Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

08-12-2013, 12:44

Adam Michnik dostanie Nagrodę Kisiela za “konsekwentne bycie Michnikiem”  »

Press
(PR)
08-12-2013

Adam Michnik, Jacek Rostowski i Dariusz Miłek zostali laureatami Nagrody Kisiela 2013. Redaktor naczelny “Gazety Wyborczej” został doceniony “za konsekwentne bycie Michnikiem”. Byłego ministra finansów nagrodzono „za rolę sapera gospodarki”. Dariusz Miłek zdobył uznanie, “bo zaszedł daleko”.

Nagroda Kisiela

Adam Michnik został nagrodzony w kategorii Publicysta. W drugiej turze głosowania kapituła wybierała pomiędzy nim i Anne Applebaum.

Jacek Rostowski w kategorii Polityk zdobył bezwzględną większość już w pierwszej turze głosowania. Drugą liczbę głosów otrzymał Waldemar Dąbrowski.

W kategorii Przedsiębiorca w drugiej turze były aż trzy kandydatury – Ryszarda Florka, Dariusza Miłka i Jarosława Ptaszka. W trzeciej turze właściciel sieci CCC pokonał Ryszarda Florka.

Laureatów wybierała kapituła złożona z dotychczasowych laureatów Nagrody Kisiela. Udział w obradach wzięli m.in. Jan Krzysztof Bielecki, Irena Eris, Hanna Gronkiewicz-Waltz, Andrzej Mleczko, Roman Młodkowski, Janina Paradowska, Sobiesław Zasada. W spotkaniu kapituły tradycyjnie uczestniczył Jerzy Kisielewski, syn patrona nagrody.

Nagrody Kisiela 2013 zostaną wręczone podczas uroczystej gali w styczniu 2014 roku.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/43665,Adam-Michnik-dostanie-Nagrode-Kisiela-za-konsekwentne-bycie-Michnikiem

07-12-2013, 21:58

Laureaci MediaTorów 2013  »

Portal medialny.pl
07-12-2013

Statuetki 7. edycji plebiscytu MediaTory – Studenckie Nagrody Dziennikarskie, wręczone. 7 grudnia br. podczas uroczystej Gali, ogłoszono, kto zdaniem studentów z 19 polskich uczelni poprzednim roku akademickim kierował medialną lokomotywę na właściwe tory. Jak co roku impreza zgromadziła tłumy w Auditorium Maximum UJ w Krakowie.

Studenci już po raz siódmy przyznali wyróżnienia dziennikarzom i ludziom mediów, których działalność w poprzednim roku akademickim uznali za wzorową, wręczając statuetki MediaTorów 2013 laureatom w dziewięciu kategoriach. Najważniejszą – AuTORytet – za rzetelność, profesjonalizm i najwyższe standardy, otrzymał ks. Adam Boniecki. Publikacją, która wybuchła najgłośniej i najbardziej spektakularnie, nie tylko w świecie mediów, okazał się reportaż “Śliczny i posłuszny” Mariusza Szczygła opublikowany na łamach Dużego Formatu, za który dziennikarz dostał statuetkę DetonaTOR 2013. Również ObserwaTOR powędrował do rąk dziennikarzy “Gazety Wyborczej”. Nagrodę za prawdziwe opowieści z innego – choć często bliskiego nam – świata, wręczono Agacie Grzybowskiej i Wojciechowi Karpieszukowi, którzy połączyli siły fotoreporterki i reportażysty w publikacji “Zabić geja”. 

W tym roku studenci docenili odważną decyzję dziennikarzy, którzy odeszli z “Uważam Rze” w imię lojalności ze zwolnionym redaktorem naczelnym Pawłem Lisickim, przyznając im nagrodę ProwokaTOR. NawigaTORem, czyli publicystą, dzięki któremu poglądy młodych ludzi zaczynają iść własną drogą, został Michał Krzymowski z “Newsweeka”. AkumulaTOR 2013 to Filip Chajzer, nagrodzony przez studentów za ładowanie pozytywną energią i doskonały przykład empirycznego dziennikarstwa. TORpedą, czyli dziennikarzem, który szybko i rzetelnie komentuje rzeczywistość, okazał się Tomasz Skory z RMF FM, natomiast statuetkę ReformaTORa dostał Piotr Vagla Waglowski, który swoimi materiałami w serwisie vagla.pl zmienia rzeczywistość z dobrym skutkiem. Studenci docenili również program telewizyjny “Wszystko o Kulturze” emitowany na antenie TVP 2, wręczając statuetkę InicjaTOR za program, w którym sprawy kultury traktowane są z niezwykłą skrupulatnością i rzetelnością.

Podczas 7. Gali MediaTorów oprawę muzyczną już po raz trzeci zapewnił DJ Gromee. 

Jak co roku towarzyszyła mu grupa muzyków. Plebiscyt od początku istnienia objęty jest Honorowym Patronatem Rektora UJ. Organizatorem Plebiscytu jest Stowarzyszenie MediaTory i Koło Naukowe Studentów Dziennikarstwa UJ.

Sponsorami Głównymi Plebiscytu są Julian Kozankiewicz, Piotr Kempa, Tomasz Andryszczyk i Marcin Beme. Partnerem Głównym jest DP LED. Narzędzia wspomagające monitoring mediów udostępnia Instytut Monitorowania Mediów. Głównym Patronem Medialnym wydarzenia jest portal PRoto.pl.

Laureaci Plebiscytu MediaTory – Studenckie Nagrody Dziennikarskie w roku 2013:
AuTORytet: ks. Adam Boniecki
NawigaTOR: Michał Krzymowski
TORpeda: Tomasz Skory
DetonaTOR: Mariusz Szczygieł
AkumulaTOR: Filip Chajzer
ObserwaTOR: Agata Grzybowska i Wojciech Karpiesiuk
ProwokaTOR: dziennikarze, którzy odeszli z Uważam Rze
InicjaTOR: program Wszystko o Kulturze
ReformaTOR: Piotr Vagla Waglowski

MediaTory to plebiscyt, w którym od 2007 roku studenci dziennikarstwa z całej polski wskazują oraz nagradzają najważniejsze i najbardziej wartościowe, ich zdaniem, zjawiska w polskich mediach. W tym roku do głosowania uprawnionych było blisko 15 tys. studentów z 19 publicznych i prywatnych uczelni. 

Patronad nad imprezą objął portalmedialny.pl.

Całość: http://portalmedialny.pl/art/41509/laureaci-mediatorow-2013.html

07-12-2013, 21:33

Radio Katowice wręczyło nagrody im. Stanisława Ligonia. Wyróżnieni: Pieczka, Zembala, ks. Puchała  »

Dziennik Zachodni
(PAP)
07-12-2013

Aktor Franciszek Pieczka, kardiochirurg Marian Zembala oraz b. proboszcz parafii katedralnej w Katowicach ks. Stanisław Puchała otrzymali w sobotę nagrody Polskiego Radia Katowice im. Stanisława Ligonia.

Statuetki - nagrody im. Stanisława Ligonia

Nagrody im. Ligonia wręczane są przez Radio Katowice od 1983 r. Kapituła wyróżnia w ten sposób osoby zasłużone dla regionu śląskiego w działalności kulturalnej, społecznej i politycznej, również twórczości radiowej. Wśród laureatów w poprzednich latach znaleźli się m.in. Jerzy Duda-Gracz, prof. Zbigniew Religa, prof. Kornel Gibiński czy Zespół Pieśni i Tańca Śląsk.

Uhonorowany w tym roku Franciszek Pieczka to wybitny aktor, z urodzenia Ślązak.

Prof. Marian Zembala od lat kieruje Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Ks. dr Stanisław Puchała od 1998 r. do lipca br. był proboszczem parafii katedralnej przy Archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach.

Stanisław Ligoń, znany pod pseudonimem Karlik z Kocyndra, był śląskim działaczem kulturalnym i narodowym. Urodził się 27 lipca 1879 r. w Królewskiej Hucie (dzisiejszy Chorzów). Miał wszechstronne zainteresowania i zdolności – był pisarzem, malarzem, ilustratorem, działaczem kulturalnym, reżyserem i aktorem.

Od wczesnej młodości działał w środowisku teatrów amatorskich. W 1917 r. został wcielony do niemieckiego wojska i wysłany do Flandrii. Po I wojnie światowej pisał i rysował w piśmie “Kocynder”, używał pseudonimu Karlik. Po podziale Śląska przeniósł się do Katowic, w międzywojniu przez kilka lat nauczał rysunku w miejscowym gimnazjum. W radiu debiutował pod koniec 1927 r. Prowadził stałe audycje: “Bery i bojki”, “Przy sobocie po robocie”, “Co niedziela u Karlika brzmi pieśniczka, gro kapela”. W styczniu 1934 r. został dyrektorem katowickiej rozgłośni.

Po wybuchu II wojny światowej wyjechał do Warszawy, później wyjechał z kraju, zamieszkał w Jerozolimie. Działał tam na rzecz żołnierzy polskich i uchodźców na Bliskim Wschodzie. Zmarł w Katowicach w 1954 r. Jego pogrzeb, w którym wzięło udział około 10 tys. osób, stał się manifestacją Śląska i śląskości.

Od 2009 r. w siedzibie rozgłośni Polskiego Radia Katowice działa poświęcona Ligoniowi izba muzealna. W ub. roku, podczas jubileuszu 85-lecia istnienia katowickiej rozgłośni, przed jej budynkiem w centrum Katowic stanęła mosiężna ławeczka z rzeźbą przedstawiającą postać Ligonia.

W sobotę za wkład w przygotowanie tego pomnika specjalną nagrodę „Żeleźniok Karlika” otrzymał prezydent Katowic Piotr Uszok. „Żeleźniok” to śląska nazwa żelaznego piecyka, a wręczona Uszokowi statuetka przedstawia modelik żeleźnioka, który niegdyś stał na biurku Ligonia.

W skład kapituły radiowej nagrody im. Stanisława Ligonia wchodzą: jej przewodniczący, prezes Polskiego Radia Katowice Henryk Grzonka, wnuk Ligonia Andrzej Sas-Jaworski, wojewoda śląski Zygmunt Łukaszczyk, ekonomista prof. Andrzej Bartczak, szef anteny Radia Katowice Jacek Filus oraz publicystka radiowa Anna Musialik.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/1061164,radio-katowice-wreczylo-nagrody-im-stanislawa-ligonia-wyroznieni-pieczka-zembala-ks-puchala,id,t.html

07-12-2013, 13:41

Stefan Bratkowski: Są dziennikarze normalni i reszta. To nie są dwie równoprawne strony  »

Polska Times.pl - Dziennik Polska
Joanna Miziołek
07-12-2013

- Paweł Lisicki pozbył się całej naszej grupy czołowych dziennikarzy “Rzeczpospolitej”. Nikt z nas nie narzekał, ponieważ jako naczelny miał prawo to zrobić. Nie wydrukował mojego felietonu, rozstaliśmy się i nie oskarżałem go o to, że zachował się jak cenzor. Teraz spotkało ich to samo, co nas wtedy – mówi Stefan Bratkowski w rozmowie z Joanną Miziołek.

Czy możemy dziś mówić o tym, że wolność słowa jest zagrożona? Prawicowi publicyści apelują, że tak i wchodzą w spór z lewicowym.

Stefan Bratkowski

Traktowanie na równi ludzi, którzy wykonują pracę dziennikarską, i tych, którzy wzywają do obalenia naszego ustroju, dłużej nie ma sensu. Trzeba odsłaniać to, co jest do odsłaniania, a nie robić tego na zasadzie równoprawnych wypowiedzi dwóch stron. To nie są żadne dwie strony. Mam do czynienia z dziennikarstwem przyzwoitym i dziennikarstwem stricte politycznym ludzi walczących o władzę, co więcej – bez żadnego programu, bez żadnych propozycji, co należałoby w tym kraju zrobić. A drugiej strony – mamy charakterystyczne sytuacje, kiedy nie ma w naszej prasie działów popularno-naukowych. Nie ma dziennikarzy popularnonaukowych. W rezultacie nikt się nie orientuje, że kiedy trotyl wybucha, nie zostają po nim resztki ładunku, a zostają ślady posiadania w rękach trotylu. Okazuje się, że brakuje podstawowych informacji. Ulega się mitom, które są naturalnie potrzebne politykom, tylko nie są potrzebne dziennikarzom.

Może to jest tak, że dzisiaj dziennikarstwo się zmieniło i polega tylko na emocjach?

Nie. Dziennikarstwo ma zawsze te same obowiązki. Ma przedstawiać rzeczywistość. To, że moi koledzy dają się angażować w rozgrywki polityczne i w rezultacie stają się uczestnikami gry politycznej, to są konsekwencje tego, że jeszcze jesteśmy świeżą demokracją, po odzyskaniu niepodległości. To, co teraz się dzieje, przypomina mi wczesne lata 20. Niemiec. Jakoś nie zauważa się, że ktoś tu wzywa do obalenia tego rządu, ktoś podważa stabilność tego państwa, ktoś oskarża rząd o morderstwa. To są rzeczy w normalnym państwie, w normalnych stosunkach nie do zaakceptowania. To wszystko traktuje się jako rzeczy normalne, a potem dziwimy się, że jakiś młody człowiek chce mordować wszystkich dziennikarskich przeciwników, a inny przygotowuje zamach na Sejm i na rząd.

Pamiętajmy, że w drugą stronę to również działa. Morderstwo w biurze PiS w Łodzi zostało dokonane przez człowieka, który przyznał się, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego.

Takich ludzi nie brakuje. Ale nikt z tej strony normalnych dziennikarzy nie wzywa do obalenia władz tego kraju legalnie wybranych. To są te paradoksy sytuacji, w której mamy do czynienia z dążeniem do władzy bez żadnego programu. Najpierw trzeba wyjaśnić, co chce się w tym kraju zrobić, a potem można podnosić awantury.

“Problem polega na tym, że dziennikarstwo musi wrócić do swoich podstawowych zadań, do informowania. Musimy pamiętać, że jesteśmy od objaśniania świata “.

Dziennikarze, którzy odeszli z “Uważam Rze” i “Rzeczpospolitej”, Pana zdaniem, nie mają się o co awanturować?

Lisicki pozbył się całej naszej grupy czołowych dziennikarzy “Rzeczpospolitej”.

Jak to?

Sam pozbył się osobiście mnie. Nikt z nas nie narzekał, ponieważ jako naczelny miał prawo to zrobić. Nie wydrukował mojego felietonu, rozstaliśmy się i nie oskarżałem go o to, że zachował się jak cenzor. W tamtym czasie on reprezentował właściciela. Nikt nie reprezentował jego uprawnień. Teraz spotkało ich to samo, co nas wtedy. Czytelnicy “Uważam Rze” czytali, że żyjemy w kraju rządzonym przez obcych, gdzie zamordowano prezydenta.

Przerysowuje Pan. Takich sformułowań nie było.

To chyba pani nie czytała tej gazety.

Widzi Pan coraz mocniej postępujący kryzys w mediach? Nie stać dziś redakcji na dziennikarzy.

My akurat od czterech lat z kolegami redagujemy gazetę internetową Studio Opinii za nic. Bez żadnych pieniędzy. Co miesiąc gazeta ma o 30 proc. większej klikalności. Świetnie się bawimy. Jesteśmy gazetą przyzwoitą i niezależną. Nikomu nie przeszkadzamy, nikomu nie służymy. Mamy oczywiście swoje uwagi do rządu, ale odnosimy się do niego z szacunkiem, jaki się należy gabinetowi niepodległego państwa. To, co się porobiło ze Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, kiedy jeden z najzdolniejszych radiowców, czyli Krzyś Skowroński, dziś jako polityk wycofał się praktycznie z dziennikarstwa. I efekt mamy taki, że SDP jest traktowane jako organizacja polityczna.

Młodzi dziennikarze, którzy dopiero zaczynają wchodzić do zawodu, mają dokąd iść? W mediach wciąż tną etaty.

Jak pani doskonale wie, w tym zawodzie trzeba się pokazać, trzeba zrobić coś takiego, co byłoby zauważone. Wtedy można liczyć na to, że człowieka zatrudnią. Takie stosunki były zawsze w tym zawodzie. Natomiast istotną kwestią jest sprawa stosunków między dziennikarzami normalnymi a światem, którego przedmiotem namiętności jest polityka. Potem efekty są takie, że rodzą się faceci, którzy mają wodę w mózgu i planują wysadzenie Sejmu. To są ludzie nienormalni. Ale taki nienormalny człowiek zabił Narutowicza. To daje do myślenia. Problem polega na tym, że dziennikarstwo musi wrócić do swoich podstawowych zadań, do informowania. Jesteśmy od objaśniania świata.

Nie ogłosiłby Pan w tym momencie kryzysu i coraz większego upadku dziennikarstwa?

Nie. To jest po prostu okres przesilenia politycznego. Jeżeli mamy do czynienia z żądaniem obalenia rządu, jeżeli mamy do czynienia z sytuacją, że część społeczeństwa ulega przekonaniu, że z tym trzeba skończyć, ale nie wiadomo z czym, to jest jasne, że ktoś daje się ponosić emocjom politycznym. Tak się właśnie zaczynały ruchy faszystowskie. To nie jest prawda, że nie można zrobić ludziom wody z mózgu. Jeżeli to się robi w sposób umiejętny, to potem dochodzi do zawirowań. Potrzeba dyskusji nad tym, jak widzimy potrzebę tego społeczeństwa i jaką rolę chcemy sobie przypisać.

Skoro już Pan dzieli dziennikarzy na tych normalnych i politycznych, to zapytam o tych normalnych. Czy ich rola nie sprowadza się często do tego, że podkładają sitko i nagrywają to, co mówi polityk?

Absolutnie w pełni się z panią zgadzam. Sytuacja, w której w mediach są tylko politycy, jest niepoważna. Dawniej na Zachodzie była zasada, że udziela się głosu politykowi wtedy, kiedy ma do powiedzenia coś ważnego albo coś bardzo mądrego. A u nas ma pani sytuację taką, że zabiera głos jeden, potem natychmiast dobierają drugiego, który mówi coś przeciwnego, ponieważ to podobno daje oglądalność. A tymczasem gdyby opowiadali, kto co ciekawego zrobił, to zaręczam, że to by budziło znacznie większe zainteresowanie. Ludzie są ciekawi karier, osiągnięć. To pobudza wyobraźnię. Obecne dziennikarstwo jest kulawe.

Więc jak je naprawiać?

Trzeba zacząć rozmawiać. To jedyne rozwiązanie, by dojść do wniosku, że trzeba poprawiać środowisko dziennikarskie. A jest co naprawiać.

Czeka nas w Polsce debata na temat mediów, standardów dziennikarskich?

Liczę na nią. Mam swojego wychowanka, niezwykle zdolnego chłopaka, który dzisiaj na ekranie wyłącznie się wymądrza. I oczywiście jest uosobieniem nieżyczliwości. Dawniej zaczynało się zawód od działu miejskiego, czyli od umiejętności zbierania informacji. Dziś każdy chce się mądrzyć na każdy dowolny temat. Młodzi ludzie całą swoją inteligencję i talent zużywają na to, żeby oceniać. Pokolenie młodsze ode mnie powinno samo rozpocząć debatę na temat zawodu.

Myśli Pan, że podejmą wyzwanie, by zaczynać od działu miejskiego?

Nie muszą zaczynać od działu miejskiego. Wystarczy, że będą opisywali świat, że będzie choć trochę reportażu. Nie sami publicyści. Dzisiaj nie mieliśmy w ogóle relacji na temat wyborów samorządowych. Bo nie ma kto tych informacji zbierać. Niezwykle ciekawe są gazety lokalne. Czytelnicy mają zaufanie do tych dziennikarzy. Oni reprezentują ich sprawy i rzetelnie opisują rzeczywistość. Nie wikłają się w puste spory.

Stefan Bratkowski, dziennikarz, pisarz, redaktor portalu Studio Opinii. Prezes honorowy Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich


Całość: http://www.polskatimes.pl/artykul/715127,stefan-bratkowski-sa-dziennikarze-normalni-i-reszta-to-nie-sa-dwie-rownoprawne-strony,1,id,t,sa.html

06-12-2013, 11:11

TVP pozywa portale braci Karnowskich za sugestię, że Andrzej Turski był nietrzeźwy na wizji  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
łb
06-12-2013

Serwis wSumie.pl zasugerował, że Andrzej Turski odchodzi z “Panoramy”, ponieważ wydanie z 30 listopada prowadził w stanie nietrzeźwości. – To wyjątkowo ohydne zniesławienie. Idziemy z tym do sądu – mówi Wirtualnemedia.pl rzecznik TVP Jacek Rakowiecki. Turski w czwartek w ciężkim stanie trafił do szpitala.

Andrzej Turski

W czwartek portale wSumie.pl i wPolityce.pl, związane z braćmi Jackiem i Michałem Karnowskimi, opublikowały informację, jakoby Andrzej Turski miał odejść z redakcji “Panoramy” z powodu prowadzenia wydania z 30 listopada w stanie nietrzeźwości. wSumie.pl opublikował screenshota z tvp.pl ze “zmęczonym” Turskim.

- Jak dowiedział się portal wSumie.pl, Turski po prostu „zasiedział się” na jednej z Andrzejkowych imprez. W efekcie, widzowie mogli 30 listopada 2013 roku o godz. 18 obserwować wyraźnie „zmęczonego” pana z tv, który ma problemy z wypowiadaniem słów, wszystko przekręca, a w dodatku powoli i nieporadnie powtarza niektóre wyrazy – można przeczytać w artykule. W piątek w godzinach południowych tekst został usunięty ze strony.

Rzecznik telewizji publicznej Jacek Rakowiecki w rozmowie z Wirtualnemedia.pl informuje, że jeszcze przed zdjęciem artykułu do redakcji portali wSumie.pl oraz wPolityce.pl zostały wysłane sprostowania z żądaniem natychmiastowego ich opublikowania. Sprostowania zostały zamieszczone, jednak nie w formie, jakiej domagała się TVP. Dlatego Rakowiecki zapowiada skierowanie sprawy do sądu.

- Wydrukowali sprostowania z komentarzem brnącym jeszcze dalej w kłamstwo (a w wSumie.pl tylko strzępek sprostowania), co stanowi drastyczne naruszenie prawa. TVP podaje oba te portale do sądu za wyjątkowo ohydne zniesławienie. Nasi prawnicy już nad tym pracują – mówi nam rzecznik TVP.

TVP w sprostowaniu podała, że w rzeczywistości powodem niedyspozycji Andrzej Turskiego w zeszłą sobotę były “powikłania związane z chorobą cukrzycową, o czym on sam informował publicznie.”

W podobny sposób publikację serwisów braci Karnowskich oceniła dziennikarka “Panoramy” Hanna Lis, apelując o przyznanie im za to tytułu Hieny Roku. – Andrzej ma za sobą długą i wyniszczającą walkę z chorobą nowotworową, a od roku zmaga się z cukrzycą i to ona, a nie żaden alkohol, była powodem jego złego samopoczucia w ostatnią sobotę - podkreśliła na swoim blogu Hanna Lis.

W ostatnich dniach problemy zdrowotne Adrzeja Turskiego nasiliły się. W czwartek wieczorem dziennikarz trafił do szpitala i był trzykrotnie reanimowany. Obecnie jego stan jest bardzo poważny.

Z danych Nielsen Audience Measurement wynika, że “Panoramę” w listopadzie br. oglądało 2 mln widzów.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tvp-pozywa-portale-braci-karnowskich-za-sugestie-ze-andrzej-turski-byl-nietrzezwy-na-wizji

06-12-2013, 08:41

Stanisław Jakubowski  »

PAP
Marek Błoński
06-12-2013

Stanisław Jakubowski związał z Centralną Agencją Fotograficzną – dziś częścią PAP – większość swojego zawodowego życia. Jest jedynym Polakiem, który zdobył pierwszą nagrodę prestiżowego konkursu World Press Photo w kategorii fotoreportażu. Dzięki jego zdjęciom świat poznał dramatyzm górniczych akcji ratowniczych, a Włodzimierz Lubański dostał nagrodę Fair Play. 79-letni fotoreporter do dziś nie rozstaje się z aparatem. “Być wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego” – mówi, pytany o zawodowe motto.

PAP: pamięta pan swoje pierwsze zdjęcia, zamieszczone w ogólnopolskiej prasie?

Stanisław Jakubowski

Stanisław Jakubowski: Tak, zamieścił je Express Wieczorny. To były zdjęcia z wypadku w Zakopanem. Ale na pierwszych zdjęciach, które poszły w Polskę na początku mojej współpracy z CAF, był nowy Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu; fotografowałem wnętrza gotowego już obiektu tuż przed jego otwarciem. W zestawieniu z tym, co robiłem później, nie był to może pasjonujący temat – budowlany, co nie znaczy, że bardzo łatwy. Trudność polegała na kompozycji, czyli ciekawym pokazaniu tego, jak to będzie wyglądało. Od tego się zaczęło i trwało 35 lat – najpierw przez siedem lat współpracowałem z CAF, a później, do 1994 roku, byłem etatowym pracownikiem.

PAP: zaczynał pan z lustrzanką Praktika, wywołując negatywy i odbitki w amatorskiej ciemni, dziś – choć na emeryturze – pracuje pan z aparatem cyfrowym i komputerem…

Stanisław Jakubowski: tak, pod względem technicznym to cała epoka. Z komputerem na dobrą sprawę zetknąłem się zawodowo dopiero, kiedy na początku lat 90. wprowadzałem do PAP swojego następcę Romka Koszowskiego. Ja jeszcze pracowałem po staremu, on już zaczynał na komputerze. Ale już krótko potem, współpracując z lokalną prasą, także ja zacząłem korzystać z dobrodziejstw techniki. Przeszedłem na sprzęt cyfrowy, którym posługuję się do dziś. Nie było to żadnym problemem. To narzędzie bardzo ułatwiające i przyspieszające pracę.  Bez porównania z czasami, kiedy trzeba było wywołać i wysuszyć film, a potem odbitkę,  opisać wszystko na maszynie, opis dokleić do zdjęcia i wysłać wszystko do centrali pociągiem. Bo tylko tematy zakwalifikowane jako aktualności przesyłane były za pomocą urządzenia o nazwie telefoto. Zwykłe zdjęcia po opisaniu trzeba było zanieść do wieczornego pociągu, który odjeżdżał po 22. W ten sposób wysyłałem zdjęcia do końca swojej pracy w CAF, do 1994 roku. Dziś nie ma takich problemów.

PAP: sposób pracy był inny, ale może i praca była nieco spokojniejsza? Mniejsza presja czasu i konkurencji?

Stanisław Jakubowski: w tym zawodzie presja czasu i szybkości była zawsze; to nigdy nie była spokojna i niewymagająca praca.  Tym bardziej, że najczęściej trzeba było poruszać się na piechotę lub za pomocą prywatnych czterech kółek. A po drodze bywały różne przygody. Kiedyś swoim fiatem 125p jechałem na zdjęcia do Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej. W połowie drogi  spod samochodu jadącego z przeciwka wprost w przednią szybę mojego auta strzelił kamień. To było tuż przed zakrętem. Zdążyłem wypchnąć dziurę w szybie, żeby cokolwiek wiedzieć. Udało mi się skręcić i zahamować. Położyłem na maskę koc, wywaliłem resztę szyby i ruszyłem w dalszą drogę -zrobić temat. Zwyciężyło poczucie obowiązku. Zawsze tak do tego podchodziłem; nigdy nie słyszałem uwag, że czegoś nie zrobiłem.

PAP: dobrze, że skończyło się tylko na wybitej szybie…

Stanisław Jakubowski: takich trudnych momentów było więcej. Ciężkie chwile przeżyłem podczas wielkiego pożaru w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach w 1971 roku.  Kiedy ratownicy zaczynali główną część akcji, przegonili fotoreporterów ostrzegając: schowajcie się, żeby wam na głowy coś nie spadło jak wybuchnie. Schowaliśmy się za jakąś ścianką, która raczej nie ochroniłaby nas, gdyby sytuacja faktycznie wymknęła się spod kontroli. Gdy rozpoczęło się wdmuchiwanie piany na płonące zbiorniki, byliśmy w środku akcji; to było pełne napięcia i trudne przeżycie.

Niełatwe chwile przeżyłem też w kopalniach. Np. w kopalni Knurów fotografowałem nowy kombajn, który miał wejść do produkcji. Przewodnik przyprowadził mnie pod maszynę i poszedł po górników. Nagle doszło do wstrząsu, ze stropu zaczął sypać się węgiel. Uniknąłem wypadku tylko dzięki temu, że siedziałem w jakiejś wnęce.

Innym razem robiłem temat w kopalni Katowice. Wychodziłem już z poziomu 350 i widzę ludzi ładujących coś na taśmę. Stałem tyłem do nich, fotografując innych górników. Nagle ktoś rzucił na taśmociąg drewnianą belkę, która odbiła się i uderzyła w stalowy stojak; oberwałem nim w głowę. Szczęście, że miałem dobrze dopasowany hełm. Siła uderzenia przewróciła mnie i rozpłaszczyła jak żabę na spągu, czyli spodzie chodnika. Górnicy i mój przewodnik byli przerażeni. Miałem odłamki w czole i w oczach. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pamiątką jest zdjęcie zrobione w kopalnianym ambulatorium.

PAP: fotografowanie pracy górników, a często także dokumentowanie akcji ratowniczych w kopalniach, to chyba ważna część pracy każdego śląskiego fotoreportera?

Stanisław Jakubowski: Niewątpliwie tak; wielokrotnie zjeżdżałem na dół. Ostatni raz robiłem pod ziemią zdjęcia do gazety mając 74 lata; gdyby ktoś wtedy zajrzał mi w dowód osobisty, pewnie nie wpuściliby mnie na dół… Fotografowanie kopalń zawsze było ważną, ale nie dominującą częścią pracy fotoreportera na Śląsku. Podejmowane tematy były przeróżne – od sportu po politykę.  Fotoreporter CAF zajmował się absolutnie każdym tematem.

Moje pierwsze reporterskie zjazdy na dół były w czasach, kiedy biło się rekordy wydobycia i stawiało na współzawodnictwo pracy. Fotografowało się przodowników pracy i całe górnicze brygady.  Czasami nasi przewodnicy górniczy dawali nam prztyczka w nos i prowadzili na przodek drogami, gdzie naprawdę trzeba było wykazać się kondycją.  Ale najgorsze, że kiedy przyszło się już na miejsce, trudno było zrobić porządne zdjęcia ludzi przy kombajnie. Zapylenie było olbrzymie, zraszanie niewiele dawało. A gdy prosiłem o wyłączenie kombajnu, z reguły słyszałem twarde, górnicze słowa – mocno nieparlamentarne. Było się intruzem, który przeszkadza w robocie. Ale potem fotografowani z reguły interesowali się tym, gdzie zdjęcie będzie można zobaczyć itp. Jednak to nasze przeszkadzanie górnikom w robocie nigdy nie było przez nich mile widziane; wielu różnych słów się wtedy nasłuchałem.

Gdy wyjeżdżało się z dołu, człowiek był niesamowicie usmolony, ale przede wszystkim sprzęt był w tragicznym stanie. Wilgoć sprawiała, że cały aparat i lampy były oblepione pyłem – wszystko wymagało przemycia i wysuszenia. Sprzęt bardzo niszczył się podczas takich wyjazdów. Niełatwo było też zrobić pod ziemią dobre zdjęcie – trzeba było  dawać kontrę światła, bo w ówczesnych gazetach ubrudzony górnik na czarnym tle byłby niemożliwy do opublikowania. Dziś jest zupełnie inna jakość druku zdjęć; wtedy trzeba było stosować światło kontrowe.

PAP:  właśnie za górnicze zdjęcia – z akcji ratowniczej w kopalni “Generał Zawadzki” w Dąbrowie Górniczej w 1969 r. – otrzymał pan pierwszą nagrodę World Press Photo w kategorii fotoreportażu. Był pan świadkiem uratowania prawie 120 górników, uwięzionych pod ziemią przez wodę i błoto…

Stanisław Jakubowski: zrobienie tych zdjęć nie było łatwe. Wszystko było obstawione milicją.  Staliśmy przy wyjściu z tunelu, którym ratownicy mieli wyprowadzać uwolnionych górników. Wcześniej wyciągano ich na zewnątrz w specjalnym kuble. Sfotografowałem kilku wychodzących, ale to wciąż nie było to – u nas tematy nigdy nie ograniczały się do jednego ujęcia, trzeba było mieć kilka.

Postanowiłem, że muszę się dostać do środka i sfotografować, jak wyciągają górników z tych kubłów. Próbuję wejść do tunelu, ale w tym momencie milicjant łapie mnie za rękę i ciągnie. Odruchowo odwinąłem się i strzeliłem go łokciem;  odsunął się, a ja prysnąłem do środka. Udało mi się zrobić parę zdjęć. Wychodzę myśląc – teraz będę zdrutowany. Ale jakoś udało mi się wyjść spokojnie. Przeszedłem na podwyższenie, gdzie stał dowodzący akcją pułkownik.  Wtedy kolega z telewizji próbuje filmować na dole, koło tego milicjanta. Musiał użyć lampy, bo już było ciemno.  Na to ludzie, którzy obserwowali akcję stojąc nad tunelem, zaczęli krzyczeć, że lampa ich oślepia. Milicjant odsunął operatora, a ja powiedziałem do dowódcy: panie pułkowniku, przecież telewizja musi to zrobić, pokazać. A on na to: a pana co to obchodzi? Pan sobie sam dał radę… Wtedy zorientowałem się, że pułkownik widział, jak uderzyłem milicjanta;  on odskoczył i dostałem się do środka. Tak powstała część fotoreportażu, który otrzymał później światową nagrodę.

Żeby zgłosić fotografie do konkursu World Press Photo trzeba było samemu, po godzinach, zrobić w laboratorium powiększenia i wysłać zdjęcia. Moją nagrodę wszyscy w CAF przyjęli z radością, gratulowali. Medal wręczył mi w redakcji w Warszawie Henryk Grzęda – jeden z kolegów, który  był tam w jury konkursu. Później tych medali dla Polaków było jeszcze trochę; ale mam satysfakcję, że jak dotąd jestem jedynym, który otrzymał pierwszą nagrodę w kategorii fotoreportażu.

PAP: dwa lata później był pan świadkiem akcji ratowniczej w kopalni Rokitnica, zakończonej – jak mówiono – cudem, kiedy po prawie ośmiu dniach z podziemnego zawału uratowano Alojzego Piontka…

Stanisław Jakubowski: przez cały tydzień jeździłem do kopalni Rokitnica, gdy trwała akcja. Codziennie robiłem jakieś zdjęcia, ale tylko na powierzchni. Jak przy każdej tego typu akcji, zawsze były jakieś utrudnienia. Fotoreporterów przeganiano, nie można było poruszać się swobodnie; żeby gdzieś się dostać fotoreporter najczęściej musiał sam wykazać inicjatywę i trochę sprytu.

Starałem się w jakiś sposób dostać na dół. Chyba czwartego dnia udało mi się. Miałem już w kopalni znajomych sztygarów, którym przynosiłem zdjęcia, dawałem odbitki. Zapytałem jednego z nich, czy może mi pozwolić zjechać – może nie na ścianę, ale gdziekolwiek, żeby np. pokazać jak się wierci od dołu. Zgodził się. Pani w szatni zapytała mnie, czy mam zgodę na zjazd. Tak, mam zgodę dyrektora – zełgałem.  Dała mi ubranie, marsz do klatki i zjazd na dół.

Siedzę już w wagoniku podziemnej kolejki z zespołem ratowniczym, a w tym momencie z tyłu pojawia się cała wierchuszka kopalni, która przyjechała na inspekcję. Przeszły mnie ciarki, bo przecież wszedłem tam jako intruz. Na szczęście oni wysiedli wcześniej; ja poczekałem, wyszedłem później i poszedłem z drużyną ratowniczą do przodka.

Dostałem zdrowy wycisk, bo zahartowani ratownicy twardo maszerowali  pod górę; w chodniku trudno było oddychać.  Gdy doszliśmy na górę, rozpakowałem sprzęt , wyciągam lampę, chcę błysnąć – okazuje się, że wilgotność jest taka, że nie ma połączenia; po prostu przebicie. Tyle zrobiłem, żeby tam dotrzeć, i nie mam czym się oświetlić. Musiałem pogłówkować; otworzyłem migawkę na “B”, a lampę zsynchronizowałem z drugiej ręki końcem palca i dawałem błysk. W ten sposób zrobiłem parę zdjęć, ale w tym momencie ktoś z przodu krzyknął, co ja tu robię? Nie odezwałem się.

W tym momencie doszło do wstrząsu o sile prawie równej temu, który spowodował ten wypadek. Wszystko potwornie się zatrzęsło, światło zgasło. Byłem spocony; włosy stanęły dęba. Odczucie tego wstrząsu było nieprawdopodobne. Ciemno. Cisza. Nic. I włosy stojące dęba. Szybciutko zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie i uciekałem stamtąd na dół, wiedząc, że za chwilę przyjdzie dozór. Udało mi się; zszedłem niżej, zrobiłem jeszcze zdjęcie jak od spodu przewiercają się do uwięzionego Piontka i wyjechałem bez słowa na górę. Wtedy po raz pierwszy w Polskę poszły zdjęcia z dołu, przedstawiające autentyczną akcję i zmordowanych ratowników.

PAP: a sam moment wydobycia Piontka na powierzchnię?

Stanisław Jakubowski: jeden ze sztygarów, z którymi nawiązałem kontakt będąc codziennie przy akcji, zadzwonił do mnie o czwartej rano. Mieszkałem wtedy w Gliwicach, niedaleko Zabrza. Znalazłem się na miejscu na tyle szybko, że zdążyłem jeszcze sfotografować moment, kiedy wsadzali go do karetki na terenie kopalni. Karetka rusza, ale za chwilę konsternacja, bo kierowca zatrzymuje się i pyta, gdzie jest ten szpital, do którego ma jechać. Ja mówię: niech pan jedzie za mną. Tym sposobem pilotowałem karetkę z Alojzym Piontkiem do szpitala w Zabrzu. Podjechaliśmy pod szpital; byłem jedynym fotoreporterem, oprócz mnie był tylko operator z telewizji. Stąd te pierwsze zdjęcia, kiedy Piontka wnoszą na noszach do szpitala, układają na łóżku, opatrują; jest też zbliżenie. To wtedy, na szpitalnym łóżku, wycieńczony górnik zapytał, jak grał Górnik Zabrze… Ten reportaż też był później nagrodzony – dostał srebrny medal w konkursie Interpressfoto.

PAP: powiedział pan jednak, że górnicze zdjęcia nie były dominującą częścią pracy….

Stanisław Jakubowski: znacznie częściej fotografowałem np. imprezy sportowe, zarówno cotygodniowe rozgrywki ligowe, jak i wielkie wydarzenia na Stadionie Śląskim czy w Spodku. Byłem na każdym ważniejszym meczu. W takich okolicznościach nie da się być zimnym obserwatorem, to się po prostu przeżywa. Pamiętam np. zdjęcia zrobione na Stadionie Śląskim Włodzimierzowi Lubańskiemu, które potem zostały dokumentem, na podstawie którego przyznano mu w Paryżu nagrodę Fair Play. Zamiast zdobyć bramkę Lubański przeskoczył wtedy bramkarza, żeby go nie uderzyć. Został później za to doceniony, a dokumentacją tego była seria moich zdjęć.

PAP: będąc fotoreporterem CAF nie sposób było uniknąć oficjałek, z udziałem ówczesnych władz…

Stanisław Jakubowski:  Tak; do kanonów należały np. tradycyjne zdjęcia I sekretarza PZPR Edwarda Gierka z górnikami. Zwykle wszyscy ustawiali się “na sztywno”. Najczęściej zdjęcia robiło wtedy około ośmiu fotoreporterów, ale to ja zawsze byłem tym, który dyrygował tą grupą; nikt inny chyba nie miał odwagi. Ja zawsze rządziłem. Kiedy stali na baczność, mówiłem do Gierka i górników, żeby nie stali tak sztywno; dawałem im “spocznij”, prosiłem o uśmiech, trochę ich rozweselałem opowieścią. Robiliśmy zdjęcia dopiero wtedy, kiedy się rozluźnili.

Z Gierkiem był też inny problem, bo lubił trzymać rękę w kieszeni, a takie zdjęcie nie mogło wówczas się nigdzie ukazać. Bywało, że zwracałem mu uwagę, żeby wyjął rękę z kieszeni, co posłusznie robił. Ta ręka w kieszeni to był problem wszystkich fotoreporterów. Niektórzy robili wycinanki i inne cuda; ja tego nie robiłem – jak trzeba było, starałem się otworzyć dziób i zwrócić uwagę. Ale uchodziło mi to szczęśliwie.

Przed Gierkiem zdarzało mi się też fotografować Władysława Gomułkę. Pamiętam sytuację, kiedy czasu było niewiele, bo Express Wieczorny chciał zamieścić zdjęcie w wydaniu popołudniowym. Wszystko było uzgodnione; miałem zrobić zdjęcie Gomułki ze śląskimi działaczami po godzinie 10 w jednej z katowickich kopalń. Miała być przerwa w spotkaniu, ale jej nie było. Dochodziła 11, a zdjęcia sekretarza nie ma. W końcu uczestnicy spotkania wyszli na korytarz i Gomułka mówi: to proszę tutaj. A ja na to: tutaj nie, proszę za mną. Wszyscy posłusznie wyszli za mną i przeszli kilkanaście metrów dalej, gdzie było odpowiednie tło i widać było, że spotkanie odbywa się na terenie kopalni. Tak ustawiłem Gomułkę.

PAP: jednak przy wydarzeniach, które były poza oficjalnym nurtem – jak górnicze strajki – fotoreporter CAF nie był już witany życzliwie…

Stanisław Jakubowski: rzeczywiście, również to odczułem; było się traktowanym jak ktoś z bezpieki, kto próbuje dokumentować. W wielu przypadkach było to bardzo nieprzyjemne, ale nie powstrzymywało mnie od fotografowania tych tematów. Nie miałem np. wątpliwości, że muszę znaleźć się pod strajkującą w grudniu 1981 roku kopalnią Wujek. Byłem jedynym spośród fotoreporterów na Śląsku, któremu później zrobiono kocioł i rewizję w domu. Zabrano mi cały materiał – ten sam który oficjalnie był w CAF-ie. Po paru miesiącach, gdy zobaczyli, że wszystko jest w archiwum specjalnym w Warszawie, dali mi spokój.

Ta rewizja była trudnym przeżyciem. Ósma rano, luty, zimno, spory mróz, byłem sam w domu. Czterech smutnych panów w cywilu weszło do mieszkania i zaczęło szukać po wszystkich kątach. Zdjęli płaszcze, spluwy na wierzchu. Przekopali wszystko, łącznie z szafą. A piętro wyżej, na nieogrzewanym strychu, miałem łuski zebrane przed kopalnią Wujek. Esbek wszedł na strych, ale przekonał się, że zimno, ciemno – nie wszedł dalej. Wieczorem – czego później żałowałem – pozbyłem się większości łusek; została mi jedna. Mam ją do tej pory.

Potem wzywali mnie jeszcze do komendy wojewódzkiej. Wtedy jeden z oficerów próbował mnie namówić do współpracy z SB. Wyłgałem się, mówiąc, że jestem na tym terenie samotnym wilkiem, – pracuję tylko dla CAF-u, nie mam kontaktów z kolegami i nic o nich nie wiem, więc niczego pan się ode mnie nie dowie.

Znajomość z tym oficerem wykorzystałem później do tego, żeby zrobić pierwsze zdjęcie pod krzyżem, jaki postawiono przy kopalni Wujek. Tam zawsze stała tam warszawa, w której siedzieli pilnujący tego miejsca esbecy. Zadzwoniłem do tego oficera, że mam polecenie z Warszawy, żeby zrobić zdjęcie krzyża; proszę do nich zadzwonić, żeby się nie czepiali się jak przyjdę – poprosiłem. Zagrałem va banque, bo przecież nikt mi niczego nie zlecał. Zdjęcia poszły do Warszawy i trafiły do archiwum.

PAP: a jakie jest pańskie archiwum?

Stanisław Jakubowski: zdjęć jest tysiące, nie sposób ich policzyć. Sporo udało się już zeskanować. Chciałbym, żeby ten materiał pozostał dla potomnych. Części niestety musiałem się pozbyć; było tego tak dużo, że w pewnym momencie nie mieściło mi się w domu;  sześć worków odbitek z opisami wyrzuciłem, bo niegdyś muzea nie były tym zainteresowanie. Ale ważniejsze momenty zostawiłem. Część starych zdjęć od lat 50. do 70. oddałem do muzeum w Gliwicach, a cały pozostały materiał przekazuję obecnie do działu fotografii Muzeum Śląskiego  w Katowicach. Dzięki temu plon mojej działalności będzie zachowany dla historii.

PAP: ale aparatu nie chowa pan do szafy?

Stanisław Jakubowski: Zdecydowanie nie, nawyk z dawnych lat pozostał – ciągle nie rozstaję się z aparatem. Po przejściu na emeryturę, już po połączeniu CAF i PAP, współpracowałem jeszcze z lokalną prasą. Od czasu do czasu prezentuję swoje materiały młodym, zainteresowanym fotografią ludziom. Robię to z przyjemnością. Sam nie wiem, kiedy minął czas mojej pracy zawodowej. Przez całe życie byłem wszędzie tam, gdzie działo się coś ciekawego, ciągle w kontakcie z ludźmi, w nasłuchu radiowym i w kontakcie z kolegami-dziennikarzami. Być wszędzie, gdzie dzieje się coś ciekawego – to najlepsze motto, a zarazem definicja reporterskiej pracy.

Rozmawiał: Marek Błoński (PAP)

Całość: http://www.95-lecie.pap.pl/palio/html.run?_Instance=pap_rocznica.pap.pl&_PageID=1&s=pap&dz=rocznica.sg.wywiad&dep=239718&_CheckSum=1919343677