Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

23-10-2014, 16:38

Dariusz Kmiecik z TVN z żoną Brygidą Frosztęgą z TVP i synem poszukiwani w gruzach kamienicy  »

Dziennik Zachodni
KAG
23-10-2014

Dariusz Kmiecik – reporter Faktów TVN w Katowicach wraz z żoną Brygidą Frosztęgą-Kmiecik z TVP oraz 2-letnim synem są poszukiwani w gruzach zawalonej kamienicy w Katowicach. W Katowicach na rogu ul. Sokolskiej oraz Chopina w czwartek, około godziny 5 rano doszło do wybuchu gazu.

Dariusz Kmiecik

Dariusz Kmiecik dziennikarską pracę rozpoczął w telewizji w 2001 roku od praktyk w TVP Katowice. Na początku pracował jako reporter, później wydawca. Relacjonował m.in. katastrofę hali MTK oraz pielgrzymkę Benedykta XVI do Bawarii. Do redakcji Faktów trafił w listopadzie 2006 r. “Od blisko 7 lat odkrywa i przybliża widzom TVN nie tylko Śląsk” – czytamy na stronie Faktów TVN.

Dariusz Kmiecik specjalizuje się m.in. w tematyce górskiej. Podczas tegorocznej edycji konkursu im. Krystyny Bochenek zajął II miejsce za reportaż pt. “Artur Hajzer subiektywnie”. Bohaterem reportażu była żona himalaisty, który zginął w lipcu 2013 roku na stoku Gaszerbrum I. Za swoje pozostałe reporterskie materiały dotyczące gór był nagrodzony m.in. na Krakowskim Festiwalu Górskim. Prywatnie Dariusz Kmiecik jest wielkim pasjonatem brydża oraz piłki nożnej.

Brygida Frosztęga-Kmiecik

Brygida Frosztęga-Kmiecik jest wydawcą Magazynu Reporterów telewizji TVP Katowice. Autorką wielu reportaży dla telewizji publicznej. Przede wszystkim zajmowała się tematyką społeczną, ale też historią. Laureatka wielu nagród, w tym m.in. pierwszego miejsca w konkursie dziennikarskim Silesia Press w 2008 roku.

Brygida Frosztęga-Kmiecik pochodzi z Lędzin. Skończyła liceum im. Wyspiańskiego w Tychach oraz Mistrzowską Szkołę Reżyserii Filmowej Andrzeja Wajdy. W 2013 reżyserowała “Inny film”, który został nominowany do nagrody Złoty Lajkonik. Swoją pracę traktuje jak misje “Największe zawodowe wyzwanie – udowodnianie, że media mogą zmienić życie człowieka, jeśli tylko ten jest na to gotowy. Dowodów nie brakuje … ” – czytamy na stronie Magazynu Reporterów.

Dariusz Kmiecik oraz Brygida Frosztęga-Kmiecik mają 2-letniego syna.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3619352,dariusz-kmiecik-z-tvn-z-zona-brygida-frosztega-z-tvp-i-synem-poszukiwani-w-gruzach-kamienicy,id,t.html

23-10-2014, 14:32

Reporterka TVP i reporter TVN mieszkają w kamienicy w Katowicach, która się zawaliła  »

Press
23-10-2014

Brygida Frosztęga-Kmiecik pracująca dla TVP Katowice wraz z mężem Dariuszem Kmiecikiem – reporterem “Faktów” TVN, mieszkają wraz z dzieckiem w kamienicy na rogu ulic Chopina i Sokolskiej w Katowicach, w której doszło dziś rano do wybuchu gazu. Redakcje nie mają z nimi kontaktu.

Miejsce tragicznej katastrofy budowlanej u zbiegu ulic Sokolskiej i Chopina

- Jedyne co wiemy na pewno, to tylko to, że nasza dziennikarka wraz z mężem i dzieckiem mieszkała w budynku, w którym nastąpił wybuch. Od rana dzwonimy na komórki jej i jej męża, ale nie odpowiadają – mówi Jerzy Nachel, dyrektor TVP Katowice.

Kontaktu ze swoim reporterem nie ma też redakcja “Faktów” TVN. Dowiedzieliśmy się, że w Katowicach jest już jej szef Kamil Durczok.

Kamienica, w której doszło do wybuchu gazu, dziś przed godz. 5, częściowo się zawaliła. Strażacy przeszukują gruzowisko, trzy osoby mieszkające w górnej części w budynku wciąż są uznane za zaginione. W sumie w kamienicy zameldowanych było 25 osób, nie wiadomo, ile znajdowało się w niej w chwili wybuchu.

Brygida Frosztęga-Kmiecik jest autorką reportaży realizowanych nie tylko dla katowickiego ośrodka TVP ale również dla anten ogólnopolskich telewizji publicznej. Dariusz Kmiecik w “Faktach” TVN pracuje od 2006 roku.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/46865,Reporterka-TVP-i-reporter-TVN-mieszkaja-w-kamienicy-w-Katowicach_-ktora-sie-zawalila

23-10-2014, 13:57

Naczelni o prawie do autoryzacji: to relikt PRL-u  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Łukasz Brzezicki
23-10-2014

Autoryzacja to relikt PRL-u, z którym muszą zmagać się dziennikarze. Pozwala jednak doszlifować tekst, ponieważ język mówiony bardzo różni się od pisanego – pomysł wykreślenia z prawa prasowego zapisu o autoryzacji oceniają Bogusław Chrabota, Tomasz Lis, Marcin Goralewski, Jadwiga Sztabińska, Sławomir Jastrzębowski i Michał Kobosko.

W poniedziałek amerykański dziennikarz Ben Judah poinformował na portalu Politico.com, że Rosja zaproponowała Polsce inwazję na Ukrainę i rozbiór tego kraju. Autor powołał się na wypowiedź marszałka Radosława Sikorskiego. – Chciał (Putin – przyp. red.), żebyśmy uczestniczyli w podziale Ukrainy. Od lat wiedzieliśmy, że tak myślą. Była to jedna z pierwszych rzeczy, jakie Putin powiedział premierowi Donaldowi Tuskowi w czasie jego wizyty w Moskwie. Mówił, że Ukraina jest sztucznym krajem, a Lwów jest polskim miastem i dlaczego by nie załatwić tego wspólnie. Na szczęście Tusk nie odpowiedział. Wiedział, że jest nagrywany – cytował Sikorskiego Ben Judah.

Słowa byłego szefa dyplomacji wywołały w Polsce burzę. Na Sikorskiego spadła fala krytyki ze strony politycznej opozycji, ale także dziennikarzy. Jeszcze tego samego dnia marszałek napisał na Twitterze, że nie autoryzował tej rozmowy, a Benowi Judahowi zarzucił “nadinterpretację” jego słów.

- Jak rozumiem, “autoryzacja” wywiadu to polski system sprawdzania przez rozmówcę tekstu przed opublikowaniem. Nie działam w ten sposób – odpowiedział na Twitterze dziennikarz Politico.com.

Do tematu autoryzacji Radosław Sikorski powrócił również w wywiadzie, jakiego udzielił we wtorek “Gazecie Wyborczej”. W rozmowie z Renatą Grochal były minister spraw zagranicznych zaprzeczył, że był świadkiem rozmowy Tusk-Putin. Stwierdził też m.in. że nie powiedział dziennikarzowi Politico.com Benowi Judahowi o nagrywaniu premiera Tuska na Kremlu. – Polski system autoryzacji okazuje się przydatny, bo w autoryzacji można wychwycić pewne nieporozumienia – komentował marszałek brak tego zapisu w amerykańskim prawie prasowym.

Zamieszanie wokół wywiadu Radosława Sikorskiego dla Politico.com na nowo obudziło dyskusję o wykreśleniu z polskiego prawa prasowego zapisu o autoryzacji.

Tomasz Lis

Tomasz Lis, redaktor naczelny “Newsweeka”, napisał na swoim blogu w serwisie naTemat.pl, że jest przeciwny całkowitej likwidacji autoryzacji, ponieważ – jego zdaniem – występują sytuacje, gdy dziennikarze “kłamią, zmyślają, dopisują i manipulują”. Wprowadziłby za to zmiany do zapisu o autoryzacji w prawie prasowym.

- Wielokrotnie padałem ofiarą autoryzacji. Ale równie często padałem ofiarą jej braku. Zdarzało mi się na przykład przeprowadzać do gazety artykuł z politykiem. Tuż po wywiadzie miałem poczucie, że miałem dobry materiał. Gdy jednak dostawałem to, co z wywiadu zostawało po autoryzacji, miałem poczucie, że nie zostało nic z tego, co było naprawdę ciekawe. I w tym sensie taką autoryzację uważam za pozbawioną sensu – pisze Tomasz Lis.

Lis chce, aby polityk mógł wykreślać z wywiadu tylko słowa, których nie wypowiedział, gdyby dziennikarz takowe dopisał lub zmienił. – Skasowałbym natomiast prawo do ingerowania w słowa wypowiedziane. Służy ono bowiem upiększaniu swych wypowiedzi albo rozbrajaniu bomb, które chlapiąc jęzorem sam polityk podłożył. Nie powinni politycy mieć tego prawa. Powinni wiedzieć, co mówią i za swe słowa odpowiadać – twierdzi naczelny “Newsweeka”.

Bogusław Chrabota

Inne zdanie ma Bogusław Chrabota, redaktor naczelny “Rzeczpospolitej”, który uważa, że autoryzacja powinna zostać zlikwidowana. W swoim komentarzu zwraca również uwagę na to, że Radosław Sikorski “raczył żartować”, kiedy poinformował za pośrednictwem Twittera, że z powodu braku autoryzacji “niektóre słowa” z rozmowy z nim na portalu Politico.com zostały nadinterpretowane.

- Raczył żartować, bo przecież doskonale wie, że praktyka tzw. autoryzacji w większości systemów medialnych, z amerykańskim na czele, nawet jeśli jest znana, to się jej nie stosuje. Wynika to z prostego założenia, że rozmówca wie, co mówi, a dziennikarz wie, co notuje. Nie ma tu miejsca na żadne nadinterpretacje czy szumy informacyjne. Owa prosta relacja zakłada po prostu rzetelność i odpowiedzialność za słowa wraz z kontekstem, w jakim padły. Po stronie dziennikarza nazwijmy to zasadami warsztatu. Po stronie rozmówcy szacunkiem dla profesjonalizmu dziennikarza – uważa Bogusław Chrabota.

Zdaniem naczelnego “Rzeczpospolitej”, wadą polskiego prawa prasowego jest to, że wciąż posługuje się anachroniczną konstrukcją autoryzacji. Rozmówca ma prawo żądać możliwości naniesienia poprawek w swoich wypowiedziach, dziennikarzowi zaś, który do takiego żądania się nie zastosuje, grozi odpowiedzialność karna. – Warto więc to powtórzyć po raz setny i na dodatek wyjątkowo dobitnie: zasada autoryzacji zdejmuje odpowiedzialność za słowo z rozmówcy kosztem dziennikarza! Otwiera drzwi bajdurzeniu, emocjom, przesadzie, plotkarstwu i brakowi powagi. Zdejmuje odpowiedzialność, bo daje szansę na wycofanie się ze słów już wypowiedzianych – podkreśla Chrabota.

Bogusław Chrabota nadmienia, że spotkał się w swojej karierze z przykładami, kiedy dokonywana przez służby informacyjne autoryzacja wywiadu istotnie zmieniła sens wypowiedzi. – Dlatego może najwyższy czas, by na łamach poważnych polskich tytułów wprowadzić wobec polityków regułę: zero autoryzacji. Oznaczałaby tyle i tylko tyle, że o wywiady do publikacji prasowych zwracamy się wyłącznie do tych polityków, którzy świadomie rezygnują z prawa do autoryzacji. Decydują się na równą grę z dziennikarzem i mają w niej równe prawa – proponuje naczelny “Rzeczpospolitej”.

Marcin Goralewski

Podobne zdanie ma Marcin Goralewski, zastępca redaktora naczelnego “Pulsu Biznesu”, choć on pozostaje bardziej sceptyczny.

- Zapis o autoryzacji wypowiedzi powinien zniknąć z prawa prasowego, ale nie sądzę, aby tak się stało. To wygodne rozwiązanie dla obu stron. Teoretycznie rozmówca myśli, że może zmienić sens każdego wypowiedzianego słowa, zrezygnować z niektórych, dodać inne, a dziennikarz, że po przesłaniu materiału nie będzie miał “kłopotów” po publikacji. Taki sposób pracy powoduje, że traci na tym czytelnik – poznaje wirtualną rzeczywistość. Tracą też dziennikarze, bo zdejmując z siebie odpowiedzialność tworzą miejsce dla osób mniej wiarygodnych – mówi Marcin Goralewski.

Goralewski twierdzi, że spotkał się z opinią, że istnienie prawa do autoryzacji uchroniło pewną firmę “od wypisywania głupot na jej temat”. – Jak rozumiem, autorem tych głupot był dziennikarz. Dziennikarz, który nie powinien być dziennikarzem – jeśli nie potrafi oddać w artykule sensu wypowiedzi rozmówcy, powinien pomyśleć o zmianie zawodu. Trzeba też pamiętać, że prawo do autoryzacji nie oznacza prawa do napisania nowego tekstu – podkreśla wicenaczelny “Pulsu Biznesu”.

W swojej pracy redakcyjnej Marcin Goralewski spotyka się z sytuacjami, w których rozmówcy zmieniają sens wypowiedzi, dopisują i nanoszą poprawki. – Nie zgadzamy się na taką ingerencję, może ona dotyczyć faktów – liczb, dat itd. W skrajnym przypadku tekst trafia do kosza, cytaty zamieniają się w mowę zależną, poprawki nie zostają uwzględnione. Zależy nam na pokazywaniu rzeczywistości, a nie kreowaniu jej, często przez działy PR, a nie samego rozmówcę – twierdzi Goralewski.

Sławomir Jastrzębowski

Tłumaczenie marszałka Radosława Sikorskiego o nadinterpretacji jego słów przez amerykańskiego dziennikarza Sławomir Jastrzębowski, redaktor naczelny Grupy Super Express, określa jako “idiotyczne”. – Jego żona jest amerykańską dziennikarką, więc doskonale wie, że w Stanach nie ma czegoś takiego, jak autoryzacja. Co więcej, Sikorski nie twierdzi, że nie powiedział spornych słów, bo zapewne są one nagrane. Brak autoryzacji służy mu za listek figowy, ale niczego sobie nim nie zasłoni – ocenia Sławomir Jastrzębowski.

Jastrzębowski optuje za utrzymaniem prawa do autoryzacji, choć teoretycznie – jak mówi – działa to na jego niekorzyść. – Twierdzę, że rozmówca powinien mieć szansę doszlifować tekst, ponieważ język mówiony bardzo różni się od pisanego. Kiedy jednak rozmówca próbuje wyciąć ważne wątki, które padły w czasie oficjalnego wywiadu, po prostu się na to nie zgadzam. Dochodzi do sporów, kłótni, straszenia sądami. Jestem na to przygotowany, bo nagrywamy wszystkie rozmowy. Moi rozmówcy wiedzą, że działam w ten sposób i muszą to zaakceptować. Jeśli ktoś nie chce zgodzić się na moje warunki, może iść do innej redakcji – dodaje naczelny “SE”.

Jadwiga Sztabińska

Jadwiga Sztabińska, redaktor naczelna “Dziennika Gazety Prawnej”, popiera wykreślenie z prawa prasowego zapisu o autoryzacji. Szefowa “DGP” uważa, że jest reliktem PRL-u, który pozostał wraz z prawem prasowym, a dziennikarze muszą się z nim zmagać. – Na razie nie ma woli politycznej, żeby przepis ten uchylać. Politycy wolą mieć wpływ na to, co zostanie wydrukowane w gazecie lub wyemitowane na antenie. Wskazują na to wydarzenia ostatnich dni – ocenia Jadwiga Sztabińska.

Naczelna “Dziennika Gazety Prawnej” twierdzi, że w redakcji, którą kieruje, zapis ten nie przeszkadza tak bardzo.

- Nasi rozmówcy zazwyczaj nie zmieniają treści wywiadów czy udzielonych wypowiedzi tak dalece jak ostatnio zdarzyło się “Gazecie Wyborczej” w przypadku kandydatki Partii Zielonych. Oprócz ingerencji rozmówcy w treść tego, co powiedział prawo do autoryzacji wydłuża czas publikacji tekstu. Gdyby tego zapisu nie było rozmowę możemy wydrukować już następnego dnia. Kiedy wywiadu udzielał nam Jeffrey Sachs to w ogóle nie było mowy o autoryzacji. Rafał Woś spisał rozmowę, która została opublikowana dzień później – mówi Jadwiga Sztabińska.

Sztabińska zauważa, że pomysł likwidacji zapisu o autoryzacji w prawie prasowym jest dyskutowany w resortach kultury i sprawiedliwości już od wielu lat. – Nic z tego nie wynika. Musielibyśmy skrzyknąć się jako media i zorganizować dużą akcję, tak jak dwa lata temu przy nowelizacji prawa prasowego, która zmuszała wydawców do publikacji sprostować in extenso. Tamta akcja miała siłę – zebraliśmy się, opublikowaliśmy swoje stanowisko do proponowanej zmiany, a ustawodawca się z niej wycofał. Takiej jedności by nam dzisiaj było potrzeba, żeby wymusić zmiany w kwestiach regulacji dotyczących autoryzacji – ocenia redaktor naczelna “DGP”.

Michał Kobosko

Z kolei Michał Kobosko, redaktor portalu Project Syndicate Polska i szef polskiego biura Atlantic Council, a w przeszłości redaktor naczelny m.in. “Newsweeka”, “Wprost” i “Dziennika Gazety Prawnej”, uważa, że prawo prasowe należy napisać od nowa. – Nie ma sensu poprawianie istniejącej ustawy. Trzeba uwzględnić zmiany jeśli chodzi o organizacje mediów i zmiany dotyczące funkcjonowania zawodu dziennikarza. Nowa ustawa powinna określać, kto tak naprawdę może się posługiwać tytułem dziennikarza, czy np. blogerzy również mają do tego prawo albo czy osoby, które wykonują zawód mogący być uznawany za dziennikarski, np. tworzenie gazety wewnętrznej w korporacji mogą korzystać z regulacji dotyczących prawa prasowego – mówi Michał Kobosko.

Autoryzację Kobosko od wielu lat uważa za przeżytek. – Wszelkie fastrygi jak określenie maksymalnego terminu na dokonanie autoryzacji realnie nie zmienią sytuacji. Portal internetowy czy gazeta codzienna nie może czekać 24 godziny na “zatwierdzenie” opinii opisywanego bohatera. Może być wręcz tak, że bohater mając takie zabezpieczenie prawne chętnie zwlekałby z autoryzowaniem i odniesieniem się do tekstu, który – jego zdaniem – mógłby być dla niego niekorzystny czy groźny. Zapis taki byłby więc od razu nadużywany – podkreśla redaktor portalu Project Syndicate Polska.

Jako przykład wskazuje na model anglosaski w dziennikarstwie. Rozmówca, który ufa dziennikarzowi, może powierzyć materiał czy rozmowę bez autoryzacji, a jeśli nie ma zaufania – nie powinien w ogóle podejmować z nim rozmowy. – Oczywiście sam dziennikarz może uznać, że nie jest pewien czy dobrze oddał intencje i dane podane przez rozmówcę – i wysłać mu to dla spokoju ducha. Ale wszelkie formy odgórnie narzucanej autoryzacji są formą cenzury, a cenzura kojarzy mi się jak najgorzej – dodaje Kobosko.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/naczelni-o-prawie-do-autoryzacji-to-relikt-prl-u-opinie#

23-10-2014, 13:19

TVP Regionalna najlepiej ocenianym medium lokalnym  »

Portal medialny.pl
23-10-2014

TVP Regionalna jest najlepiej ocenianym medium lokalnym w Polsce: zadowolonych z jej istnienia i użytecznych treści jest 82 proc. widzów. Na kolejnych miejscach znalazły się lokalne rozgłośnie radiowe (63 proc.), prasa lokalna (62 proc.), portale internetowe (47 proc.) oraz lokalne prywatne telewizje (38 proc.).

Regionalnych rozgłośni radiowych najczęściej słuchają widzowie TVP Szczecin, a po prasę lokalną najczęściej sięgają widzowie TVP Poznań (91 proc.), TVP Gorzów Wielkopolski, TVP Łódź oraz TVP Warszawa (po 90 proc.).

Widzowie TVP Regionalnej to osoby, które interesują się sprawami dotyczącymi ich regionu. Aż 77 proc. z nich deklaruje, że wie, co się dzieje w ich regionie, a 74 proc. uznaje się za dobrze poinformowanych. Najlepiej zorientowani w sprawach swojego regionu czują się widzowie TVP Lublin i TVP Bydgoszcz (po 82 proc.), TVP Olsztyn (81 proc.) oraz TVP Rzeszów i TVP Szczecin (po 80 proc.).

TVP Regionalna tworzą: TVP Białystok, TVP Bydgoszcz, TVP Gdańsk, TVP Gorzów Wielkopolski, TVP Katowice, TVP Kielce, TVP Kraków, TVP Lublin, TVP Łódź, TVP Olsztyn, TVP Opole, TVP Poznań, TVP Rzeszów, TVP Szczecin, TVP Warszawa, TVP Wrocław. To jedyna w Polsce telewizja nadająca programy w każdym z 16 województw – 16 anten regionalnych na bieżąco, 24 godziny na dobę, informuje o najważniejszych lokalnych wydarzeniach. Skupiają się na sprawach, którymi mieszkańcy żyją na co dzień.

Całość: http://portalmedialny.pl/art/46002/tvp-regionalna-najlepiej-ocenianym-medium-lokalnym.html

23-10-2014, 10:51

Wydawcy ruszają z pracami nad Kodeksem Dobrych Praktyk w Internecie  »

Press
(IKO)
23-10-2014

Wydawcy prasowo-internetowi deklarują współpracę przy stworzeniu Kodeksu Dobrych Praktyk, który określi zasady wykorzystywania treści dziennikarskich w Internecie. Jego projekt ma być gotowy 2 marca 2015 roku.

Sygnatariuszami listu intencyjnego w sprawie ustalenia wspólnego standardu zasad wykorzystywania treści dziennikarskich w Internecie są: Agora SA, Bonnier Business Polska, Infor Biznes, Grupa Wydawnicza Polskapresse wraz z Mediami Regionalnymi, Grupa Onet wraz z Ringier Axel Springer Polska, Piano Media, Grupa ZPR Media. Firmy wydelegowały osoby, które przez najbliższe cztery miesiące będą pracowały nad określeniem zasad udostępniania treści dziennikarskich w Internecie. W grupie tej znaleźli się: Piotr Stasiak, Przemysław Barankiewicz, Paweł Osmólski, Adam Wojdyło, Paweł Nowacki, Maciej Nowak, Agnieszka Starewicz-Jaworska.

Dokument ma regulować m.in. takie sprawy, jak: republikację, agregację, cytowanie i linkowanie treści dziennikarskich w Internecie i zasady oznaczania źródeł pochodzenia tych materiałów. Chodzi więc o rozmaite formy korzystania z cudzych treści, ale jak podkreślają sygnatariusze, w celu osiągnięcia korzyści majątkowych.

- W przestrzeni internetowej poziom technologii zaczyna się wyrównywać. Coraz więcej serwisów ma dobre CMS. Wyróżnikiem coraz częściej staje się więc treść, która przyciąga odbiorców. Chcemy ustalić standardy, na podstawie których będzie można korzystać z tych treści w Internecie – mówi Piotr Stasiak, szef online Newsweek.pl (Ringier Axel Springer Polska).

- Tworząc Kodeks Dobrych Praktyk, mamy świadomość, że to nie będzie ustawa, ale samoregulacja branży. Określimy w nim jednak zasady, które podkreślą fakt, że treści mają swojego autora i właściciela – mówi Maciej Nowak, dyrektor cyfryzacji prasy bezpłatnej i czasopism w Agorze. – Wprowadzanie tego typu zasad na każdym rynku to trudny proces. Na szczęście znam przykłady kodeksów, które przyjęły się w branży i są już obecnie standardem. Internet nie jest pod tym względem wyjątkowy. Fakt, że obecnie jest to już bardzo rozwinięty rynek, zwiększa szanse powodzenia całego projektu. Na początek wystarczy nam uregulowanie sposobu korzystania z treści przez tych, którzy chcą jasnych i uczciwych zasad – dodaje Nowak.

Wydawcy chcą między innymi stworzyć ścieżki szybkiego kontaktu pomiędzy współpracującymi firmami. Jednym z pomysłów jest stworzenie wewnętrznego adresu mailowego w firmie, na który będą mogły przychodzić informacje dotyczące naruszeń prawa. – Walka z piratami jest naszym wspólnym celem – podkreśla Agnieszka Starewicz-Jaworska, dyrektor pionu content i marketing w Grupie ZPR Media.

Sygnatariusze akcji zachęcają do współpracy innych wydawców i firmy zrzeszone w IAB Polska. 13 listopada br. ma się odbyć pierwsze spotkanie uczestników akcji. Ostateczny projekt Kodeksu ma być gotowy 2 marca 2015 roku.

Całość: http://www.press.pl/newsy/internet/pokaz/46864,Wydawcy-ruszaja-z-pracami-nad-Kodeksem-Dobrych-Praktyk-w-Internecie?target=pressletter&uid=556

22-10-2014, 21:15

Co udało nam się zrobić i co zamierzamy w pracach nad stworzeniem słownika biograficznego “Śląskie środowisko dziennikarskie w latach 1945 – 2015″  »

Stowarzyszenie Dziennikarzy RP Katowice
(ów)
22-10-2014

Powracając do idei stworzenia słownika biograficznego “Śląskie środowisko dziennikarskie w latach 1945 – 2015”, już w grudniu 2013 roku rozesłano apel Zarządu Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP informujący o zamyśle opracowywanej publikacji. Tekst z apelem przesłano indywidualnie dziennikarkom i dziennikarzom, jak i redaktorom naczelnym poszczególnych mediów, funkcjonujących na Górnym Śląsku, w Zagłębiu Dąbrowskim, na Podbeskidziu, na Ziemi Cieszyńskiej i Ziemi Częstochowskiej.

W połowie marca br., w Wydawnictwie “Śląsk” sp. z.o.o. (zdeklarowanego wydawcy “Słownika…”) doszło do spotkania zespołu zainteresowanego wydaniem tej pozycji. Uczestniczyli w nim: red. Kazimierz Zarzycki – inicjator przedsięwzięcia, dr Tadeusz Sierny – prezes wydawnictwa, prof. Marian Gierula – medioznawca z Uniwersytetu Śląskiego oraz Kazimierz Krzyśków z Zarządu Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy RP w Katowicach. Przedmiotem spotkania było opracowanie koncepcji “Słownika…” oraz pozyskanie dla publikacji źródeł finansowania.

W wyniku tego spotkania powstała duwariantowa koncepcja “Słownika…”, opracowana przez prof.prof. Mariana Gierulę i Marka Jachimowskiego, uwzględniająca wszelkie cechy publikacji popularnonaukowej, nadto spełniająca oczekiwania przyszłego odbiorcy.

Odrębną, niesłychanie istotną kwestią stało się zapewnienie źródeł finansowania. Z rozeznania dr. Tadeusza Siernego wynikało, iż o środki na tego typu publikacje można zabiegać korzystając z programów unijnych, za sprawą których wydatna pomoc finansowa byłaby możliwa.

W ostatnim okresie do zespołu zajmującego się “Słownikiem…” pozyskano profesora Dariusza Rotta, redaktora naczelnego miesięcznika “Śląsk”, przewodniczącego Rady Naukowej Instytutu Badań Regionalnych Biblioteki Śląskiej w Katowicach, który przejął kierowanie całym przedsięwzięciem oraz dr. Grzegorza Sztolera z Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego.

Ponieważ przekazane nam dane osobowe dziennikarzy obejmują lata 1945-2005 i przebieg ich pracy i dokonań jesteśmy w stanie odtworzyć, dane wszystkich pozostałych, którzy od co najmniej dziesięciu lat profesjonalnie zajmują się dziennikarstwem mogą znaleźć się w naszym “Słowniku…” za ich aprobatą i na wyraźne ich życzenie.

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/7050