Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

17-03-2014, 08:56

Najlepsze okładki gazet na start!  »

Press
Michał Kwietniewski
18-03-2014

Rusza Konkurs GrandFront 2013 na najlepsze okładki prasowe

GrandFront

Rozpoczął się XII Konkurs Izby Wydawców Prasy na Prasową Okładkę Roku. W Konkursie rywalizują ze sobą zarówno najciekawsze okładki i “jedynki” gazet drukowanych, jak i elektroniczne wydania czasopism.Statuetka GrandFront powędruje w ręce twórców najlepszej okładki opublikowanej w polskiej prasie w 2013 roku. Prace można zgłaszać do 31 marca.

Do udziału w zapraszamy wydawców, redaktorów gazet i czasopism, a także twórców grafiki prasowej. Nagrodą GrandFront wyróżniona zostanie najlepsza strona tytułowa w polskiej prasie. Laureatów wytypuje Jury, w którym zasiadają uznani twórcy grafiki prasowej. Zwycięzcy poszczególnych kategorii tematycznych zostaną uhonorowani nagrodami ArtFront.Jury będzie miało również możliwość przyznania Nagrody Specjalnej za szczególne osiągnięcia artystyczne i edytorskie, które w innowacyjny oraz kreatywny sposób łączą tekst, ideę i rozwiązania graficzne.

Po raz drugi w Konkursie przyznane zostaną specjalne nagrody dla wydań elektronicznych gazet i czasopism. Izba Wydawców Prasy podkreśla w ten sposób dynamikę polskiego rynku medialnego oraz zachodzące w nim procesy digitalizacji prasy. Statuetką ClickFront uhonorowany zostanie najlepszy prasowy portal gazetowy, zaś nagrodą TouchFront – najlepsza publikacja przeznaczona na urządzenia mobilne.

W Konkursie uczestniczyć mogą wszystkie redakcje pism drukowanych, których tytuły, zgodnie z datą wydawniczą, ukazały się w 2013 roku oraz posiadają własny numer ISSN. Wydania elektroniczne zgłaszać mogą redakcje, których tytuły obecne były na rynku w 2013 roku i posiadają numer ISSN. Termin zgłaszania prac konkursowych upływa 31 marca 2014 roku. Udział w Konkursie jest bezpłatny.

Wszelkie informacje dotyczące Konkursu znaleźć można w poszczególnych zakładkach.

Rozstrzygnięcie Konkursu oraz wręczenie nagród nastąpi 26 maja 2014 roku, podczas uroczystej Gali Finałowej w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

Prace do Konkursu można zgłaszać w ośmiu kategoriach dla prasy drukowanej:

- dzienniki,

- czasopisma lokalne (o zasięgu poniżej województwa),

- czasopisma opinii,

- magazyny wielotematyczne,

- popularne czasopisma poradnicze dla kobiet,

- czasopisma branżowe,

- czasopisma hobbystyczne,

- magazyny offowe.

Wydania elektroniczne rywalizować będą w dwóch kategoriach:

- portale gazetowe,

- gazety i czasopisma na urządzenia mobilne.

Organizowany już po raz dwunasty Konkurs to najbardziej prestiżowe polskie wyróżnienie dla twórców grafiki prasowej. Jest miejscem prezentacji najbardziej twórczych, pomysłowych i profesjonalnie przygotowanych okładek gazet i czasopism, a statuetki GrandFront i ArtFront są znakiem wyróżniającym najlepsze osiągnięcia związane z opracowaniem graficznym prasy oraz wysoką jakością rozwiązań edytorskich.

Konkurs patronatem objął Pan Bogdan Zdrojewski – Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współorganizatorem Konkursu jest Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Tradycyjnie wydarzenie wspierają firmy działające na rzecz polskiego rynku prasowego, takie jak: Empik, Polska Agencja Prasowa, QuadGraphincs oraz ZAIKS, a także Wydawcy Prasy, wśród których są: Agora SA, Burda Media Polska, Gremi Media, Media Regionalne, Murator SA, Spółka Polityka, Grupa Wydawnicza Polskapresse oraz Ringier Axel Springer Polska. Patronami medialnymi są Telewizja Polska, Polskie Radio, Society for News Design oraz miesięcznik Press.

Więcej informacji o Konkursie znaleźć można na stronie internetowej: www.grandfront.pl.
Kontakt:
Michał Kwietniewski
PRIMUM Public Relations
tel. 22 690 67 49
e-mail: grandfront@primum.pl

Całość: www.grandfront.pl

16-03-2014, 13:12

Właściciel telewizji Silesia kandyduje do Parlamentu Europejskiego  »

Gazeta.pl Katowice
pj, pap
16-03-2014

Arkadiusz Hołda

Arkadiusz Hołda, przedsiębiorca oraz właściciel telewizji TVS, wystartuje w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jest kandydatem PSL.

Arkadiusz Hołda zajął ósme miejsce na liście. Jej liderem jest szef śląskiego PSL i członek zarządu województwa śląskiego Stanisław Dąbrowa.

Drugie miejsce na liście zajęła wiceprezes zarządu śląskiego partii Aleksandra Banasiak, a trzecie Danuta Kożusznik ze Związku Rolników, Kółek i Organizacji Rolniczych.

Kolejne miejsca na liście zajęli: przewodnicząca Okręgowej Rady Pielęgniarek i Położnych w Katowicach Mariola Bartusek, dyrektor Śląskiego Zarządu Melioracji i Urządzeń Wodnych w Katowicach Joanna Ślusarczyk, wicewojewoda śląski Andrzej Pilot, Mirosław Szemla z zarządu wojewódzkiego PSL, przedsiębiorca Bronisław Karasek i poseł Artur Bramora, wcześniej związany z ówczesnym Ruchem Palikota.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35063,15631530,Wlasciciel_telewizji_Silesia_kandyduje_do_Parlamentu.html#ixzz2w8vFWWsa

15-03-2014, 17:40

Mariusz Szczygieł: reporter nie może być przemądrzały  »

Onet.pl
Aleksandra Parzyszek, (JM)
15-03-2014

Jak zmieniał się reportaż na przestrzeni stu lat? Jaki wpływ na niego ma telewizja i internet? Czy ma szansę przetrwać w dobie kultury obrazkowej? O tym, w rozmowie z Onetem mówi reporter Mariusz Szczygieł, redaktor “Antologii polskiego reportażu XX wieku”. Książka prawie dwa tygodnie po premierze jest już bestsellerem.

“Antologia polskiego reportażu XX wieku” to dwa opasłe tomy, ponad 1800 stron, wypełnionych tekstami takich autorów jak Janusz Korczak, Zofia Nałkowska, Jerzy Urban, Jacek Hugo-Bader i Wojciech Jagielski. To sto najciekawszych, najlepszych i najgłośniejszych polskich reportaży opublikowanych pomiędzy 1901 a 2000 rokiem.

Mariusz Szczygieł

Re­dak­tor­ską opie­kę nad zbio­rem peł­nił Ma­riusz Szczy­gieł, re­por­ter, który przy­zna­je, że nie ku­pu­je już gazet, czyta ko­men­ta­rze pod swo­imi tek­sta­mi, lubi me­ry­to­rycz­ną kry­ty­kę, ale jeśli ktoś “chce po pro­stu pu­ścić pawia”,  to “usuwa się, bo nie chce być obrzy­ga­ny”.

Alek­san­dra Pa­rzy­szek: W An­to­lo­gii nie ma Pana tek­stu. Dla­cze­go?

Ma­riusz Szczy­gieł: Nie ma, bo po pierw­sze uwa­żam się za re­por­te­ra XXI wieku, a po dru­gie naj­lep­sze moje tek­sty z XX wieku były w an­to­lo­gii “20 lat nowej Pol­ski w re­por­ta­żach we­dług Ma­riu­sza Szczy­gła”. Jed­nak naj­po­waż­niej­szy powód jest taki, że te 100 roz­dzia­łów to i tak było duże ogra­ni­cze­nie. Mam na­to­miast na­dzie­ję, że wyj­dzie w przy­szło­ści trze­ci tom, bo jesz­cze mi­ni­mum 118 waż­nych re­por­te­rów w tej an­to­lo­gii się nie zmie­ści­ło. I przy­kro mi z tego po­wo­du.

Chyba jest pan za skrom­ny. Na­le­ży pan jed­nak do świa­ta re­por­te­rów XX wieku i od­ci­snął pan w nim dość trwa­ły ślad.

Szko­da by było tego miej­sca dla mnie. Na­praw­dę. Na­pi­sa­łem do tego zbio­ru 100 tek­sów, które są wstę­pa­mi do po­szcze­gól­nych re­por­ta­ży i to wy­star­czy. Nie chciał­bym zaj­mo­wać tego jed­ne­go miej­sca, które inny war­to­ścio­wy autor mógł zająć. Szczy­gieł… to by­ło­by ja­kieś takie oczy­wi­ste… Uwa­żam, że nie po­win­no mnie tam być.

We wstę­pie do jed­ne­go z re­por­ta­ży z po­cząt­ku wieku pisze pan, że język, jakim się wtedy pi­sa­ło był pa­te­tycz­ny, na­sy­co­ny epi­te­ta­mi, bar­dzo ob­ra­zo­wy. To czasy, kiedy nie było zdjęć, te­le­wi­zji, wszyst­ko trze­ba było “po­ka­zać” sło­wem. Dziś mamy kul­tu­rę ob­raz­ko­wą, re­por­taż się utrzy­mu­je, ale do­sto­so­wu­je język do tego, do czego nas przy­zwy­cza­iły media ob­raz­ko­we. Jest szyb­ki, ostry. Zda­nia są krót­kie, do­sad­ne. Czę­sto wul­gar­ne.

Wło­dzi­mierz Nowak roz­po­czy­na jeden ze swo­ich re­por­ta­ży z końca lat 90. zda­niem “Słu­bi­ce to zło­dziej­skie i ku­rew­skie mia­sto”. Wcze­śniej nikt by tak nie na­pi­sał. Myślę, że język się roz­wi­ja i pewne słowa ła­god­nie­ją. Kie­dyś po­wie­dze­nie, że “mam baj­zel w domu” było nie­do­pusz­czal­ne, na­to­miast dziś wiele osób mówi to swo­bod­nie. A baj­zel to było wul­gar­ne okre­śle­nie domu pu­blicz­ne­go. Poza tym, re­por­taż od­zwier­cie­dla rze­czy­wi­stość i jeśli ktoś sobie życzy pi­sa­nia drob­no­miesz­czań­skie­go, to re­por­taż nie jest dla niego. Cza­sa­mi to wul­gar­ne słowo naj­le­piej od­da­je rze­czy­wi­stość. Dla­te­go na przy­kład to pierw­sze zda­nie No­wa­ka bar­dzo mi się po­do­ba. Zwłasz­cza, że tekst jest o tym, że pewna pol­ska ro­dzi­na bu­du­je dom pu­blicz­ny, bo tak chce za­ro­bić na Niem­cach. Na pewno te­le­wi­zja spra­wi­ła, że znamy już świat do­brze i re­por­ter nie musi tak wszyst­kie­go do­kład­nie opi­sy­wać. Wtedy lu­dzie nie po­dró­żo­wa­li tak czę­sto, nie znali do­kład­nie świa­ta, były tylko ga­ze­ty. A prze­cież w ga­ze­tach na po­cząt­ku XX wieku nie było zdjęć, na przy­kład w “Ty­go­dni­ku Ilu­stro­wa­nym” były tylko drze­wo­ry­ty, ry­ci­ny.

Poza tym, wszy­scy my, czy­tel­ni­cy i użyt­kow­ni­cy Onetu także, uwa­ża­my się za ludzi in­te­li­gent­nych, zo­rien­to­wa­nych w tym, co się dzie­je. Bie­rze­my udział w tak zwa­nej de­ba­cie pu­blicz­nej, ko­men­tu­jąc wszyst­ko na fo­rach, na fa­ce­bo­oku. Je­ste­śmy już wszy­scy dosyć cwani, znamy się na róż­nych te­ma­tach i  związ­ku z tym dzi­siaj pisać do nas trze­ba ina­czej niż kie­dyś. Daw­niej autor mógł sobie po­zwo­lić na dy­dak­tyzm, mo­ra­li­zo­wa­nie, na mó­wie­nie “Drogi czy­tel­ni­ku, na pewno teraz za­sta­na­wiasz się, czy to jest do­brze, czy to jest źle, że pani Ko­wal­ska tak po­stą­pi­ła. Weź pod uwagę, że pani Ko­wal­ska miała swoje ar­gu­men­ty, a pan Ko­wal­ski miał swoje. Teraz każdy z nas w swoim duchu musi roz­są­dzić, kto ma racje”. Tak się dziś nie pisze, bo nie ma ta­kiej po­trze­by. Dziś, czy­ta­jąc tekst, mamy swoje zda­nie.

A cza­sa­mi nawet wiemy wię­cej,niż dzien­ni­karz. Je­ste­śmy mą­drzej­si.

Oczy­wi­ście! Prze­waż­nie za­uwa­żam, że czy­tel­ni­cy, zwłasz­cza w po­stach pod tek­stem, uwa­ża­ją, że są mą­drzej­si…. A pro­pos. Po­sta­wa re­por­te­ra, we­dług mnie, po­le­ga na tym, żeby nie być mą­drzej­szym od swo­je­go roz­mów­cy. Ow­szem, jako re­por­ter mogę wi­dzieć roz­mów­cę z lotu ptaka, mogę się unieść nad nim i wi­dzieć go w całej oka­za­ło­ści, per­spek­ty­wie, ale nigdy nie za­cho­wu­ję się jak mą­drzej­szy i nie piszę, jak mą­drzej­szy od niego. Jak przy­cho­dzę na roz­mo­wę z moim bo­ha­te­rem, to sia­dam na tej samej ła­wecz­ce, co on. Nie sie­dzę wyżej. Je­stem wtedy razem z nim, sta­ram się go zro­zu­mieć. Prze­mą­drza­łość nie jest dobra w re­por­ta­żu i re­por­ter nie może być prze­mą­drza­ły. Re­por­ter nie może przy­cho­dzić, zna­jąc od­po­wie­dzi na wszyst­kie py­ta­nia.

Ta za­sa­da chyba po­win­na do­ty­czyć dzien­ni­kar­stwa jako ta­kie­go.

Ale bar­dzo wielu dzien­ni­ka­rzy od razu ma tezę, a nie hi­po­te­zę. Czę­sto roz­ma­wiam ze stu­den­ta­mi i gdy po­ja­wia się jakiś temat spo­łecz­ny, za­uwa­żam, że two­rzą się dwie grupy. Jedni mówią: “No tak, oczy­wi­ście, to bę­dzie tak i tak”. “Nie no, to jest głu­po­ta, ja bym w ogóle tego nie za­czy­nał, co za głu­po­ty wy­ga­du­je­cie”, “Uwa­żam, że jest zu­peł­nie ina­czej. “Trze­ba to zro­bić tak i tak”. Po tych re­ak­cjach od razu widać, że to są pu­bli­cy­ści. Oni znają od­po­wie­dzi, mają swoje re­cep­ty. A w tej dru­giej gru­pie są ci, któ­rzy mówią: “Warto by się do­wie­dzieć, co o tym myślą tacy a tacy”, “Można by spy­tać, jak to było”. I to są wła­śnie re­por­te­rzy.  Mam na­dzie­ję, że do końca życia też będę czło­wie­kiem, który za­da­je py­ta­nia.

Jesz­cze kilka lat temu mó­wi­ło się, że re­por­taż umie­ra. Teraz prze­cho­dzi on trans­for­ma­cję z ga­tun­ku dzien­ni­kar­skie­go na ga­tu­nek li­te­rac­ki. Za­uwa­ży­łam jed­nak, że dla dzien­ni­ka­rzy, szcze­gól­nie mło­dych, re­por­taż dalej jest ga­tun­kiem z pre­sti­żem, a to nie­sie pewne nie­bez­pie­czeń­stwo. Coraz czę­ściej każda dłuż­sza hi­sto­ria, więk­szy tekst który opi­su­je jakiś pro­blem spo­łecz­ny okre­śla się mia­nem re­por­ta­żu. Nie razi to pana?

Nie prze­szka­dza mi to. Są re­por­ta­że i re­por­ta­ży­ki. Warto na­to­miast opi­sy­wać świat, bo nadal po­trzeb­na jest roz­mo­wa. Czy to jest re­por­taż, czy re­por­ta­żyk, to za­wsze jest w nich ele­ment roz­mo­wy i kon­tak­tu. Oczy­wi­ście, ważne jest dla re­por­te­ra, żeby swo­ich bo­ha­te­rów nie trak­to­wać po­wierz­chow­nie i zdaw­ko­wo. Żeby im po­świę­cić czas. Re­por­ter jed­nak musi mieć dla roz­mów­cy czas.

Roz­mów­ca tez musi mieć czas, żeby się otwo­rzyć.

Oczy­wi­ście. I bo­ha­ter mo­je­go re­por­ta­żu musi wi­dzieć, że ja się nie spie­szę. Cza­sa­mi mogę nie skoń­czyć tek­stu na czas, mogę do­pła­cić do de­le­ga­cji, ale wolę pobyć gdzieś dłu­żej, żeby ze­brać ma­te­riał po­rząd­nie. Żebym miał po­czu­cie, że zro­bi­łem wszyst­ko, co mo­głem zro­bić, a roz­mów­ca, żeby czuł, że na­praw­dę zo­stał wy­słu­cha­ny. Z tego może być potem jeden aka­pit, to nie ma zna­cze­nia. Ważne, że ja mam wszyst­ko, czego się mo­głem do­wie­dzieć. Re­por­ter po pro­stu musi mieć po­czu­cie, że ze­brał wszyst­ko, co miał ze­brać. Jeśli nie mam tej pew­no­ści, nie sia­dam do pi­sa­nia tek­stu.

W książ­ce “Nie­dzie­la, która zda­rzy­ła się w środę” mam re­por­taż “Po­czet po­krzyw­dzo­nych w III RP”. To jest opo­wieść o lu­dziach, któ­rzy zo­sta­li skrzyw­dze­ni przez nowy ustrój. Jedną z po­sta­ci jest pani He­le­na Za­mor­ska z Wro­cła­wia, star­sza osoba, którą za­nie­po­ko­ił numer pesel w do­wo­dzie. Ktoś jej wsta­wił pie­cząt­kę z tym dziw­nym nu­me­rem i nikt w urzę­dzie nie umiał jej wy­tłu­ma­czyć, co ozna­cza ten PESEL. Byłem u tej pani, opo­wie­dzia­ła mi o całym swoim życiu. Z tego po­wsta­ła ma­leń­ka opo­wieść o sa­mot­no­ści, która ma może ze 30 zdań, ale żeby to ze­brać, spę­dzi­łem z tą ko­bie­tą cały dzień. Myślę, że nic mi nie umknę­ło, a wy­ko­rzy­sta­łem to, co moim zda­niem było naj­istot­niej­sze: jej sa­mot­ność i ra­dość z tego, że o ta­kiej sa­mot­nej ko­bie­cie jak ona już nikt nie pa­mię­ta, to jed­nak cen­tral­ny kom­pu­ter, w któ­rym jest jej numer PESEL, ma ją za­pi­sa­ną, i ma ją na uwa­dze. Była z tego po­wo­du taka szczę­śli­wa.

A ile czasu za­ję­ło panu ze­bra­nie wszyst­kich tek­stów, które są w an­to­lo­gii? Mu­sia­ła to być ogrom­na praca, szcze­gól­nie że trze­ba było do­trzeć do tek­stów sprzed II wojny świa­to­wej, a nawet do tych z po­cząt­ku wieku.

Nie­dłu­go. Sześć mie­się­cy. Trze­ba jed­nak wziąć pod uwagę, że nie ro­bi­łem tego sam. Mia­łem współ­pra­cow­ni­cę Ju­lian­nę Jonek, która ze mną te tek­sty czy­ta­ła i do nich do­cie­ra­ła. Mie­li­śmy też uła­twio­ne za­da­nie, bo nasza rada pro­gra­mo­wa – Hanna Krall, Elż­bie­ta Sa­wic­ka, Mał­go­rza­ta Szej­nert i prof. Ka­zi­mierz Wol­ny-Zmo­rzyń­ski  - dała nam około 350 typów, więc nie szu­ka­li­śmy po omac­ku. Wy­cią­ga­łem też z wła­snej pa­mię­ci takie re­por­ta­że, które na mnie ro­bi­ły wra­że­nie, jako na chłop­cu, potem jako na mło­dzień­cu, a na końcu już jako na dzien­ni­ka­rzu. Bar­dzo różne tek­sty pod­sy­ła­li też nam inni re­por­te­rzy, także ci, któ­rzy są w an­to­lo­gii. Dzię­ki temu po­zna­łem też au­to­rów, o któ­rych wcze­śniej nie mia­łem po­ję­cia. Re­por­ter­ka Agniesz­ka Wró­blew­ska przy­po­mnia­ła mi, że ist­nia­ła re­por­ter­ka, która na­zy­wa­ła się Kry­sty­na Ja­gieł­ło. Za­czą­łem czy­tać jej re­por­ta­że, a kiedy jesz­cze do­wie­dzia­łem się, że jej ideą było pi­sa­nie o rze­czach ba­nal­nych i sza­rych, by w nich zna­leźć coś barw­ne­go, to po­my­śla­łem, że musi w tym zbio­rze być ta “wy­ci­skar­ka sza­ro­ści”.

Prze­czy­tał pan te wszyst­kie kan­dy­du­ją­ce tek­sty w ca­ło­ści?

Nie mam w sobie ta­kiej pil­no­ści na­ukow­ca, który musi prze­czy­tać cały tekst, mimo że już przy trze­cim aka­pi­cie wie, że to jed­nak nie jest to. Mu­sia­ło mnie coś zła­pać, uwieść, więc nie mę­czy­łem się nad tek­sta­mi, które mnie nu­dzi­ły. Nie czy­ta­łem ich do końca, po pro­stu albo od po­cząt­ku coś mnie chwy­ci­ło, albo nie. Czy­ta­łem jak taki de­gu­sta­tor, który pod­cho­dzi do szwedz­kie­go stołu i może spró­bo­wać tego, tro­chę tam­te­go i na­kła­da na ta­lerz, jak chce i co chce.

I zmie­niał pan te tek­sty? To ra­czej nie jest ma­te­riał do szy­cia, który można prze­fa­stry­go­wać, zmie­nić, tu spruć, tam zszyć. To są re­por­ta­że, któ­rych chyba nie po­win­no się zmie­niać, w treść któ­rych nie po­win­no się in­ge­ro­wać, ze wzglę­du cho­ciaż­by na ich  hi­sto­rycz­ną war­tość.

No, cza­sa­mi się pli­skę zro­bi­ło, albo na­stą­pi­ło zwę­że­nie po­przez za­szczep­ki, czy wy­cię­cie ka­wał­ka ma­te­ria­łu. Ro­bi­li­śmy to, bo nie­któ­re tek­sty były tak dłu­gie, że by się nie zmie­ści­ły. Dzię­ki temu stały się też bar­dziej atrak­cyj­ne dla współ­cze­sne­go czy­tel­ni­ka. Oczy­wi­ście, jest mnó­stwo tek­stów, które po­zo­sta­ły nie­zmie­nio­ne i są w ory­gi­nal­nej for­mie, na­to­miast cza­sa­mi trze­ba było skra­cać. Tekst An­drze­ja Bar­to­sza z roku 1990 miał w ory­gi­na­le 70 stron ma­szy­no­pi­su. Był dru­ko­wa­ny w mie­sięcz­ni­ku “Kon­tra­sty” na wielu ko­lum­nach, w dwóch nu­me­rach. Trze­ba było go skró­cić. Z kolei Mał­go­rza­ta Szej­nert sama sobie skró­ci­ła tekst na naszą proś­bę. Cza­sa­mi trze­ba było zro­bić skrót całej książ­ki, tak jak w przy­pad­ku Wie­sła­wa Łuki. Jego książ­ka “Nie oświad­czam się” to hi­sto­ria zu­peł­nie nie­praw­do­po­dob­na, która miała miej­sce pod ko­niec lat 70. we wsi Po­ła­niec. W obec­no­ści pra­wie całej wsi za­bi­to ro­dzi­nę, w tym ko­bie­tę w ciąży. Kilka osób roz­je­cha­ło tę ro­dzi­nę au­to­bu­sem PKS-u za kra­dzież kieł­ba­sy. Wszyst­ko to się dzia­ło w Noc Wi­gi­lij­ną, po pa­ster­ce. Wie­sław Łuka na­pi­sał o tym wstrzą­sa­ją­cą książ­kę. To – moim zda­niem – jedna z naj­waż­niej­szych ksią­żek o Pol­sce, nie­ste­ty, książ­ka za­po­mnia­na. Chcie­li­śmy po­ka­zać tę hi­sto­rię w ca­ło­ści. W związ­ku z tym, Julia Jonek wy­bra­ła frag­men­ty z książ­ki, i po­łą­czy­ła je tak, żeby ukła­da­ły się w czy­tel­ną ca­łość. An­to­lo­gia ma ponad 1800 stron, jest dosyć po­kaź­na, musi być więc straw­na.

I przy­po­mi­na tek­sty, któ­rych przez lata ni­g­dzie nie można było prze­czy­tać. Ale jakby od­nieść je do współ­cze­sno­ści, do XXI wieku, to oka­zu­je się, że wiele pro­ble­mów jest ak­tu­al­nych. Ow­szem, ży­je­my w innej rze­czy­wi­stość, ale dy­le­ma­ty są bar­dzo po­dob­ne.

Oczy­wi­ście! Weźmy re­por­taż Kor­cza­ka o nędzy war­szaw­skiej. Idzie do bied­nych, roz­ma­wia z nimi, ob­ser­wu­je ich, a jed­no­cze­śnie pisze jak po­ma­gać i jak nie po­ma­gać. Te rady są no­wo­cze­sne, ak­tu­al­ne dzi­siaj. Jak choć­by ta, żeby nie dawać że­brzą­cym na ulicy pie­nię­dzy, tylko po­ma­gać w spo­sób sys­te­mo­wy, za­przy­jaź­nić się z bied­ną ro­dzi­ną, kupić jej po­trzeb­ne rze­czy, a przede wszyst­kim ga­ze­ty i książ­ki, po­znać tę ro­dzi­nę, od­wie­dzać ją.

Nie­któ­re tek­sty czyta się dziś świet­nie. Tak jak re­por­taż Je­rze­go Urba­na, z 1957 roku “Pa­mięt­nik swata”. To jest re­por­taż in­sce­ni­za­cyj­ny, kre­acyj­ny i Urban robi w nim rzecz nie­sa­mo­wi­tą: wy­my­śla fał­szy­we biuro ma­try­mo­nial­ne. W Ho­te­lu Fran­cu­skim przyj­mu­je panie kra­ko­wian­ki, które szu­ka­ją męża. Chce spraw­dzić, ja­kie­go typu męż­czyź­ni są po­żą­da­ni. I oka­zu­je się, że po­żą­da­nym jest oczy­wi­ście męż­czy­zna wy­kształ­co­ny, do­brze za­ra­bia­ją­cy, ale jed­no­cze­śnie po­świę­ca­ją­cy czas ro­dzi­nie i naj­le­piej, żeby to był cu­dzo­zie­miec. To temat, jak na tamte czasy re­wo­lu­cyj­ny. Po pierw­sze re­por­ter udaje, tego wcze­śniej nikt nie robił. Urban jest przy oka­zji, nie­ste­ty, zło­śli­wy wobec tych ko­biet, a w ostat­nim zda­niu pisze, że już szuka praw­ni­ka, na wy­pa­dek, gdyby go ktoś chciał po­zwać. Ten tekst to wyłom, dla­te­go że wcze­śniej się zaj­mo­wa­no tylko spo­łe­czeń­stwem, so­cja­li­zmem i pań­stwem. Re­por­ta­że wtedy mó­wi­ły o tym, co ważne dla czło­wie­ka jako cząst­ki wiel­kiej zbio­ro­wo­ści. Nikt się nie zaj­mo­wał szczę­ściem in­dy­wi­du­al­nym. I Urban nagle chce spraw­dzić, o czym marzą ko­bie­ty!

Nie­któ­rzy mó­wi­li mi: “Urba­na da­jesz do an­to­lo­gii, tego strasz­ne­go go­ścia, który był rzecz­ni­kiem pra­so­wym Ja­ru­zel­skie­go i au­to­ry­zo­wał stan wo­jen­ny!?” Ja ze wszyst­kim się zga­dzam, ale to był kie­dyś bar­dzo dobry re­por­ter, a w tej an­to­lo­gii nie jest ważne, kto skąd po­cho­dzi, nie są ważne sym­pa­tie po­li­tycz­ne. Naj­waż­niej­szy był tekst i war­tość, którą on za sobą nie­sie, czyli czy mówi o czymś, co dla nas dziś może być cie­ka­we i ważne, i czy ten tekst jest ilu­stra­cją swo­jej epoki, swo­ich cza­sów.

Dziś re­por­taż funk­cjo­nu­je głów­nie w ga­ze­tach pa­pie­ro­wych i to w kilku ty­tu­łach. W in­tre­ne­cie jed­nak tego typu dłu­gie tek­sty się nie spraw­dza­ją. In­ter­nau­ci chcą szyb­kie­go newsa. Wiele gazet nawet re­zy­gnu­je z wydań pa­pie­ro­wych, prze­cho­dząc cał­ko­wi­cie do in­ter­ne­tu, tak jak to miało miej­sce z ame­ry­kań­skim “New­swe­ekiem”.

Ale już wró­cił do pa­pie­ru! Szcze­rze mó­wiąc, też już nie ku­pu­ję pa­pie­ro­wych gazet. Ku­pi­łem ta­blet i mam e-wy­da­nia dzien­ni­ków i ty­go­dni­ków. Nie widzę w tym nic złego, a nawet uwa­żam, że to jest wspa­nia­łe. Mam w domu ogrom­ną bi­blio­te­kę, a jed­no­cze­śnie mam czyt­nik, z któ­rym po­dró­żu­ję. Jedno nie prze­szka­dza dru­gie­mu. Mó­wi­ło się, że radio za­bi­je kon­cer­ty. Nie za­bi­ło. Potem mó­wi­ło się, że te­le­wi­zja za­bi­je radio. Nie za­bi­ła. Były też takie dys­ku­sje, że re­por­taż za­bi­je po­wieść. Nie zabił. W związ­ku z tym, nie je­stem pe­sy­mi­stą. Jak od­bie­ra­łem na­gro­dę “Dzien­ni­karz Roku”, to po­wie­dzia­łem: “Nie bę­dzie gazet pa­pie­ro­wych? Ja się do­sto­su­ję. Nie będę miał gdzie pisać, będę pisał na pło­tach”. Takim je­stem typem. Jeśli trze­ba bę­dzie pisać re­por­ta­że, które będą umia­ły od­po­wia­dać na wraż­li­wość czy­tel­ni­ka in­ter­ne­tu, to będę je pisał. Świat się zmie­nia i co tu pro­te­sto­wać. Jeśli mamy war­to­ści, to za­wsze mamy szan­se wpleść je w nowe oko­licz­no­ści. Nie prze­szka­dza mi, że mój re­por­taż bę­dzie dzie­lo­ny na 118 czę­ści, bo trze­ba zro­bić 118 od­słon. Jak ktoś to bę­dzie chciał prze­czy­tać, to prze­czy­ta.

Dłu­gość tek­stu w in­tre­ne­cie ma jed­nak ko­lo­sal­ne zna­cze­nie.

Ale jed­no­cze­śnie są książ­ki i ci co chcą, to czy­ta­ją. No, nie można się bić z wia­trem. Wy­da­je mi się na­to­miast, że in­ter­net jest świet­nym me­dium do pro­mo­wa­nia ksią­żek. Czę­sto re­cen­zen­ci in­ter­ne­to­wi piszą o wiele cie­kaw­sze re­cen­zje niż re­cen­zen­ci prasy pa­pie­ro­wej. Czy­tam je, cza­sa­mi się do­pi­su­ję, za­bie­ram głos w dys­ku­sji. I to jest świet­ne, że mogę wejść na jakiś blog i jako autor książ­ki mogę na­pi­sać, że dzię­ku­ję za miłe słowa, albo wejść w po­le­mi­kę z kry­tycz­ną opi­nią.

Carlo Ponti, pro­du­cent fil­mo­wy i mąż So­phii Loren po­wie­dział kie­dyś, że “te­le­wi­zja robi rze­czy strasz­ne, ale bez niej by­li­by­śmy ślepi i głusi”. I to samo można po­wie­dzieć o in­ter­ne­cie.

A czyta pan ko­men­ta­rze pod swo­imi tek­sta­mi?

Czy­tam. Są por­ta­le, gdzie ko­men­ta­rze są in­te­li­gent­ne, me­ry­to­rycz­ne, ale są też por­ta­le bar­dziej “pop”, gdzie po­ja­wia­ją się wpisy typu “nie cier­pię tego de­bi­la”. Ale mnie to nie do­ty­ka, spły­wa po mnie. Ta­ki­mi ko­men­ta­rza­mi się nie przej­mu­ję, bo nie uwa­żam się za de­bi­la, a prze­cież lu­dzie są różni i różne fru­stra­cje wy­ła­do­wu­ją w ten spo­sób. Zda­rza się też dość czę­sto, że ktoś ko­men­tu­je moje re­por­ta­że, choć ich nie prze­czy­tał. Na przy­kład za­rzu­ca mi, że ty­tu­łem “Got­tland” ob­ra­żam Cze­chów i dla­te­go Czesi mnie nie lubią. A w Cze­chach ta książ­ka przez sie­dem lat miała 19 wydań, po­wsta­ją spek­ta­kle i filmy na jej pod­sta­wie, a nawet do­sta­łem za tę książ­kę na­gro­dę od rządu cze­skie­go. Jeśli ktoś pisze nie­me­ry­to­rycz­nie i chce po pro­stu pu­ścić na mnie pawia, no to ja się usu­wam, bo nie chcę być obrzy­ga­ny.

Ma pan za to wspar­cie i od czy­tel­ni­ków, od któ­rych do­sta­je pan listy, i od stu­den­tów, bo przy­zna­ją panu swoje na­gro­dy – Me­dia­to­ry, i od bran­ży, która cho­ciaż­by ostat­nio za re­por­taż “Ślicz­ny i po­słusz­ny” o na­uczy­ciel­ce dzie­cio­bój­czy­ni, przy­zna­ła panu tytuł Dzien­ni­ka­rza Roku.

Kiedy ktoś na ja­kimś forum pisze: “nie mogę czy­tać Szczy­gła, tego de­bi­la”, wtedy wiem, że ist­nie­ją inni, dla któ­rych de­bi­lem nie je­stem. Nie­ła­two mnie wy­trą­cić z rów­no­wa­gi i kry­ty­ka mnie nie boli, bo mam dużo po­zy­tyw­ne­go wzmoc­nie­nia z dru­giej stro­ny.

Na­praw­dę cie­szę się, jak sły­szę kry­ty­kę, ale kry­ty­kę kon­struk­tyw­ną, me­ry­to­rycz­ną. Bo daje mi do my­śle­nia, za­sta­na­wiam się, że może ktoś ma rację, może rze­czy­wi­ście coś w książ­ce po­mi­ną­łem, o czymś za­po­mnia­łem. To mnie po­bu­dza i mam nowe za­da­nie. Cze­goś nie wiem? Wy­tkną­łeś mi to?  To ja po­świe­cę teraz go­dzi­nę na to, by ten brak nad­ro­bić. Dla­te­go kry­ty­ka mnie nie boli, nie po­czu­ję, że je­stem czło­wie­kiem o ni­skiej war­to­ści i że tak mnie to do­bi­ło, że w ogóle nie wyjdę z domu. Nie zda­rzy­ło mi się, żeby mi jakaś kry­ty­ka po­psu­ła humor.

Pra­cu­je Pan teraz nad czymś?

Przy­go­to­wu­ję trze­cie wy­da­nie “Got­tlan­du”. Po­sta­no­wi­łem na­pi­sać tę książ­kę na nowo, bo jest wiele zdań w tych tek­stach, które mi się nie po­do­ba­ją. Chcę je po­pra­wić. Potem będę zbie­rał ma­te­riał do nowej książ­ki re­por­ter­skiej o życiu ze stra­tą. Będą to hi­sto­rie o tym, jak się żyje z tym, czego nie ma i z tym, kogo nie ma. Nie ma cze­goś, nie ma kogoś, nie ma ja­kichś moż­li­wo­ści… Po tych dwóch we­so­łych książ­kach “Zrób sobie raj” i “Laska Ne­be­ska” chcę wró­cić do te­ma­tów po­waż­niej­szych w tonie. Chcę, żeby ta książ­ka od­zwier­cie­dla­ła ja­kieś moje dy­le­ma­ty. Czło­wiek po czter­dzie­st­ce myśli o róż­nych stra­tach in­ten­syw­niej niż przed czter­dziest­ką. Chciał­bym do­wie­dzieć się od moich bo­ha­te­rów, jak sobie radzą z ta­ki­mi lę­ka­mi. To będą hi­sto­rie z Pol­ski Czech, Ukra­iny, Rosji i może też z in­nych kra­jów.

Czuje się pan speł­nio­nym re­por­te­rem?

Jak naj­bar­dziej. Nawet, kiedy nie mia­łem na kon­cie żad­nej książ­ki, czu­łem się speł­nio­ny. Za­do­wa­la­ją mnie rze­czy małe, je­stem mi­ni­ma­li­stą. Nigdy nie myślę o ja­kichś wiel­kich ce­lach, bo jak się czło­wiek uza­leż­ni od ma­rze­nia wiel­kie­go, to bar­dzo łatwo może się za­wieść i bar­dzo to prze­ży­wać. Cie­szę się ma­ły­mi dro­bia­zga­mi. I tak sobie po­wo­lut­ku, po szcze­bel­ku wę­dru­ję w górę.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/mariusz-szczygiel-reporter-nie-moze-byc-przemadrzaly/jtvzp

15-03-2014, 08:48

Wielka Gala Polskiego Sportu  »

Polskie Radio Katowice
15-04-2014

Wielka Gala Polskiego Sportu z okazji 60-lecia najstarszej w polskiej radiofonii audycji “Z mikrofonem po boiskach”. 

Zapraszamy na transmisję on-line video z wydarzenia!
15 marca 2014 r., godz. 17:00

Udział w Gali Sportu potwierdzili m.in.:

zawodnicy Górnika Zabrze – Zygmunt Anczok, Henryk Latocha i Jan Banaś,
trenerzy – Antoni Piechniczek i Jan Beniger,
hokeiści – Andrzej Tkacz, Wiesław Jobczyk i Mariusz Czerkawski,
żużlowcy – Paweł Waloszek, Andrzej Wyglenda, Jan Mucha i Jerzy Szczakiel,
siatkarze – Zbigniew Zarzycki, Ryszard Bosek ,
alpinista Krzysztof Wielicki, lekkoatletka Lucyna Langer-Kałek i kolarz Zygmunt Hanusik.

Całość: http://www.radio.katowice.pl/polecamy,40,Wielka-Gala-Polskiego-Sportu.html

14-03-2014, 08:41

Radiowy alfabet Jerzego Góry  »

Gazeta.pl Katowice
Piotr Zawadzki
14-03-2014

- W największym skrócie chodzi o to, aby słuchająca nas gospodyni, która przygotowuje akurat w domu ciasto, zastygła na te kilka minut przy radioodbiorniku – o popularnej audycji “Z mikrofonem po boiskach” z okazji jej 60-lecia opowiada Jerzy Góra.

Absurd. To było chyba tuż po stanie wojennym. Kiedy wybierałem się do Łodzi na mecz Widzewa z Górnikiem, ówczesny dyrektor radia, który zupełnie nie czuł sportu, kazał mi napisać scenariusz meczu. Serio! No i napisałem: 1. minuta – rozpoczęcie meczu, 5. minuta – możliwy rzut rożny dla drużyny gości, 45. minuta – koniec pierwszej połowy, podsumowanie gry obu zespołów, poinformowanie o strzelcach ewentualnych bramek. I tak dalej.

Bar. A także parafia czy posterunek milicji. Tam dzwoniliśmy, aby dowiedzieć się o wyniki meczów w niższych ligach. Młodszym czytelnikom przypomnę, że kiedyś nie było telefonów komórkowych i Facebooka.

Redakcję sportową Radia Katowice tworzyli w 1957 roku (od lewej) Witold Dobrowolski, Roman Paszkowski, Jan Ciszewski oraz Władysław Wiecierzyński (siedzi). Te nazwiska znał wtedy każdy kibic na Śląsku i w Zagłębiu

Ciszewski. Zanim stał się najpopularniejszym komentatorem w historii polskiej telewizji, Jan Ciszewski współtworzył markę “Z mikrofonem po boiskach”. Radiowy debiut zaliczył w 1952 roku na meczu Ruchu Chorzów z Lechią Gdańsk. W katowickim radiu zaczynał także inny as telewizji Andrzej Zydorowicz.

Dobrowolski. To właśnie Witold Dobrowolski, szef redakcji sportowej, w 1954 roku wymyślił audycję “Z mikrofonem…”. Obok Dobrowolskiego i Ciszewskiego redakcję tworzyli wówczas Roman Paszkowski i Władysław Wiecierzyński. Sprawozdawcy mieli odtąd jeździć na stadiony i do hal sportowych, a jedna osoba w studiu się z nimi łączyła. Dziś to coś zwyczajnego, wtedy zostało uznane za przełom. “Z mikrofonem…” to była pierwsza cykliczna audycja sportowa w polskim radiu. Dopiero kilka miesięcy później wystartowała w Warszawie “Kronika sportowa”.

Ekipa. W wariancie maksymalnym podczas meczu stanowili ją kierowca służbowego samochodu, technik, realizator, komentator oraz jeden albo dwóch pracowników poczty, którzy już na miejscu przygotowywali te wszystkie kable do transmisji. Dziś komentator pracuje solo. Nawet podczas najdalszego wyjazdu cały sprzęt można spakować do małego plecaka.

Fenomen. Na początku lat 90. z audycją współpracowało aż 36 osób spoza Śląska! Nie tylko relacjonowali mecze, ale też zbierali dla nas wyniki, przygotowywali statystyki. Dziś redakcję sportową tworzą, oprócz mnie, Krzysztof Klepczyński, Tomasz Gancarek i Tadeusz Musioł, a także Andrzej Zowada.

Godzina z olimpiadą. Tak nazywała się audycja, którą zadebiutowaliśmy w 1992 roku. Wysłannicy Radia Katowice pojechali wtedy na Zimowe Igrzyska Olimpijskie do Albertville. To był efekt programowego uniezależnienia się od warszawskiej centrali. “Godzina…” pojawiała się odtąd przy okazji kolejnych igrzysk. Jej gospodarzem był m.in. Henryk Grzonka, wieloletni komentator, obecny prezes Radia Katowice.

Hokej. To dla mnie najlepszy sport do komentowania. Podobno nikt tak szybko jak Jerzy Góra nie potrafi komentować hokejowego meczu. Ale też miałem szczęście, bo relacjonowałem kapitalne mecze Polaków z Kanadą i Szwecją na igrzyskach w Calgary albo sensacyjną wygraną z CSRS na mistrzostwach świata w 1986 roku.

Incydenty. Albo może lepiej – wpadki. Jasne, że bywały. Najgorsza, jaką pamiętam, zdarzyła się jeszcze w dawnych czasach szpulowych magnetofonów. Komuś z techników wyrwała się na fonii wiącha wyszukanych przekleństw. Dochodzenie utknęło w martwym punkcie. Winowajcy nie odnaleziono, wszystko przez słabą jakość dźwięku.

Jubileusz. W 2004 roku na galę z okazji naszego 50-lecie przybyło wiele gwiazd polskiego sportu, m.in. Kazimierz Górski, Marian Kasprzyk, Zbigniew Pietrzykowski, Jerzy Szczakiel, Zygmunt Hanusik. Tegoroczna gala odbędzie się w sobotę. Sławnych gości i tym razem nie zabraknie.

Kobieta przy mikrofonie. Agnieszka Strzemińska już po dwóch latach pracy w redakcji sportowej pojechała na igrzyska do Barcelony. Została rzucona na głęboką wodę, ale nie zatonęła. Sprawdziła się. To zresztą dziennikarka o wszechstronnych zainteresowaniach. Sportem już się nie zajmuje, od lat przygotowuje programy m.in. o kulturze, modzie, zdrowym odżywianiu.

Lekka. A także łatwa i przyjemna. Taka jest muzyka towarzysząca “Z mikrofonem…”. Od lat dominują lubiane przez słuchaczy piosenki z lat 60. i 70. “Delilah” Toma Jonesa i te rzeczy. O dobór odpowiedniej muzyki dbają zwykle Jerzy Waniek i Bogumił Starzyński.

Pożegnalny mecz Włodzimierza Lubańskiego na Stadionie Śląskim. Jerzy Góra (w środku) obok bohatera wydarzenia i Zygfryda Szoltysika

Malowanie słowem. No tak, my to potrafimy. Komentowanie w radiu jednak się zmieniło. Podczas meczu nie jesteśmy ze słuchaczem non stop, ale wchodzimy na antenę na 1,5-2 minuty. Katowicka szkoła sportowego komentowania w największym skrócie polega na tym, aby gospodyni, która przygotowuje akurat w domu ciasto, zastygła na te kilka minut przy radioodbiorniku.

Na żywo. Komentowałem kiedyś mecz hokejowej reprezentacji w Janowie. Po pierwszej tercji pobiegłem z mikrofonem do strzelca bramki Piotra Kwasigrocha z miejscowego Naprzodu i będąc na antenie, pytam go o strzelonego gola. W Polskę poszedł tekst: “No, żech jechoł po lewej, Truda mi ciepnoł za modro, dostołech ta guma i żech dupnoł”. A ja nieszczęsny, zacząłem tłumaczyć, że modro to niebieska linia, Truda to Janusz Adamiec, a guma to krążek… Ale na hokeistów nie dam powiedzieć złego słowa. Kapitalni ludzie.

Obok boiska. W hali przy ul. Żeromskiego w Sosnowcu siadało się z mikrofonem przy stoliku, tuż obok linii bocznej boiska. Wiązało się to z dużym ryzykiem. Zdarzyło się, że podczas komentowania meczu oberwałem piłką do koszykówki. Innym razem sędzia stratował wszystkie kable.

Poranny dyżur. Dla mnie wstawanie o 4 rano to zawsze tragedia. Nastawiam trzy budziki, wstaję i przez pól godziny jestem nieprzytomny. Ale potem wszystko jest OK. Taka robota.

Rozmówcy. Antoni Piechniczek to jeden z moich zdecydowanie ulubionych. Był nim jeszcze w czasach, gdy nie trenował reprezentacji Polski. Zawsze mówił do rzeczy, wiele się od niego w naszych rozmowach nauczyłem. Trudni rozmówcy? Przychodzą mi do głowy nazwiska Jana Furtoka czy Waldemara Matysika. Z czasem się jednak wyrobili.

Szmacianka. Jedna z naszych najpopularniejszych akcji. Szmaciankę, którą z kawałków materiałów i skarpet szył dla nas Gerard Cieślik, wręczaliśmy autorom największego piłkarskiego blamażu. W1994 roku pierwsze szmacianki dostali arbiter Sławomir Redziński za stronnicze sędziowanie meczu Legii z Górnikiem Zabrze oraz Marian Dziurowicz za zgaszenie światła podczas meczu GKS-u Katowice z Górnikiem. Redziński nigdy jej nie odebrał. Jednym z kolejnych laureatów był Zbigniew Boniek. Chytrze wyznaczył spotkanie na Piazza Navona w Rzymie. Katowiccy radiowcy tam dotarli i wręczyli mu nagrodę.

Ucho do radia. Mieli je nasi technicy. To właśnie oni nauczyli mnie, a pewnie i moich kolegów, jak się-ro-bi sport w radiu. Byli naszymi pierwszymi krytykami. Nasłuchałem się od nich: “Nie krzycz tak”, “Wciśnij ten guzik”. Staszek Waniczek, Jan Gomułka, Bogusław Kokot, Piotrek Kalinowski, Józef Loska, Jan Duży… Prawdziwi fachowcy.

Wyjazdy. Były dalsze i bliższe. W Wspomnę o najdziwniejszym. W1983 roku zostałem wysłany do Gdańska na mecz Lechii z Juventusem Turyn, której gwiazdą był Zbigniew Boniek. W hotelu Posejdon zamieszkała także ekipa Juve. Boniek mnie znał, dlatego przez dwa dni byłem kimś w rodzaju przewodnika włoskiej ekipy. Jak Michel Platini chciał kupić bursztyny, to też mu pomogłem.

Zabrze. Na stadionie Górnika stanowisko dla radiowca znajdowało się tuż nad tunelem dla zawodników. Na deski narzucono jakaś wykładzinę dywanową. Pod ciężarem kilku osób ta prowizoryczna podłoga cały czas się chwiała. Poza tym podczas deszczu kapało na nas z góry. Wysłałem oficjalne pismo do prezesa Górnika: prosimy przynajmniej o dach pokryty papą. Poskutkowało, z czasem kabina była nawet zamykana.

wysłuchał: PIOTR ZAWADZKI

Kierownik redakcji sportowej Radia Katowice Jerzy Góra pracuje w nim od 1978 roku z przerwami m.in. na dyrektorowanie na Stadionie Śląskim.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35055,15621139,Radiowy_alfabet_Jerzego_Gory.html

13-03-2014, 19:10

Nowa definicja dziennikarza. SDP o noweli Prawa prasowego: znieść autoryzację  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pap/wm
13-03-2014

 “Ogólnie pozytywnie” ocenił wiceminister kultury Piotr Żuchowski PSL-owski projekt noweli Prawa prasowego na nowo definiujący prasę, dziennikarza i procedurę autoryzacji. Najwięcej uwag zgłosiło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich; chce m.in. zniesienia autoryzacji.

Projektem nowelizacji Prawa prasowego zajęła się w środę sejmowa komisja kultury. Poseł PSL Jarosław Górczyński, który zaprezentował projekt komisji, zaproponował, by dalsze prace nad nim toczyły się w podkomisji. Przewodnicząca komisji Iwona Śledzińska-Katarasińska (PO) zapowiedziała, że podkomisja powstanie pod warunkiem, że PSL wprowadzi swego przedstawiciela do komisji kultury. Do niedawna był nim poseł Andrzej Dąbrowski, ale po tym, gdy opuścił klub Stronnictwa, ludowcy nie mają w komisji swego reprezentanta.

Wiceminister kultury Piotr Żuchowski ocenił projekt “ogólnie pozytywnie”, poparł też pomysł, by propozycje szczegółowo dopracować w podkomisji. “Z radością” propozycje PSL przyjął prezes Izby Wydawców Prasy Wiesław Podkański.

Najwięcej uwag zgłosiło Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które opowiedziało się m.in. za zniesieniem autoryzacji. “Jeżeli dziennikarz zacytuje słowa, których nie było, bądź zacytuje je błędnie, to i tak ponosi odpowiedzialność” – powiedział, reprezentujący Stowarzyszenie, mecenas Michał Jaszewski.

Zaproponował, by w Prawie prasowym zapisać m.in., że nie ma obowiązku autoryzacji słów wypowiedzianych publicznie. “W praktyce niektórzy radni domagają się od dziennikarza autoryzacji wypowiedzi, która padła podczas posiedzenia rady gminy” – uzasadnił.

SDP postuluje także, by obowiązkiem odpowiedzi na przekazaną krytykę prasową objąć również przedsiębiorców. “W tej chwili jest on adresowany wyłącznie do podmiotów państwowych, natomiast w zglobalizowanej gospodarce rynkowej często jest tak, że to korporacja odgrywa ważniejszą rolę niż niejeden urząd” – wskazał.

Jeżewski przestrzegł ponadto przed wprowadzeniem przepisów uzależniających prasę od obowiązku rejestracji. W jego ocenie wprowadzenie tego warunku będzie koncesjonowaniem prasy.

Marek Kuliński ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej uznał z kolei za niepełny zapis projektu dot. zawodu dziennikarza. “W tej propozycji o tym kto jest dziennikarzem, decyduje właściciel prasy, wydawca bądź nadawca” – mówił. Zwrócił uwagę, że w tej chwili wielu dziennikarzy pracuje jako tzw. freelancerzy, którzy najpierw szukają tematu, a potem starają się go zaprezentować na łamach prasy lub na antenie. “Skoro nie jest mu ten temat zlecany przez redakcję, to można powiedzieć, że ten freelancer jest uzurpatorem” – podkreślił Kuliński.

Dodał, że dziennikarz to zawód zaufania publicznego, ale zgodnie z zaproponowaną definicją, “poza tym, że dziennikarz jest zatrudniony przez jakąś redakcję, nie wiemy o nim nic”. “W Polsce dziennikarzem może być każdy, co wywołuje czasem wiele szkody” – uznał przedstawiciel SDRP. Jak podkreślił, w naszym kraju nie obowiązuje żaden system kwalifikacji zawodowych, “takich jak na Zachodzie, gdzie o tym, czy ktoś jest dziennikarzem, decyduje organizacja zawodowa”.

Poseł Górczyński w imieniu autorów projektu mówił, że proponują oni “uregulowanie sytuacji mediów działających w internecie za sprawą nałożenia na nie obowiązkowej rejestracji w sądzie”. “Nie dotyczyłoby to jednak blogów” – zastrzegł.

W projekcie zaproponowano m.in., by za prasę uznać wszelkie “zarejestrowane publikacje periodyczne”, także te “istniejące i powstające w wyniku postępu technicznego”. “Chodzi tu o środki komunikacji elektronicznej wykorzystujące internet” – wyjaśnił Górczyński.

Przewidziano również nową procedurę dotyczącą czasu autoryzacji wypowiedzi udzielonej prasie – osoba udzielająca wypowiedzi dziennikowi miałaby jeden dzień na dokonanie autoryzacji, a czasopismu – dwa dni; jeśli terminy te nie zostałyby dotrzymane kwalifikowano by to jako nieautoryzowanie wypowiedzi, a tym samym zgodę na publikację.

Wśród propozycji znalazła się nowa definicja dziennikarza, zgodnie z którą za dziennikarza będzie można uznać osobę zatrudnioną nie tylko na umowę o pracę, lecz również o dzieło lub na zlecenie bądź prowadzącą działalność gospodarczą.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/nowa-definicja-dziennikarza-sdp-o-noweli-prawa-prasowego-zniesc-autoryzacje