Zmarł Krzysztof Kąkolewski wybitny twórca polskiego reportażu, pisarz, autor kilkudziesięciu książek, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. Zmarł w wieku 85 lat – poinformowała PAP Barbara Sułek-Kowalska ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

- Krzysztof Kąkolewski
Krzysztof Kąkolewski był autorem książek reportażowych i beletrystycznych, m.in. reportażu “Jak umierają nieśmiertelni” o morderstwie żony Romana Polańskiego i jego przyjaciela Wojciecha Frykowskiego, wywiadów ze zbrodniarzami hitlerowskimi “Co u pana słychać” oraz reportażu historycznego “Umarły cmentarz” o pogromie kieleckim i komunistycznych matactwach wokół tej sprawy.
Był absolwentem Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, a potem wykładowcą tej uczelni. Był twórcą szkoły reportażu w Studium Dziennikarskim UW, później w Instytucie Dziennikarstwa, gdzie wykładał przez dziesięciolecia. W 2008 roku został uhonorowany Laurem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Kąkolewski był też autorem filmowych scenariuszy (np. do filmu “Ktokolwiek wie…” w reż. Kazimierza Kutza, 1966), opowiadań oraz powieści, m.in. powieści kryminalnej “Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię”, przeniesionej następnie na ekran przez reżysera Janusza Majewskiego (1969, w obsadzie m.in. Zygmunt Huebner i Barbara Brylska).
* * *
Wspomnienia Krzysztofa Kąkolewskiego
Reportaż? To możliwość zadania prawie każdemu prawie każdego pytania. Granica? Tylko jedna: opór mojego bohatera, kiedy nagle odmawia odpowiedzi. Bo wchodząc w czyjeś życie, naruszamy normalny bieg jego dni. Choć okazało się, że wystarczył jeden gest, aby zaczęły się ważyć i moje losy.
Ojciec zginął podczas obrony Warszawy. Ale kiedy Niemcy wkroczyli do miasta, poprosiłem mamę, żebyśmy poszli obejrzeć tę armię. Pamiętam, jak bardzo była zdziwiona: mamy stać w tłumie gapiów i patrzeć na Niemców? Mnie jednak pociągało wojsko, mundury, uzbrojenie. Patrzyłem na tych żołnierzy z uznaniem, wymieszanym z jakimś lękiem, chociaż nikt jeszcze nie przypuszczał, jakich zbrodni się dopuszczą. Przecież mówiono nawet, że to kulturalny naród. Moja mama wątpiła: owszem, cywilizowany, ale czy kulturalny? Miałem wtedy dziewięć lat.
Nadeszły lata 60. XX wieku. Zawód, który uprawiałem, zawód reportażysty, był nieustannym ciągiem dramatycznych lub trudnych wydarzeń. Chociaż wojna skończyła się kilkadziesiąt lat temu, wiedziałem, że wciąż trwa w ludziach. Wręcz jej w nich szukałem. Nawet w tych, którzy nie walczyli, ale którym zmieniła trajektorię życia. Teraz zapragnąłem porozmawiać ze zbrodniarzem wojennym. Złożyłem wniosek do Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich o umożliwienie mi spotkania z Erichem Kochem. Kiedy Brytyjczycy schwytali go w 1949 roku w Hamburgu, nie wydali go Moskwie, lecz Polakom. W procesie, rozpoczętym dopiero w 1958 roku, uznano go za winnego śmierci ok. 400 tys. Polaków i skazano na karę śmierci. Wyroku nie wykonano. Siedział w więzieniu w Barczewie. Okazało się jednak, że aby z nim porozmawiać, konieczna jest zgoda Biura Politycznego KC PZPR. Pamiętam, że pomyślałem sobie: “O nie, ich nie będę prosił!” Zrezygnowałem. Erich Koch zmarł w Barczewie w 1986 roku.
Czesław Pilichowski, który wtedy był dyrektorem Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich, powiedział mi, że na wolności wciąż jest wielu nieukaranych zbrodniarzy ostatniej wojny. Wiedziałem, że to jest to, wiedziałem, że chcę do nich pojechać. Tylko gdzie ich szukać? Oczywiście w Niemczech. Profesor Pilichowski dał mi wiele nazwisk. Wybrałem tych uznawanych za wybitnych. Wysokich oficerów SS, którzy nie zabijali własnymi rękami. Oni planowali przyszłość nowego świata. Na przykład dokąd, po zwycięskiej wojnie, wysiedlić Polaków. Rzecz jasna był wśród nich kat Warszawy Heinz Reinefarth. Jego oddziały tłumiły Powstanie Warszawskie, za co we wrześniu 1944 roku dostał Liście Dębowe do Żelaznego Krzyża. Dokładna liczba ofiar zamordowanych przez jednostki, którymi dowodził, nie jest znana. Nie oszczędzali nikogo, mordowali cywilów – dzieci, kobiety, ludzi starszych, księży, lekarzy, likwidowali jeńców wojennych i rannych schwytanych w szpitalach wojskowych.
Dwa lata siedziałem z tłumaczami w archiwach. To była mozolna praca. Studiowałem, czytałem, porównywałem. Potem zabrałem te wszystkie papiery i pojechałem do Frankfurtu nad Menem. Nikt nie wierzył, że którykolwiek z nazistów będzie chciał ze mną rozmawiać, więc przed wyjazdem radzono mi, żebym zdobył przynajmniej ich adresy, zobaczył przez płot, jakie mają wille, jakie drzewa tam rosną, jakie psy biegają. Rzeczywiście, niemal wszyscy, z wyjątkiem jednego, mieli bardzo piękne posiadłości w miastach. Zadbane. Jak to w Niemczech. Paradoksalnie pomogło mi, że byłem dla nich po prostu “takim jednym ze Wschodu”. Bo traktowali mnie na zasadzie: – Komunista? A niech sobie pisze.
Żadna z tych rozmów nie była łatwa. Musiałem się liczyć z tym, że każdy z nich w każdej chwili może wezwać policję. Skończyłoby się to unieważnieniem wizy i wyrzuceniem mnie z Niemiec. Byłem więc niezwykle uprzejmy. Ale wiedziałem, że większe wrażenie robią ostre słowa mówione bardzo uprzejmie i spokojnie.
Czy mieli poczucie winy? Nie. Jeżeli już, to raczej refleksje: dlaczego przegraliśmy? co źle zrobiliśmy? gdzieśmy wtedy byli? Oni to wszystko traktowali jako normalne zadanie. Najbardziej uprzejmy z nich był Aleksander Dolezalek, wówczas członek kierownictwa Ośrodka Studiów Ogólnoeuropejskich we Vlotho, badacz spraw wschodnich, podczas wojny szef planowania sztabu osadnictwa SS w Poznańskiem i Łódzkiem, człowiek, który dosłownie wymazywał Polskę z mapy świata. Wizjoner Trzeciej Rzeszy, twórca Generalplan Ost. Dolezalek bardzo chętnie opowiadał mi o różnych sytuacjach z tamtych czasów, mówił wręcz, że pewne sprawy były niepotrzebne, że on je zwalczał, a jak zauważył, że wszystko idzie źle, to sam zgłosił się na front. Rzeczywiście był dowódcą komandosów na Krecie. Ale później odwołano go i mianowano szefem Głównego Wydziału Planowania Głównego Urzędu SS. On przyznawał, że Hitler zaszkodził Niemcom, ale, jak tłumaczył, podczas przeprawy przez rzekę nie zmienia się koni. Dolezalek był miły, uprzejmy, a jednak to właśnie on stworzył plan budowy nowej Europy. To było groźniejsze nawet od tego, co już zrealizowano w czasie wojny. We Frankfurcie nad Menem rozmawiałem też z bardzo popularnym, majętnym adwokatem Hermannem Stoltingiem. W czasie okupacji był prokuratorem na Pomorzu. Decydował o wyrokach wydawanych przez sąd ludowy. Za każde wykroczenie zapadał tam wówczas wyrok śmierci. Choćby za kradzież mleka. A on jako prokurator asystował przy wykonaniu wszystkich wyroków. Tłumaczył mi zawiłości prawa, twierdził, że działał tylko w granicach istniejących przepisów. Kiedy wojna się skończyła, został adwokatem, bronił w procesach oświęcimskich. Był prezesem niemieckiego Towarzystwa Ochrony Zwierząt.
Jednak chyba najtrudniejsza była dla mnie rozmowa z Heinzem Reinefarthem. To wybitny umysł, człowiek kulturalny i do tego bardzo przystojny. Niezbyt wysoki, ale taki wsobny, jak to mówiono za czasów szlacheckich. Przed wojną był znanym adwokatem, gdy nagle – niespodziewanie dla większości – wstąpił do SS. W nazistowskim świecie awansował, przewracając wszystkich po drodze. Podobał się, miał swój styl, został generałem. Był nie tylko wybitnym dowódcą, ale i mordercą. Miał za sobą wiele procesów. Jego akta liczyły ponad 60 tomów. Umówił się ze mną na dwugodzinną rozmowę. I był świetnie przygotowany. Umiejętnie zmieniał temat, przedłużał naszą rozmowę, wtrącał różne opowieści, abym nie mógł dojść do punktu, który mnie interesował. Opowiedział mi o sercu Chopina i dzięki temu wiadomo, jakie były jego koleje w czasie wojny. Przytoczył też ładną scenę, jak to szedł przez zniszczoną zachodnią część Warszawy, już zdobytą, i usłyszał z prawie zrujnowanego domu przepiękną grę na fortepianie. Okazało się, że grał jakiś pułkownik. Wysłał więc adiutanta do samochodu po swoje skrzypce. Wziął instrument, poszedł na górę i razem odegrali długi koncert. Wdawał się też w dywagacje prawne. Na przykład mówił: – Według polskiego prawa dowódca odpowiada osobiście za każdą sprawę, która się zdarzy na jego odcinku walki, a według niemieckiego odpowiada tylko wtedy, gdy dowódca wie, że dzieje się zbrodnia, morderstwo. Tak nam zeszła cała pierwsza godzina. Ja przerywałem: – Pana ludzie strzelali do dzieci! A on na to: – Jak dzieci strzelały do nas, to myśmy strzelali do dzieci! I wyciąga album wydany w Warszawie “Dzieci powstańcy”. Napotkałem mur nie do przebicia.
Ale to rozmowa z profesorem antropologii Hansem Fleischhackerem była naprawdę dramatyczna. Miałem na sobie modne wówczas futro. Takie z włosem na zewnątrz. Nawet nie poprosił, żebym je zdjął. Fleischhacker wtedy pracował na uniwersytecie. Badał nieskażone jeszcze środowiska Indian w Ameryce Południowej. Ale wiedziałem, że to on podczas wojny wybrał ponad sto osób w Auschwitz i kazał im obciąć głowy. To było szczególne okrucieństwo, bo ci ludzie na widok lekarza, białego fartucha nabierali nadziei na przetrwanie. A on potrzebował jedynie materiału do badań. Mierzył te głowy, analizował. Stały się eksponatami muzeum rasy w Strasburgu. Twierdził oczywiście, że nie miał z tym nic wspólnego, nic nie wiedział, mówił: – Ja tylko dostałem te głowy. Wciąż upierał się, że nie miał pojęcia, skąd pochodziły. Dostał je, to i badał. Ale ja znalazłem w archiwach jeden jedyny dokument, który go rozłożył. To była korespondencja z komendantem obozu. Wystarczyło. Dowód, że musiał wiedzieć wszystko! Zorientował się, że go zdemaskowałem. Doszło do ostrej wymiany zdań.
Powiedziałem: – Jest pan pierwszym człowiekiem, z którym rozmawiam, który oglądał Auschwitz od drugiej strony. I wtedy Fleischhacker się pohamował. Powiedział: – No to kończymy rozmowę.
I wyciągnął do mnie rękę. Ten jeden moment zaważył na moim życiu. Bo jakże to: rozmawiałem z nim dwie godziny i nie podam mu teraz ręki? Mogę nie podać, ale czy to będzie miało dla niego jakieś znaczenie? Przecież nie jestem dla niego kimś ważnym. Gdy wychodziłem od niego, byłem cały spocony. Z gorąca i z emocji. Pot przeniknął na wierzch. Futro się zupełnie posklejało. Wyglądałem jak zgonione zwierzę.
Ochmistrzyni pewnego niemieckiego zbrodniarza zapytała mnie kiedyś z przekąsem o to futro: – To z hieny? – Nie, z szakala – odparłem. Kiedy wróciłem do kraju, rozmawiałem o tym wszystkim z żoną. Powiedziałem jej: – Muszę to napisać, muszę się przyznać, że podałem mu rękę. Jednocześnie czułem, że właśnie tworzę najważniejszą z moich prac. Był rok 1973. Fragmenty książki “Co u pana słychać?”, opisujące moje spotkania ze zbrodniarzami wojennymi, najpierw pojawiły się w tygodniku “Literatura”. I wtedy się zaczęło. Skandal: dziennikarz z Polski, która nigdy nie splamiła się kolaboracją, teraz przesiaduje w poczekalniach nazistów. Antyszambruje, a później ściska ręce, które mordowały! W telewizji dziennikarze rozmawiali z kobietami z warszawskiej Woli: Pytanie: – Czy gdyby pani spotkała Reinefartha, ścisnęłaby mu pani rękę? Odpowiedź: – Nigdy w życiu! Udusiłabym własnymi rękami!
A potem znowu te komentarze, że to zrobił dziennikarz z kraju, w którym nikt się nie zhańbił współpracą z hitlerowskim okupantem. Wreszcie zaproszono mnie do telewizji, to był program „Forum”. Najpierw pokazano mi film o reakcjach Polaków na mój gest – podanie ręki zbrodniarzowi. Co chwila ktoś z obecnych w studio wstawał i krzyczał: – Jak można było? – Cóż to za podłość! – Dla sławy pan to zrobił!
W obecności wzburzonych i napadających na mnie różnych ludzi, dziennikarzy, próbował mnie bronić, poza Melchiorem Wańkowiczem, jedynie Wiktor Osiatyński. Wreszcie nagranie dobiegło końca, a ja pomyślałem, że to także mój koniec. Tym bardziej że termin emisji telewizyjnej wybrany został dość jednoznacznie: 1 sierpnia.
Wyjechaliśmy nad morze. Moja żona i teściowa poszły do latarnika obejrzeć tę audycję w telewizji. Ja nie chciałem. Siedziałem nad morskim brzegiem i myślałem sobie, że już po mnie. Wszystko skończone. Wróciłem do domu. Mama żony była wstrząśnięta tym, co obejrzała. Przygnębieni poszliśmy spać. Ledwo się położyliśmy, aż tu nagle rozległo się walenie do drzwi. – Kto tam? – To ja, latarnik! Żona otwiera. Stoi latarnik, po raz pierwszy w mundurze, w czapce. – Bo do pana przyszedł pułkownik z naszej jednostki – mówi. Po raz kolejny tego wieczora pomyślałem, że to dla mnie już koniec. Wyszedłem. A tu pułkownik bije palcami do dacha i mówi: – Oglądaliśmy to skandaliczne widowisko! Cały sztab jest po pana stronie. Zapraszamy na spotkanie z aktywem dowódczo-partyjnym. Spotkaliśmy się, ale nie w jednostce, tylko w lesie. Potem było jeszcze kolejne spotkanie. Tym razem już w jednostce tajnej.
Po tej audycji do telewizji przyszło najwięcej listów w dotychczasowej historii. I aż 75 proc. ich autorów poparło mnie. Ale były też głosy przeciwko. Po pierwsze dlatego, że byłem w skórzanej kurtce, po drugie – że miałem długie włosy, no i jeszcze, że zszedłem z takiego podium, gdzie siadywali jacyś ministrowie, i usiadłem na schodach. Jak on mógł tak siedzieć na podłodze? Widać nie znaleźli nic gorszego przeciwko mnie. Może warto na zakończenie dodać, że w Niemczech wszystkie te rozmowy zostały przetłumaczone i rozpowszechnione. Oczywiście nieoficjalnie.
Tekst był publikowany w “Press” 9/2010.
____________________________________________________
Szakal reportażu
Odpytywał nazistów, badał tajemnicę zabójstwa żony Polańskiego. dziś ma 80 lat, a jego reportaże wracają do księgarń.
Archiwum Krzysztofa Kąkolewskiego spoczywa w zbudowanej na specjalne zamówienie szafie. Pokryta mahoniowym fornirem na kilku półkach kryje pożółkłe teczki z materiałami, z których narodziły się jedne z najlepszych polskich reportaży XX wieku. Trzydzieści książek sprzedanych w nakładzie ponad półtora miliona egzemplarzy, powstałych na przestrzeni ostatniego półwiecza. A jednak gdy mowa o kanonie polskiego reportażu, rzadko wspomina się o Kąkolewskim. Dlaczego nie wymienia się go jednym tchem z Hanną Krall i Ryszardem Kapuścińskim? Na pewno nie dlatego, że pisał gorzej, a tematy miał mniej ciekawe.
Stanisław Dygat mówił o nim: “potwór z Saskiej Kępy”, Melchior Wańkowicz: “szakal, który czeka na padlinę”. Krzysztof Kąkolewski, który skończył właśnie 80 lat, zapracował na opinię dziwaka. Wstaje po południu, pracuje w nocy, z byle powodu potrafi wyprosić dziennikarza za drzwi. Nie ma w nim sztucznej uprzejmości ani nienaturalnej skromności. Ma trudny charakter, przez co wyrzucano go ze wszystkich redakcji, w których pracował.
Kilka lat temu “Gazeta Wyborcza” atakowała go za książkę o pogromie kieleckim, w której przypisywał jego organizację NKWD. Wtedy przypięto Kąkolewskiemu łatkę skrajnego prawicowca i próbowano pomawiać o antysemityzm. Ale i środowiska prawicowe nie uznały go za swojego. Szczególnie gdy został oskarżony o tworzenie raportów z zagranicznych podróży dla komunistycznego MSW.
Z tego nagromadzenia faktów, cech charakteru i zwykłych plotek narodził się mit, w którym zgubiła się znakomita twórczość Kąkolewskiego. Jednak jest szansa, że to się zmieni. Jego książki wracają do księgarń. Właśnie ukazało się dwutomowe wydawnictwo “Reporter kryminalny”. Niemal 700 stron reportaży Kąkolewskiego publikowanych w prasie na przełomie lat 50. i 60. zostało przejrzanych przez autora i zebranych po raz pierwszy w całość. Wznowiono też “Węzły wojny” i przede wszystkim “Co u pana słychać?”, jedną z najmocniejszych reporterskich książek napisanych w Polsce.
Nawet czytana po latach robi ogromne wrażenie. Gdy Kąkolewski wpadł na pomysł jej napisania, miał 40 lat. Pracował na etacie w warszawskiej “Kulturze” kierowanej przez Janusza Wilhelmiego. To do niego poszedł z pomysłem przeprowadzenia wywiadów z nazistowskimi zbrodniarzami, którzy nie zostali skazani ani w Norymberdze, ani w późniejszych procesach. Na liście znaleźli się Aleksander Dolezalek, oficer SS, twórca planu wschodniego zakładającego zniszczenie narodu polskiego, Heinz Fleischhacker, który pracował nad dowodami niższości innych ras, czy Reinhard Höhn odpowiedzialny za opracowanie broni biologicznej do sterylizacji Słowian. W sumie 10 lekarzy, prawników, przedsiębiorców i polityków chadecji. Dawnych zbrodniarzy, którzy w latach 60. wiedli spokojne i dostatnie życie w Niemczech Zachodnich. Wilhelmi, znany jako cynik i bezwzględny cenzor oddany partii, nie zgodził się na rozmowy. Dopiero kilka lat później pomysłowi przyklasnął Jerzy Putrament, szef “Literatury”.
– Nie miałem żadnych wątpliwości, czy należy z nimi rozmawiać. Ten temat był fantastyczny, bo nikt wcześniej się za niego nie zabrał. Miałem jedno zmartwienie: czy oni w ogóle będą chcieli rozmawiać – wspomina Kąkolewski. Do Niemiec jeździł kilkakrotnie. Rozmówcy poświęcali mu góra dwie godziny. Nie okazywali skruchy. Raczej butę i ciągłe przywiązanie do hitleryzmu. Gdy reportaże ukazały się drukiem, najpierw w “Literaturze”, a w 1974 roku w formie książki, na Kąkolewskiego spadły gromy. – Zarzucano mi, że rozpowszechniam ideologię nazistowską. Z drugiej strony krzyczeli na mnie w audycji telewizyjnej: “Nic pan nie zrobił!”. A co miałem zrobić? Wyjąć pistolet i ich zastrzelić? – pyta. Jeden z podstawowych zarzutów dotyczył uściśnięcia dłoni podanej przez Hansa Fleischhackera, lekarza, który prowadził w Oświęcimiu pseudonaukowe eksperymenty na ludziach.
Zapominano, że i Kąkolewskiego mocno dotknął wojenny dramat. Jego ojciec zginął podczas obrony Warszawy w 1939 roku. Trafiły go odłamki pocisku, który spadł na hotel Polonia. Przyszły reporter miał wtedy dziewięć lat.
Kąkolewski zaczął pisać tuż po wojnie, jako nastolatek. Pierwszy reporterski tekst napisał jako uczeń liceum w Kielcach. To było wypracowanie “Wspomnienia z wakacji”. Zainspirowała go samotna podróż po Ziemiach Odzyskanych. Jako 18-latek dostał propozycję pracy w “Pokoleniu”, później w “Sztandarze Młodych”. Pierwsze dwa lata spędził w dziale listów i interwencji. “Odpisywałem na pytania z zakresu marksizmu, seksuologii, żywienia niemowląt” – wspominał.
W „Sztandarze” spędził sześć lat. Ale nazwisko wyrobił sobie dopiero w “Kurierze Polskim”. To z czasu pracy w tamtej redakcji pochodzą teksty zebrane teraz w “Reporterze kryminalnym”, zapisy autentycznych spraw rozwiązywanych przez elitarny wydział kryminalny milicji. – W latach 1956–1957 służba kryminalna odżyła. Oficerowie, z którymi się kontaktowałem, sami nauczyli się zawodu, bo przecież wcześniej byli wykorzystywani do walki nie z przestępcami, ale z ofiarami – opowiada. – Jeden z nich mógł rozmawiać tylko rano. To było straszne. Umawiałem się ze znajomym taksówkarzem. On podjeżdżał, ja, nieprzytomny, upadałem na siedzenie. Milicjant kazał przywozić kawę. I ożywałem. Praca reportera wymaga czasem ogromnych poświęceń – śmieje się.
Kąkolewski pisał o świeżych, dopiero co zamkniętych sprawach. To pełnokrwiste reportaże, w których nie ma miejsca na fikcję literacką. A jednak wciągają jak kryminał. Kąkolewski opisał całe spektrum przestępczych technik. Od prymitywnych kradzieży po działanie szajki, która za pomocą skomplikowanej intrygi miesiącami okradała w całym kraju kasjerów bankowych konwojujących pieniądze. Dzisiaj autorzy kryminałów przetwarzają znane wątki, Kąkolewski w latach 50. odkrywał nowe terytoria.
Pisał też powieści i opowiadania, ale nigdy nie przyniosły mu one takiego uznania jak reportaże w latach 60. i 70. drukowane w “Świecie”, „Kulturze” i “Literaturze”. Jego pierwszym wielkim sukcesem była książka “Jak umierają nieśmiertelni”. Reportaż we fragmentach drukowany w “Kulturze”, w całości ukazał się w 1972 roku. Kąkolewski pojechał do Stanów Zjednoczonych z 204 dolarami w kieszeni. Przywiózł świetny materiał śledczo-obyczajowy. Opisywał w nim kulisy zabójstwa Sharon Tate, pierwszej żony Romana Polańskiego, oraz bawiących w ich domu znajomych, w tym Wojtka Frykowskiego. Kąkolewski rozmawiał z przyjaciółmi Frykowskiego i Polańskiego. Dostał przepustkę umożliwiającą mu uczestnictwo w procesie Charlesa Mansona. W reportażu przedstawił wyniki swojego dziennikarskiego śledztwa. Frykowski miał być dłużnikiem gangu. Dłużniczką tego samego gangu była podobno banda Mansona. Za długi dokonała zbrodni na rozkaz. Dwa lata po “Jak umierają nieśmiertelni” książkę na temat morderstwa – “Helter Skelter” – wydał prowadzący sprawę Mansona prokurator Vincent Bugliosi. Według niego celem bandy miał być nie Frykowski, ale mieszkający wcześniej w domu Polańskiego producent muzyczny Terry Melcher. Czy więc informatorzy Kąkolewskiego z półświatka się mylili? Dziś trudno to rozstrzygnąć.
Ale warstwa kryminalna to tylko jedno oblicze reportażu. Drugie to pierwszy portret ruchu hipisowskiego, jaki ukazał się w Polsce. Kąkolewski wszedł w subkulturę. Jako free taxi driver woził hipisów po Stanach. Dziesięć lat temu Anna Bikont zarzuciła pisarzowi, że tekst powstał na zamówienie władzy. “Pobrzmiewa w niej echo oficjalnej propagandy, kierującej nienawiść ludu pracującego na bananową młodzież” – atakowała reportera. Ale przecież przez ten tekst Kąkolewski musiał rozstać się z “Kulturą”. Pisał o seksie, narkotykach, hollywoodzkim dekadentyzmie bez ogródek. To było nie do przyjęcia w PRL-owskiej Polsce. – Zarzucano mi, iż propaguję chorobliwą ideologię hipisowską. A ja nie byłem ani za, ani przeciw. Pokazałem, że hipi są schematykami. Każdy skarżył się na rodziców, na pieniądze – opowiada.
Kiedy w 1981 roku wyrzucano go z redakcji “Literatury”, kadrowa skwitowała to krótkim: “Bo on nigdy nie był na żadnej wódce koleżeńskiej”. Kąkolewski od samej wódki nie stronił. Od kolegów dziennikarzy – owszem. – Izoluję się od rzeczy niepotrzebnych, od zebrań, od stowarzyszeń, od polityki. Miałem przyjaźnie, a nie kolegów – przyznaje. Od zwolnienia z “Literatury” nigdy więcej nie pracował na etacie. Miał zakaz druku w wydającej niemal połowę pism Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej “Prasa-Książka-Ruch”. Jego ostatnią wybitną książką był opublikowany w roku 1977 wywiad rzeka z Melchiorem Wańkowiczem “Wańkowicz krzepi”.
Dziś Kąkolewski pracuje nad nową książką. Opowie o osobistych przeżyciach z tajnymi służbami PRL. Kiedy się ukaże, jeszcze nie wiadomo. – W moim wieku to jest trudno określać. Powtórzę za Marianem Brandysem: nigdy nie sądziłem, że dożyję 80 lat – mówi.
Max Fuzowski
“Newsweek”
12-06-2010
__________________________________________________
Krzysztof Kąkolewski nie żyje. Słynny reporter miał 85 lat
Krzysztof Kąkolewski, wybitny twórca polskiego reportażu, pisarz, autor kilkudziesięciu książek, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego, zmarł w niedzielę w wieku 85 lat.
Kąkolewski (ur. w 1930 r. w Warszawie) był autorem książek reportażowych i beletrystycznych, m.in. sensacyjnego reportażu “Jak umierają nieśmiertelni” o morderstwie żony Romana Polańskiego i jego przyjaciela Wojciecha Frykowskiego, przełomowego dla spraw polsko-niemieckich tomu reportaży wywiadów ze zbrodniarzami hitlerowskimi “Co u pana słychać” oraz reportażu historycznego “Umarły cmentarz” o pogromie kieleckim i komunistycznych matactwach wokół tej sprawy.
Czytelnicy uwielbiali jego reportaże kryminalne. W czasach PRL-u mówiło się o trojgu wielkich polskich reporterów na literę K: Ryszardzie Kapuścińskim, Hannie Krall i Kąkolewskim. Pisał m.in. o śmierci księdza Jerzego Popiełuszki, ale już od lat 80. chętniej zajmował się twórczością literacką niż reporterską.
Był absolwentem Wydziału Dziennikarskiego Uniwersytetu Warszawskiego, a potem wykładowcą tej uczelni. Stworzył “szkołę reportażu” w Studium Dziennikarskim UW, później w Instytucie Dziennikarstwa, gdzie wykładał przez dziesięciolecia.
Kąkolewski pisał też scenariusze filmowe (np. do “Ktokolwiek wie…” w reżyserii Kazimierza Kutza, 1966), opowiadania oraz powieści. Jego powieść kryminalną “Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” na ekran przeniósł reżyser Janusz Majewski (1969, w obsadzie m.in. Zygmunt Hübner i Barbara Brylska).
Był kawalerem Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski i Złotego Krzyża Zasługi. PAP podała informację o śmierci Krzysztofa Kąkolewskiego za Stowarzyszeniem Dziennikarzy Polskich, którego Laur pisarz otrzymał w 2008 r.
____________________________________________________
Zmarł reportażysta Krzysztof Kąkolewski

- Krzysztof Kąkolewski
W niedzielę w wieku 85 lat zmarł Krzysztof Kąkolewski. Był reportażystą, pisarzem, wykładał na Uniwersytecie Warszawskim. Pozostawił po sobie kilkadziesiąt książek.
O śmierci Krzysztofa Kąkolewskiego poinformowała Barbara Sułek-Kowalska ze Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
Urodzony w 1930 r. Kąkolewski był jednym z najbardziej znanych twórców reportażu powojennej Polski. Karierę dziennikarską rozpoczął w wieku 19 lat, pracował m.in. w “Kurierze Polskim”, tygodniku “Świat”, “Kulturze” i “Literaturze”.
Kąkolewski napisał kilkadziesiąt książek. Publikował zbiory reportaży, z których najbardziej znane to “Co u pana słychać” (zbiór wywiadów ze zbrodniarzami hitlerowskimi), “Jak umierają nieśmiertelni” (o kulisach śmierci żony Romana Polańskiego zamordowanej przez grupę Mansona), “Wańkowicz krzepi” (rozmowy z Melchiorem Wańkowiczem) i “Dziennik tematów”.
Kąkolewski był także autorem książek beletrystycznych i scenariuszy filmowych. Na podstawie jego powieści kryminalnej “Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię” Janusz Majewski nakręcił w 1969 r. film pod tym samym tytułem, scenariusz reportażysty był także kanwą pochodzącego z 1966 r. filmu Kazimierza Kutza “Ktokolwiek wie…”.
Krzysztof Kąkolewski ukończył Wydział Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego, przez kilkadziesiąt lat wykładał na tej uczelni tajniki dziennikarstwa i reportażu. Był kawalerem Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski i Złotego Krzyża Zasługi, został też uhonorowany Laurem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.
____________________________________________________
Zmarł Krzysztof Kąkolewski, wybitny reportażysta, przedstawiciel polskiej literatury faktu
Miał 85 lat i ogromny dorobek literacki. Krzysztof Kąkolewski był twórcą polskiego reportażu, pisarzem, autorem kilkudziesięciu książek.
Krzysztof Kąkolewski (ur. 1930 w Warszawie) był czołowym przedstawicielem polskiej literatury faktu.
W 1954 ukończył Wydział Dziennikarski Uniwersytetu Warszawskiego, potem studiował także dziennikarstwo na Uniwersytecie w Strasburgu (1961). w Latach 1964-2004 był wykładowcą na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego.
Jego najbardziej znane dzieła to wywiad z Melchiorem Wańkowiczem pt. “Wańkowicz krzepi” (1973) , “Co u pana słychać?” – rozmowy ze zbrodniarzami hitlerowskimi oraz “Jak umierają nieśmiertelni” – sprawa głośnego morderstwa w willi Romana Polańskiego w Los Angeles, kiedy to banda Charlesa Mansona zamordowała m.in. Sharon Tate, żonę Polańskiego, która była w 9. miesiącu ciąży.