Stanisław Jakubowski związał z Centralną Agencją Fotograficzną – dziś częścią PAP – większość swojego zawodowego życia. Jest jedynym Polakiem, który zdobył pierwszą nagrodę prestiżowego konkursu World Press Photo w kategorii fotoreportażu. Dzięki jego zdjęciom świat poznał dramatyzm górniczych akcji ratowniczych, a Włodzimierz Lubański dostał nagrodę Fair Play. 79-letni fotoreporter do dziś nie rozstaje się z aparatem. “Być wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ciekawego” – mówi, pytany o zawodowe motto.
PAP: pamięta pan swoje pierwsze zdjęcia, zamieszczone w ogólnopolskiej prasie?

Stanisław Jakubowski
Stanisław Jakubowski: Tak, zamieścił je Express Wieczorny. To były zdjęcia z wypadku w Zakopanem. Ale na pierwszych zdjęciach, które poszły w Polskę na początku mojej współpracy z CAF, był nowy Dom Muzyki i Tańca w Zabrzu; fotografowałem wnętrza gotowego już obiektu tuż przed jego otwarciem. W zestawieniu z tym, co robiłem później, nie był to może pasjonujący temat – budowlany, co nie znaczy, że bardzo łatwy. Trudność polegała na kompozycji, czyli ciekawym pokazaniu tego, jak to będzie wyglądało. Od tego się zaczęło i trwało 35 lat – najpierw przez siedem lat współpracowałem z CAF, a później, do 1994 roku, byłem etatowym pracownikiem.
PAP: zaczynał pan z lustrzanką Praktika, wywołując negatywy i odbitki w amatorskiej ciemni, dziś – choć na emeryturze – pracuje pan z aparatem cyfrowym i komputerem…
Stanisław Jakubowski: tak, pod względem technicznym to cała epoka. Z komputerem na dobrą sprawę zetknąłem się zawodowo dopiero, kiedy na początku lat 90. wprowadzałem do PAP swojego następcę Romka Koszowskiego. Ja jeszcze pracowałem po staremu, on już zaczynał na komputerze. Ale już krótko potem, współpracując z lokalną prasą, także ja zacząłem korzystać z dobrodziejstw techniki. Przeszedłem na sprzęt cyfrowy, którym posługuję się do dziś. Nie było to żadnym problemem. To narzędzie bardzo ułatwiające i przyspieszające pracę. Bez porównania z czasami, kiedy trzeba było wywołać i wysuszyć film, a potem odbitkę, opisać wszystko na maszynie, opis dokleić do zdjęcia i wysłać wszystko do centrali pociągiem. Bo tylko tematy zakwalifikowane jako aktualności przesyłane były za pomocą urządzenia o nazwie telefoto. Zwykłe zdjęcia po opisaniu trzeba było zanieść do wieczornego pociągu, który odjeżdżał po 22. W ten sposób wysyłałem zdjęcia do końca swojej pracy w CAF, do 1994 roku. Dziś nie ma takich problemów.
PAP: sposób pracy był inny, ale może i praca była nieco spokojniejsza? Mniejsza presja czasu i konkurencji?
Stanisław Jakubowski: w tym zawodzie presja czasu i szybkości była zawsze; to nigdy nie była spokojna i niewymagająca praca. Tym bardziej, że najczęściej trzeba było poruszać się na piechotę lub za pomocą prywatnych czterech kółek. A po drodze bywały różne przygody. Kiedyś swoim fiatem 125p jechałem na zdjęcia do Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej. W połowie drogi spod samochodu jadącego z przeciwka wprost w przednią szybę mojego auta strzelił kamień. To było tuż przed zakrętem. Zdążyłem wypchnąć dziurę w szybie, żeby cokolwiek wiedzieć. Udało mi się skręcić i zahamować. Położyłem na maskę koc, wywaliłem resztę szyby i ruszyłem w dalszą drogę -zrobić temat. Zwyciężyło poczucie obowiązku. Zawsze tak do tego podchodziłem; nigdy nie słyszałem uwag, że czegoś nie zrobiłem.
PAP: dobrze, że skończyło się tylko na wybitej szybie…
Stanisław Jakubowski: takich trudnych momentów było więcej. Ciężkie chwile przeżyłem podczas wielkiego pożaru w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach w 1971 roku. Kiedy ratownicy zaczynali główną część akcji, przegonili fotoreporterów ostrzegając: schowajcie się, żeby wam na głowy coś nie spadło jak wybuchnie. Schowaliśmy się za jakąś ścianką, która raczej nie ochroniłaby nas, gdyby sytuacja faktycznie wymknęła się spod kontroli. Gdy rozpoczęło się wdmuchiwanie piany na płonące zbiorniki, byliśmy w środku akcji; to było pełne napięcia i trudne przeżycie.
Niełatwe chwile przeżyłem też w kopalniach. Np. w kopalni Knurów fotografowałem nowy kombajn, który miał wejść do produkcji. Przewodnik przyprowadził mnie pod maszynę i poszedł po górników. Nagle doszło do wstrząsu, ze stropu zaczął sypać się węgiel. Uniknąłem wypadku tylko dzięki temu, że siedziałem w jakiejś wnęce.
Innym razem robiłem temat w kopalni Katowice. Wychodziłem już z poziomu 350 i widzę ludzi ładujących coś na taśmę. Stałem tyłem do nich, fotografując innych górników. Nagle ktoś rzucił na taśmociąg drewnianą belkę, która odbiła się i uderzyła w stalowy stojak; oberwałem nim w głowę. Szczęście, że miałem dobrze dopasowany hełm. Siła uderzenia przewróciła mnie i rozpłaszczyła jak żabę na spągu, czyli spodzie chodnika. Górnicy i mój przewodnik byli przerażeni. Miałem odłamki w czole i w oczach. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pamiątką jest zdjęcie zrobione w kopalnianym ambulatorium.
PAP: fotografowanie pracy górników, a często także dokumentowanie akcji ratowniczych w kopalniach, to chyba ważna część pracy każdego śląskiego fotoreportera?
Stanisław Jakubowski: Niewątpliwie tak; wielokrotnie zjeżdżałem na dół. Ostatni raz robiłem pod ziemią zdjęcia do gazety mając 74 lata; gdyby ktoś wtedy zajrzał mi w dowód osobisty, pewnie nie wpuściliby mnie na dół… Fotografowanie kopalń zawsze było ważną, ale nie dominującą częścią pracy fotoreportera na Śląsku. Podejmowane tematy były przeróżne – od sportu po politykę. Fotoreporter CAF zajmował się absolutnie każdym tematem.
Moje pierwsze reporterskie zjazdy na dół były w czasach, kiedy biło się rekordy wydobycia i stawiało na współzawodnictwo pracy. Fotografowało się przodowników pracy i całe górnicze brygady. Czasami nasi przewodnicy górniczy dawali nam prztyczka w nos i prowadzili na przodek drogami, gdzie naprawdę trzeba było wykazać się kondycją. Ale najgorsze, że kiedy przyszło się już na miejsce, trudno było zrobić porządne zdjęcia ludzi przy kombajnie. Zapylenie było olbrzymie, zraszanie niewiele dawało. A gdy prosiłem o wyłączenie kombajnu, z reguły słyszałem twarde, górnicze słowa – mocno nieparlamentarne. Było się intruzem, który przeszkadza w robocie. Ale potem fotografowani z reguły interesowali się tym, gdzie zdjęcie będzie można zobaczyć itp. Jednak to nasze przeszkadzanie górnikom w robocie nigdy nie było przez nich mile widziane; wielu różnych słów się wtedy nasłuchałem.
Gdy wyjeżdżało się z dołu, człowiek był niesamowicie usmolony, ale przede wszystkim sprzęt był w tragicznym stanie. Wilgoć sprawiała, że cały aparat i lampy były oblepione pyłem – wszystko wymagało przemycia i wysuszenia. Sprzęt bardzo niszczył się podczas takich wyjazdów. Niełatwo było też zrobić pod ziemią dobre zdjęcie – trzeba było dawać kontrę światła, bo w ówczesnych gazetach ubrudzony górnik na czarnym tle byłby niemożliwy do opublikowania. Dziś jest zupełnie inna jakość druku zdjęć; wtedy trzeba było stosować światło kontrowe.
PAP: właśnie za górnicze zdjęcia – z akcji ratowniczej w kopalni “Generał Zawadzki” w Dąbrowie Górniczej w 1969 r. – otrzymał pan pierwszą nagrodę World Press Photo w kategorii fotoreportażu. Był pan świadkiem uratowania prawie 120 górników, uwięzionych pod ziemią przez wodę i błoto…
Stanisław Jakubowski: zrobienie tych zdjęć nie było łatwe. Wszystko było obstawione milicją. Staliśmy przy wyjściu z tunelu, którym ratownicy mieli wyprowadzać uwolnionych górników. Wcześniej wyciągano ich na zewnątrz w specjalnym kuble. Sfotografowałem kilku wychodzących, ale to wciąż nie było to – u nas tematy nigdy nie ograniczały się do jednego ujęcia, trzeba było mieć kilka.
Postanowiłem, że muszę się dostać do środka i sfotografować, jak wyciągają górników z tych kubłów. Próbuję wejść do tunelu, ale w tym momencie milicjant łapie mnie za rękę i ciągnie. Odruchowo odwinąłem się i strzeliłem go łokciem; odsunął się, a ja prysnąłem do środka. Udało mi się zrobić parę zdjęć. Wychodzę myśląc – teraz będę zdrutowany. Ale jakoś udało mi się wyjść spokojnie. Przeszedłem na podwyższenie, gdzie stał dowodzący akcją pułkownik. Wtedy kolega z telewizji próbuje filmować na dole, koło tego milicjanta. Musiał użyć lampy, bo już było ciemno. Na to ludzie, którzy obserwowali akcję stojąc nad tunelem, zaczęli krzyczeć, że lampa ich oślepia. Milicjant odsunął operatora, a ja powiedziałem do dowódcy: panie pułkowniku, przecież telewizja musi to zrobić, pokazać. A on na to: a pana co to obchodzi? Pan sobie sam dał radę… Wtedy zorientowałem się, że pułkownik widział, jak uderzyłem milicjanta; on odskoczył i dostałem się do środka. Tak powstała część fotoreportażu, który otrzymał później światową nagrodę.
Żeby zgłosić fotografie do konkursu World Press Photo trzeba było samemu, po godzinach, zrobić w laboratorium powiększenia i wysłać zdjęcia. Moją nagrodę wszyscy w CAF przyjęli z radością, gratulowali. Medal wręczył mi w redakcji w Warszawie Henryk Grzęda – jeden z kolegów, który był tam w jury konkursu. Później tych medali dla Polaków było jeszcze trochę; ale mam satysfakcję, że jak dotąd jestem jedynym, który otrzymał pierwszą nagrodę w kategorii fotoreportażu.
PAP: dwa lata później był pan świadkiem akcji ratowniczej w kopalni Rokitnica, zakończonej – jak mówiono – cudem, kiedy po prawie ośmiu dniach z podziemnego zawału uratowano Alojzego Piontka…
Stanisław Jakubowski: przez cały tydzień jeździłem do kopalni Rokitnica, gdy trwała akcja. Codziennie robiłem jakieś zdjęcia, ale tylko na powierzchni. Jak przy każdej tego typu akcji, zawsze były jakieś utrudnienia. Fotoreporterów przeganiano, nie można było poruszać się swobodnie; żeby gdzieś się dostać fotoreporter najczęściej musiał sam wykazać inicjatywę i trochę sprytu.
Starałem się w jakiś sposób dostać na dół. Chyba czwartego dnia udało mi się. Miałem już w kopalni znajomych sztygarów, którym przynosiłem zdjęcia, dawałem odbitki. Zapytałem jednego z nich, czy może mi pozwolić zjechać – może nie na ścianę, ale gdziekolwiek, żeby np. pokazać jak się wierci od dołu. Zgodził się. Pani w szatni zapytała mnie, czy mam zgodę na zjazd. Tak, mam zgodę dyrektora – zełgałem. Dała mi ubranie, marsz do klatki i zjazd na dół.
Siedzę już w wagoniku podziemnej kolejki z zespołem ratowniczym, a w tym momencie z tyłu pojawia się cała wierchuszka kopalni, która przyjechała na inspekcję. Przeszły mnie ciarki, bo przecież wszedłem tam jako intruz. Na szczęście oni wysiedli wcześniej; ja poczekałem, wyszedłem później i poszedłem z drużyną ratowniczą do przodka.
Dostałem zdrowy wycisk, bo zahartowani ratownicy twardo maszerowali pod górę; w chodniku trudno było oddychać. Gdy doszliśmy na górę, rozpakowałem sprzęt , wyciągam lampę, chcę błysnąć – okazuje się, że wilgotność jest taka, że nie ma połączenia; po prostu przebicie. Tyle zrobiłem, żeby tam dotrzeć, i nie mam czym się oświetlić. Musiałem pogłówkować; otworzyłem migawkę na “B”, a lampę zsynchronizowałem z drugiej ręki końcem palca i dawałem błysk. W ten sposób zrobiłem parę zdjęć, ale w tym momencie ktoś z przodu krzyknął, co ja tu robię? Nie odezwałem się.
W tym momencie doszło do wstrząsu o sile prawie równej temu, który spowodował ten wypadek. Wszystko potwornie się zatrzęsło, światło zgasło. Byłem spocony; włosy stanęły dęba. Odczucie tego wstrząsu było nieprawdopodobne. Ciemno. Cisza. Nic. I włosy stojące dęba. Szybciutko zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie i uciekałem stamtąd na dół, wiedząc, że za chwilę przyjdzie dozór. Udało mi się; zszedłem niżej, zrobiłem jeszcze zdjęcie jak od spodu przewiercają się do uwięzionego Piontka i wyjechałem bez słowa na górę. Wtedy po raz pierwszy w Polskę poszły zdjęcia z dołu, przedstawiające autentyczną akcję i zmordowanych ratowników.
PAP: a sam moment wydobycia Piontka na powierzchnię?
Stanisław Jakubowski: jeden ze sztygarów, z którymi nawiązałem kontakt będąc codziennie przy akcji, zadzwonił do mnie o czwartej rano. Mieszkałem wtedy w Gliwicach, niedaleko Zabrza. Znalazłem się na miejscu na tyle szybko, że zdążyłem jeszcze sfotografować moment, kiedy wsadzali go do karetki na terenie kopalni. Karetka rusza, ale za chwilę konsternacja, bo kierowca zatrzymuje się i pyta, gdzie jest ten szpital, do którego ma jechać. Ja mówię: niech pan jedzie za mną. Tym sposobem pilotowałem karetkę z Alojzym Piontkiem do szpitala w Zabrzu. Podjechaliśmy pod szpital; byłem jedynym fotoreporterem, oprócz mnie był tylko operator z telewizji. Stąd te pierwsze zdjęcia, kiedy Piontka wnoszą na noszach do szpitala, układają na łóżku, opatrują; jest też zbliżenie. To wtedy, na szpitalnym łóżku, wycieńczony górnik zapytał, jak grał Górnik Zabrze… Ten reportaż też był później nagrodzony – dostał srebrny medal w konkursie Interpressfoto.
PAP: powiedział pan jednak, że górnicze zdjęcia nie były dominującą częścią pracy….
Stanisław Jakubowski: znacznie częściej fotografowałem np. imprezy sportowe, zarówno cotygodniowe rozgrywki ligowe, jak i wielkie wydarzenia na Stadionie Śląskim czy w Spodku. Byłem na każdym ważniejszym meczu. W takich okolicznościach nie da się być zimnym obserwatorem, to się po prostu przeżywa. Pamiętam np. zdjęcia zrobione na Stadionie Śląskim Włodzimierzowi Lubańskiemu, które potem zostały dokumentem, na podstawie którego przyznano mu w Paryżu nagrodę Fair Play. Zamiast zdobyć bramkę Lubański przeskoczył wtedy bramkarza, żeby go nie uderzyć. Został później za to doceniony, a dokumentacją tego była seria moich zdjęć.
PAP: będąc fotoreporterem CAF nie sposób było uniknąć oficjałek, z udziałem ówczesnych władz…
Stanisław Jakubowski: Tak; do kanonów należały np. tradycyjne zdjęcia I sekretarza PZPR Edwarda Gierka z górnikami. Zwykle wszyscy ustawiali się “na sztywno”. Najczęściej zdjęcia robiło wtedy około ośmiu fotoreporterów, ale to ja zawsze byłem tym, który dyrygował tą grupą; nikt inny chyba nie miał odwagi. Ja zawsze rządziłem. Kiedy stali na baczność, mówiłem do Gierka i górników, żeby nie stali tak sztywno; dawałem im “spocznij”, prosiłem o uśmiech, trochę ich rozweselałem opowieścią. Robiliśmy zdjęcia dopiero wtedy, kiedy się rozluźnili.
Z Gierkiem był też inny problem, bo lubił trzymać rękę w kieszeni, a takie zdjęcie nie mogło wówczas się nigdzie ukazać. Bywało, że zwracałem mu uwagę, żeby wyjął rękę z kieszeni, co posłusznie robił. Ta ręka w kieszeni to był problem wszystkich fotoreporterów. Niektórzy robili wycinanki i inne cuda; ja tego nie robiłem – jak trzeba było, starałem się otworzyć dziób i zwrócić uwagę. Ale uchodziło mi to szczęśliwie.
Przed Gierkiem zdarzało mi się też fotografować Władysława Gomułkę. Pamiętam sytuację, kiedy czasu było niewiele, bo Express Wieczorny chciał zamieścić zdjęcie w wydaniu popołudniowym. Wszystko było uzgodnione; miałem zrobić zdjęcie Gomułki ze śląskimi działaczami po godzinie 10 w jednej z katowickich kopalń. Miała być przerwa w spotkaniu, ale jej nie było. Dochodziła 11, a zdjęcia sekretarza nie ma. W końcu uczestnicy spotkania wyszli na korytarz i Gomułka mówi: to proszę tutaj. A ja na to: tutaj nie, proszę za mną. Wszyscy posłusznie wyszli za mną i przeszli kilkanaście metrów dalej, gdzie było odpowiednie tło i widać było, że spotkanie odbywa się na terenie kopalni. Tak ustawiłem Gomułkę.
PAP: jednak przy wydarzeniach, które były poza oficjalnym nurtem – jak górnicze strajki – fotoreporter CAF nie był już witany życzliwie…
Stanisław Jakubowski: rzeczywiście, również to odczułem; było się traktowanym jak ktoś z bezpieki, kto próbuje dokumentować. W wielu przypadkach było to bardzo nieprzyjemne, ale nie powstrzymywało mnie od fotografowania tych tematów. Nie miałem np. wątpliwości, że muszę znaleźć się pod strajkującą w grudniu 1981 roku kopalnią Wujek. Byłem jedynym spośród fotoreporterów na Śląsku, któremu później zrobiono kocioł i rewizję w domu. Zabrano mi cały materiał – ten sam który oficjalnie był w CAF-ie. Po paru miesiącach, gdy zobaczyli, że wszystko jest w archiwum specjalnym w Warszawie, dali mi spokój.
Ta rewizja była trudnym przeżyciem. Ósma rano, luty, zimno, spory mróz, byłem sam w domu. Czterech smutnych panów w cywilu weszło do mieszkania i zaczęło szukać po wszystkich kątach. Zdjęli płaszcze, spluwy na wierzchu. Przekopali wszystko, łącznie z szafą. A piętro wyżej, na nieogrzewanym strychu, miałem łuski zebrane przed kopalnią Wujek. Esbek wszedł na strych, ale przekonał się, że zimno, ciemno – nie wszedł dalej. Wieczorem – czego później żałowałem – pozbyłem się większości łusek; została mi jedna. Mam ją do tej pory.
Potem wzywali mnie jeszcze do komendy wojewódzkiej. Wtedy jeden z oficerów próbował mnie namówić do współpracy z SB. Wyłgałem się, mówiąc, że jestem na tym terenie samotnym wilkiem, – pracuję tylko dla CAF-u, nie mam kontaktów z kolegami i nic o nich nie wiem, więc niczego pan się ode mnie nie dowie.
Znajomość z tym oficerem wykorzystałem później do tego, żeby zrobić pierwsze zdjęcie pod krzyżem, jaki postawiono przy kopalni Wujek. Tam zawsze stała tam warszawa, w której siedzieli pilnujący tego miejsca esbecy. Zadzwoniłem do tego oficera, że mam polecenie z Warszawy, żeby zrobić zdjęcie krzyża; proszę do nich zadzwonić, żeby się nie czepiali się jak przyjdę – poprosiłem. Zagrałem va banque, bo przecież nikt mi niczego nie zlecał. Zdjęcia poszły do Warszawy i trafiły do archiwum.
PAP: a jakie jest pańskie archiwum?
Stanisław Jakubowski: zdjęć jest tysiące, nie sposób ich policzyć. Sporo udało się już zeskanować. Chciałbym, żeby ten materiał pozostał dla potomnych. Części niestety musiałem się pozbyć; było tego tak dużo, że w pewnym momencie nie mieściło mi się w domu; sześć worków odbitek z opisami wyrzuciłem, bo niegdyś muzea nie były tym zainteresowanie. Ale ważniejsze momenty zostawiłem. Część starych zdjęć od lat 50. do 70. oddałem do muzeum w Gliwicach, a cały pozostały materiał przekazuję obecnie do działu fotografii Muzeum Śląskiego w Katowicach. Dzięki temu plon mojej działalności będzie zachowany dla historii.
PAP: ale aparatu nie chowa pan do szafy?
Stanisław Jakubowski: Zdecydowanie nie, nawyk z dawnych lat pozostał – ciągle nie rozstaję się z aparatem. Po przejściu na emeryturę, już po połączeniu CAF i PAP, współpracowałem jeszcze z lokalną prasą. Od czasu do czasu prezentuję swoje materiały młodym, zainteresowanym fotografią ludziom. Robię to z przyjemnością. Sam nie wiem, kiedy minął czas mojej pracy zawodowej. Przez całe życie byłem wszędzie tam, gdzie działo się coś ciekawego, ciągle w kontakcie z ludźmi, w nasłuchu radiowym i w kontakcie z kolegami-dziennikarzami. Być wszędzie, gdzie dzieje się coś ciekawego – to najlepsze motto, a zarazem definicja reporterskiej pracy.
Rozmawiał: Marek Błoński (PAP)