02-10-2013, 22:11
WIZYTA Z PERYPETIAMI »
02-10-2013
Oddział PAP w Katowicach był niegdyś i zapewne jest nadal małym, ale ważnym ogniwem w potężnej maszynie agencyjnej. W owych latach pięćdziesiątych, kiedy spędziłem w nim siedem pełnych sezonów dziennikarskich byłem świadkiem wielu głośnych na śląsku wydarzeń, które w ostatecznym rachunku przybierały postać informacji prasowych trafiających przy pomocy sieci dalekopisów do gazet, radia i telewizji. Nierzadko sam byłem ich autorem i chociaż większość z nich stanowiła tzw. dziennikarską sieczkę, to jednak niektóre z tych informacji składały się na kronikarski zapis trudnych, złożonych i pamiętnych czasów. Pisałem, przykładowo rzecz biorąc o uruchomieniu śląskiego ośrodka telewizyjnego w Bytkowie, o próbie hydromechanicznego urabiania węgla w kopalni “Siersza”, o demonstracjach ulicznych w październiku 1956 roku, o przedterminowym wykonaniu przez górnictwo rocznego planu wydobycia węgla, o pogrzebie 72 górników – ofiar katastrofy w kopalni “Makoszowy”, o oddaniu do użytku Stadionu Śląskiego i tak dalej i tym podobnie. W tę sztafetę informacyjnych fenomenów wpisuje się też wizyta w Katowicach ówczesnego przywódcy Związku Radzieckiego Nikity Chruszczowa. Nie tyle z politycznego punktu widzenia, bo ten jest doskonale znany, ile od strony dziennikarskiej roboty, która dla mnie stała się jedną wielką i zaskakującą przygodą.
Chruszczow, któremu ówczesny świat polityczny przypisywał rolę demaskatora stalinowskiego kultu jednostki przybył do Polski w połowie lipca 1959 roku. Po uroczystościach w Warszawie, gdzie podejmowany był przez Władysława Gomułkę, wyruszył z wizytą do Katowic, wprawdzie także z pierwszym sekretarzem KC PZPR, ale tym razem ograniczającym się wyłącznie do towarzyszenia gościowi. Rolę gospodarza pełnił natomiast szef partyjny województwa Edward Gierek. Dla prasowej obsługi tej wyprawy stworzono w centrali PAP, niezależnie od duetu radzieckiej agencji TASS, trzyosobową grupę sprawozdawców, na której czele stał redaktor naczelny redakcji krajowej Antoni Dutlinger. Do jej obowiązków należało przygotowanie głównej relacji z wizyty, ale przecież to nie wszystko, bo w propagandzie prasowej trzeba było uwzględnić cały anturaż tego wydarzenia. Toteż do ekipy warszawskiej, już na miejscu włączeni zostali dziennikarze katowickiego oddziału PAP. Honorowy obowiązek spełniał kierownik oddziału Leonard Kaszycki, bo dotrzymywał tylko towarzystwa warszawskiemu szefowi. Natomiast Ewa Artymowicz, Cezary Leżeński i Czesław Skrzypek obarczeni zostali poleceniem przeprowadzania krótkich wywiadów lub uzyskiwania tylko wypowiedzi od ludzi uczestniczących w uroczystości, względnie śledzących ją w radio. Pozornie najłatwiejsze zadanie przypadło mnie, bo miałem tylko uważnie obserwować przemówienia, a po ich zakończeniu wejść na trybunę i zdobyć teksty przemówień Edwarda Gierka i Nikity Chruszczowa. Wszyscy już dzień wcześniej otrzymaliśmy specjalne przepustki, które po przypięciu do ubrania pozwalałyby nam poruszać się swobodnie w obrębie zgromadzenia.
Pech jednak chciał, że przepustkę tę straciłem zanim owo powitanie ważnego gościa się zaczęło. A stało się to we wcześniej nie znany, a później częściej praktykowany sposób, czyli usuwania wszelkich pojazdów z pobliża miejsc większych zgromadzeń. No więc rankiem tego dnia pojechałem naszą starą Skodą prowadzoną przez kierowcę Leona Tucholskiego do Chorzowa, by załatwić jakąś drobną sprawę, a po powrocie zaparkowaliśmy ją, jak zwykle zresztą, przy mniejszej hali dworca, bo stamtąd do oddziału, mieszczącego się przy ulicy 15 Grudnia 11 (dziś Św. Jana) były dwa kroki. Dzień był piękny, słoneczny, upalny, więc już w drodze powrotnej zdjąłem marynarkę i zostawiłem ją w aucie. Przez całe południe i wczesne popołudnie nikt z nas nie wychodził na zewnątrz, więc nie wiedział co się tam dzieje. Dopiero na pół godziny przed początkiem uroczystości wyznaczonej na godzinę 16.00 wyszliśmy z oddziału i wtedy ogarnęło mnie przerażenie, bo nasze auto zniknęło a wraz z nim moja marynarka i znajdujące się w niej dokumenty z ową ważną przepustką włącznie. Gdy Dutlinger się o tym dowiedział potraktował mnie jak głupka, ale polecenia nie zmienił i nadal żądał wykonania powierzonego mi zadania.
Cóż miałem robić? Powitanie ważnego gościa zlokalizowano na ulicy Dworcowej, którą od skrzyżowania ze wspomnianą już ulicą 15 Grudnia, aż po styk z ulicą Mariacką wypełniał gęsty tłum manifestantów. Centrum tego zgromadzenia stanowiła trybuna ustawiona tuż po prawej stronie głównej hali dworca, (patrząc od znajdującego się na przeciw hotelu Monopol), na którą prowadziły cztery schodki z krótkimi poręczami po obu stronach. Chruszczow i pełniący obowiązki gospodarza Edward Gierek oraz wszyscy towarzyszący im działacze wyszli z hali dworcowej i tymi właśnie schodkami weszli na trybunę. Po obu stronach schodków pozostali tylko dwaj osobnicy w cywilu, prawdopodobnie polscy ochroniarze. Jak ja się tam dostanę? Artymowicz, Leżeński i Skrzypek bez problemów weszli w tłum dzięki swoim przepustkom, a ja pozostałem na zewnątrz, bo mundurowi milicjanci strzegli dostępu przed dworzec. W tym nieszczęściu miałem trochę szczęścia, bo od rynku ulicą 15 grudnia podążała jakaś spóźniona grupa manifestantów z flagami i transparentami, więc udało mi się w nią wmieszać i wraz z nią dostać się przynajmniej na skraj owego tłumu.
To jednak daleko od celu mojej wędrówki. Musiałem jednak za wszelką cenę dostać się w okolicę trybuny, więc powoli zacząłem przeciskać się w jej kierunku. Spychany, poszturchiwany, opieprzany przez stłoczonych na placu ludzi przesuwałem się jednak powoli ku zamierzonemu celowi. Wszystko to w atmosferze jakiegoś jarmarcznego pikniku, któremu ton nadawały na przemian muzyka płynąca z głośników lub podniosłe słowa o przyjaźni polsko-radzieckiej i temu podobne komunały. Nie uszedłem nawet jednej trzeciej drogi, kiedy wreszcie rozpoczęła się właściwa uroczystość. Najpierw przemawiał Edward Gierek, którego słowa przerywane były co pewien czas gromkimi oklaskami. Gdy skończył znajdowałem się już w połowie tej ciężkiej trasy. Wtedy akurat inicjatywę przejął mistrz ceremonii, informując, że przedstawiciele ludzi pracy Śląska i Zagłębia powitają drogiego gościa. Na trybunie pojawiły się delegacje górników, hutników, gospodyń domowych wręczając przywódcy radzieckiemu upominki. Reprezentanci przemysłu węglowego ofiarowali mu galowy mundur górniczy. Chruszczow ubrany wówczas w jasny garnitur włożył na głowę czarne czako z charakterystycznymi dla niego czerwonymi piórami i w tym nakryciu głowy rozpoczął swoje przemówienie. Wtedy znajdowałem się już prawie na wysokości trybuny, choć oddalony od niej o kilkanaście metrów.
Przede mną był już tylko pół krąg, otwarty z jednej strony, bo jego odnoga prowadziła do głównej hali dworcowej i usytuowanej obok jej wejścia trybuny. Przestrzeń tę odgradzali stojący plecami do tłumu milicjanci trzymający się za ręce. W samym środku tego kręgu stał na statywie mikrofon katowickiej rozgłośni Polskiego Radia, a za nim redaktor Bronisław Stokowski relacjonujący na żywo przebieg uroczystości. Dla mnie była to sprzyjająca okoliczność, bo tak czy owak musiałem przerwać ten milicyjny kordon i wejść do środka. Gdybym jednak skierował się wprost do trybuny, to niewątpliwie schwytaliby mnie łapacze. Pomyślałem więc, że wejdę tam i pomaszeruję na wprost, do mikrofonu, udając jakiegoś technika radiowego, a dopiero stamtąd w zamierzonym kierunku. Co pomyślałem, to i zrobiłem, a cała ta akcja trwała krócej niż jej pomieszczony tu opis.
Gdy więc Chruszczow skończył przemówienie i rozległy się oklaski, schyliłem się i wskoczyłem pod splecione uściskami ręce milicjantów. Nie oglądając się za siebie ruszyłem na wprost Stokowskiego, a ten sądząc, że będę coś do niego mówił, zakrył ręką mikrofon. Zdążyłem mu tylko szepnąć: – nie bój się i natychmiast skręciłem w prawo idąc wprost do głównego wejścia hali dworcowej. A kiedy znalazłem się obok schodków prowadzących na trybunę, uchwyciłem prawą ręką poręcz, a równocześnie lewą nogą wskoczyłem od razu na trzeci stopień schodków. W tym momencie pod kostką prawej nogi pozostającej jeszcze na poziomie bruku poczułem potworny ból. Później okazało się, że potraktowana została ostro podkutym chyba butem ochroniarza, ale wtedy, trzymając się mocno poręczy podciągnąłem tę cierpiącą nogę i za chwilę znalazłem się na trybunie. Owacja po przemówieniu Chruszczowa wspomagana zachętą z głośników trwała nadal. Natychmiast podszedł do mnie jakiś człowiek z pytającą miną. Powiedziałem mu, że jestem z Polskiej Agencji Prasowej i przychodzę po przemówienia. Spośród wszystkich osobistości znajdujących się na trybunie, najbliżej stał Edward Gierek. Podszedłem do niego i znów wygłosiłem formułę o PAP-ie i prośbę o przemówienie. Pierwszy sekretarz KW wręczył mi wielokartkowy tekst. Podziękowałem, ale równocześnie powiedziałem:
- A czy mogę otrzymać także przemówienie towarzysza Chruszczowa?
Wtedy Edward Gierek odwrócił się i wskazując mi stojącego za nami mężczyznę, powiedział, że jest to asystent radzieckiego przywódcy i tylko on dysponuje tym przemówieniem. Widocznie człowiek ten usłyszał i zrozumiał naszą rozmowę, bo podszedł dwa kroki i powiedział, że owszem ma tekst wystąpienia, ale musi go dać dziennikarzom agencji TASS. Kiedy go jednak zapewniłem, że TASS-owcy mają zainstalowany dalekopis w naszym oddziale, dał mi wreszcie to przemówienie. Całą tę scenę obserwowali z podwyższenia przed hotelem Monopol redaktorzy Dutlinger i Kaszycki. A gdy pomachałem im tekstami tych wystąpień, ten pierwszy podniósł prawą dłoń otwierając i zamykając ją dwukrotnie. Wtedy nie wiedziałem co to znaczy, ale w pół godziny później dowiedziałem się, że oznaczało to premię dwa razy po 500 złotych czyli razem 1000 złotych. Była to wyjątkowo wysoka premia jeśli zważyć, że moja miesięczna pensja wynosiła wtedy 1350 złotych. Nie wiem tylko czy zrekompensowała mi cierpienia wywołane uszkodzoną nogą, bo jak się jeszcze tego samego wieczora okazało, miałem naruszony woreczek stawowy.
CZESŁAW LUDWICZEK







