. Ja dodałem im dopiero krewnych, pociotków, sąsiadów, znajomych no i… wrogów. No bo jakiż to byłby serial bez czarnych charakterów?
Pani Maria wraz z Eugeniuszem Stollem (mąż) i Izoldą Czmok (córka) tworzyli rodzinę Żymłów. I tak się złożyło, że była to w stu procentach rodzina amatorów (w sensie przygotowania do zawodu aktorskiego). Autentyzmu niewątpliwie dodawał im fakt, że w serialu mieszkali w prawdziwym mieszkaniu pana Eugeniusza. Tak więc Zefel Żymła grając w serialu często nie musiał wychodzić z domu, to praca przyjeżdżała – w postaci ekipy TVP Katowice – do niego.
Ta rodzina tak się telewidzom “wkleiła” w świadomość, że gdy pewnego razu pani Maria, na całkiem poważnym spotkaniu przedstawiła swego prawdziwego męża, rozległy się protesty, żeby hecy nie robić i rzeczywistego męża (czytaj Zefla) natychmiast przyprowadzić.
Niewykluczone, że wiara w sakramentalny związek Żymłów wzięła się z obserwacji drugiej ekranowej rodziny – Pytloków (tu z kolei występowali sami zawodowcy, czytaj – aktorzy). Oto Francik Pytlok czyli Bernard Krawczyk i jego żonka Trudka Pytlokowa, (Lidia Bienias) są także małżeństwem w tzw. realu. Tym, którzy mają kłopoty z rozróżnieniem przypominam, że świat realny, to jest to, co pozostaje po wyłączeniu telewizora i komputera. A więcej o Pytlokach już wkrótce.
Pytlokowie to była rodzina wszechstronnie utalentowana
“Sobota w Bytkowie”, że pozwolę sobie przypomnieć, prezentowała losy dwóch śląskich rodów Żymłów i Pytloków. O Żymłach już było, dziś pora na klan Pytloków. Jak już wspomniałem była to rodzina zawodowców i w znacznym stopniu prawdziwa.

Lidiia Bienias i Bernard Krawczyk - serialowi Pytlokowie
Domyślam się, że ostatnie zdanie może się wydać P. T. Czytelnikom leciutko bez sensu. Więc już wyjaśniam. Czworo Pytloków to zawodowi aktorzy (i to jacy!). Ponadto Francik Pytlok czyli Bernard Krawczyk i jego żona Trudka Pytlokowa, (Lidia Bienias) są naprawdę małżeństwem. Synów już mieli przyszywanych. Starszy Antek to rewelacyjny, moim skromnym zdaniem aktor, nie tylko charakterystyczny, Wojtek Leśniak. Ponadto mój kumpel od czasów teatralnego przedszkola, czyli wspólnych szaleństw w kulisach Wyspiańskiego. A młodszy Józik to Andrzej Dopierała. Aktor-orkiestra, czyli twórca, dyrektor, reżyser, scenograf Teatru bez Sceny, który działa z sukcesami od bodaj lat 15. Złotymi Maskami, które zdobyło tych czworo można by obdzielić ze dwa teatry.
Teraz powrócić należy do głowy rodziny – Francika oraz najważniejszej wśród Pytloków osoby – Trudki. Taki sobie wymyśliłem układ. Francik był głową, a Trudka rządziła. Że niemożliwe? A rozejrzyjcie się Drodzy Czytelnicy wokoło. Bardzo popularny model.
Państwo Krawczykowie, to nie tylko wielcy artyści, ale i ludzie o złotych sercach. Pewnego razu musiałem w ostatniej chwili dokonać poprawek w scenariuszu kolejnego odcinka. Pan Bernard czekał niecierpliwie, bo przypomnę tłumaczył dialogi z polskiego na śląski. Umówiliśmy się, że wpadnę wieczorem. Szło mi jak po grudzie i skończyłem o 4 rano. Umowa to umowa. Wsiadłem w auto i pojechałem.
Benio przyjął z uśmiechem, choć w piżamie, a pani Lidka herbatę nawet zaproponowała. Oczywiście uciekłem. I dopiero po paru dniach usłyszałem od Benia: – Adam powiedz mi proszę, o której u ciebie kończy się wieczór?
Podziękowanie Izie albo jak uprawiałem redakcyjny nepotyzm
Nepotyzm – jak wiadomo powszechnie – jest praktyką brzydką, ale przydatną. Pozwala bowiem urządzić rodzinę w dzisiejszych, niestabilnych czasach. Jest więc bardzo modny. Ja go jednak uprawiałem w latach 90. ubiegłego stulecia. Tyle że był to nepotyzm redakcyjny.

Redaktor Iza Wach-Malicka wśród obsady śląskiej telenoweli
Zaprosiłem mianowicie do serialu moją znakomitą koleżankę redaktor Henrykę Wach-Malicką (którą wszyscy w zespole DZ Izą nazywają). Oczywiście scenarzysta nie ma prawa wybierać sobie obsady. Może jednak czasem nieśmiało proponować. A jak już wielokrotnie wspominałem atmosfera w drużynie pracującej nad “Sobotą” była prawdziwie familijna.
Tak więc Iza, która jest ( między innymi talentami) najwybitniejszym w regionie recenzentem teatralnym zobaczyła, jak to jest znaleźć się po drugiej stronie rampy, czy raczej telewizyjnego ekranu. Zagrała dziennikarkę DZ, czyli siebie.
Nieco niespokojny, bo jak wiadomo lat trochę upłynęło, zapytałem Izę, czy pamięta swój debiut w roli aktorki serialowej. I trochę obawiałem się odpowiedzi nie do publikacji w rodzaju “Żartujesz, ja w tym grałam?”.
Z przyjemnością przekonałem się jednak, że nie tylko ja mam miłe wspomnienia związane z “Sobotą”.
- To jedna z moich najfajniejszych przygód w zawodowej karierze – zaczęła Iza. – Najpierw bardzo chciałam w tym uczestniczyć, potem bardzo się przestraszyłam. Byłam tak podniecona, że przy każdym wejściu robiłam dwa kroki za dużo i kamera mnie nie widziała. W końcu reżyser położył na podłodze długopis. Więc oczywiście weszłam z opuszczona głową… Potem rozemocjonowana nazbyt gestykulowałam. Wreszcie zaczęłam rozbudowywać rolę dodając własne teksty. Na szczęście wszyscy byli ogromnie życzliwi i nikt nie miał pretensji, choć podobno padł rekord dubli. Jedno wiem na pewno, plan filmowy uczy dyscypliny – podsumowuje Iza.
W śląskim serialu zagrał wielki aktor amerykański
Na dzisiejszym wspominkowym zdjęciu z archiwum DZ widać, najkrócej mówić (pisząc) Klan Pytloków. Dodam, że “Dziennik Zachodni” regularnie dokumentował w latach 90. wydarzenia na planie. W rewanżu Pytlokowie i Żymłowie, jak to jest przyjęte do dziś w śląskich rodach, czytali wyłącznie naszą gazetę.
Ale wróćmy do historycznego (jak ten czas leci) zdjęcia.

Bernard Krawczyk, Tadeusz Madeja, Lidia Bienias, Izolda Czmok, Wojciech Leśniak, Omar Sangare i Andrzej Dopierała
I spójrzmy na rodzinę Pytloków, która rozrastała się wraz z trwaniem serialu. Z satysfakcją dodam, że trudno o takie nagromadzenie gwiazd przy jednym stole. O wspaniałych aktorach Lidii Bienias, Bernardzie Krawczyku i ich serialowych synach Wojciechu Leśniaku i Andrzeju Dopierale sporo już dobrego na tym miejscu miałem okazję napisać. Pora na dalszą rodzinę.
Między panią Lidią i panem Bernardem, czyli Trudką i Francikiem zasiada Tadeusz Madeja. W telenoweli brat Francika i marynarz słonych wód. W rzeczywistości także wielki podróżnik. Oto dowód. Ten kolejny w naszej soap operze wyśmienity aktor urodził się w Lublińcu i długie lata związany był ze śląskimi scenami. Kiedy jednak powstawał serial występował na deskach teatru w… Olsztynie. I przyjeżdżał niezawodnie na każde nagranie kolejnego odcinka. Wierzcie mi Czytelnicy, nie dla pieniędzy. Jeśli do tego interesu nie dokładał, to tylko dlatego, że przytulali go na noclegi przyjaciele (m.in. państwo Krawczykowie).
A na koniec słów parę o jego serialowym synu. Omar Sangare dziś robi oszałamiająca karierę w USA, jako aktor, ale i producent, reżyser oraz pedagog. A w Polsce książki wydaje. Urodzony w Stalowej Woli obecnie mieszka za oceanem i w Massachusetts naucza młodych Amerykanów aktorstwa. A w Nowym Jorku organizuje największy festiwal monodramów na świecie. Od siebie dodam, że to przesympatyczny człowiek z ogromnym poczuciem humoru. I pomyśleć, że kiedyś przyjeżdżał na Śląsk z Warszawy, by mówić moim tekstem.
Najsłynniejszy głos w Polsce było także słychać u Pytloków
Dotąd opowiadałem o pozytywnych bohaterach “Soboty”. To znaczy tych, z którymi jesteśmy gotowi się utożsamiać. Ich zmartwienia i nam psują humor, a sukcesy i radości, i nam poprawiają samopoczucie.

Jacek Brzostyński i Lidia Bienias
W życiu niestety bywa czasem odwrotnie. Są wśród nas tacy, którzy pasożytują na porażkach sąsiadów, a każdy upadek celebryty to dla nich chwila prawdziwej ekstazy. Gdy zaś gwieździe filmowej albo stadionów wiedzie się normalnie, czyli świetnie, żółć im oczy zalewa i wypluwają w internecie swoje kompleksy.
Ja oczywiście pisałem scenariusz telenoweli w epoce przedinternetowej, ale już wówczas miałem świadomość istnienia owych skwaśniałych i próbowałem ich leczyć. Ciepłem i pogodą, otaczającą potykających się z życiem Pytloków, Żymłów i ich pociotków. Żeby jednak mieli się o co potykać musieli mieć przeciwników, czarne charaktery bez których żaden film nie ma szans powodzenia. Dziś więc przypomnę świetnego śląskiego i warszawskiego aktora, którego – stawiam 10 gałek lodów od Szczypy przeciwko guzikowi – zna każdy, absolutnie każdy Czytelnik tego tekstu. Twierdzą Państwo, że nie mogę mieć takiej stuprocentowej pewności? Że przecież nie każdy chodzi na polskie filmy, o spektaklach teatralnych nie wspominając? Ale czy ktoś z P. T. Czytelników nie ogląda w ogóle telewizji?
I znów słyszę protesty, że oczywiście każdy ogląda, ale nawet jeśli mój bohater pokazuje się parę razy w miesiącu, to nie każdy musi Go znać.
Ale Jacka Brzostyńskiego znacie. Jest u Was codziennie. Występuje bodaj we wszystkich polskojęzycznych programach TV. Jest najsłynniejszym polskim lektorem. Włączcie dziś wieczorem telewizor. Na pewno co najmniej raz usłyszycie: “Czytał Jacek Brzostyński”. Jacek jest jednak równie znamienitym aktorem. Udowadnia to na warszawskich scenach, ale pokazał i w “Sobocie”. Był wspaniałym schwarz-charakterem. Tak dobrym, że nie dało się nie mieć do niego choć odrobinki sympatii.
Pamiętam, jakby to było wczoraj
Kilkanaście lat minęło od dnia, w którym TVP Katowice wyemitowała ostatni odcinek telenoweli “Sobota w Bytkowie”. Dlaczego pisze tak ogólnikowo? Bo sam nie wiem, kiedy to dokładnie było… Bodaj w 1999 roku.

Nieodżałowanej pamięci Andrzej Lipski z Bernardem Krawczykiem
Dla mnie, powiem uczciwie, było to wczoraj, no w każdym razie bardzo niedawno. Z przyjemnością stwierdzam spotykając na drogach życia znakomitych aktorów i realizatorów “Soboty”, że i dla nich to wciąż żywe wspomnienie. Myślę, że udało mi się przez ostatnich kilka(naście?) tygodni przedstawić wiele dowodów na to, że twórcy tej soap opery dobrze się w niej czuli.
A więc kręciliśmy dopiero co… Tym trudniej uwierzyć, że nie wszyscy bytkowscy bohaterowie są dziś wśród nas. W 2009 roku Odeszła Gertruda Szalszówna wspaniała sąsiadka Pytloków. Być może pamiętają ją Państwo z telenoweli “Święta wojna”. Tak się jakoś złożyło, że realizatorzy tego serialu “wypożyczyli” tę postać z naszej “Soboty” i zaproponowali ją, czemu się wcale nie dziwię, tej samej aktorce. Pretensji nie zgłaszałem…
W tym roku straciłem Przyjaciela, który także odcisnął swoje piętno na “Sobocie”. Zmarł Andrzej Lipski aktor kompletny, świetny reżyser, wieloletni dyrektor Teatru Nowego w Zabrzu i wspaniały Człowiek…
Trudko, Andrzeju zachowałem kilkanaście odcinków “Soboty” na stareńkich kasetach wideo. Więc czasem, do mnie zaglądajcie powspominać..
Nawet miłych wspomnień nie należy snuć przesadnie długo
“Sobota w Bytkowie” propozycja TVP Katowice, o największej w jej historii tzw. oglądalności zakończyła swój byt gdzieś pod koniec minionego tysiąclecia. O słupkach popularności piszę pamiętając, starą maksymę, że jeśli sam się nie pochwalisz nikt tego za ciebie nie zrobi. A dane nie są moje, a z Wikipedii.

Rodzinne zdjęcie całego zespołu
Rozstanie, jak to w życiu bywa, gwałtowne było i nagłe, acz… spodziewane. Po prostu zabrakło nawet tych niewielkich pieniędzy, które na serial były potrzebne.
Tak więc wiele wątków, (a właściwie wszystkie) pozostało w zawieszeniu. I przyznam sam nie wiem, jak to się dalej Pytlokom i Żymłom w życiu potoczyło. Jednego jestem pewien, że wielkie nieszczęścia ich nie spotykają i pogody ducha nie tracą, bo taki los im zawsze przeznaczałem i optymizmem natchnąłem.
Jako się rzekło rozstanie było nagłe, nie jestem więc pewien czy miałem kiedykolwiek okazję podziękować. Tak drużynie telewizyjnych perfekcjonistów pracujących przy serialu, jak i wspaniałemu zespołowi aktorskiemu. To była telenowela gwiazd, a przecież dotąd nie pisałem o Elżbiecie Okupskiej, Annie Wesołowskiej, Mirosławie Neinercie, Antonim Gryziku.
Wszystkim dziękuję z serca teraz, przy okazji krótkich wspomnień o sympatycznej (mam nadzieję) przygodzie, która w części wypełniła nam lata 90.
Tym, którzy wspominali wraz z mną – jestem wdzięczny, tych których znudziłem przepraszam, ale i uspokajam. Bo to już właśnie KONIEC.