Gościem naszego czwartego spotkania z cyklu “LUDZIE, KTÓRYCH WARTO POZNAĆ” jest Mirosław Słomczyński – dziennikarz prasowy i telewizyjny, absolwent liceum ogólnokształcącego w Siewierzu.
Mirosław Słomczyński urodził się w 1934 roku w Siewierzu. Po studiach na Uniwersytecie Warszawskim podjął w 1955 roku pracę w redakcjach “Dziennika Zachodniego” i “Wieczoru”, a następnie w TVP, gdzie pełnił różne funkcje kierownicze, m.in. naczelnego redaktora katowickiego Ośrodka Telewizyjnego (w latach 1985-1989). Ma w swym dorobku ponad 200 telewizyjnych programów publicystycznych, kilkanaście reportaży i filmów dokumentalnych oraz liczne publikacje prasowe w “Dzienniku Zachodnim”, “Wieczorze”, ,”Trybunie Robotniczej”, “Nowym Tygodniku Popularnym”, “Spojrzeniach – gazecie regionalnej” i “Przyjacielu Zdrowia”. Pisał także teksty piosenek. Jest autorem lub współautorem 12 książek, w tym autobiografii “TEMATY I KLIMATY- dziennikarskie wspominki”.
Odznaczony m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2008 roku za zasługi dla swojej rodzinnej miejscowości został uhonorowany przez władze miasta i gminy Siewierz nagrodą i medalem MAGNUM MERITUM PRO REGIONIS ET URBIS SEVIORIS.
Nasz gość pan Mirosław Słomczyński cieszy się w Siewierzu szacunkiem, a starsi mieszkańcy zawsze z satysfakcją podkreślali, że to rodowity Siewierzanin.
- Wszystko zaczęło się w Siewierzu, bo tu się pan urodził i także tutaj ukończył w 1951 roku Liceum.
Gdyby pan przymknął na chwile oczy i pomyślał o Siewierzu z lat swej młodości, to jaki obraz tego miejsca namalowałaby pana wyobraźnia i pamięć. Czy chętnie pan powraca do wspomnień z tamtych czasów?
- Bardzo chętnie powracam. “Szkoło, szkoło, gdy cię wspominam, tęsknota w serce się wgryza…” cisną się tu na usta słowa wiersza Juliana Tuwima. Mam przed oczami widok skromnego budynku (nieporównywalnego co prawda z tym obecnym, po renowacji), oraz urokliwą scenerię wokół niego. Błonia, książęcy zamek, wstęga Czernej Przemszy. Byliśmy bardzo uczuciowo związani z tymi miejscami, a przede wszystkim z atmosferą, która panowała wówczas wśród młodzieży i zespołu nauczycielskiego.
Ja byłem w nielicznej grupie uczniów kolejnej, drugiej klasy, która wchodziła do murów dawnej szkoły powszechnej, nieco przebudowanej i przystosowanej do potrzeb nowopowstającego gimnazjum, przemienionego wkrótce w liceum. Dla nas otwarcie tej szkoły średniej to było wydarzenie niezwykłe, bo tutaj mogliśmy nagle wejść w inny świat. Siewierz był osiedlem, które nie odzyskało wtedy jeszcze należnych mu praw miejskich. Pęd do wiedzy wśród młodzieży był ogromny, ale po szkole podstawowej nie było gdzie kontynuować naukę. Przed wojną nasi rodzice chodzili do szkoły, która kończyła się na trzeciej lub czwartej klasie. My już po wojnie kończyliśmy siódmą, i potem, gdyby nie było tego gimnazjum, to nie wiadomo, czy na tym nie skończyłaby się nasza edukacja. I oto w Siewierzu otworzyły się drzwi tej nowej szkoły.
Mieliśmy ogromną szansę poznania znakomitych nauczycieli takich jak pani dyrektor dr Halina Bilińska, która nie tylko była świetną nauczycielką matematyki, ale uczyła nas także poprawnego, kulturalnego zachowania się i obycia towarzyskiego, stworzyła szkolny zespół teatralny, który z przedstawieniem “Balladyny” Juliusza Słowackiego objeżdżał pobliskie miejscowości. Zagrałam w tym spektaklu rolę psotnego chochlika. W naszej wdzięcznej, serdecznej pamięci pozostali nauczyciele: polonistka Halina Lipowa, Jan Ptak uczący nas łaciny i sportowych sprawności, Czesław Słuczanowski, uczący geografii i biologii, bohater bitwy o Monte Cassino, Józef Budzynowski – fizyk, rozmiłowany w muzyce i poezji twórca szkolnego chóru wyśpiewującego słynne mickiewiczowskie “Sonety Krymskie”. Bardzo miłym wspomnieniem są plenerowe lekcje prof. Walerego Ostrowlewa. Wyprowadzał nas w pogodne wieczory na spacery w okolice zamku i nad Czarną Przemszę, pokazywał konstelacje gwiazd, tłumaczył, objaśniał gdzie mały, a gdzie wielki wóz skrzą się na gwieździstym niebie. To był wybitny matematyk i astronom. Był podobno nawet odkrywcą nowej gwiazdy i komety.
Z sentymentem wspominam koleżanki i kolegów, którzy po egzaminie dojrzałości w siewierskim liceum poszli w świat, zostali lekarzami, nauczycielami, architektami, ekonomistami. Dziennikarzem z mojej klasy zostałem tylko ja, ale potem było ich z Siewierza więcej. Wielu odniosło znaczące sukcesy zawodowe w różnych dziedzinach życia, że przypomnę tylko profesora, anglistę Janusza Arabskiego, kompozytora Bernarda Sołtysika, braci Mariana i Edwarda Sołtysików, z których pierwszy został prorektorem a Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Katowicach, a drugi zasłużył na wdzięczność Siewierzan, jako rzetelny kronikarz jego dziejów. Ta szkoła dała bardzo wiele tutejszym mieszkańcom i krajowi. Była swego rodzaju bramą, przez którą poszliśmy w świat.
Nauczyciele i wychowawcy z siewierskiego liceum dali swym uczniom duży potencjał wiedzy i umożliwili przekroczenie pewnych barier kulturowych. Bo co tu ukrywać, byliśmy z rodzin chłopskich, robotniczych lub rzemieślniczych, środowisko inteligenckie było w naszej miejscowości niewielkie. Przed wojną i tuż po niej zaledwie kilku, może kilkunastu mieszkańców Siewierza miało wyższe wykształcenie. I nagle ta inteligencja się tutaj zaczęła tworzyć, właśnie za sprawą nauczycieli i murów tej szkoły, która była dla nas czymś bardzo pożądanym, bliskim i drogim.
- Czy w latach, gdy pan był uczniem naszej szkoły, w Siewierzu wydawano jakąś gazetę? Skąd mieszkańcy czerpali informacje?
- W latach czterdziestych i pięćdziesiątych ubiegłego wieku nie ukazywała się tutaj żadna lokalna gazeta. Przed wojną pojawiło się czasopismo “Echo Siewierza”. Przechowane, pojedyncze egzemplarze znajdowały się u starszych ludzi gdzieś w szufladach, zaglądaliśmy do nich, czytaliśmy je z zainteresowaniem. Podstawowym źródłem informacji z kraju i ze świata były natomiast tak zwane “kołchoźniki”, czyli głośniki, instalowane we wszystkich domach. Tylko nieliczni mieszkańcy mieli po wojnie odbiorniki radiowe. Do każdego domu podłączano kablami nieodpłatnie taki głośnik, przez który docierały miejscowe komunikaty i transmitowano program pierwszy Polskiego Radia. Wszyscy dowiadywali się tylko tego, co można było usłyszeć za pomocą “kołchoźnika”.
W kioskach można było oczywiście kupić jakąś gazetę lub czasopismo: “Dziennik Zachodni”, “Trybunę Robotniczą”, “Gromadę”, “Przyjaciółkę” oraz “Kobietę i Życie”. Z trudem zdobywało się “Przekrój”. Bardzo niewiele tego było, po prostu ubóstwo.
- Mamy dla pana zagadkę, czy pamięta pan postać związaną z historią Siewierza, którą za chwilę pokażemy panu na obrazie.

Mirosław Słomczyński na spotkaniu z młodzieżą licealną w Siwierzu
- Ojej! To przecież zdjęcie pana Golanowskiego. Pan Golanowski!…że też macie taki obrazek, zaskakujecie mnie zupełnie. Pamiętam go z lat dzieciństwa, gdy tuż po wojnie powróciłem do Siewierza, gdyż ja lata niemieckiej okupacji spędziłem z rodziną w Piotrkowie Trybunalskim. I ze zdziwieniem zauważyłem, że ów pan Golanowski, to był taki miejscowy dobosz, czy raczej kurier, który chodził z bębnem od ulicy do ulicy, gdzie w stałych punktach gromadzili się ludzie i on im odczytywał rozmaite komunikaty, informacje, obwieszczenia, że zarządza się to czy tamto. Były wtedy na przykład obowiązkowe szarwarki, czyli świadczenia ludności na cele publiczne (zniesione dopiero w roku 1958!) oraz organizowano tak zwane patrole, złożone z mieszkańców Siewierza. Każdy mieszkaniec miał obowiązek raz na tydzień czy na dwa tygodnie chodzić w tych patrolach nocą, w kilkuosobowych grupach i sprawdzać czy coś złego się nie dzieje wokół słupów wysokiego napięcia w pobliskich lasach. Nas, młodych chłopaków też tam angażowali.
Pan Golanowski donośnym głosem obwieszczał zarządzenia i powinności obywateli : kto, co, gdzie, kiedy i do czego jest zobowiązany…To było równie ważne jak miejscowa radiofonia przewodowa, lokalne medium owych czasów. Jednokierunkowe. Aby przekazać własną informację, podanie lub reklamację władzy, trzeba było iść samemu do urzędu mieszczącego się na siewierskim Rynku lub jechać do Rady Powiatowej w Zawierciu.
Pan Golanowski… dobrze zapamiętałem tę postać. Wizerunek niewysokiego mężczyzny, taszczącego na ramieniu bęben i z teczką obwieszczeń pod pachą. Chodził, bębnił, ludzie się zbiegali, czekali, uważnie go słuchali. Tak docierał do dziesięciu, może dwudziestu wyznaczonych miejsc w Siewierzu i tam wszyscy się dowiadywali, na co się zanosi. Czy są jakieś nowe zarządzenia lub podatki, kiedy będą obowiązkowe szczepienia dzieci, czy psy trzeba trzymać na łańcuchu czy niekoniecznie. Takie różne ważne i mniej ważne sprawy.
- Kto zainspirował pana do wyboru drogi życiowej, czy był to może jakiś szkolny polonista, a może jeszcze inny nauczyciel? Czy będąc uczniem pisał pan jakieś artykuły czy reportaże?
- Przede wszystkim lubiłem czytać, dużo czytać. Pochłaniałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Zwłaszcza różne czasopisma. W domu mojego kuzyna były komplety przedwojennego tygodnika “Na szerokim świecie”. To był bardzo ciekawie redagowany magazyn ilustrowany. A czasopisma powojenne – z wyjątkiem wspomnianego już “Przekroju” – były raczej mało atrakcyjne i niewiele tych stron w nich było. Mnie te dawniejsze publikacje bardziej ciekawiły. Zrodziła się we mnie myśl, że może ja też bym spróbował coś interesującego innych napisać. Próbowałem, wierszem i prozą, ale potem to, co mi wyszło spod pióra wrzucałem do kosza. Wydawało mi się jeszcze jakoś niedojrzałe.
Nikt mnie specjalnie nie inspirował. Nie miałem talentów matematyczno-fizycznych i doszedłem do wniosku, że jeżeli coś chcę w życiu osiągnąć, to jednak raczej poprzez pisanie i mówienie do mikrofonu lub (znacznie później) do kamery. I w tym kierunku czyniłem nieustanne starania. Tak oto przez minionych kilkadziesiąt lat żyję słowem, żyję ze słowa pisanego lub mówionego. Nic innego nie robię poza tym, że przekształcam słowa w zdania, frazy, piszę różne rzeczy od tekstów piosenek poprzez publikacje małe, średnie, duże, scenariusze filmowe, teksty komentarzy, recenzji, aż po autorstwo książek biograficznych.
W tym się czuję dobrze, swobodnie. Chociaż jak odchodziłem z redakcji “Wieczoru” do telewizji w roku 1963, to pewien kolega – wierszokleta napisał o mnie taką żartobliwą i nieco złośliwą fraszkę, odnoszącą się do tego, że ja bardzo dużo piszę o różnych rzeczach, ale nie wgłębiałem się zbytnio w podejmowane tematy. Napisał przeto:
“Słomczyński Mirosław – przystojny na gębie,
nieźle pływa w wodzie, lecz nie tam gdzie głębie…”
Tak mi dokuczył, że ja piszę i piszę, a za mało dociekam… No i teraz, po przejściu do telewizji, musiałem na serio wgłębiać się w różne tematy i mozolnie zdobywać zupełnie inne zawodowe umiejętności. Zawsze szybkie życie mi odpowiadało. Lubiłem żyć szybko, przeżywać, poznawać jak najwięcej ludzi świata i to mnie pchało do nowych wyzwań. Wiedziałem, że zawód dziennikarski da mi szansę poznawania ciekawych ludzi. O niektórych z nich chciałbym wam też co nie co opowiedzieć. Dużym przeżyciem było dla mnie bliższe poznanie prof. Tadeusz Kotarbińskiego – wielkiego polskiego filozofa oraz wielu wybitnych twórców – literatów, aktorów, muzyków i kompozytorów. Pracowałem prawie trzydzieści lat w telewizji, potem kilkanaście lat zasiadałem w Radzie Programowej katowickiego Oddziału TVP. A przez tę placówkę w Bytkowie, która była swego czasu potężnym, drugim, co do wielkości telewizyjnym ośrodkiem regionalnym w Polsce, przewinęło się bardzo wiele wybitnych postaci świata nauki i kultury. Programów było tu tworzonych i stąd nadawanych mnóstwo. Będący tu dziś z nami Bernard Sołtysik też tworzył ich tam niemało.
Dzięki katowickiej telewizji wszedłem w zupełnie inny świat, który mnie fascynował i wchłonął niemal bez reszty. Niemal… bo przecież najważniejszym dla mnie miejscem na ziemi pozostaje wciąż Siewierz. Zawsze chętnie tu przybywam, tu jest mój punkt odniesienia, tu są moje korzenie. Siewierz to jest moje ukochane miejsce na ziemi – a ta szkoła jest jednym z tych najmilszych obiektów.
- Jakie były pana oczekiwania i marzenia związane z zawodem dziennikarza i czy te oczekiwania się spełniły?
- Spełniły się. Czuję się człowiekiem zawodowo spełnionym. Moje oczekiwania nie były zbyt duże. Na początku sprawiało mi przyjemność samo to, że drukowano prawie wszystko, co zostawiałem na biurku sekretarza redakcji. Gdy pierwszy raz w “Dzienniku Zachodnim” napisałem większy artykuł – a była to opowieść o dziejach Siewierza – to zdziwiłem się, że zajął on aż całą kolumnę.

Okładka książki "Tematy i klimaty" - dziennikarskie wspominki Mirosława Słomczyńskiego
Ja bardzo wcześnie zostałem dziennikarzem zawodowym, mając zaledwie 21 lat. Już w 17 roku życia uzyskałem w tym liceum dyplom dojrzałości, chociaż w sensie prawnym dojrzałym obywatelem jeszcze nie byłem… Powojenne klasy szkolne były rocznikowo bardzo zróżnicowane. Rozpiętość wieku między uczniami w tej samej klasie wynosiła po kilka lat. Przecież podczas wojny pozamykano Polakom szkoły i uczyliśmy się jedynie w domach lub na tajnych kompletach, u niektórych nauczycieli. Ja trochę więcej się uczyłem i wiedziałem niż inni rówieśnicy i dlatego po wyzwoleniu przydzielono mnie od razu do szóstej klasy. Dzięki temu byłem wśród kolegów jednym z najmłodszych.
Po czterech latach studiów uzyskałem dyplom magistra dziennikarstwa, choć mój chłopięcy wygląd zapewne nie uwiarygodniał tej tytulatury. Pisałem coraz więcej artykułów interwencyjnych, a to wywoływało szerszy oddźwięk społeczny. Związane z tym jest pewne zabawne zdarzenie. Gazety zatrudniały dawniej po kilku gońców, którzy kursowali zwykle miedzy siedzibą redakcji, a drukarnią. Pamiętam, że kiedyś przyszedł do naszej redakcji pewien czytelnik w sprawie ostatniej publikacji redaktora Słomczyńskiego. Wzywają mnie do sekretariatu szefa, przychodzę, witam gościa i mówię: słucham pana. A on na to: nie z panem chcę rozmawiać tylko z redaktorem Słomczyńskim. Gdy go przekonałem, że to jednak ja jestem tym autorem, z którym chciał koniecznie porozmawiać, przyznał szczerze skąd się u niego wzięły te wątpliwości. Sądził, że ktoś piszący takie duże, poważne publikacje, musi mieć “odpowiedni” wygląd. Mnie postrzegał jak młodzieniaszka, jednego z tych kręcących się po redakcji gońców.
Kiedy w 1963 roku zaproponowano mi przejście do Telewizji Katowice po paru latach pracy w “Dzienniku Zachodnim” i ”Wieczorze” to długo się zastanawiałem nad podjęciem decyzji. Telewizja Katowice uruchomiona została prawie 56 lat temu. Gdy ja i niektórzy moi koledzy z prasy rozpoczynali w niej pracę, miała wtedy zaledwie parę latek. I to było dla nas zupełnie nowe medium i całkiem nowy warsztat dziennikarski. Podjęliśmy pewne ryzyko zawodowe. Wiedzieliśmy, że lepiej zarobimy, że pokażemy się coraz liczniejszej widowni i że to będzie dla nas duże wyzwanie. Nie braliśmy jednak pod uwagę tak zwanych kosztów własnych. A telewizja jest ogromnie zaborcza. Nagle się okazało, że mój czas jest już w coraz mniejszym stopniu do mojej dyspozycji. Muszę być w redakcji codziennie od rana, często do późnego wieczora, gdyż dziennikarski nienormowany czas pracy rozumiany jest tutaj w pełnym tych słów znaczeniu.
Ściągnięto mnie do telewizji na kierownika lokalnego dziennika “Aktualności”, uważano bowiem, że sprawnie pokieruję od razu dziesięcioosobowym zespół dziennikarzy, wyznaczonym do tworzenia codziennych, półgodzinnych programów informacyjnych. To była nawet ciekawa, ale bardzo wyczerpująca robota. Ugrzęzłem w niej na kilka lat. Coraz częściej rozmyślałam nad przejściem do innej redakcji w TVP. Nie odpowiadało mi to, że jestem całymi dniami związany z jednym programem informacyjnym i że coraz bardziej staję się redaktorem i adiustatorem cudzych tekstów, niż autorem własnych. Aczkolwiek starałem się zawsze nie zaniedbywać zbytnio sztuki pisania.
Byłem jednym z prezenterów “Aktualności”. Trzeba było często wchodzić do studia, czytać te wiadomości, komentować, rozmawiać z zaproszonymi gośćmi i mimo kierowniczych obowiązków dość często pojawiałem się na ekranie. Wychodzę na ulicę i dziwię się, bo słyszę jak mówią …patrz to ten gość z telewizji. Oczywiście ta rozpoznawalność z czasem przeminęła. Prezenterzy mają zresztą często niezasłużoną popularność, gdyż ci prawdziwi twórcy programów – reżyserzy, scenarzyści, operatorzy filmowi są zwykle poza obiektywem kamery. Nierozpoznawalne są na ulicy ich twarze i nie zawsze zapamiętane nazwiska.
Ci, którzy tylko zapowiadają lub prezentują nie własne programy, nie są twórcami z prawdziwego zdarzenia. Może bywają, ale często nie są. Mnie to ciągłe pojawianie się na ekranie w lokalnym dzienniku zaczęło trochę męczyć. Postanowiłem pisać scenariusze dużych programów publicystycznych i widowisk telewizyjnych. Nie chciałem poprzestać na tych felietonikach filmowych i dwu minutowych komentarzykach oraz rozmówkach studyjnych, polegających na uzyskaniu treściwych odpowiedzi na pięć prostych pytań. Powiedziałem sobie: spróbuj zrobić poruszający widza reportaż lub atrakcyjne widowisko telewizyjne. No i poszedłem tą drogą. Z moim przyjacielem, świetnym operatorem kamery Mieczysławem Chudzikiem zrealizowaliśmy na przykład kilka filmów dokumentalnych na Węgrzech i na Ukrainie (“Król win” “Miskolc”, “Bachczysaraj”, “Pod niebem Krymu” i inne).
Później, w latach 80. zainicjowałem i współtworzyłem z innymi dziennikarzami dwadzieścia ogólnopolskich, niedzielnych widowisk publicystyczno-artystycznych z cyklu “Zajechał wóz do…” A pomysł i koncepcja tych widowisk zrodziły się w… Siewierzu! Było tak. Jesienią 1985 roku całe kierownictwo Telewizji Polskiej miało się spotkać późnym latem na dorocznym, wyjazdowym posiedzeniu gdzieś poza Warszawą. Zdecydowano, że odbędzie się ono w województwie katowickim. Ja wtedy zaproponowałem, aby miejscem spotkania był Siewierz. Kierownictwo „Komitetu do spraw Radia i Telewizji” wyraziło na to zgodę, władze naszego miasta też chętnie wzięły na siebie obowiązki gospodarzy i odpowiednio ugościli przybyszy z Warszawy. Całe kierownictwo telewizji zjechało się do Siewierza. Przybył prezes Mirosław Wojciechowski, dyrektorzy pierwszego i drugiego programu TVP oraz szefowie działów artystycznych. W Piwońskim Lesie przyrządzono siewierskie pieczonki i inne miejscowe przysmaki, gorącą herbatę i jakieś nieco mocniejsze napoje. Mimo chmary komarów, niemających żadnego respektu wobec zacnych gości, wytworzyła się miła, koleżeńska atmosfera. Korzystając z okazji naopowiadałem gościom jaki to wspaniały jest ten nasz Siewierz, jaki ma książęcy rodowód, że mamy tutaj zamek i inne zabytki, wieloletnie tradycje rzemiosła, piękne okolice z zalewem Siewiersko – Przeczyckim i ambitnych mieszkańców, zdobywających w ogólnopolskich konkursach miast i osiedli tytuły “Mistrzów Gospodarności”.
Słuchając moich wywodów prezes Wojciechowski powiada:
- Jeśli taki ciekawy jest ten Siewierz jak tu opowiadacie, to zróbcie o nim jakiś większy program, który dalibyśmy na antenę w jedną z niedziel. Pokazalibyście historię, współczesność, miejscowe tradycję i obyczaje.
Właśnie na takie słowa czekałem. Zobowiązałem się do przygotowania w ciągu kilku dni koncepcji i scenariusza telewizyjnego widowiska o Siewierzu i przesłania go do akceptacji kierownictwa TVP. Z Olgierdem Wieczorkiem napisaliśmy taki scenariusz, a po jego zaakceptowaniu przez centralę w Warszawie, powołaliśmy kilkuosobowy zespół dziennikarski do realizacji całego przedsięwzięcia. I tak oto, we wrześniową niedzielę 1985 roku ukazał się w I programie ogólnopolskim TVP podzielony na trzy kolejne, półgodzinne odcinki program – widowisko “Zajechał wóz do Siewierza”. Zaczynał się od teledysku stworzonego na podstawie znanej piosenki Stanisława Hadyny i Zdzisława Pyzika “Od Siewierza jechał wóz, malowane panny wiózł…”
Gdy się ten program ukazał na antenie i pokazaliśmy w nim wszystko, co wydawało nam się warte pokazania z Siewierza i okolic, to okazało się, że obejrzało go w kraju ponad 3 miliony ludzi! Wzbudził on nadspodziewanie duże zainteresowanie. Radiokomitet w Warszawie prowadził już wtedy badania oglądalności programów. To sprawiło, że zachęcono nas do robienia co miesiąc takich programów z różnych miast i miasteczek w Polsce. No to teraz ja i moi koledzy z katowickiej telewizji mieliśmy przed sobą zgoła nieoczekiwanie mnóstwo roboty. Przygotowanie każdego widowiska w zaproponowanej przez nas formule wymaga naprawdę dużego wysiłku, jeśli chce się utrzymać jego atrakcyjność i wysoki poziom. W każdym z trzech odcinków programu dawaliśmy po 8 – 10 tematycznie różnych pozycji takich 2-3 minutowych, aby utrzymać właściwe tempo i nie znużyć widza. Jest taki dekalog dziennikarski, zaczynający się od słów: po pierwsze nie nudzić. Bo jak się zanudzi odbiorcę (widza, słuchacza, czytelnika) to cała praca idzie na marne. Myśleliśmy zawsze, aby program atrakcyjnie zacząć i zakończyć, w środku dać taki przekładaniec informacyjno-artystyczny i muzyczny i ani przez chwilę nie wytracać tempa. Przyjęliśmy świadomie taką koncepcję tego cyklicznego programu ogólnopolskiego.
Po emisji widowiska o Siewierzu wiele miast zaczęło się zwracać do telewizji, aby i u nich zrealizować tego rodzaju programy. Odtąd przez trzy lata jeździliśmy z Olgierdem Wieczorkiem z miasta do miasta, gromadziliśmy dokumentację i pisaliśmy kolejne scenariusza telewizyjnych widowisk. Zaangażowaliśmy z czasem do realizacji programów znacznie większy zespół ludzi, w tym reżyserów, dodatkowy sprzęt techniczny, także duże wozy transmisyjne. Tak rozpoczęły się nasze telewizyjne wyprawy do kolejnych miejscowości na Górnym Śląsku, w Zagłębiu i na Opolszczyźnie. Wybraliśmy się także w głąb Polski, aż do Borów Tucholskich. Po Siewierzu odwiedziliśmy z kamerami i pokazywaliśmy całej Polsce Olkusz, Skoczów, Gogolin, Olesno, Wadowice, Racibórz, Korbielów, Głuchołazy, Pszczynę, Złoty Potok, Mikołów, Cieszyn, Brzeg, Chrzanów, Węgierską Górkę, Zawiercie, Nysę, Leszczyny i Tucholę. Ale wszystko się kiedyś kończy i te nasze widowiska też się musiały skończyć. Cieszy mnie, że pozostały w pamięci bardzo wielu ludzi, że przypominane są w prasowych publikacjach.
W katowickiej telewizji pełniłem różne funkcje dziennikarskie. Byłem sekretarzem programowym, zastępcą naczelnego redaktora, potem jakiś czas naczelnym redaktorem. Musiałem troszczyć się o dobre warunki pracy dla młodszego pokolenia pracowników telewizji, a tym samym ograniczyć własną swoją działalność twórczą. Raczej innych inspirować, przekazywać swoje doświadczenia. Jedną z ostatnich moich inicjatyw było wprowadzenie na antenę w latach 80. telewizyjnych gawęd pisarza i wielkiego erudyty Wilhelma Szewczyka “Z dymkiem cygara”. Zbiór tych gawęd ukazał się już w kilku wydaniach książkowych.
W tym czasie w warszawskiej centrali TVP Warszawie wpadli na pomysł, żeby zakupić i emitować takie seriale jak “Niewolnica Isaura”. Owa “niewolnica” czyli Lucella Santos i jej filmowy partner Leoncio przylecieli później do Polski i myśmy ich wozili tutaj po całym Śląsku na różne spotkania z widzami. Już wtedy dziwiliśmy się, że w społeczeństwie jest zamiłowanie do banału i głupawek w gruncie rzeczy. Takie mało ambitne seriale teraz i u nas się produkuje. Cóż, de gustibus non est disputandum. Pewna znana scenarzystka wyznała niedawno publicznie, iż właściwie nie ma już pomysłu na kolejne odcinki, a tu zleceniodawcy domagają się, aby ciągnęła na siłę akcję, ponieważ reklamodawcy chętnie zamieszczają obok tych seriali dobrze płatne reklamy. Ona więc już sama przyznaje, że świadomie obniża poziom, bo jest duże zapotrzebowanie na banał właśnie… To wszystko szkodzi telewizji.
- Był pan współtwórcą katowickiej Telewizji Regionalnej. Czy podoba się panu TV regionalna w obecnym kształcie?
- Uruchomienie Programu Regionalnego Telewizji Katowice w latach 80. było nowatorskim przedsięwzięciem w skali krajowej. To był jakby prototyp powstałych znacznie później tak zwanych telewizji śniadaniowych typu “Kawa czy herbata”. Miał zawsze damsko-męską parę gospodarzy, wypełniał niezagospodarowany na antenie przedpołudniowy czas w programie II ciekawymi rozmowami, teledyskami, filmami fabularnymi i występami artystycznymi na żywo. Zyskał ogromną popularność i liczną widownię. Po kilku latach inni nadawcy publicznej i komercyjnych stacji telewizyjnych wprowadzili na antenę podobne programy. W roku 1986 zespół w składzie Roman Pillardy, Edward Kozak, Aleksandra Jarosz i ja otrzymaliśmy nagrodę zespołową przewodniczącego Komitetu ds. Radia i TV Janusza Roszkowskiego “za wkład pracy twórczej w uruchomienie Programu Regionalnego Ośrodka TV w Katowicach”. To już historia, dla was nawet dość odległa.
Telewizja Polska przechodzi od niedawna transformację i znacznie poszerza zakres swojej działalności. Powstała odrębna Telewizja Regionalna innego typu, nie dzieląca już czasu antenowego z Telewizją Info. Obecny dyrektor Oddziału TVP w Katowicach Jerzy Nachel, z którym niekiedy mam okazję rozmawiać, pokłada duże nadzieje w multipleksie, dzięki któremu katowicki ośrodek będzie mógł nadawać nie trzy, a kilkanaście godzin własnego programu w ciągu doby.
Obecnie pracuje w katowickim Oddziale TVP (taka jest teraz nazwa tego ośrodka) telewizji kilkoro bardzo utalentowanych młodych ludzi, tworzących znakomite programy i dokumenty filmowe. Ja właśnie przygotowuję do druku kolejną książkę pt. “KAMERZYSTA. Telewizyjne epizody i historyczne zdrapki’”, w której piszę między innymi o ich ostatnich osiągnięciach zawodowych, wyróżnianych i nagradzanych w kraju i za granicą. Książka opowiada jednak przede wszystkim o ciekawym życiu mojego wieloletniego kolegi Mieczysława Chudzika, wybitnego operatora kamery, który od kilkudziesięciu lat, po dzień dzisiejszy, utrwala na filmie najważniejsze wydarzenia w kraju i w naszym regionie, nadal dużo podróżuje po świecie i miał okazję poznać bardzo wielu wybitnych ludzi. Właśnie wrócił z kolejnej dalekiej podróży i przygotowuje reportaż z Chin.
Cenne filmy dokumentalne powstające ostatnio w katowickim ośrodku telewizyjnym powstały głównie według scenariuszy i w reżyserii kilku tutejszych, utalentowanych dziennikarek. Tak więc panie z Bytkowa zdobywają teraz największe uznanie wśród telewidzów. To ich dziełem i tytułowego “Kamerzysty” są filmy dokumentalne “Bez jednego drzewa las lasem pozostanie…” ( o księdzu-męczenniku z Rudy Śląskiej Janie Masze, zgilotynowanym przez Niemców za pomoc polskim rodzinom), „Muzyka i cisza” (o kompozytorze Janie Sztwiertni z Wisły, także bestialsko zamordowanym przez nazistów) oraz nagrodzony na Festiwalu we Florencji film “Lech Majewski. Świat według Bruegla.”
- W książkach “Generał z kryką”, “Ziętek w anegdocie” oraz “Jerzy Ziętek z oddali i z bliska” napisanych wspólnie z Wiesławem Wilczkiem popularyzujecie postać Generała Ziętka, wieloletniego wojewody śląskiego. Czy pan się z nim spotkał osobiście i za co szczególnie podziwia tego człowieka?
- Za to, że był bardzo dobrym gospodarzem województwa, takim, jakiego nie mieliśmy po jego odejściu i chyba do dziś nie mamy. Skoro pytacie mnie o Jerzego Ziętka, to powiem wam jak powstają książki, czasem w sposób zupełnie przypadkowy. Ziętek był tym najbardziej cenionym wojewodą, którego imię jest dzisiaj utrwalone w nazwie największego na Śląsku parku, katowickiego ronda, wielu szkół i placówek leczniczych. On był już za życia postacią legendarną. Niezwykle skuteczny w działaniu, uczciwy, z dużym poczuciem humoru. Przeżył swoje w czasie wojny. Wrócił do Polski z ZSRR w mundurze, jako oficer Wojska Polskiego. Po wojnie też nie miał łatwego życia, bo pamiętano jego przedwojenną współpracę z sanacyjnym wojewodą Wojciechem Grażyńskim, a zawistnicy nie mogli ścierpieć jego popularności wśród mieszkańców Śląska.
W każdym bądź razie, doszliśmy do wniosku z kolegą, że skoro jest o nim tak wiele barwnych opowieści, to wysłuchamy ich od kilkudziesięciu osób i wydamy w zbiorze “Generał z kryką”. Czyli same anegdoty i zabawne opowieści o Generale. Sami też mieliśmy niejedną okazję spotykania się z nim i rozmawiania podczas różnych imprez i uroczystości i byliśmy doprawdy zafascynowani tą nietuzinkową postacią.
Przypomnę kilka zabawnych opowiastek o “Generale z kryką” jak o wojewodzie Ziętku mówiliśmy, ponieważ zawsze widziany był z laską w ręku. Minister górnictwa Jan Mitręga zapytał go kiedyś, jak to się stało, że on wrócił z wojny ogromnie wyniszczającej ludzi, jako mężczyzna okazałej tuszy, podczas gdy inni wojacy byli z reguły wychudzeni i marnej postury.
- Powiem wam prawdę - rzekł Ziętek z uśmiechem. - Wyglądałem tak jak i teraz mnie widzicie, tylko dlatego, że zawsze trzymałem się blisko kuchni polowej….
A już całkiem poważnie mówiąc – zapamiętaliśmy jego życiową dewizę, którą często powtarzał:
- W każdych warunkach można coś dobrego dla ludzi zrobić!
I udowadniał swą pracą, że to święta prawda. Nie oszczędzał się w robocie. Kazimierz Kutz napisał kiedyś o nim, że był ”galernikiem z własnego wyboru”. Mówiło się w kraju, że to, co udawało się wojewodzie Ziętkowi dokonać na Śląsku, nigdzie indziej innym się jakoś nie udawało. Wiele się na to złożyło przyczyn. Potrafił kierować ludzkimi zespołami i egzekwować realizację podjętych zadań. Tu znów się anegdota. Kiedy na kolejnej naradzie (a Ziętek zwoływał je często i o każdej porze dnia) podlegli mu dyrektorzy tłumaczyli się, że tego czy tamtego nie da się zrobić, bo są obiektywne przeszkody i przepisy na to czy tamto nie pozwalają, wówczas nieco poirytowany wojewoda przerwał dyskusję i oświadczył: – No wiecie, to prawda, że czasem przeszkadzają wam te przepisy, albo się też nimi tylko zasłaniacie. Na szczęście jest też jeszcze jeden ważny przepis mówiący, że ja mogę was zmienić na innych dyrektorów. Rozważcie zatem – zrobicie mi w końcu to, co obiecaliście, czy nie zrobicie? Czy ktoś ma jeszcze coś do powiedzenia?
Więcej narzekań i pytań już nie było. A roboty zostały wykonane w terminie.
Gdy ukazała się pierwsza nasza książka o Jerzym Ziętku od ludzi starszego pokolenia otrzymaliśmy wiele telefonów i nowych informacji o legendarnym wojewodzie. Inżynier Zenon Sołek, były dyrektor przedsiębiorstwa budowlanego, odwiedził mnie w redakcji wydawanego przeze mnie czasopisma “Spojrzenia” i opowiedział interesujące fakty z życia i działalności wojewody, z którym przez lata blisko współpracował. Otóż ów inżynier uczestniczył w trzech spotkaniach wojewody Ziętka z metropolitą krakowskim Karolem Wojtyłą, późniejszym papieżem Janem Pawłem II. Staraniem Ziętka i ówczesnych władz powstał w latach 70. w Katowicach Uniwersytet Śląski. Zbudowano już gmachy dla rektoratu i kilku wydziałów uniwersyteckich, trwały zajęcia ze studentami, ale nie było jeszcze domów akademickich dla coraz liczniejszej rzeszy przyjeżdżających zewsząd studentów. Wojewoda Ziętek wiedział, że należący do kurii krakowskiej budynek dawnego seminarium Duchownego przy ulicy Wita Stwosza w Katowicach stoi od dawna pusty i zaproponował kardynałowi Wojtyle wydzierżawienie go na jakiś czas lub wykupienie, bądź też zbudowanie w ciągu kilku lat nowej siedziby dla katolickiej uczelni.
Metropolita przyjechał osobiście, bo powiedziano mu wcześniej, że z Ziętkiem można rzeczowo i uczciwie rozmawiać, że jest on przykładnym gospodarzem i rzeczywiście troszczy się o ludzi. Mimo to jednak Karol Wojtyła był dość powściągliwy w rozmowie z wojewodą i dał wyraz swemu zaniepokojeniu, czy nie chodzi czasem o przejęcie podstępem kolejnego obiektu należącego do kościoła. Metropolita oświadczył, że w ciągu dwóch tygodni podejmie w tej sprawie decyzję i osobiście o niej wojewodę Ziętka poinformuje. Podczas następnego spotkania w Katowicach atmosfera była już o wiele cieplejsza. Kardynał mówił, że dotarły do niego dobre opinie o wojewodzie Ziętku, wie, że zawsze dotrzymuje słowa, nikogo nie oszuka i że “nie nabierze nas tak, jak inni często nas nabierali.”
Trzecia wizyta Karola Wojtyły w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach upłynęła już w bardzo miłej atmosferze. Kardynał zgodził się na wynajęcie większej części budynku przy ulicy Wita Stwosza i podpisano odpowiednia umowę. Przyjezdni studenci szybko tam wtedy zamieszkali. Ziętek danego słowa dotrzymał i obie strony porozumienia były w pełni usatysfakcjonowane.
W tej następnej naszej książce o wojewodzie zatytułowanej “Ziętek w anegdocie” zdarzenia te zostały opisane w rozdziale ”Herbatka z Karolem Wojtyłą”.
- Generał Jerzy Ziętek dostał z Watykanu jakąś przesyłkę. Kto ją wysłał, jaka była intencja wysyłającego i czy po latach ta tajemnicza przesyłka została odnaleziona?
- “Gazeta Wyborcza” zwróciła się kiedyś do mnie z pytaniem, co ja wiem na ten temat. Ja wiem tyle, co mi opowiadali ci dawni współpracownicy katowickiego wojewody. Zwłaszcza Zygmunt Klimczyk. W trudnych latach powojennych wojewoda Jerzy Ziętek przykładnie współpracował z biskupem ordynariuszem Diecezji Katowickiej Herbertem Bednorzem. I to podobno ten biskup przywiózł z Watykanu Ziętkowi obraz Matki Boskiej z dedykacją od papieża i słowami podziękowania dla wojewody za tę życzliwą współpracę. To musiało być coś niezwykłego jak na tamte, powojenne czasy, ponieważ wiadomo, że relacje między państwem, a Kościołem nie układały się wtedy dobrze, natomiast współpraca Jerzego Ziętka z Kurią Krakowską i katowickim biskupem Herbertem Bednorzem całkiem nieźle.
Gdy sprawa tajemniczej przesyłki z Watykanu nabrała rozgłosu, pisaliśmy z Wiesławem Wilczkiem trzecią i ostatnią książkę o sławnym wojewodzie, zatytułowaną “Jerzy Ziętek z oddali i z bliska”. Zachęcił nas do jej napisania poseł Jerzy Ziętek, wnuk generała -wojewody, noszący takie samo jak jego dziadek imię i nazwisko. Ta książka oparta jest na wspomnieniach tych najstarszych ludzi, którzy jeszcze żyją (bądź do niedawna jeszcze żyli), którzy mogli i chcieli opowiedzieć o tym, jakim człowiekiem był ten Ziętek. Zwróciliśmy się zwłaszcza do inżyniera Henryka Buszko, architekta, projektanta wznoszonych w czasach Ziętka wielkich budowli, jak sanatoria w Ustroniu Śląskim czy Osiedle Tysiąclecia w Katowicach, do Zygmunta Klimczyka, który od pierwszych dni po wojnie przez wiele lat pracował z wojewodą w gmachu przy ulicy Jagiellońskiej, do wielu ludzi, którzy pracują obecnie w obiektach użyteczności publicznej, stworzonych staraniem Ziętka w województwie śląskim oraz w małopolskiej Rabce. Są też w tej książce rodzinne wspomnienia wnuka wojewody i jest wybór najciekawszych anegdot o generale Ziętku.
A wracając do mojej wypowiedzi w “Gazecie Wyborczej” o watykańskiej przesyłce z dedykacją, to warto dodać, że autorka publikacji zwróciła się do Kazimierza Kutza z pytaniem, czy to możliwe, aby taki fakt zaistniał. Reżyser Kutz odpowiedział, że to prawdopodobne, gdyż obaj, biskup Bednorz i wojewoda Ziętek, to byli Ślązacy jakby “ulepieni z tej samej gliny”. Oni się przyjaźnili, szanowali i doskonale rozumieli.
Pozostało pytanie, gdzie jest ten obraz? Pytacie mnie, co się z nim stało, czy został odnaleziony. No więc sekretarz posła Ziętka zaczął poszukiwania, także zwracając się do Kurii Biskupiej w Katowicach. Przypominał zwierzenia najbliższego współpracownika wojewody Zygmunta Klimczyka, który twierdził, że gdy jego szef w Urzędzie Wojewódzkim otrzymał ten obraz to powiedział mu, iż nie bardzo wie, co z nim zrobić. Obawiał się reakcji nieżyczliwych mu partyjnych towarzyszy. Postanowił oddać go bez rozgłosu do jakiejś parafii. Klimczyk był podobno świadkiem, przekazania tego obrazu delegacji jednego z zakonów z siedzibą w Mikołowie. Ale tam już dziś tego zakonu nie ma i trop się urywa. Zagadka tajemniczej przesyłki watykańskiej czeka na rozwiązanie.
Mijają lata, dziesięciolecia, a wojewoda Jerzy Ziętek niezmiennie pozostaje we wdzięcznej pamięci mieszkańców ziemi śląsko-zagłębiowskiej. I oto 19 grudnia 2005 roku zdarzyła się rzecz niezwykła. W centrum Katowic odsłonięto pomnik wojewody Jerzego Ziętka. To bodaj jedyny w kraju przypadek wzniesienia w III Rzeczypospolitej monumentu jakby nie było wysokiemu funkcjonariuszowi państwowemu czasów PRL. Pomnik ten znalazł się w centrum Katowic, w pobliżu pomnika Powstańców Śląskich. W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele różnych ugrupowań partyjnych z lewa i z prawa, wielu stowarzyszeń i organizacji z całego województwa. Odczytano też okolicznościowy list od Prezydenta Rzeczypospolitej. Wszyscy zgodnie oddali hołd człowiekowi wielce zasłużonemu dla regionu i dla Polski.
Wojewoda Jerzy Ziętek dokonał na tej ziemi więcej niż ktokolwiek inny. Mówią o nim niekiedy, że to taki śląski Kazimierz Wielki… Tamten zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną. Ziętek zastał co prawda Śląsk murowany, ale mieszkańcom nieprzyjazny, gdzie liczyła się tylko produkcja wielkiego przemysłu, a o ludzi mało kto się troszczył. Zatroszczył się należycie dopiero wojewoda Jerzy Ziętek. Pozostawił po sobie między innymi Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku, Spodek, mnóstwo obiektów socjalnych, leczniczych, kulturalnych i oświatowych.
Nieprzypadkowo pewne szkoły noszą dziś imię Jerzego Ziętka. Jako autorzy książek o sławnym wojewodzie jesteśmy z Wiesławem Wilczkiem co jakiś czas zapraszani na przykład do Zespołu Szkół Ponad Gimnazjalnych im. Gen. J. Ziętka w Mysłowicach, by podzielić się swoją wiedzą o tej wybitnej postaci. Pracowaliśmy wiele miesięcy nad książkami o nim, jest więc o czym opowiadać.
Na podstawie naszych wcześniejszych zbiorów anegdot o znakomitym wojewodzie, uczniowie mysłowickiej szkoły pod kierunkiem nauczycielki języka polskiego przygotowali taki ucieszny spektakl, który mieliśmy okazję zobaczyć podczas jednej ze szkolnych uroczystości. To nas bardzo zaskoczyło i ucieszyło. Było miło. To o Ziętku może wystarczy.
- Podczas jednego ze spotkań autorskich powiedział pan, że za najlepszego polskiego felietonistę uważa Daniela Passenta. Dlaczego? Jakimi cechami powinien się odznaczać dziennikarz i czy współcześnie praca dziennikarza jest łatwiejsza niż dawniej?
- Daniela Passenta uważałem za wybitnego dziennikarza, a jego felietony w “Polityce” za klasykę tego pisarskiego gatunku. Passent ma ogromną wiedzę oraz doświadczenie zawodowe zdobyte w kraju i za granicą. Potrafi z tych zasobów czerpać, posługując się po mistrzowsku giętkim językiem. Przeczytałem z zainteresowaniem jego ostatnią książkę „Passa”. Oczywiście w czołówce najlepszych naszych felietonistów można by umieścić jeszcze wielu innych autorów. Ja czytałem całe lata teksty niezrównanego erudyty, nieodżałowanego Krzysztofa Teodora Toeplitza (KTT), czytam wszystko, co napisze i opublikuje Ludwik Stomma.Warto czytać dobrych autorów!
A skoro pytacie także o samą profesję dziennikarską, to odpowiem krótko. Dziennikarz jest człowiekiem, który przede wszystkim rozmawia z bardzo wieloma ludźmi oraz czyta, czyta i czyta. Potem dopiero może coś sensownego napisać. Trzeba dużo czytać i dużo wiedzieć, żeby cokolwiek napisać.
Czy obecnie praca dziennikarza jest łatwiejsza niż dawniej? O nie, łatwiejsza nie jest. Może tylko pod względem nieznanych ongiś możliwości technicznych. Kto dziś jeszcze pisuje artykuły na maszynie, a potem dowozi je do redakcji autobusem lub tramwajem?! Teraz mamy komputery i Internet. Tamto jest już odległą historią. Natomiast pod innymi względami praca dziennikarza wymaga dziś więcej wiedzy i umiejętności, a przez to może wydawać się trudniejsza.

Mirosław Słomczyński podpisuje swoją książkę
Współczesny dziennikarz musi i powinien posługiwać się poprawną polszczyzną, ale niechlujstwo językowe zdarzało się i nadal zdarza dość często. Natomiast znajomość języka ojczystego dziś już dziennikarzowi nie wystarcza. Musi znać angielski i dobrze byłoby, aby znał ponadto jeszcze inne, jeden lub dwa języki obce. W czasach mojej młodości to nie było takie konieczne, ponieważ nie mieliśmy wielu kontaktów ze światem. Dzisiaj bez dobrej znajomości angielskiego dziennikarz nie może już funkcjonować.
Grażyna Torbicka, córka Krystyny Loski, gdyby nie to, że poza talentem i inteligencją doskonale zna dobrze angielski, niemiecki, włoski i chyba francuski, nie mogłaby osiągnąć statusu telewizyjnej gwiazdy. Dziś chętnie rozmawiają z nią światowe sławy jak Sofia Loren czy Robert de Niro, także dlatego, że może z nimi pogawędzić w ich ojczystym języku.
Przy okazji wspomnę, iż przed wielu laty rozpoczynaliśmy pracę w katowickiej telewizji razem z Krystyną Loską. Odwiedzaliśmy się wtedy co jakiś czas przemiennie w Lędzinach, gdzie mieszkali Loskowie z małą Grażynka i w Siewierzu. W mojej książce “Tematy i klimaty” jest takie zdjęcie naszych rodzin na pieczonkach w siewierskim lesie. Obok rodziców stoi kilkuletnia dziewczynka z kokardką na głowie. Trudno rozpoznać w niej późniejszą, powszechnie znana i cenioną Grażynę Torbicką.
Dziennikarz, ażeby w ogóle osiągnąć zawodowy sukces musi mieć określone predyspozycje i pasję pisania? To po pierwsze. A po drugie mieć… ołów w tyłku, słowo może niezbyt wytworne, ale znacznie łagodniejsze od tych, jakie często pojawiają się w publicznym obiegu. Ołów znaczy siedzieć, pracować nad sobą, uczyć się, bo bez tego niczego się nie osiągnie. Słowem liczą się predyspozycje i praca.
Telewizja Polska obchodziła niedawno jubileusz 60-lecia. Reżyser Jerzy Gruza (twórca “Czterdziestolatka” i wielu innych programów TVP) zapytany, na jakie etapy można by podzielić te sześćdziesiąt telewizyjnych lat, odpowiedział, że na trzy. Twarzą pierwszych dwudziestu lat była dla niego Irena Dziedzic, twarzami następnych dwudziestek kolejno Krystyna Loska i Grażyna Torbicka. Mówił to oczywiście pół-żartem , ale te trzy postacie to klasyczne niejako połączenie predyspozycji, talentu i pracowitości.
- Praca dziennikarza bywa niebezpieczna. Czy Panu zdarzyły się jakieś niebezpieczne sytuacje?
- Mnie zdarzyło się zaledwie kilka takich sytuacji, oczywiście nieporównywalnych z zagrożeniami, jakie są codziennością dziennikarzy, przebywających w krajach objętych konfliktami zbrojnymi. Natomiast w takiej codziennej pracy dziennikarskiej istnieje ciągłe ryzyko zawodowe, związane z rozmijaniem się osobistych odczuć i poglądów autora publikacji z oczekiwaniami i polityczną opcją pracodawcy. Wówczas trzeba dokonać wyboru – albo dostosować się do polityki redakcyjnej albo zmienić miejsce pracy. To stałe, ponadczasowe dylematy dziennikarzy.
Istnieją też innego rodzaju niebezpieczne dla reporterów sytuacje, zwłaszcza często zdarzające się telewizyjnym ekipom filmowym. Oddałem właśnie do druku wspomnianą już książkę “KAMERZYSTA. Telewizyjne epizody i historyczne zdrapki.” Wspominam w niej także liczne, niebezpieczne przygody wieloletniego operatora kamery, który wykonując swe obowiązki odniósł kilkakrotnie bolesne rany, a raz został nawet przypadkowo spałowany przez krzepkich funkcjonariuszy ZOMO. Tenże operator, jako jeden z niewielu w kraju, miał uprawnienia do wykonywania zdjęć lotniczych. Zwykle był odpowiednio zabezpieczony i przywiązany do śmigłowca, aby wychylając się nie ulec wypadkowi. Pewnego razu robił na śmigłowcu zdjęcia ziemi z dużych wysokości w przekonaniu, że nic złego mu nie grozi. Tymczasem ktoś tam zaniedbał swych obowiązków i nie pozapinał kamerzysty jak należy. Operator podczas filmowania pochylał się tak, że w każdej chwili mógł wypaść z tego śmigłowca. Był jednak przekonany, że jest odpowiednio umocowany. Po wylądowaniu zauważył, że te pasy, z wyjątkiem jednego cienkiego z boku, w ogóle nie są do jego ubioru podwiązane. Gdyby się podczas lotu zbyt mocno wychylił, to by go już z pewnością wśród żywych nie było.
Ja sam miałem innego typu przypadek zawodowego ryzyka. Podczas wizyty na Śląsku partyjnego przywódcy Władysława Gomułki przygotowywałem z ekipą filmową relację do “Dziennika Telewizyjnego” i “Aktualności”. Po powrocie do redakcji koledzy pytają mnie, jak tam było na tej akademii barbórkowej i co powiedział Gomułka. Ja na to, że obawiam się o jakość techniczną zdjęć filmowych, ponieważ Gomułka był bardzo „soczysty” w mowie i gdy operator się do niego zbliżał, to obiektyw kamery był zwykle spryskany ślinami sekretarza. Mówiąc to nie zauważyłem siedzących obok drzwi pokoju redakcyjnego gości, zaproszonych do udziału w programie. Któryś z nich złożył na mnie donos do Komitetu Wojewódzkiego PZPR, iż “ośmieszałem” pierwszego sekretarza. No i na drugi dzień zostałem wezwany do KW, udzielono mi reprymendy i kazano czekać na podjecie wobec mnie decyzji personalnej.
Czekałem myśląc, że pewnie mnie wkrótce wyrzucą z telewizji i będę musiał sobie poszukać innej pracy. Ale oto nastąpiły znane z historii wydarzenia grudniowe1969 roku. Władysława Gomułkę odwołali ze stanowiska i nowo wybranym przywódcą partii został Edward Gierek. Nie było zatem powodu by karać mnie za „ośmieszanie” upadłego wodza. To była taka nieco komiczna sytuacja.
- Czy zawsze pisał Pan zgodnie ze swoimi przekonaniami i czy zdarzyło się Panu odrzucić jakąś prośbę o napisanie artykułu?
- Pisałem różne rzeczy. Nie ukrywam, że nie zawsze w pełnej zgodzie ze swoją wiedzą, a nawet przekonaniami, co do konkretnej kwestii. Robiliśmy kiedyś z kolegą reportaż o powstawaniu Huty Katowice, zwanej początkowo Hutą Centrum. Wiedzieliśmy, że to niezbyt fortunna lokalizacja, że trzeba likwidować duże połacie lasu. Leśnicy mówią nam do kamery o bogactwie runa leśnego na tych terenach i my to nagrywamy. Inni z kolei wypowiadają się z entuzjazmem, jak ta wielka huta da pracę tysiącom ludzi, jak piękne wokół niej powstaną nowe osiedla mieszkaniowe i td. Czy mogliśmy wówczas, w ostatecznej wersji programu pozostawić również te krytyczne opinie o nowej inwestycji w Zagłębiu? Mogliśmy, ale ze świadomością, że program nie pójdzie na antenę i zostanie “pułkownikiem”, czyli trafi na półkę w archiwum. Mogliśmy też dostać po głowie i stracić szanse robienia innych programów. Nie ukrywam, że ci wszyscy, którzy chcieli pracować w publicznych mediach (a komercyjnych jeszcze nie było) dostosowywali się do oczekiwań, niekiedy zaleceń czy zakazów ówczesnych decydentów. A tylko nieliczni dziennikarze odchodzili z redakcji, szli w działalność opozycyjną, zostawali nawet później jej znaczącymi postaciami. Ja wiedziałem, że nie wszystko mogę powiedzieć, ale uważałem, podobnie jak mój książkowy bohater wojewoda Ziętek, że w każdych warunkach można jednak coś dobrego i pożytecznego zrobić…
Na zakończenie naszego spotkania opowiem wam jeszcze coś o patronie waszej szkoły. Podczas realizacji programu “Zajechał wóz do Wadowic” we wrześniu 1986 roku, dużo czasu poświeciliśmy wybitnym postaciom z tego miasta i okolic. Przede wszystkim Karolowi Wojtyle i pisarzowi Emilowi Zegadłowiczowi. Pytaliśmy o kolegów szkolnych przyszłego papieża. I odwiedziliśmy takiego starszego pana, Włodzimierza Piotrowskiego. Okazało się, że siedział w jednej ławce z Karolem Wojtyłą. Bardzo ciekawe były jego wspominki. Pan Piotrowski mówił nam – i to znalazło się w programie – że Karol Wojtyła był prymusem w ich klasie. Właściwie z każdego przedmiotu powinien mieć oceny bardzo dobre. Tymczasem na zachowanym świadectwie szkolnym widać, że z historii ma tylko ocenę dobrą. Otóż powód tego był tylko jeden. Młody Karol Wojtyła miał pewną słabość – zawsze chciał kolegom pomagać. Tymczasem nauczyciel historii bardzo przestrzegał dyscypliny i surowo karał uczniów, którzy innym podpowiadali. Właśnie za to podpowiadanie kolegom dał Karolowi Wojtyle tylko dobrą ocenę z historii. To była ocena wystawiona najzdolniejszemu uczniowi w klasie za koleżeńską solidarność…
Papież Jan Paweł II przez całe swe życie bardzo mile wspominał uczniowskie lata w rodzinnych Wadowicach. W jednej ze swych homilii powiedział:
- Myślą i sercem wracam do moich rówieśników, kolegów i koleżanek, zarówno z lat szkoły podstawowej, jak może i bardziej z lat szkoły średniej…
Wspomnienia są trwałym bogactwem każdego człowieka, dlatego warto je szanować i pielęgnować. Sądzę, że takie dobre wspomnienia z siewierskiego liceum będą i waszym udziałem.
- Dziękujemy panu za to ciekawe spotkanie i życzymy napisania jeszcze wielu interesujących książek i reportaży.