Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

27-01-2014, 09:00

Polscy dziennikarze apelują o pomoc dla mediów na Ukrainie  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
27-01-2014

Polscy dziennikarze przyłączają się do listu otwartego protestującego przeciw złemu traktowaniu reporterów relacjonujących obecne wydarzenia na Ukrainie oraz represjom wobec tamtejszych dziennikarzy. Inicjatywę poparło już prawie sto osób.

Inicjatorką listu otwartego w sprawie sytuacji dziennikarzy na Ukrainie jest Beata Biel, (w latach 2001-2010 związana z TVN). Treść listu zamieściła w piątek na Twitterze i zachęciła dziennikarzy do wyrażania swojego poparcia poprzez przesyłanie maili na adres dziennikarze.euromajdan@gmail.com. – Wiem że list wydaje się banałem, ale oni tego od nas bardzo oczekują. List jest oddolną, poza- i ponadredakcyjną inicjatywą. Byli dziennikarze też podpisują! - zaznaczyła.

Oto pełna treść listu:

“My, polscy dziennikarze, wyrażamy nasze oburzenie i stanowczo protestujemy przeciwko temu, w jaki sposób traktowani są dziennikarze relacjonujący obecne wydarzenia na Ukrainie. Dochodzi tam do brutalnych pobić, uprowadzeń, rozmyślnych uszkodzeń ciała.  Od końca listopada ub.r. ucierpiało już ponad 80 pracowników mediów. Niektórzy dziennikarze z powodu prześladowań musieli wyjechać z kraju.

Ludzie mediów są atakowani, mimo że mają identyfikatory i oznakowane kamizelki.  Łamania wolności słowa w takiej skali społeczeństwo i media w demokratycznej Europie nie mogą i nie będą tolerować.

Nie pozostaniemy bierni wobec tego, co spotyka naszych kolegów na Ukrainie. Wszystkie przypadki łamania wolności mediów, przemocy fizycznej i psychicznej są rejestrowane. Żadne wybite oko, żadna złamana ręka czy zastraszona rodzina nie zostaną zapomniane.

Apelujemy do wszystkich, którym leży na sercu wolność słowa, o przyłączenie się do akcji pomocy dla ukraińskich mediów. Działając w niezwykle trudnych warunkach i z narażeniem życia, 24 godziny na dobę przekazują one prawdę o wydarzeniach w swoim kraju. Dziennikarze na Ukrainie robią to, co jest sensem naszego zawodu. Wszyscy musimy ich w tej misji wspierać.”

Do niedzieli do godz. 19 poparcie dla listu wyraziło ponad 90 dziennikarzy (także niepracujących już w zawodzie), na czele z kilkoma redaktorami naczelnymi (Kamil Duroczk z “Faktów” TVN, Sylwester Latkowski z “Wprost”, Paweł Lisicki z “Do Rzeczy”).

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/polscy-dziennikarze-apeluja-o-pomoc-dla-mediow-na-ukrainie

27-01-2014, 08:32

Hanna Lis wygrała proces z “Super Expressem”. Jastrzębowski: będzie wniosek o kasację  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Łukasz Brzezicki
27-01-2014

Hanna Lis nie musi przepraszać wydawcy i redaktora naczelnego “Super Expressu” za naruszenie ich dóbr osobistych – orzekł w piątek Sąd Apelacyjny w Warszawie. Wyrok jest prawomocny, ale Sławomir Jastrzębowski zapowiada złożenie wniosku o jego kasację.

Hanna Lis

21 kwietnia 2008 przed domem Hanny Lis doszło do stłuczki z udziałem samochodu dziennikarki oraz auta fotoreporterów. Sytuację następnego dnia opisano w “Super Expressie”, stwierdzając m.in., że Lis “wjechała w zderzak mazdy”. Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny “SE”, deklarował wówczas, że paparazzi nie działali na zlecenie jego gazety, a opublikowane w niej zdjęcia zostały kupione na wolnym rynku.

Dziennikarka wydała oświadczenie, w którym napisała, że “naczelny “Super Expressu” kłamie, tak jak kłamie kierowana przez niego gazeta”. - Mężczyźni którzy kierowali mazdą nie znaleźli się pod moim domem przypadkiem, przyjechali tam by robić mi i moim dzieciom zdjęcia. Wezwani przeze mnie na miejsce (a nie jak kłamliwie napisał “Super Express” przeze mnie “zaczepieni’) ochroniarze byli świadkami tego jak pasażer mazdy bez cienia skrępowania, profesjonalnym aparatem z gigantycznym obiektywem, zza płotu robił zdjęcia mojego domu - stwierdziła.

Sławomir Jastrzębowski oraz Murator (wydawca “Super Expressu”) pozwali dziennikarkę za “niezgodne z prawdą oskarżenie o sprowokowanie przez reporterów i fotoreporterów “SE” lub osoby działające na zlecenie redakcji tej gazety”. Przed sądem domagali się opublikowania przez nią przeprosin w szeregu portali oraz w “Super Expressie”, a także zapłaty 50 tys. zł na rzecz Caritasu.

W listopadzie 2011 roku Sąd Okręgowy w Warszawie wydał wyrok zaoczny uwzględniający powództwo i nakazał Hannie Lis przeprosić wydawcę i redaktora naczelnego “SE” za naruszenie ich dóbr osobistych oraz wpłacić 50 tys. zł na cele charytatywne. Dziennikarka nie otrzymała kilkakrotnie awizo korespondencji z sądu zawierającej pozew, dlatego złożyła sprzeciw do wyroku, na skutek którego sąd 12 marca ub.r. uchylił wyrok i oddalił w całości powództwo. W uzasadnieniu sąd stwierdził, że oświadczenie Hanny Lis nie naruszyło dóbr osobistych Sławomira Jastrzębowskiego oraz wydawcy “SE”, a treść i fakt złożenia oświadczenia były uzasadnione. W uzasadnieniu sąd przychylił się również do twierdzenia, iż opisane działanie było dopuszczalną polemiką z treścią artykułu.

Sąd Apelacyjny – w wyroku z piątku 24 stycznia br. – utrzymał w mocy zaskarżony przez wydawcę i redaktora naczelnego “Super Expressu” wyrok sądu niższej instancji.

- Sąd stwierdził, iż w istocie zarzucenie powodom (czyli wydawcy i redaktorowi naczelnemu “SE” – przyp.red.) kłamstwa było zgodne z prawdą, a omylne twierdzenie o dokonaniu prowokacji było usprawiedliwione ze względu na całokształt sytuacji i jej następstw. Sąd uznał, iż żądanie ochrony dóbr osobistych w opisanych okolicznościach jest nadużyciem prawa i nie zasługuje na uwzględnienie – mówi Wirtualnemedia.pl Katarzyna Ciepiela z Kancelarii Leśnodorski Ślusarek i Wspólnicy reprezentującej Hannę Lis.

Redaktor naczelny “Super Expressu” Sławomir Jastrzębowski jest zaskoczony treścią ustnego uzasadnienia wyroku. – Wynika z niego, że Sąd Apelacyjny stwierdził, iż Hanna Lis naruszyła moje dobra osobiste, zarzucając mi kłamstwo. Ku mojemu zdziwieniu ten sam sąd stwierdził również, że celebrytka nie poniesie odpowiedzialności, ponieważ mówiąc to, miała być wzburzona i sprowokowana – komentuje Jastrzębowski w rozmowie z Wirtualnemedia.pl. – Jeżeli Sąd Najwyższy nie zmieni tego wyroku, będę się na niego chętnie powoływał, gdy ktoś zarzucać mi będzie naruszenie dóbr osobistych. Będę mówił, że byłem wtedy wzburzony i sprowokowany - dodaje.

Jastrzębowski ocenia, że takie uzasadnienie jest absurdalne i zapowiada wystąpienie o kasację wyroku do Sądu Najwyższego. - Tamci paparazzi nie pracowali dla mnie, byli wolnymi strzelcami i sąd nie zanegował tego niezbitego faktu w swoim orzeczeniu. Po tym wyroku czuję się trochę jak wyjęty spod prawa Robin Hood. Za naruszenie dóbr osobistych ja ponoszę odpowiedzialność, a znana celebrytka nie ponosi najmniejszej – mówi. – Czemu dwóch obywateli w tym samym kraju jest traktowanych przez cywilne sądy tak różnie? Mam nadzieję, że odpowiedzią nie są obszerne fragmenty poświęcone Hannie Lis w książce “Resortowe dzieci”. Czekamy na pisemne uzasadnienie i występujemy do Sądu Najwyższego o kasację tego niezrozumiałego wyroku – konkluduje Sławomir Jastrzębowski.

Mecenas Maciej Ślusarek, pełnomocnik Hanny Lis, mówi Wirtualnemedia.pl, że prawomocny wyrok kończy sprawę, jednak jeśli przedstawiciele  “Super Expressu”  zdecydują się złożyć wniosek o kasację, to będzie bronił swojej klientki. – Sąd Apelacyjny utrzymał wyrok pierwszej instancji, oddalający całkowicie roszczenia wydawcy “Super Expressu”. W uzasadnieniu sędzia podkreślił, że wysuwanie tego typu roszczeń jest nadużyciem wobec prawa – komentuje Ślusarek. – Trybunał w Strasburgu mówił o “efekcie mrożącym” przeciwko prasie. Tu mamy do czynienia z efektem mrożącym w drugą stronę – dodaje.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/hanna-lis-wygrala-proces-z-super-expressem-jastrzebowski-bedzie-wniosek-o-kasacje

26-01-2014, 10:13

“Zakazy fotografowania mnie nie obowiązywały…” – wywiad z Józefem Makalem  »

namasce.pl
Kamil Myszkowski
26-01-2014

Strzelał z palca do Gomułki, był mylony z Fidelem Castro, fotografował największe wydarzenia w kraju. Za granicą okrzyknięty jednym z najwybitniejszych światowych fotografików. Nazywany Śląskim Cartierem-Bressonem, sam podkreśla że zawsze starał się najlepiej wykonać swoją pracę. Józef Makal – znakomity śląski fotoreporter – opowiada o fotografii prasowej na podstawie wieloletnich doświadczeń.

Kamil Myszkowski: Rozmawiając z fotografem zazwyczaj należy zapytać o początki fotograficzne. Proszę opowiedzieć jak Pan zaczynał fotografować.

Józef Makal

Józef Makal: Na komunię dostałem od rodziców maleńki aparat fotograficzny – ebonitowy Kodak. Miałem go bardzo krótko, wybuchła wojna więc ukryłem go na strychu i ktoś mi go ukradł. Zrobiłem nim parę zdjęć i zaczęło mnie to pociągać. W tym czasie szczególnie podobał mi się pejzaż. Tata pracował na kolei, z racji tego mieliśmy kilka bezpłatnych biletów na całą Polskę. Jeździliśmy więc po kraju. W podróży widziałem to co się dzieje i fotografowałem to. Później tak jak już mówiłem przyszła wojna. Ja pracowałem w Hucie w Milowicach. Wtedy pojawił się drugi aparat, który przyniósł skądś mój brat. Jego fotografia nie pociągała więc dostałem go w prezencie. Pamiętam, że chowałem aparat na kredensie w obawie przed Niemcami. Mama nawet nie wiedziała, że go mam.

KM: Kiedy uznał Pan, że fotografia powinna stać się zawodem?

JM: W 1948 roku wziąłem ślub, naturalnym więc było, że potrzebowałem pieniędzy. Nadal lubiłem wycieczki i fotografowałem pejzaże. Udało mi się nawiązać współpracę z Centralną Agencją Fotograficzną. Zostałem foto-korespondentem i wtedy zacząłem skupiać się na człowieku. Pierwszy fotoreportaż robiłem z budowy gazociągu w Siewierzu, za niego dostałem z Warszawy list pochwalny. No i tak się zaczęło fotografowanie człowieka, który później był dla mnie najważniejszy. Człowiek, oczywiście umiejscowiony na jakimś planie, w jakimś kontekście. Tak zacząłem się interesować fotografią prasową. Później w 1957 roku w Katowicach stworzyliśmy Tygodnik Młodzieżowy “Co dalej”. Istniał dziewięć miesięcy, bo zabraliśmy się trochę za politykę, nie tak jak władza by chciała. Zwinęli naszą redakcję i zostałem bez pracy. Na głowie dom, powiększyła się rodzina, udałem się więc do Dziennika Zachodniego. Redaktor Naczelny powiedział od razu “Ja już Pana znam z <<Co dalej>>, przyjmuję Pana od razu”.

KM: Przez lata był Pan fotoreporterem Dziennika Zachodniego, czy istnieje jakieś wydarzenie, które w tym czasie najmocniej zapadło Panu w pamięci?

JM: W tym czasie na Śląsk przyjeżdżały wszystkie delegacje krajów socjalistycznych. Było tego aż tyle, że w głowie się nie mieści. Ja musiałem to wszystko obsługiwać. Byli też przedstawiciele krajów kapitalistycznych między innymi de Gaulle. Gdy pracowałem z władzami, to zakazy fotografowania mnie nie obowiązywały. Najbardziej zapadła mi w pamięci wizyta Fidela Castro w Zabrzu. Przywódca znany z chodzenia w “polówce”, wtedy na akademii w Spodku dostał tytuł Honorowego Górnika i mundur górniczy, który od razu założył. Później jadąc kolumną samochodów na trasie z Katowic właśnie do Zabrza ja byłem w pierwszym pojeździe przed Fidelem. Pamiętam, miałem na sobie granatową koszulę z pagonami i jednakowe spodnie. Do tego jeszcze ciemna broda i czapeczka. Gdy wysiadałem z samochodu ktoś krzyknął “O Fidel!”, dziewczyny z kwiatami zaraz przybiegły mnie witać. Od razu to podłapałem i krzyknąłem “Salute seniorina, saluto kamerade!”. Później wzywali mnie na wyjaśnienia…

Poza tym jeszcze jedno, gdy Gomułka przyjechał na Barbórkę do Sosnowca. Ja tam byłem wcześniej, przed jego przyjazdem i z kolegą z Trybuny Robotniczej lekko się “nadźgaliśmy”. Jak Gomułka przyjechał, to aparat leżał na podłodze, a ja do niego strzelałem z palca jak z pistoletu.

KM: Co było w tamtych czasach według Pana najtrudniejsze w pracy fotoreportera?

JM: W tamtych czasach, to że pracowało się na sprzęcie analogowym. Ja fotografowałem na średnim formacie, więc miałem tylko 12 klatek do zrobienia, więc trzeba było mieć więcej rolek kliszy. Późnej się wracało, trzeba było szybko film wywołać, zrobić odbitki, opisać to wszystko i dopiero wysłać do drukarni. Nieraz pracowałem całą noc, żeby jeszcze rano zanieść materiał naczelnemu do adjustacji. Czyli raczej najtrudniejsze były względy techniczne.

KM: W przypadku fotografii prasowej dostrzegam pewnego rodzaju misyjność – fotoreporter dokumentuje jakąś sytuację, bądź zjawisko w nadziei, że swoim obrazem wpłynie na czyjąś opinię. Czy faktycznie można tak to postrzegać?

JM: Można. Fotografia prasowa ma wpływ na wiele spraw, bo ludzie ją oglądają. Dobre przykłady płynące z fotografii wpływają na ludzi. Fotoreporter może pokazywać dobre rzeczy a ganić złe. Często robiłem takie zdjęcia, na przykład czyszczenie zaśmieconej ulicy – pamiętam Opolanie sami zamiatali chodniki, nawet jezdnię. Albo fotografia mody, przez którą kształtuje się styl społeczeństwa. Fotografia w gazetach ma nawet większe znaczenie niż teksty. W Dzienniku Zachodnim zapoczątkowałem umieszczanie z ważniejszych wydarzeń fotorelacji, moje zdjęcia były drukowane na całych stronach.

KM: W fotografii prasowej ważne jest przedstawienie prawdy o sfotografowanej sytuacji. Każdy ma jednak inny punkt widzenia, ponadto fotograf tak komponuje swoje kadry, aby były atrakcyjne. Moje pytanie zatem jest następujące: czy jest tutaj jakieś miejsce na kreację? Jak istotna jest prawda?

JM: Fotografia zawsze pokaże nagą prawdę, ale kreacja w pracy fotoreportera była. Gdy na przykład fotografowałem pokazy mody, to ustawiałem modelki w odpowiedni sposób. Często redakcja wysyłała fotografa z konkretnym zamówieniem. Trzeba było coś sfotografować tak i tak. Zdjęcia często były więc ustawiane, organizowane. Ale to było zależne od sytuacji. Dokumentowanie pracy na przykład górników, było oczywiście naturalne, tam nie było nic do ustawiania. Nawet nie było na ustawianie miejsca, bo bardzo często na przodek szło się na kolanach. Poza tym jak redakcja coś zlecała, to ja zawsze szukałem dodatkowo czystego dokumentu, który można było gdzieś wysłać do druku. Moje kadry przedrukowywane były nawet w prasie zachodniej.

KM: Patrząc przez szkło obiektywu fotograf, mimo bycia aktualnie w centrum akcji, staje się obserwatorem lekko na uboczu. Czy Panu zdarzyło się czasem opuścić aparat i włączyć w dokumentowana sytuację?

JM: Nigdy. Praca fotograficzna zawsze była najważniejsza. Zawsze patrzyłem na wydarzenia przez aparat.

KM: W tym miejscu muszę zapytać o etykę dziennikarska. Zdjęcie za wszelką cenę, czy istnieje granica?

JM: Nie, absolutnie nie. Jest granica. Jest ona w świństwach, czy się pokazuje kogoś w niewłaściwej sytuacji, czy wymyśla coś, czego nie było. W gazecie do popisu mieli graficy. Ziętek był bardzo gruby, Grudzień natomiast szczuplejszy od niego. Grafik zawsze wycinał Grudnia i naklejał na brzuch Ziętka. Ale to nie była moja interwencja, bo ja oddawałem zdjęcia i tylko to oglądałem w wydrukowanym materiale.

KM: Czy żałował Pan kiedykolwiek opublikowanego zdjęcia? Które na przykład zostało zupełnie inaczej odebrane, lub w niezamierzony sposób pokazało jakąś sytuację?

JM: Żałowałem. Pracując w “Co dalej” razem z dziennikarzem byłem w Częstochowie i robiliśmy materiał jak to pięknie tam jest. Ale Częstochowa w tym czasie przodowała w naszym województwie pod względem ilości picia alkoholu. Po robocie poszliśmy do restauracji na obiad. Naprzeciw, przy stoliku siedziały trzy panie. Starszy kolega, dziennikarz, poprosił mnie żebym zrobił im zdjęcie. Nie wiedziałem wtedy o co chodzi. Później się okazało, że one piły wódkę. Dziennikarz opublikował to zdjęcia z podpisem “Oto scenka pouczająca: Trzy kobiety, trzy kieliszki. Trzeba pomóc Polsce w spożyciu alkoholu”. Zostaliśmy za to oskarżeni o zniesławienie. Mnie uniewinnili, bo nie byłem do końca świadomy tego co fotografuję, kolega dostał trzy miesiące w zawieszeniu. I tego zdjęcia żałuję, później już nic takiego nie było.

KM: Konieczne jest również pytanie o cenzurę? Czy toczył Pan batalie o publikację materiału w takiej czy innej formie?

JM: Ja zdjęcia oddawałem do kierownictwa redakcji, oni już sami decydowali co publikować i ewentualnie o co walczyć. Nie można było oczywiście fotografować mostów, ujawniać miast, w których były jednostki wojskowe. Poza tym w politycznych sprawach były różne zarządzenia dotyczące podpisów, ale to tak jak mówię należało do redakcji.

KM: Mistrz śląskiej fotografii, śląski Cartier-Bresson – jak bardzo utożsamia się Pan z tymi przydomkami?

JM: Śląsk fotografowałem, bo na nim pracowałem. Fotografowałem i biedaków i przemysł, wszystko. Oczywiście jeździłem po całej Polsce, ale Śląsk zawsze był najważniejszy. Cartier-Bresson wziął się z Londynu. Anglicy nadali mi taki tytuł widząc moje zdjęcia. Dostawałem dyplomy uznania za fotografie Śląska. Brałem udział w światowych i polskich wystawach fotografii prasowej. Dostawałem wyróżnienia i nagrody na konkursach. W całej karierze zrobiłem ogromną ilość zdjęć, to chyba stąd te tytuły.

KM: Czy ktoś inspirował Pana w pracy fotograficznej?

JM: Nie, raczej nie. No jak zaczynałem fotografować, to ważny był dla mnie ojciec polskiej fotografii krajobrazowej – Bułhak – i ogólnie polscy fotograficy. Ja kończyłem Wyższy Kurs Fotografii Artystycznej, na podstawie tego kursu powstał Związek Polskich Artystów Fotografików, znałem więc całą plejadę fotografów. Na wykłady przyjeżdżali profesorowie z krakowskiej ASP – tam dużo się nauczyłem. Każdy z uczestników kursu przynosił swoje zdjęcia, więc dużo się też naoglądałem. Później należałem też do Towarzystwa Fotograficznego w Katowicach.

KM: W latach 80-tych Zofia Rydet obawiała się, że gdy odejdzie jej fotograficzne archiwum trafi na śmietnik, czy myślał Pan kiedykolwiek podobnie?

Józef Makal

JM: Niestety wszystkie negatywy w latach 90-tych mi skradziono. Całą szafę z negatywami, która stała w redakcji Dziennika, nawet prywatne negatywy z wyjazdów rodzinnych trzymane tam. Miałem przecież zdjęcia sprzed pracy w gazecie, cały Śląsk, Jurę, fotografie z wyjazdów po Polsce i po świecie. Wszystko zginęło. Byłem wtedy już na emeryturze, ale jeszcze z redakcją współpracowałem więc całe archiwum tam było. W trakcie remontu ktoś wyniósł moja szafę do piwnicy i negatywy zniknęły. W tej chwili posiadam część zdjęć, które się uratowały, ale tylko odbitki. W celu archiwizacji sprzedałem ostatnio trochę z nich do Muzeum Śląskiego. Może kiedyś skradzione zdjęcia ktoś pokaże. Ale moje dzieci znają moją fotografię, więc rozpoznają, jeśli wpadnie im to w ręce. Ja nie rozpoznam ich, bo już prawie nic nie widzę.

KM: Na koniec chciałbym żeby Pan ocenił obecną sytuację. W momencie gdy każdy ma aparat w telefonie i dokumentuje to, co dzieje się dookoła, redakcje rozwiązują umowy z fotoreporterami i publikują właśnie takie amatorskie zdjęcia.

JM: Dla mnie to jest jak strzelanie z karabinu maszynowego. Wszędzie są ludzie, którzy fotografują. Jeden przy tym myśli, a drugi wali bezmyślnie. Ale jeżeli zdjęcie amatorskie odpowiada chwili, bo człowiek znalazł się akurat w odpowiednim momencie, to rozumiem. Takie zdjęcie warto przedstawić. Ale nie jakieś migawki z ulicy. Absolutnie. Takich zdjęć to Makal robił setki, ale one trafiały do archiwum.

KM: Dziękuję Panu za wyczerpujące odpowiedzi.

JM: Dziękuję.

Całość: http://namasce.pl/wywiad-z-jozefem-makalem/

25-01-2014, 23:30

Dziennik Zachodni najbardziej opiniotwórczy. Nowy raport IMM. Dziękujemy  »

Dziennik Zachodni
Marek Twaróg
25-01-2014

Dobrymi wieściami zawsze warto dzielić się z przyjaciółmi. Tym razem dobre informacje nadeszły z Instytutu Monitorowania Mediów.

Najnowszy ranking Instytutu Monitorowania Mediów: DZ najczęściej cytowany wśród wszystkich mediów regionalnych w Polsce.

Najbardziej opiniotwórcze media regionalne

IMM to najważniejsza organizacja badająca opiniotwórczość polskich gazet, telewizji i rozgłośni radiowych. W najnowszym raporcie IMM – za grudzień 2013 roku – “”Dziennik Zachodni” znalazł się na pierwszym miejscu w kraju w kategorii “media regionalne”. To oznacza oczywiście, że także w województwie śląskim nie mamy konkurencji – jesteśmy cytowani częściej niż inne tytuły prasowe, ale też elektroniczne media publiczne.

W rankingu za DZ znalazł się krakowski “Dziennik Polski”, a także: poznańskie Radio Merkury, Radio Szczecin, Radio Gdańsk oraz “Głos Wielkopolski” z Poznania. To dla Państwa tak się staramy. Cieszymy się, jeśli nam wychodzi. Przy okazji: wybaczcie, gdy popełniamy błędy.

W imieniu zespołu DZ
Marek Twaróg, redaktor naczelny

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3306156,dziennik-zachodni-najbardziej-opiniotworczy-nowy-raport-imm-dziekujemy,id,t.html

25-01-2014, 12:41

TVP Białystok ma najwierniejszą widownię spośród regionalnych oddziałów  »

Press
(RUT)
25-01-2014

Po uruchomieniu kanału TVP Regionalna najchętniej oglądany program informacyjny spośród oddziałów Telewizji Polskiej to “Obiektyw” z TVP Białystok.

Z początkiem września ub.r. telewizja publiczna wprowadziła nową stację TVP Regionalna, do której z TVP Info przeniosły się pasma oddziałów regionalnych. Programy informacyjne wszystkich 16 regionalnych ośrodków nadal są nadawane w tym samym paśmie: codziennie od 18.30 do 19. Z danych Nielsen Audience Measurement za okres od 7 września 2013 roku do 19 stycznia br. wynika, że największą oglądalność w swoim regionie ma “Obiektyw” TVP Białystok – przyciąga co wieczór średnio 5,5 proc. mieszkańców woj. podlaskiego (oglądalność), co oznacza 13,7 proc. udziału w widowni telewizyjnej w tym regionie. Drugie miejsce zajmują “Aktualności” TVP Rzeszów, które ogląda średnio 2,6 proc. mieszkańców Podkarpackiego (7,4 proc. udziału w rynku w tym regionie). Jeszcze dwa serwisy regionalne mają oglądalność powyżej 2 proc.: “Panorama Lubelska” TVP Lublin, którą ogląda średnio 2,2 proc. mieszkańców Lubelskiego (6,3 proc. udziału w rynku w tym regionie) i “Panorama” TVP Gdańsk – 2,2 proc. (5,7 proc.).

Piąte miejsce zajmują “Zbliżenia” TVP Bydgoszcz z 1,6 proc. oglądalności w woj. kujawsko-pomorskim; w pierwszej dziesiątce znalazły się jeszcze: “Kronika” TVP Kraków – 1,3 proc., “Aktualności” TVP Katowice – 1,2 proc., “Fakty” TVP Wrocław – 1,1 proc., “Kurier Opolski” TVP Opole – 1,1 i “Informacje” TVP Olsztyn – 1 proc. Oglądalność pozostałych sześciu programów waha się od 0,5 do 0,9 proc.

Jeśli chodzi o bezwzględną liczbę widzów, oddziały z dużych województw (mazowieckie, śląskie) mają naturalną przewagę nad regionami z mniejszą liczbą ludności. Mimo to także w tej kategorii wygrywa “Obiektyw” TVP Białystok ze średnią widownią 60 tys. osób, przed programami TVP Rzeszów – średnio 52 tys. widzów i TVP Katowice – 50 tys.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/44124,TVP-Bialystok-ma-najwierniejsza-widownie-sposrod-regionalnych-oddzialow

24-01-2014, 17:59

Gugała: nie wchodzę w układy z politykami, ale śpiewać dla nich mogę  »

Press
(MW)
24-01-2014

Jarosław Gugała, prowadzący “Wydarzenia” Polsatu, nie wahałby się zaśpiewać na prywatnej imprezie szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego. Bo – jak twierdzi – pomimo tego, że śpiewa, w układy z politykami nie wchodzi.

Jarosław Gugała

Wczorajszy “Super Express” napisał, że kilka dni temu Gugała wystąpił z Zespołem Reprezentacyjnym na urodzinach żony ministra finansów Mateusza Szczurka. Dziennikarz Polsatu śpiewa w tym zespole od 30 lat. Zapewnia, że ministra Szczurka ani jego żony nie zna. Przyznaje, że zespół wziął za występ wynagrodzenie, bo koncert nie był gestem przyjaźni wobec polityka. – W układy z politykami nie wchodzę. O mojej etyce zawodowej świadczy moja praca – oświadcza Gugała. – Uważam, że wolno mi śpiewać piosenki. Gdyby Jarosław Kaczyński okazał się fanem Zespołu Reprezentacyjnego, też przyjąłbym od niego zaproszenie na prywatny występ. Nie zaśpiewałbym jednak dla żadnej partii politycznej – tłumaczy. I dodaje, że dwóch członków Zespołu Reprezentacyjnego to zawodowi muzycy, dla których koncerty są jedynym źródłem zarobku. – Dla moich kolegów koncerty to praca, muszą przecież płacić rachunki. Nie wystąpiliśmy zresztą na imprezie polityka, tylko jego żony – mówi Gugała.

- Nie rozumiem motywów, które kierowały Jarosławem Gugałą – komentuje medioznawca prof. Wiesław Godzic, który uważa występ dziennikarza Polsatu na zaproszenie ministra finansów za niefortunny pomysł. - Dziennikarze powinni mieć jak najmniej pozazawodowych kontaktów z politykami. Nie jest przecież tak, że dziennikarz do godziny 16 uprawia swój zawód, a potem jest już tylko muzykiem – stwierdza prof. Godzic.

Zdziwiony jest też Andrzej Morozowski, dziennikarz TVN 24: – Dziennikarze nie powinni przyjmować prywatnych zaproszeń. Dla wpływowych osób może być to sposób dotarcia do mediów. Może się zdarzyć, że zapraszającą osobą jest gangster, a dziennikarz przyjmujący od niego zlecenie na występ o tym nie wie – ostrzega. Pracująca w TVN Katarzyna Kolenda-Zaleska w ocenie występu Gugały jest ostrożna: – Uważam Jarosława Gugałę za bardzo dobrego dziennikarza. Nie potępiam go, ale jednak przyjęcie zaproszenia od polityka było ryzykowne. 

Roman Osica, dziennikarz polityczny RMF FM, który od dziewięciu lat gra w zespole poprockowym Poparzeni Kawą Trzy, nie chce oceniać decyzji Gugały. Zaznacza jednak: – Nasz zespół nigdy nie przyjmuje zaproszeń od polityków. Jako dziennikarze nie chcemy, żeby nas z nimi kojarzono i zarzucano brak zawodowej etyki. 

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/44122,Gugala_-nie-wchodze-w-uklady-z-politykami_-ale-spiewac-dla-nich-moge