Na gościnnej węgierskiej ziemi
“Przypomnijmy sobie pierwsze tygodnie po kampanii wrześniowej. Oszołomieni bólem, przygnieceni lawiną krzywd doznanych i wstrząśnięci kieską do głębi, stanęliśmy na gościnnej ziemi węgierskiej. Jakże posępna wydawała nam się nasza przyszłość, jakże wielu spośród nas wydawało się bliskich wpadnięcia w ostateczne zwątpienie, jak wielu nie dostrzegało już jutrzenki lepszego jutra”. Tak Henryk Sławik jesienią 1943 r. wracał do wydarzeń sprzed czterech lat, kiedy to granicę polsko-węgierską – według różnych szacunków – przekroczyło od kilkudziesięciu do ponad stu tysięcy uchodźców. Polacy liczyli na wsparcie, jednak bezinteresowna pomoc i serdeczne przyjęcie wielu wręcz zaskoczyły. Początkowo, zanim zaczai działać bardziej zorganizowany system opieki, z pomocą ruszyli zwykli Węgrzy. Doświadczył tego i Sławik, który wspominał, że po przekroczeniu granicy wiele razy znalazł się w krępującej sytuacji, ponieważ spał w wygodniejszych warunkach i otrzymywał lepsze posiłki niż członkowie rodzin węgierskich gospodarzy. W kolejnych dniach w wielu miejscowościach spontanicznie zaczęły powstawać różne komitety i stowarzyszenia niosące Polakom pomoc. Najważniejszy i najbardziej wpływowy okazał się, powołany w Budapeszcie, Węgiersko-Polski Komitet Opieki nad Uchodźcami, który tworzyły między innymi arystokratki z najznakomitszych rodów.
Dla redaktora Gazety Robotniczej pobyt na Węgrzech miał być jedynie krótkim przystankiem na drodze do Francji. Tam zamierzał, podobnie jak tysiące innych uchodźców, wstąpić do formującej się na nowo armii polskiej. Po kilkunastu dniach Sławik trafił do obozów dla ludności cywilnej w północnych Węgrzech – początkowo do Bekecs koło Szerencs, a następnie do Helemby pod Miskolcem. Określenie obóz miało oczywiście jedynie administracyjny charakter i oznaczało w praktyce nazwę miejscowości, gdzie przebywali Polacy. Cywile rozlokowani zostali najczęściej w prywatnych mieszkaniach, hotelach, i ośrodkach wypoczynkowych. Teoretycznie mniejszą swobodę mieli internowani na mocy międzynarodowych konwencji żołnierze, jednak w większości przypadków – jak pokazały najbliższe miesiące – opuszczenie obozu nie stanowiło i dla nich jakiegoś większego problemu.
Spotkanie z Józsefem Antallem
Pod Miskolcem losy Sławika skrzyżowały się z drogami Józsefa Antalla (ur. 1896 r.), wówczas wyższego urzędnika w węgierskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych (Wydziale IX), przed wojną jednego z autorów gruntownej reformy systemu opieki społecznej. We wrześniu 1939 r. Antall został delegowany przez rząd Królestwa Węgier do zorganizowania opieki nad polskimi uchodźcami. Jako oficjalny przedstawiciel władz musiał działać bardzo rozważnie i ostrożnie, jego kraj od pierwszych dni wojny znalazł się bowiem w bardzo skomplikowanej sytuacji międzynarodowej i wewnętrznej. Od lat trzydziestych Węgrzy politycznie i militarnie związali się sojuszami z III Rzeszą i zmuszeni byli liczyć się z naciskami oraz wpływami Berlina. Liczyli w zamian za to na rewizję katastrofalnych dla nich postanowień traktatu w Trianon z 1920 r., na mocy którego stracili dwie trzecie powierzchni kraju i niemal dwie trzecie ludności. Z drugiej strony przyjaźń polsko-węgierska była tak silna, że ówczesny rząd hr. Pála Telekiego, wielokrotnie narażając własne interesy, nie ugiął się przed żądaniami hitlerowskimi skierowanymi przeciw Polakom, w tym przede wszystkim nie zgodził się we wrześniu 1939 r. na przemarsz przez własny kraj wojsk niemieckich. W następnych latach Węgrzy starali się możliwie długo powstrzymywać od czynnego udziału w wojnie, nieoficjalnie utrzymując nawet poprawne stosunki z aliantami. Silnie podzielone były elity kraju. Regent Miklós Horthy, znaczna część polityków i intelektualistów podchodziła do Hitlera i udziału w wojnie z dużą rezerwą. Nie brakowało wśród Węgrów również zdecydowanych przeciwników nazizmu. Ku III Rzeszy i udziałowi w konflikcie skłaniała się natomiast większość korpusu oficerskiego, generalicji i duża część młodzieży. Pomoc dla Polaków wymagała więc dużej zręczności i doskonałej znajomości krajowej sceny politycznej. Tego, jak i dobrej intuicji Antallowi – wkrótce nazwanego przez wdzięcznych uchodźców “Ojczulkiem Polaków” – nie brakowało.
Do pierwszego spotkania Henryka i Józsefa doszło na początku października 1939 r. Węgier od kilkunastu dni odwiedzał różne miejsca pobytu polskich uchodźców, pytał o warunki, najważniejsze potrzeby, Polacy odpowiadali i na tym zwykle się kończyło. Spotkanie w obozie w Helembie przebiegło jednak inaczej. Po przemówieniu urzędnika głos zabrał Sławik. “Wówczas odpowiedziałem po niemiecku – wspominał redaktor Gazety Robotniczej – bo i on tym językiem przemawiał, że jeszcze kilka miesięcy pobytu, a wszyscy rozleniwimy się, bo nie ma co robić i rozpijemy się, bo nasi gospodarze węgierscy są tacy gościnni. Jak mi później opowiadał Antall, był to pierwszy przypadek krytyki ze strony uchodźców. Podkreśliłem jeszcze, że musimy nasze siły pomnażać, bo po powrocie do kraju czeka nas ciężka praca, odbudowa zniszczonych przez hitlerowców miast i fabryk”. Węgra zaskoczyła tak śmiała i stanowcza postawa polskiego uchodźcy. Zareagował błyskawicznie. Po krótkiej rozmowie zaproponował Sławikowi, aby objął on kierownictwo polskiej instytucji, która miałaby dla niego charakter opiniodawczy, a następnie mogła koordynować całość spraw związanych z opieką nad uchodźcami. Henryk zgodził się. “I tak znalazłem się w Budapeszcie – wspominał – i w dodatku na niezwykle odpowiedzialnym stanowisku, zresztą natychmiast, bo Antall zaraz załatwił moje zwolnienie z obozu i zabrał mnie swym samochodem”.
W Komitecie

Henryk Sławik
Nominacja Sławika na prezesa Komitetu Obywatelskiego do Spraw Opieki nad Polskimi Uchodźcami na Węgrzech – bo tak nazwano nową instytucję – wymagała oczywiście akceptacji zarówno strony węgierskiej, jak i polskich władz na uchodźstwie. Propozycję Antalla poparł jego przełożony, minister spraw wewnętrznych Ferenc Keresztes-Fischer, polityk, któremu Polacy w następnych latach wiele zawdzięczali. Stało się tak, mimo że kandydatura polskiego socjalisty nie wszystkim się spodobała, i to zarówno niektórym arystokratom węgierskim, jak i Polakom związanym z sanacją. Sławik uzyskał jednak akceptację rządu polskiego we Francji. Ministrem opieki społecznej był wówczas jego kolega partyjny z PPS Jan Stańczyk, co z pewnością ułatwiło nominację. W skład Komitetu Obywatelskiego, który realnie rozpoczął działalność w styczniu 1940 r., weszli reprezentanci najważniejszych opozycyjnych partii działających w Polsce w okresie międzywojennym. Do jego podstawowych zadań należało koordynowanie opieki nad przebywającymi na Węgrzech uchodźcami oraz inicjowanie i podtrzymywanie działalności polskich organizacji społecznych, kulturalnych i gospodarczych. Fundusze na te cele pochodziły zarówno od rządu RP, jak i władz węgierskich, które od jesieni 1939 r. – mimo trudnej sytuacji ekonomicznej – wydawały na potrzeby uchodźców ogromne kwoty.
Kierowanie Komitetem Obywatelskim wymagało wielkiej rozwagi i ostrożności. Sławik doskonale zdawał sobie sprawę z presji, jaką na władze węgierskie wywierała III Rzesza. Poselstwo niemieckie w Budapeszcie regularnie protestowało przeciwko przyjaznej opiece w stosunku do uchodźców i życzliwej postawie rządu “niedającej się pogodzić z neutralnością Węgier”. Parasol ochrony nad Polakami, za wiedzą i aprobatą regenta Horthyego oraz premiera Telekiego, sprawowało przede wszystkim ministerstwo spraw wewnętrznych. Antall i Sławik wiele razy głowili się nad tym, aby odpowiadając na zarzuty niemieckie, chronić Polaków, a jednocześnie nie narażać interesów węgierskich. Prezes Komitetu cały czas musiał się liczyć także z silnymi podziałami politycznymi wśród samych uchodźców. Regularnie atakowany był przez zwolenników sanacji, mimo że w swej działalności kierował się – co wiele razy udowodnił – przede wszystkim ogólnonarodowym, a nie partyjnym interesem. Swą filozofię działania przedstawił w jednym z wywiadów na łamach ukazujących się w Budapeszcie uchodźczych Wieści Polskich: “Wobec Komitetu Obywatelskiego wszyscy uchodźcy czy to wojskowi, czy cywilni są równi – mówił. – Dla nas nie istnieją różnice stanowe czy wyznaniowe, wszyscy uchodźcy mają jednakowe potrzeby. Każdy chciałby być syty, każdy chciałby się przyzwoicie urządzić. Nie znam żadnych różnic wyznaniowych ani społecznych. [...] Nie dzielimy też uchodźców na tych «co byli» ani na tych «co będą». To nie nasza rzecz. Dzielimy natomiast uchodźców na dobrych Polaków i na złych Polaków. Dobrym Polakiem jest ten, który w każdej sytuacji godnie się zachowuje, nie przynosząc ujmy dobremu imieniu Polaka, który nie utrudnia innym uchodźcom współżycia, który w sąsiedzie widzi także rodaka i bliźniego, po prostu ten, który trzyma się zasady nie czyń drugiemu, co tobie”niemiło. O złych Polakach nie warto nawet mówić”.
Zakres działania kierowanej przez Sławika instytucji był duży. Mimo wysiłków i jak najlepszych chęci gospodarzy sytuacja nie była łatwa. Zima 1939/1940 okazała się wyjątkowo długa i ciężka, dlatego też zapewnienie przyzwoitych warunków dla tysięcy uchodźców, wśród których było niemało kobiet i dzieci, wymagało sporo zachodów i determinacji. Już od stycznia 1940 r. Komitet zaczął wypłacać cywilom zasiłki, które starczały na pokrycie najbardziej pilnych wydatków (z odrębnych środków pochodził żołd dla internowanych żołnierzy). Szybko zorganizowano też własną opiekę medyczną – przy Węgierskim Czerwonym Krzyżu powstała Sekcja Lekarzy Polskich. Komitet pomagał Polakom w załatwianiu spraw urzędowych, pośredniczył w poszukiwaniu pracy, interweniował w trudnych sytuacjach, organizował spotkania informacyjne, zajmował się wreszcie pochówkiem zmarłych osób.
Niemal równocześnie z oficjalnymi instytucjami polskiego uchodźstwa zaczęły powstawać na Węgrzech tajne struktury wojskowe i cywilne, które początkowo zajmowały się przede wszystkim przerzucaniem żołnierzy do tworzącego się we Francji Wojska Polskiego. W ten sposób do wiosny 1940 r. Węgry opuściło co najmniej kilkadziesiąt, a być może nawet ponad sto tysięcy Polaków. W akcję tę, organizowaną przede Wszystkim przez poselstwo RP w Budapeszcie oraz attachat wojskowy, zaangażowali się również członkowie Komitetu Obywatelskiego, w tym i Sławik. Masowe wyjazdy Polaków nie mogły się oczywiście odbywać bez cichego poparcia władz węgierskich. Miał w tym udział i Antall, bowiem wskutek jego zabiegów największe obozy dla internowanych żołnierzy rozlokowane zostały w pobliżu granicy węgiersko-jugosłowiańskiej, skąd już najłatwiej było przedostać się na Zachód. Obok Antalla uchodźcy mieli innego wielkiego sprzymierzeńca – płk. Zoltana Bało, szefa XXI Departamentu Ministerstwa Honwedów (Obrony), które sprawowało nadzór nad Przedstawicielstwem Polskich Żołnierzy Internowanych w Królestwie Węgier.
Po klęsce Francji
Zasadniczą zmianę sytuacji wojennej przyniosła klęska Francji w czerwcu 1940 r. Nadzieje na szybki koniec konfliktu prysnęły. Na Węgrzech pozostało wówczas kilkanaście tysięcy Polaków, którym Komitet Obywatelski starał się zapewnić jak najlepsze warunki. Wielkim sukcesem Sławika, Antalla i wielu ich współpracowników było zorganizowanie polskiego szkolnictwa. W latach 1939-1944 na Węgrzech działało kilkadziesiąt, na ogół niewielkich szkół i punktów szkolnych. Szkołą z prawdziwego zdarzenia było natomiast polskie gimnazjum i liceum w Balatonboglar, przez które w latach 1940-1944 przewinęło się około ośmiuset uczniów i uczennic (wcześniej, do czerwca 1940 r., szkoła ulokowana była w Balatonzamardi). Podczas gdy niemal w całej Europie trwały działania wojenne, polska młodzież nad Balatonem mogła się spokojnie uczyć, a nawet zdawać maturę (zdobyło ją tam blisko 150 osób). Dużą wagę Sławik przywiązywał do zorganizowania życia społecznego i kulturalnego uchodźców. Pod auspicjami Komitetu wychodziła prasa, m. in. Wieści Polskie i Tygodnik Polski, polskie książki, w tym podręczniki, słowniki polsko-węgierskie. Komitet zorganizował wiele świetlic, również w małych miejscowościach, które były swoistymi centrami pracy kulturalno-oświatowej. Odbywały się w nich różne spotkania, występy, przedstawienia, wystawy – a więc przedsięwzięcia, które dawały uchodźcom nadzieję i pomagały przetrwać ten niezwykle trudny czas.
Po zamknięciu Poselstwa RP w styczniu 1941 r., rząd węgierski uznał Komitet Obywatelski za oficjalny organ reprezentujący wszystkich Polaków znajdujących się na terenie Królestwa Węgier. Jednocześnie jednak narastała presja niemiecka, aby kierowaną przez Sławika instytucję ograniczyć, a następnie zlikwidować. Po kolejnych sukcesach militarnych III Rzeszy József Antall i inni opiekunowie polskich uchodźców znajdowali się w coraz trudniejszej sytuacji. Proniemiecko nastawione grupy, szczególnie w węgierskich kręgach wojskowych, szukały pretekstu do ataku na polskich przywódców. Okazja nadarzyła się w marcu 1941 r., kiedy to podczas jednej z akcji przerzutowych doszło do poważniejszej wpadki, w efekcie czego Sławik – jako jeden z jej organizatorów – został aresztowany. Dzięki szeroko zakrojonej akcji Antalla i innych węgierskich przyjaciół, prezes Komitetu został internowany, a następnie przeniesiony do obozu w Balatonboglar, skąd już nieoficjalnie mógł nadal kierować Komitetem. Formalnie na stanowisko prezesa Sławik powrócił pod koniec 1942 r., kiedy to nowy rząd węgierski Miklósa Kallaya tajnymi drogami dyplomatycznymi zaczął rozmawiać z aliantami na temat zerwania sojuszu z Niemcami i ewentualnego wycofania się Węgier z wojny. Niebagatelną rolę w pośredniczeniu w tych rozmowach odegrali Polacy.
Sławik stał na czele Komitetu Obywatelskiego aż do marca 1944 r., kiedy to rozpoczęła się hitlerowska okupacja Węgier. “Był wybitną indywidualnością i widząc różne krzyżujące się interesy osobiste i partyjne, raczej kierował komitetem sam” – wspominał jeden z polskich dziennikarzy przebywających wówczas na Węgrzech. Były redaktor Gazety Robotniczej dał się poznać jako dobry i odpowiedzialny organizator życia uchodźczego. Dzięki współpracy ze swoim przyjacielem – Józsefem Antallem – zdołał zorganizować sprawny system opieki, dzięki któremu tysiące ludzi w przyzwoitych warunkach mogło przetrwać na Węgrzech wojenną tułaczkę.
TOMASZ KURPIERZ