Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

07-07-2014, 09:02

Śląsk, ziemia obolała – rozmowa z Tadeuszem Kijonką  »

Przegląd
Małgorzata Kąkiel
07-07-2014

– Na Śląsku jest silne, a nawet wzrastające poczucie krzywdy – mówi Tadeusz Kijonka, dziennikarz, poeta, działacz kulturalny, poseł na Sejm IX i X kadencji. – To po prostu ziemia obolała. I jeszcze to poczucie eksploatacji, przechwytywania śląskiej pracy oraz niesprawiedliwy podział wypracowanych wartości. Ale jestem zdecydowanym przeciwnikiem Ruchu Autonomii Śląska. Jego obecny przewodniczący, Jerzy Gorzelik, wypowiedział wiele zdań i prowokacyjnych oświadczeń, które uruchomiły lawinę roszczeń i animozji. Natomiast jest bezsporne, że Śląsk ma poczucie głębokiego okaleczenia, zbiorowego urazu na tle bezkarnego procederu związanego z funkcjonowaniem tzw. kolonii wewnętrznej. Użyłem tego oskarżycielskiego określenia po raz pierwszy w latach 80. Ono z miejsca się przyjęło i wraca do dziś.

Aż się prosi o wielką powieść o losach górnictwa śląskiego.

Dla mnie, człowieka z centralnej Polski, Śląsk to kopalnie, Łysek z pokładu Idy, utopce Morcinka z Olzy i Karolinka, która poszła do Gogolina. A czym jest Śląsk dla pana, kogoś stamtąd? Czym jest śląskość?

Tadeusz Kijonka

– Czym jest dla mnie Śląsk? Na pewno miejscem podstawowym mojej biografii i życiowych decyzji, z którymi się identyfikuję, podobnie jak to poświadczali zawsze moi rodzice. I akurat pod tym względem nie doświadczałem nigdy dylematów tożsamości. Oczywiście o każdym regionie mamy jakieś stereotypowe wyobrażenia, uproszczoną wiedzę sprowadzającą się do sugestywnych znaków i symboli. Według mnie, śląskość to pewna forma wyrazistych cech i skondensowanej duchowości, która zasadza się na trwałych wartościach. Charakteryzują ją przywiązanie do miejscowego, rodzimego krajobrazu, do pracy zespołowej, dziedziczenia zawodu, schludności, pracowitości, dominującego miejsca matki w życiu rodzinnym. I szacunek dla tego, co się robi, bo poprzez pracę człowiek się kreuje, definiuje. No i jeszcze język domowy, godka, jak to się teraz mówi, czyli gwara jako znak swojskości. Na tym tle wyłonił się nawet obszar silnych napięć, bo wciąż trwa niewolna od sporów i antagonizmów walka o uznanie śląskiej gwary za język regionalny. Śląskość to także przywiązanie do własnej historii, która była tu długo odrębna, bo trzeba pamiętać, że historia Śląska nie jest tożsama z historią Polski, skoro do roku 1922 Śląsk przez kilka wieków trwał poza Polską. Jest też swoistym fenomenem, że w wieku XIX – gdy Polski po rozbiorach też nie ma na mapie – dochodzi na Śląsku po Wiośnie Ludów do odrodzenia narodowego oraz wzrostu poczucia jedności z Polską i polskością. Bez tego nie doszłoby do powstań śląskich i pojawienia się tej miary przywódców co Wojciech Korfanty.

W Polsce żaden region nie miał dobrej historii.

– Tak, ale w przypadku Śląska nakładają się na to pewne fakty, powszechnie mało znane, które powodują, że jest tu silne, a nawet wzrastające poczucie krzywdy. To po prostu ziemia obolała. I jeszcze to poczucie eksploatacji, przechwytywania śląskiej pracy oraz niesprawiedliwy podział wypracowanych wartości. W tym momencie dochodzimy do Ruchu Autonomii Śląska, którego jestem od początku zdecydowanym przeciwnikiem. Jego obecny przewodniczący, Jerzy Gorzelik, wypowiedział wiele zdań i prowokacyjnych oświadczeń, które okazały się fatalne w skutkach. Uruchomiły otóż lawinę roszczeń i animozji, których nie da się teraz zatrzymać. Natomiast jest bezsporne, że Śląsk ma poczucie głębokiego okaleczenia, zbiorowego urazu na tle zjawiska „krzywdy śląskiej” i bezkarnego procederu związanego z funkcjonowaniem tzw. kolonii wewnętrznej. Ogromny udział w śląskim rachunku krzywd miała też zawsze historia, na co Ślązacy nie mieli żadnego wpływu. W czasie I wojny światowej ok. 200 tys. Ślązaków znalazło się w armii niemieckiej, jako pospolite mięso armatnie, i wielu z nich nie wróciło do domów.

Polacy ze wszystkich zaborów walczyli w obcych armiach, armiach zaborców.

– To oczywiście tragizm naszych polskich losów, ale udział w tej wojnie w mundurach armii znienawidzonego Wilusia miał jakby inne konotacje. W śląskich albumach rodzinnych przeważali odtąd nieżyjący mężczyźni, których zabrakło potem w kopalniach i hutach. Ci, którzy przeżyli, stanowili podstawową masę szeregów powstańczych bądź kadrę podoficerską w powstaniach śląskich. W okresie okupacji fatalną rolę odegrała volkslista. Jej następstwem było masowe wcielanie Ślązaków do Wehrmachtu. Oblicza się, że łącznie ok. 350 tys., z czego co czwarty zginął.

Na tym dramat Ślązaków się nie skończył.

– Po 1945 r. rozpoczął się z kolei dramatyczny exodus – kiedy wielu Ślązaków, często pod pretekstem weryfikacji narodowej, wypychano ze Śląska, wyszukując takie czy inne preteksty. Jeszcze wcześniej nastąpiły wywózki na wschód – do kopalń Donbasu czy innych zakładów na terenie ZSRR. To w sumie strata nie do policzenia. W tej chwili odtworzono 50 tys. nazwisk osób wywiezionych, ale to jeszcze nie wszyscy. Powstała więc potężna wyrwa demograficzna. A kiedy zaczęli wracać ci od Andersa, to jeszcze stawali się podejrzani: dlaczego wracają?

Kiedy mówię o tych wywózkach do ZSRR, mam pewną osobistą satysfakcję, bo byłem pierwszym posłem, który podjął ten problem. Na ręce premiera Mazowieckiego złożyłem udokumentowaną interpelację. Niestety, minister Skubiszewski nie okazał się gorliwy w egzekwowaniu tych spraw i nigdy nie wyprawił się do ZSRR.

A wracając do Śląska, w PRL zaczęły się z czasem wyjazdy na fali akcji łączenia rodzin, stanowiące następstwo kontraktu politycznego podpisanego przez Gierka i Schmidta, czyli: Ślązacy za marki. Rzecz nie do wybaczenia!

No, ale wyjeżdżał, kto chciał, dobrowolnie. Decydowały względy finansowe, w Niemczech żyło się lepiej.

– Nie do końca tak było. Polityka społeczna traktowała Ślązaków żyjących na Śląsku jak obywateli drugiej kategorii o zredukowanych szansach awansu, słowem ludzi ograniczonego zaufania. Bardzo często wypychano też za granicę upatrzone osoby, żeby przejąć dom, gospodarstwo lub działki. Istotną rolę odgrywały również względy społeczne. Ślązakom zawsze było trudno o awans w pracy, szczególnie w administracji państwowej, że przypomnę dramatyczne reportaże sprzed wojny Ksawerego Pruszyńskiego, który pisał o Ślązakach jako obywatelach drugiej kategorii. Jeszcze raz się powołam na moje sejmowe wystąpienie, gdy w latach 80. po raz pierwszy oficjalnie użyłem oskarżycielskiego określenia „kolonia wewnętrzna”. Ono z miejsca się przyjęło i wraca do dziś. Ale to nie zmienia faktu, że krzywda społeczna w tym regionie już się stała, tak że Ślązacy są dziś u siebie w mniejszości. Wracając zaś do pani pierwszego pytania, moim zdaniem śląskość jest dziś także stopem bardzo nabrzmiałych problemów społecznych, historycznych. Stopem duchowości bardzo obolałej i nieufnej. I teraz jest pytanie, co zrobić, żeby ten problem się nie rozrastał. Żeby nie pojawiały się reakcje odwetowe.

Za mało prawdziwych Ślązaków

Powiedział pan, że Jerzy Gorzelik uruchamia lawiny, które trudno zatrzymać. Co ma pan na myśli?

– Niebezpieczne przeciwstawianie pewnych znaków, symboli, barw regionalnych narodowym, byle doprowadzić do spięć i konfrontacji w imię wyrachowanych kalkulacji politycznych. Np. ta skandaliczna wojna o krzesełka na Stadionie Śląskim. Chodziło o to, żeby biało-czerwone, które montowano, zastąpić żółto-niebieskimi. A przecież ten stadion przez lata był świadkiem wielu narodowych triumfów, na czele z wygranym meczem piłki nożnej ze Związkiem Radzieckim w 1957 r. Ileż razy tam śpiewaliśmy “Jeszcze Polska nie zginęła…”! Awantura o barwy, o jakiej mówię, która odtąd stale się odnawia, to był przypadek jawnego fanatyzmu. Albo szokujące często propozycje zmian patronów ulic czy szkół. Próba doprowadzenia do rewizji takich czy innych ocen – to niby słuszne, ale tu nie chodzi tylko o prawdę, chodzi o wyegzekwowanie pewnej zasady. Każda taka sprawa jest konfliktem o wybór i ma na celu wymuszenie ustępstw.

A czy coś znaczy wynik wyborów do Parlamentu Europejskiego? Coś zmieni? Kazimierz Kutz – piewca Śląska – zajął ósme miejsce.

– Przegrał, niestety przegrał.

No właśnie, czy to nie znaczy, że śląskość, za którą się opowiadał, nie jest już tak ważna dla wyborców?

– To jest inny przypadek. Kutz z ostatnich lat jest innym Kutzem niż ten, który przeszedł do pamięci kultury narodowej poprzez swoje filmy i dokonania artystyczne. Teraz stawał się wcale często inspiratorem pewnych nastrojów i reakcji prowadzących do antagonizmów na tle śląskiej odrębności. Nie chodzi o mniejszość etniczną. To akurat powinno zostać uznane, bo Ślązacy są niewątpliwie mniejszością etniczną, ale czy musi to prowadzić do demontażu poczucia jedności z polskością?

Do podważenia zwartości i szacunku dla państwa.

– Tak, a co do sprawy gwary… Jeżeli język kaszubski został uznany za język regionalny, dlaczego za taki nie uznać gwary śląskiej? Z tym że tu jest sprawa trudniejsza, bo tych gwar jest wiele. I jak doprowadzić do postulowanej kodyfikacji, do wypracowania zasad obowiązujących w całym zespole gwar śląskich, skoro mamy do czynienia z żywym językiem, który przetrwał w śląskich domach? Po 1989 r. nastąpiła zmiana polityki regionalnej, dostrzeżono problem, spychany dotąd na margines, ale jednocześnie ujawniło się wiele konfliktów, czasem nadużyć, no i pojawiły się też elementy szowinizmu. Teraz politolodzy próbują wyjaśnić przypadek Kutza, który sam siebie uważał za duchowego przywódcę Ślązaków, a przegrał nawet w rodzinnych Szopienicach. Jak do tego doszło, że wygrał z nim Korwin-Mikke?

Widocznie jest tam mało prawdziwych Ślązaków albo nie interesują ich problemy regionalne.

– Albo nie poszli głosować lub uznali, że Kutz związany z Palikotem już ich nie reprezentuje, że jest innym Kutzem niż ten, za którego sam siebie uważa. To jego wielki osobisty dramat trudny do wyjaśnienia, skoro Kutz był i jest tylko jeden.

Ale cały czas jest prośląski.

– Tyle że jest to prośląskość często antagonizująca. Ale tak było już wcześniej. Gdzie jednak się podział elektorat Kutza i gdzie się zapadł RAŚ? Gdzie głosy tych kilkuset tysięcy Ślązaków, jeśli odwołać się do spisu ludności? Na kogo oni głosowali?.

Kuczok, Twardoch, Kobierski

Może zatem sprawy narodowościowe nie są tak ważne na Śląsku? Za to Śląsk ma wielu piewców wśród ludzi, którzy dużo znaczą w polskiej kulturze. Żyją od lat poza swoją małą ojczyzną, ale ciągle do rodzinnego regionu się przyznają. To jakaś silna magia Śląska. Premier Tusk przyznał, że jest Kaszubem, i już, to wszystko. Nikt o Kaszubach nie mówi tyle, ile o Śląsku. Z czego to przywiązanie wynika?

– Ślązacy z natury są sentymentalni, przywiązani do pamięci, kultywują tropy domowe – pamięć rodzinną, pewne obyczaje, pieśni, potrawy, są rozpoznawalni i funkcjonują nadal w zwartych środowiskach, słowem “u siebie”. A jeśli mówi pani o twórcach, to tak wielu ich nie ma. Niektórzy żyją za granicą, jak Florian Śmieja, wybitny hispanista, który wylądował po latach w Kanadzie, ale wciąż utrzymuje ożywione kontakty z Polską. Ja uważam, że Śląsk ciągle jeszcze się nie wypowiedział w kulturze na miarę swoich zasobów i problemów składających się na jego pamięć zbiorową. Nie pojawił się nikt na miarę Gustawa Morcinka, który w tej chwili przeżywa pewien regres zainteresowania. To się wiąże głównie z tym, że nie są wznawiane jego książki. Ale dlaczego, to już inny problem. No bo kto stał się spadkobiercą praw autorskich Morcinka, który nie zostawił przecież testamentu?

Morcinek opisuje świat, który dawno odszedł w przeszłość i dziś jest niezrozumiały.

– Być może, ale Morcinek ma swój język, swój świat literacki, swoje sugestywne myślenie. Mało kto wie, że jego najważniejsza książka, „Wyrąbany chodnik”, nigdy po wojnie nie ukazała się w pełnej wersji autorskiej, bo została z politycznych względów ocenzurowana. Na szczęście pojawiło się w ostatnich latach grono młodych śląskich prozaików.

Kazimierz Szymeczko pisze dobre powieści sensacyjne dla młodzieży, w których miejscem akcji jest Śląsk, często Giszowiec.

– Raczej mam na myśli Kuczoka, Twardocha czy Kobierskiego, pisarzy wysoko cenionych. Są też interesujący poeci. Ważnym zjawiskiem jest Instytut Mikołowski z Maciejem Meleckim oraz Krzysztofem Siwczykiem na czele. Powstała seria powieści Alojzego Lyski “Duchy wojny” – są to książki opowiadające o losach iluś tam mieszkańców Bojszów, rodzinnej miejscowości autora. Sam Lysko stracił na froncie wschodnim ojca, którego prawie nie pamięta. Jego książki to twórczość na pograniczu literatury regionalnej, także ze względu na język stylizowany na śląską gwarę. Kutz napisał “Piątą stronę świata”, która cieszy się dużą popularnością. Wiele spraw ruszyło, ale wciąż za mało piór na tę skalę tematów i problemów. Weźmy choćby ostatnie lata. Z rejestru zniknęło prawie 30 kopalń, a to oznacza, że powstały wielkie wyrwy w lokalnej społeczności. Wszędzie tam pracowali ludzie, utrzymywali rodziny. To tak jakby pod wodę poszła nagle cała flotylla potężnych okrętów i wciągnęła ze sobą wszystkich obecnych na pokładzie.

Kilka czy kilkanaście lat temu TVP emitowała cykl reportaży o górnikach, którzy wzięli odprawę i próbują urządzić się na nowo, pamięta pan? To było chyba “Serce z węgla”.

– Tak, tak, ale chodzi też o skutki społeczne i kulturowe. W samych Katowicach jest już więcej kopalń zlikwidowanych niż czynnych. A przecież to górnictwo wytwarzało pewien sugestywny rodzaj kultury pracy zbiorowej, dziedziczonej po przodkach. To aż się prosi o wielką powieść o losach górnictwa śląskiego!

Ja na razie jestem czytelniczką literatury faktu, np. śledzę kolejne części cyklu Jana Cofałki, który liczy Ślązaków w Warszawie, w Polsce i na świecie, a przy tym opowiada o ludzkich losach.

– A jakie postacie on przypomina. Poczynając od zgilotynowanego przez hitlerowców ks. Machy, zresztą członka jego rodziny, po Józefa Musioła. Ilu wybitnych Ślązaków mogłoby zostać zapomnianych, gdyby nie takie portrety.

Poezja pisze się sama

No właśnie, gdyby nie było tych ogarniętych magią Śląska ludzi kultury. A panu Sonia Draga wydała teraz zbiór “44 sonety brynowskie”. Kto dziś pisze sonety? Sonet uchodzi za jeden z trudniejszych gatunków lirycznych, co pana skłoniło do ich tworzenia?

– Poezja zawsze była i pozostała moim pierwszym językiem. Debiutowałem tomikiem wierszy jeszcze jako student polonistyki UJ. Równocześnie uprawiałem reportaże i zajmowałem się publicystyką. Później pracowałem jako dziennikarz w “Poglądach” u Wilhelma Szewczyka, w 1994 r. – na fali odrodzenia wartości regionalnych – powołałem do istnienia Górnośląskie Towarzystwo Literackie i założyłem miesięcznik społeczno-kulturalny “Śląsk”, który prowadziłem społecznie przez 18 lat. Aż poczułem się tym wszystkim zmęczony; gdy zacząłem więc wycofywać się z tych funkcji, ujawniły się różne poważne dolegliwości. Pierwsza, druga, trzecia operacja i nagle okazało się, że mam sporo wolnego czasu. Zmontowałem więc duży wybór wierszy, kiedy jak z rękawa zaczęły się sypać sonety. Posłałem do “Twórczości”, wzięli, a one dalej mi się piszą.

Ot tak, same zaczynają się sypać z rękawa.

– Tak, nigdy nie miałem problemu z tradycyjnym warsztatem poetyckim, z wersyfikacją, rymem, rytmem. I to się okazało przydatne, bo sonet musi być sonetem, ma swoje prawa. W pewnym momencie byłem gotowy do przekazania określonych treści, dramatyzmu życia w tej właśnie poetyckiej formie. Proszę zwrócić uwagę, że te sonety mają część narracyjną i refleksyjną, w której zawieram pewne przemyślenia na temat losu, odchodzenia, śmierci, pamięci – te sprawy zawsze były mi bliskie.

A kto zdecydował o ozdobieniu tomiku obrazami Jerzego Dudy-Gracza?

– To był mój pomysł. Byliśmy zaprzyjaźnieni. Te obrazy pochodzą z jego wielkiego albumu chopinowskiego.

Wielkie wrażenie wywarł na mnie pana zbiór wierszy “Czas zamarły”.

– To chyba największy w polskiej poezji zbiór wierszy o stanie wojennym.

To są wiersze, które tak mocno dotykają…

– Śląska.

Śląska, ale przede wszystkim realiów. Pan częściej tworzy poezję o wymowie uniwersalnej, a tu jest konkret miejsca, czasu i bardzo silne napięcie emocjonalne. Tak mocno przeżył pan rok 1981 i stan wojenny, tragedię w Wujku?

– Mieszkam w linii prostej 2 km od Wujka. To wszystko działo się tuż obok.

Skoro jest tyle emocji w “Czasie zamarłym” i takim silnym słowem poetyckim zapisał pan tamte zdarzenia, to jaka jest pana ocena stanu wojennego? Pytam niedługo po śmierci i pogrzebie gen. Jaruzelskiego.

– Powiem tak. Jesienią 1980 r. byłem inicjatorem powołania na Śląsku Komitetu Porozumiewawczego Związków i Stowarzyszeń Twórczych. Przewodniczącym został Kaziu Kutz, jednym z członków zarządu był Wojciech Kilar, bardzo w tej roli aktywny. Byliśmy wtedy mocno zaangażowani w tworzenie pewnych opinii i wypracowywanie stanowisk dotyczących rewizji miejscowej polityki kulturalnej. 19 grudnia 1981 r. mieliśmy zorganizować Sejmik Kultury Śląskiej, wysłano już zaproszenia, ja byłem autorem raportu o stanie kultury na Śląsku. Jeden z egzemplarzy tego dokumentu trafił nie tam, gdzie powinien. Byłem przesłuchiwany, potem nie zostałem zweryfikowany jako dziennikarz. No i nadchodzą dni, gdy “Poglądy” się nie ukazują, ja nie pracuję, mam za to naraz dużo czasu. Obserwuję, chłonę rzeczywistość. “Czas zamarły” oddaje tamten klimat i okoliczności. A jaka jest moja ocena stanu wojennego? Być może była to najwyższa konieczność? Tragizm polega na tym, że cena była taka, jaka była.

Śląsk zapłacił najwyższą cenę.

– Tak, ale trzeba też pamiętać, że na Śląsku funkcjonowały pewne grupy, które czekały na radziecką interwencję i zapewne by ją wsparły. Było np. Katowickie Forum Partyjne z Wołczewem na czele. Nie można o tym zapominać.

Na pogrzebie gen. Jaruzelskiego pomyślałam, że skoro jeszcze dziś są potrzebne tak silne kordony policji, żeby oddzielić dwie strony, to jak głębokie były te podziały wtedy. Chyba o tym zapominamy.

– Gdy byłem posłem w Sejmie kontraktowym, wygłosiłem okolicznościowe przemówienie o Okrągłym Stole, ponieważ już wtedy zaczęły się pojawiać spory co do oceny tamtych uzgodnień. I miałem dużą satysfakcję, bo kiedy wychodziłem z sali sejmowej, w drzwiach podziękował mi za to wystąpienie gen. Jaruzelski, a potem także Tadeusz Mazowiecki.

Głos rozsądku zawsze jest w cenie u rozsądnych. A co pana w ogóle wciągnęło do wielkiej polityki?

– Zawsze miałem nastawienie publiczne. Wyniosłem to z domu. Moi rodzice nie podpisali volkslisty, byli więzieni przez gestapo, dziadek był powstańczym komisarzem. Rodowód rodzinny, ograniczona przemocą polskość spowodowały, że miałem potrzebę reagowania, uczestniczenia w życiu zbiorowości. Nie toleruję atakowania Polski i polskości. Jako rodowity Ślązak o polskich korzeniach źle znoszę to, co się teraz na Śląsku dzieje.

Mówi pan śląską gwarą?

– Oczywiście, to język moich lat wczesnych. Do muzycznego widowiska Katarzyny Gärtner “Pozłacany warkocz” napisałem także teksty gwarą.

Przetrwa kultura śląska?

– Tak. Zwłaszcza gdy będzie się rozwijał język regionalny jako rdzeń kulturowy śląskości. Tylko nie powinno towarzyszyć temu obniżanie literackich kryteriów, bo zbyt dużo powstaje teraz grafomaństwa pisanego gwarą. No i trzeba pamiętać, że język regionalny ma wzbogacać polszczyznę literacką, a nie ją zastępować. Przykładem wyjątkowym jest “Na skalnym Podhalu” Kazimierza Przerwy-Tetmajera. Nie wyobrażam sobie też, żeby w urzędach śląskich zaczęto się posługiwać gwarą. Kultura regionalna nie może wypierać kultury narodowej, polskiej.

Małgorzata Kąkiel

Tadeusz Kijonka – dziennikarz, poeta, działacz kulturalny, poseł na Sejm IX i X kadencji. Założyciel i prezes Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego, twórca oraz długoletni redaktor naczelny miesięcznika społeczno-kulturalnego “Śląsk”. Autor libretta opery “Wit Stwosz”, musicalu dla dzieci “Zaczarowany bal” z muzyką Katarzyny Gärtner oraz widowiska muzycznego “Pozłacany warkocz”. Uhonorowany Nagrodą Specjalną Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w uznaniu zasług dla kultury polskiej, laureat m.in. poetyckiej nagrody im. Andrzeja Bursy oraz nagrody im. Stanisława Piętaka. W plebiscycie “Gazety Wyborczej” znalazł się w gronie najwybitniejszych Ślązaków XX w.

Całość: http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/slask-ziemia-obolala-rozmowa-tadeuszem-kijonka

07-07-2014, 06:49

“Wprost” tym razem taśmami Nisztora uderza w Giertycha  »

Press
MAL
07-07-2014

W dzisiejszym wydaniu “Wprost” (AWR Wprost) zamieszcza zapis rozmowy, którą dziennikarze Piotr Nisztor i Jan Piński prowadzili trzy lata temu z Romanem Giertychem – adwokatem, w przeszłości wicepremierem. Jeszcze przed ujawnieniem ich treści w mediach uaktywnili się Giertych i Piński.

Nagrana rozmowa odbyła się w sierpniu 2011 roku – przy dużej ilości alkoholu rozmawiano o sprzedaży praw do książki o Janie Kulczyku, którą napisał Nisztor (wówczas pracował w “Rzeczpospolitej”). Dziennikarz nie wyjaśnia dlaczego zdecydował się upublicznić ją dopiero teraz. Wczoraj powiedział “Presserwisowi”, że wszystko co miał do powiedzenia znalazło się w bieżącym wydaniu tygodnika i nie będzie się wypowiadał w tej sprawie, dopóki nowy numer “Wprost” nie trafi do sprzedaży.

Zdaniem redakcji tygodnika z nagrań wynika, że Roman Giertych chciał stworzyć grupę, która wymuszałaby pieniądze od najbogatszych Polków, w tym m.in Jana Kulczyka. W weekend w mediach Giertych zdążył już zaprzeczyć tej wersji. M.in. “Gazecie Wyborczej” powiedział, że występował w imieniu anonimowego klienta i chciał wysondować, za ile Nisztor jest gotów sprzedać książkę. “Zaproponowałem Nisztorowi 400 tys. zł za kupno praw autorskich na spółkę, która nie istniała. Klient chciał, bym zaproponował kwotę, a potem miałem zerwać negocjacje” – tłumaczy się Giertych w “Gazecie Wyborczej”.

Swoją wersję zdążył też już przedstawić Jan Piński – obecnie naczelny miesięcznika “Uważam Rze”, a w 2011 roku – “Wręcz Przeciwnie”. Przyznał, że umówił Giertycha z Nisztorem, a w TVP Info powiedział wczoraj Krzysztofowi Ziemcowi, że pomagał Nisztorowi napisać książkę o Kulczyku. Jego zdaniem Nisztor wynegocjował za swoją książkę 450 tys. zł. Zwraca też uwagę, że choć książka jest gotowa, to nigdy nie została wydana.

W rozmowie zamieszczonej we “Wprost”, jaką z Nisztorem przeprowadzili redaktor naczelny Sylwester Latkowski i szef działu śledczego Michał Majewski, Nisztor tłumaczy dlaczego potajemnie nagrywał: “Spodziewałem się, że w trakcie spotkania padną kolejne dziwne propozycje. Widziałem, że będę sam, a naprzeciwko mnie będą Piński i Giertych. Zaprzyjaźnieni z sobą i mocno zainteresowani zrobieniem jakiegoś interesu na książce, którą szykowałem. Zaproponowali mi odkupienie praw do książki, nie zgodziłem się na to. (…) Każdy dziennikarz śledczy, który szedłby na takie spotkanie, zrobiłby to samo co ja.” Nisztor dodaje też: “Nigdy nie napisałem tekstu, za który wziąłbym pieniądze niebędące wierszówką albo pensją z gazety”. Twierdzi, że nie wydał książki, bo nie jej nie chciał, ale na pytanie, czy szukał wydawcy, odpowiada: “Nie. Może to był błąd. Byłem strasznie zawiedziony tamtą sytuacją”.

Roman Giertych już w sobotę zapowiedział, że skieruje sprawę do sądu. Chce przeprosin od “Wprost” na okładce w trzech kolejnych numerach i pół miliona złotych zadośćuczynienia za naruszenie dóbr osobistych.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/45794,Wprost-tym-razem-tasmami-Nisztora-uderza-w-Giertycha

07-07-2014, 05:54

Piotr Nisztor pozwie Romana Giertycha za “gangstera i bandytę”  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
łb
07-07-2014

Piotr Nisztor, dziennikarz śledczy współpracujący z “Wprost”, pozwie Romana Giertycha za to, że został przez niego nazwany “gangsterem i bandytą”. Pozew w tej sprawie ma zostać złożony w tym tygodniu.

Piotr Nisztor

Jak podaje tygodnik “Do Rzeczy”, dziennikarz Piotr Nisztor zlecił swojemu prawnikowi przygotowanie pozwu przeciwko byłemu wicepremierowi. Dziennikarz poczuł się urażony wypowiedzią Romana Giertycha w rozmowie z “Gazeta Wyborczą”. – Język był dostosowany do tego bandyty i gangstera, bo dla mnie Piotr Nisztor to gangster, a nie dziennikarz - powiedział w “Wyborczej” Giertych.

Reprezentujący dziennikarza prawnik Krzysztof Wąsowski potwierdza, że pozew jest w trakcie przygotowywania, a Nisztor jest “zdeterminowany by wytoczyć proces”. – Moim zdaniem wypowiedź pana Giertycha, który nie mając ku temu podstaw nazwał Piotra Nisztora bandytą i gangsterem kwalifikuje się nawet na proces karny - mówi w “Do Rzeczy” Krzysztof Wąsowski.

Mecenas Wąsowski rozważa również złożenie skargi do Krajowej Rady Adwokackiej na wypowiedź Romana Giertycha.

W weekendowym wydaniu “GW” ukazał się artykuł opisujący spotkanie Romana Giertycha z dziennikarzami Janem Pińskim i Piotrem Nisztorem. Zapis z tej rozmowy “Wprost” opublikował z bieżącym wydaniu. Giertych miał zaproponować ponad 400 tys. zł za kupno praw do pisanej przez Nisztora książki o Janie Kulczyku. Były wicepremier twierdzi, że działał na zlecenie klienta z otoczenia Kulczyka.

Przypomnijmy, że Roman Giertych będzie się domagał od tygodnika „Wprost” trzykrotnych przeprosin na okładce i 500 tys. zł zadośćuczynienia za informowanie, jakoby szantażował biznesmenów. Na okładce „Wprost” napisano, że „chciał tworzyć grupę, która będzie wymuszała pieniądze od najbogatszych Polaków”. Giertych ma również zawiadomić prokuraturę o nielegalnym podsłuchu.

W kwietniu br. średni nakład „Wprost” wynosił 116 617 egz., a średnia sprzedaż – 51 660 egz. (według danych ZKDP). Przy czym trzy ostatnie numery pisma, z nagraniami podsłuchanych rozmów, rozeszły się w dużo większej liczbie: 163 tys., 300 tys. i 250 tys. egz. Dwóch pierwszych zaczęło brakować w kioskach już po dwóch dniach sprzedaży.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/piotr-nisztor-pozwie-romana-giertycha-za-gangstera-i-bandyte

05-07-2014, 18:22

Roman Giertych chce przeprosin i 500 tys. zł od “Wprost”  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
05-07-2014

Roman Giertych będzie domagał się od tygodnika “Wprost” trzykrotnych przeprosin na okładce i 500 tys. zł zadośćuczynienia za informowanie, jakoby szantażował biznesmenów. O nielegalnym podsłuchaniu jego rozmowy z Piotrem Nisztorem i Janem Pińskim zawiadomi natomiast prokuraturę.

Okładka najnowszego "Wprost" z Romanem Giertychem i Janem Kulczykiem

W nowym numerze “Wprost” opublikuje zapis rozmowy Romana Giertycha z dziennikarzami Piotrem Nisztorem i Janem Pińskim (nagrał ją Nisztor) z sierpnia 2011 roku, w której były lider LPR proponował ponad 400 tys. zł za kupno praw do pisanej przez Nisztora książki o Janie Kulczyka. Giertych twierdzi, że działał na zlecenie klienta z otoczenia Kulczyka i miał ostatecznie wycofać swoją ofertę. “Wprost” swoją wersję prezentuje już w tytule na okładce: “Dorwać Kulczyka. Roman Giertych, adwokat ludzi władzy, chciał tworzyć grupę, która będzie wymuszała pieniądze od najbogatszych Polaków: Kulczyka, Solorza, Czarneckiego, Sołowowa”.

W sobotę Giertych poinformował Polską Agencję Prasową, że skieruje pozew cywilny przeciw wydawcy, redakcji i redaktorowi naczelnemu “Wprost” dotyczący tej publikacji. Zapowiedział, że za naruszenie dóbr osobistych będzie domagać się 500 tys. zł zadośćuczynienia i zamieszczenia przeprosin na okładce trzech kolejnych numerów tygodnika.

Roman Giertych zawiadomi również prokuraturę o tym, że Piotr Nisztor bez jego zgody nagrał i publikuje teraz prywatną rozmowę z nim i Pińskim. Według byłego lidera LPR dziennikarz narusza w ten sposób artykuł 14 Prawa prasowego. Giertych będzie domagał się dla Nisztora pół roku prac społecznych w jednym z warszawskich hospicjów.

W październiku ub.r. Giertych groził tygodnikowi procesem za artykuł opisujący, że zatrudnione w jego kancelarii adwokackiej Filipinki faktycznie pracują u niego jako pomoc domowa.

W ub.r. Giertych reprezentował Sławomira Nowaka w sporze z “Wprost” dotyczącym artykułów o drogich zegarkach byłego ministra transportu niewpisanych do oświadczenia majątkowego (sprawa zakończyła się podaniem się do dymisji przez Nowaka i śledztwem wszczętym przez prokuraturę). Giertych był też pełnomocnikiem Radosława Sikorskiego, którego rozmowę z Jackiem Rostowskim tygodnik ujawnił dwa tygodnie temu.

Dwa tygodnie temu to redaktor naczelny “Wprost” Sylwester Latkowski zapowiedział pozwanie Romana Giertycha za wypowiedź, że przez kilka lat ukrywał się w Rosji przed polskim wymiarem sprawiedliwości.

O prawdziwości okładkowej tezy z nowego wydania “Wprost” jest przekonany Michał Majewski, szef działu śledczego tygodnika. - Giertych w oczywisty, bezsprzeczny sposób proponował powołanie grupy hakowej. Do wyciągania pieniędzy od biznesmenów. Inicjatywa w tej sprawie wychodziła od Giertycha. Padają nazwiska ludzi do hakowania: Sołowow, Czarnecki. Rzecz jest bezdyskusyjna - napisał w sobotę wieczorem na Twitterze. - Poza wszystkim główny obrońca, podobno liberalnej władzy, jest obsesyjnym homofobem. Wszędzie “pedały” - dodał.

W kwietniu br. średni nakład „Wprost” wynosił 116 617 egz., a średnia sprzedaż – 51 660 egz. (według danych ZKDP. Przy czym trzy ostatnie numery pisma, z nagraniami podsłuchanych rozmów, rozeszły się w dużo większej liczbie: 163 tys., 300 tys. i 250 tys. egz. Dwóch pierwszych zaczęło brakować w kioskach już po dwóch dniach sprzedaży

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/roman-giertych-chce-przeprosin-i-500-tys-zl-od-wprost

04-07-2014, 12:15

Kuba Wojewódzki i Michał Figurski uniewinnieni  »

Portal medialny.pl
Kuba Wajdzik
04-07-2014

Kuba Wojewódzki i Michał Figurski zostali uniewinnieni w sprawie znieważenia rzecznika Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego Alvina Gajadhura ze względu na przynależność rasową – podała “Gazeta Wyborcza”. Dowcipy prezentowane były przez dziennikarzy na antenie Eski Rock w programie “Poranny WF” w maju 2011 roku.

Jak podaje GW, taki nieprawomocny wyrok wydał 4 lipca br. Sąd Rejonowy Warszawa Praga-Północ. Prokuratura Rejonowa Warszawa Praga-Południe oskarżyła dziennikarzy z artykułu Kodeksu karnego, przewidującego karalność znieważenia osoby lub grupy ludności z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości. Oskarżonym groziło za to do trzech lat więzienia. Proces toczył się przy drzwiach zamkniętych.

Całość: http://portalmedialny.pl/art/44580/kuba-wojewodzki-i-micha-figurski-uniewinnieni.html

02-07-2014, 18:58

Pogoria Radio Cup dla radiowców z Łodzi  »

Polskie Radio Katowice
02-07-2014

Radio Katowice zdobyło w Dąbrowie Górniczej brązowy medal Mistrzostw Polski radiowców w plażowej piłce nożnej.

Nasza drużyna w rozgrywkach broniła mistrzowskiego tytułu, ale niestety sukcesu nie udało się powtórzyć. Losy złota ważyły się do ostatniego spotkania. W końcowej klasyfikacji triumfowali koledzy z Łodzi, przed Radiem Opole, które katowicką ekipę wyprzedziło dzięki lepszemu bilansowi bezpośrednich spotkań.

W “Pogoria Radio Cup” Radiol Katowice zdobyło także jedną nagrodę indywidualną. Królem strzelców turnieju został Tomek Kaczmarski.

Relację z turnieju przygotował Tadeusz Musioł.

 

Całość: http://www.radio.katowice.pl/zobacz,5422,Pogoria-Radio-Cup-dla-radiowcow-z-Lodzi.html#.U_jIocV_uJo