Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

07-07-2015, 19:34

Pomysły PiS na media są nierealne, ale debata potrzebna  »

Press
(AMP)
07-07-2015

Brak konkretów, zupełne pominięcie Internetu i nadmierny radykalizm – to główne zarzuty wobec programu Prawa i Sprawiedliwości dotyczącego zmian w mediach publicznych i prawie prasowym. Ekspertom podoba się pomysł przekształcenia spółek mediów publicznych w instytucje kultury.

Plany PiS co do zmiany mediów publicznych i prawa prasowego przedstawiono podczas konwencji programowej partii w ostatni weekend. Eksperci zarzucają im nierealność, ale doceniają samo podjęcie przez główną opozycyjną partię, szykującą się do wyborów, dyskusji o rynku i roli mediów

- Nie da się ich zrealizować, choć pewne pomysły zasługują na wsparcie – mówi o projekcie przedstawionym przez PiS prof. Maciej Mrozowski, medioznawca. Wyjaśnia on, że media publiczne zawdzięczają swój statut działaniu w interesie publicznym. Powinny być więc wyłączone z działania rynku i poddane publicznej kontroli. Jego zdaniem polskie regulacje dotyczące mediów publicznych są niezgodne ze standardami europejskimi. – Instytucja publiczna, która musi zarabiać, psuje rynek. Polski ustawodawca to ignoruje, tylko Polska i Malta ma media publiczne finansowane w 75 proc. z reklam – podkreśla Morozowski. Natomiast pomysł PiS “zatrzymania monopolizacji mediów przez kapitał zagraniczny” za pomocą przepisów antymonopolowych uważa za nierealny. – Nawet jeśli PiS je przeforsuje, to musi uzyskać notyfikację ze strony Unii Europejskiej, a ona się na to nie zgodzi. Propozycja PiS nie ma słusznej diagnozy, jest więc niepoważna – podsumowuje medioznawca.

Zdaniem Jacka Żakowskiego, publicysty “Polityki”, wizja przedstawiona przez PiS jest dość anachroniczna, bo odnosi się do mediów sprzed 10 lat. – Dziś TVP i Polskie Radio są instytucjami schyłkowymi – mówi Żakowski. Znaczenie tych instytucji się marginalizuje, więc utrzymywanie ich obydwu wydaje się nietrafne. – Lepsze byłoby utworzenie instytucji uwzględniających proces łączenia się mediów z Internetem, telewizją internetową, portalami – mówi publicysta. Jego zdaniem, do chwili wejścia w życie przedstawionej w weekend wizji miną jeszcze dwa lata. – Do tego czasu będziemy mieli istotną pozycję telewizji internetowych i rozgłośni internetowych, być może będą one już dominowały na rynku, a twórcy programu PiS w ogóle się do tego nie odnoszą – stwierdza Jacek Żakowski.

Publicysta uznał za „niezbędne minimum” pomysł, by TVP i radio publiczne były finansowane w 75 proc. ze środków publicznych, natomiast przeznaczone na ten cel 1,5 mld zł zdecydowanie nie wystarczy. Przypomina, że Niemcy wydają równowartość 30 mld zł. – Myślę, że w wypadku 3 mld zł media mogłyby odgrywać rolę w modernizacji Polski, ożywienia demokracji. A za 1,5 mld zł można mieć tylko prowincjonalną stację, która będzie kupowała tanie produkcje zachodnie – komentuje Żakowski, który jako jeden z Obywateli Kultury podpisał się pod listem do rządu w sprawie mediów publicznych. W programie PiS dostrzega propozycje składane przez Obywateli Kultury, jak np. stworzenie rad widzów, czyli przywrócenia społecznego monitorowania jakości programów. Chwali też zamiar zatrudniania jako prezesów instytucji medialnych autorytetów ze świata kultury i mediów, a nie technokratów. – Stała się bardzo zła rzecz, gdy na czele mediów publicznych zaczęto stawiać menedżerów. Oni zrobili z tego biznes jak każdy inny, czego efektem jest wyrzucenie dziennikarzy na śmieciówki – stwierdza Żakowski.

Michał M. Lisiecki, prezes PMPG Polskie Media, wskazuje, że pozytywne jest samo podjęcie dyskusji o mediach i rynku mediów. – Tej debaty brakuje nam od lat. Nie są nią zainteresowane zagraniczne koncerny, którym sprzedano lwią część rynku, a media z polskim kapitałem są na tyle słabe, że nie stać ich na prowadzenie podobnych debat czy finansowanie stowarzyszeń, które mogłyby tą problematyką się zajmować – komentuje Lisiecki. Podkreśla, że tylko 24 proc. mediów drukowanych w Polsce pozostaje w polskich rękach.

Edyta Sadowska, prezes Ringier Axel Springer Polska, oświadcza, że wprowadzanie dodatkowych restrykcji dla zagranicznych koncernów będzie zaprzeczeniem wartości, które wypracowano w Polsce po zakończenia komunizmu. Jej zdaniem niezależność zapewnia dziennikarzom prawo prasowe. “Wystarczy, aby wszystkie media – niezależnie od tego, z jakim kapitałem są powiązane – przestrzegały prawa oraz zasad etyki zawodowej” – dodaje Sadowska.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/49321,Pomysly-PiS-na-media-sa-nierealne_-ale-debata-potrzebna-_opinie_

07-07-2015, 18:41

Rzecznik Wikipedii pisze w sprawie biogramu Tomasza Lisa  »

Press
07-07-2015

Po tym jak Tomasz Lis zagroził na swoim blogu, że pozwie Wikipedię, za błędne informacje dotyczące jego rodziców, rzecznik Stowarzyszenia Wikimedia Polska, wyjaśnia, jak działa społeczność wikipedystów.

Tomasz Lis na blogu w serwisie NaTemat.pl napisał, że w jego biogramie w Wikipedii jest “PIS-owska fałszywka” dotycząca jego rodziców. Zagroził, że jeżeli nie zostanie usunięta, to wytoczy Wikipedii proces. Po tej publikacji kwestionowany przez niego fragment biogramu został zmieniony. Do sprawy odniósł się Krzysztof Machocki, rzecznik Stowarzyszenia Wikimedia Polska, który zapewnia, że “nie ma związku przyczynowo-skutkowego między groźbami pozwu sądowego wystosowanymi przez Tomasza Lisa, a usunięciem błędnych informacji z Wikipedii przez wikipedystów”, bo “za każde zdanie dodane do Wikipedii odpowiedzialny jest ten użytkownik, który je dodał”. Zaznacza, ze Wikipedia jest społecznością, a nie redakcją z redaktorem naczelnym, kolegiami, komitetem redakcyjnym i sztywną strukturą. Dlatego trudno byłoby jej wytoczyć proces.

“To nie Wikipedia dodała bzdury na temat biografii Tomasza Lisa, tylko anonimowy internauta. I to nie Wikipedia je usunęła, a konkretny wikipedysta” – dodaje Machocki.

Zapewnia, że administratorzy projektu nie mają większego wpływu na treść Wikipedii niż dowolny jej czytelnik, a ich rola jest czysto techniczna. “W przypadku zauważenia błędu w Wikipedii najprościej jest… zwyczajnie go poprawić” – radzi Machocki.

Całość: http://www.press.pl/newsy/internet/pokaz/49319,Rzecznik-Wikipedii-pisze-w-sprawie-biogramu-Tomasza-Lisa

07-07-2015, 09:12

Ktoś zacznie mówić  »

Polityka
Piotr Pytlakowski
08-07-2015

Zabójstwo Jarosława Ziętary: przełom w śledztwie?

Akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi trafił do sądu. Biznesmen miał namawiać do popełnienia zbrodni. Ofiarą był dziennikarz. Pozostaje pytanie, kto zlecał zabójstwo i kto zabił?

Jarosław Ziętara

Proces będzie intrygujący i niewątpliwie zapisze się w kronikach, bo po 23 latach od zaginięcia Jarosława Ziętary nadal nie znaleziono jego ciała. Według prokuratora i przyjaciół zaginionego jest pewne, że dziennikarz nie żyje, ale stara prawnicza zasada głosi, że jak nie ma ciała; nie ma zbrodni. Od każdej zasady są jednak wyjątki.

W niedawno wydanej i niezwykle ciekawej książce “Sprawa Ziętary” Krzysztofa M. Kaźmierczaka i Piotra Talagi, poznańskich dziennikarzy i kolegów Jarka, opisano kulisy toczącego się od lat śledztwa. Tak naprawdę od początku nie miało impetu. Wszczęto je dopiero po roku od zniknięcia 24-letniego reportera, bo wcześniej przyjęto różne wersje, ale żadna nie dopuszczała, że mógł paść ofiarą przestępstwa. Za najbardziej prawdopodobne uznano, że nie powiadamiając nikogo, wyjechał za granicę. Przyjaciele Ziętary, widząc nieudolne działania organów ścigania, założyli nieformalną grupę śledczą. Rozdzielili zadania i szukali tropów na własną rękę.

Talaga przyjaźnił się z Ziętara. Kaźmierczak poznał go bliżej dopiero na dwa miesiące przed zaginięciem. Pracowali wówczas w redakcji “Gazety Poznańskiej”, biurko w biurko. Jarek nie był wylewny, koledzy nie wiedzieli, jakie tematy draży, z kim się spotyka i gdzie. Zawodowych planów dziennikarza nie znała nawet jego dziewczyna. Dlatego grupa przyjaciół poszukująca Jarka poruszała się we mgle. Jeździli po Wielkopolsce, odwiedzali miejsca, o których Ziętara pisał swoje teksty. Opublikował m.in. głośny materiał o planach przejęcia dużej bazy transportowej w Śremie, mógł się komuś narazić. Pojechali do Śremu, ale nic nie znaleźli.

Przez lata grupa topniała, przyjaciele Jarka zakładali rodziny, większość odeszła z dziennikarstwa, niektórzy wyjechali z Poznania. Na straży pamięci Jarka Ziętary pozostało ich niewielu, z Kaźmierczakiem na czele. To on wciąż drążył temat, szukał śladów. Namawiał media do podejmowania sprawy i lobbował w prokuraturze, aby ta nie odkładała akt na półkę. Chcąc nie chcąc, stał się zakładnikiem tej historii.

Dziki Zachód i media

Kaźmierczak, dzisiaj dziennikarz “Głosu Wielkopolskiego”, kilka lat temu zdobył dowody potwierdzające podejrzenia, jakie miał od dawna – Jarosław Ziętara był werbowany najpierw do pracy, a potem współpracy z Urzędem Ochrony Państwa. Był atrakcyjnym kandydatem. Młody, energiczny, znał języki obce i specjalizował się w ujawnianiu afer gospodarczych. Nie przyjął jednak oferty. Według autorów “Sprawy Ziętary” prawdopodobnie dostał od werbowników jakieś materiały do dziennikarskiego śledztwa i zaczął brnąć w sprawę, która ostatecznie stała się przyczyną jego dramatu. UOP, a potem w jego imieniu następczyni ABW, długo zasłaniały się klauzulami poufności, a to oznaczało, że nie mógł ani niczego potwierdzić, ani niczemu zaprzeczyć. W końcu w Agencji Wywiadu odtajniono część materiałów potwierdzających, że Ziętara pozostawał w zainteresowaniu służb specjalnych. Nie ujawniono jednak, kto z operacyjnych funkcjonariuszy UOP prowadził werbunek. Podstawowa zasada wszystkich służb na świecie jest bowiem podobna: należy bezwzględnie chronić dane swoich oficerów operacyjnych. Ale w tej sprawie taka ochrona praktycznie uniemożliwia dojście do wiedzy, jakie materiały dziennikarz dostał od werbownika i kogo dotyczyły. A tylko taka informacja pozwoliłaby śledczym na właściwe ukierunkowanie postępowania i dotarcie do miejsc i ludzi, którymi interesował się Jarosław Ziętara.

W pierwszych latach transformacji Poznań zwano Dzikim Zachodem. Na pniu rodziły się wielkie fortuny których źródłem była szara strefa. Kwitł przemyt alkoholu i papierosów. Styk biznesu i przestępczości był niewyraźny, łatwo przekraczano bariery dzielące te dwa tylko pozornie odległe światy. Policja pozostawała bierna. Według statystyk poznańskie organy ścigania żarł rak korupcji na skalę większą niż w innych miastach. W takiej atmosferze rosło poczucie bezkarności, tym bardziej że różnej maści biznesmeni kupowali sobie przychylność lokalnych dziennikarzy. Aleksander Gawronik, gwiazda ówczesnego biznesu, był popierany przez tygodnik “Wprost”, w zamian jego firmy kupowały w tygodniku reklamy. Twórca imperium Elektromis Mariusz Świtalski wydawał własne tygodniki, najpierw “Poznaniaka”, potem “Miliardera”. “Poznaniaka” oddał na jakiś czas w rodzaj dzierżawy właśnie Gawronikowi. Łatwo sobie wyobrazić, że dziennikarz, który chodził własnymi drogami i nie dawał się sterować przez możnych poznańskiego establishmentu, wpadł w kłopoty.

Śledztwo w sprawie zaginięcia Ziętary toczyło się niespiesznie. Umarzano je i wznawiano, ale nie posuwało się do przodu. Krzysztof Kaźmierczak stukał do wielu drzwi, ale coraz częściej po prostu go zbywano. Czuł, że lada moment śledztwo całkowicie stanie i sprawa umrze już na zawsze. Udało mu się jednak namówić kilku redaktorów naczelnych znaczących mediów, aby wystosowali wspólny apel o należyte potraktowanie tej sprawy, niesłychanie ważnej dla środowiska dziennikarskiego. W 2011 r. decyzją prokuratora generalnego śledztwo przekazano z Poznania krakowskiej Prokuraturze Apelacyjnej. To był dobry ruch.

Świeże oko prokuratora

Prokurator Piotr Kosmaty z Krakowa przeanalizował wszystkie zgromadzone dotychczas materiały. Patrzył na sprawę świeżym okiem, a to zawsze powoduje, że nowy prokurator dostrzega ważne szczegóły, niezauważone przez poprzedników. Przesłuchał ponad 200 świadków, niektórych wielokrotnie. Część czynności wykonywał w więzieniach. Trasę Kraków-Poznań i z powrotem pokonał wielokrotnie, szacuje, że przemierzył kilkanaście tysięcy kilometrów.

Działał niestandardowo. Prokuratorzy przeważnie ograniczają się do przesłuchań osób na tzw. protokół. Kosmaty rozmawiał też z tymi, którzy nie chcieli być oficjalnymi świadkami, można rzec, iż zdobywał własną wiedzę operacyjną.

Na podstawie zdobytych informacji ekipa Kosmatego (on i krakowscy policjanci) pojechała w kilka miejsc w okolicy Poznania, kopali w ziemi, szukali szczątków zaginionego. To był jasny sygnał, że zmieniono kwalifikację przestępstwa, jakiego ofiarą mógł paść Ziętara. Śledztwo toczyło się już ewidentnie w kierunku schwytania sprawców uprowadzenia i zamordowania dziennikarza. Ale zwłok nie znaleziono.

Tym niemniej sprawa wyraźnie przyspieszyła. 18 września 2014 r. prokuratura opublikowała portret pamięciowy mężczyzny mającego związek ze sprawą. (Opisali go świadkowie, według których przebywał w towarzystwie Gawronika i mówił po rosyjsku). Na początku listopada do aresztu trafił właśnie Gawronik. Piotr Kosmaty stawiał mu zarzut podżegania do zbrodni. Biznesmen do winy się nie przyznawał. Twierdził, że nie znał Ziętary, nie słyszał o nim, do zabójstwa nie podżegał. Po trzech miesiącach Gawronik wyszedł z aresztu za poręczeniem majątkowym. Zorganizował w Poznaniu konferencję prasową, gdzie powtórzył to, co mówił prokuratorowi: nie ma z tą sprawą nic wspólnego. Domagał się, aby w mediach używano jego imienia i nazwiska, a nie inicjałów, bo to sugeruje, że jest przestępcą. Kilkakrotnie mówił o Ziętarze jako o zaginionym, a nie porwanym i zabitym. To wyraźna sugestia, że prokurator błądzi, bo nie ma żadnych dowodów na swoją wersję. Z aresztu wyszli też dwaj byli ochroniarze Mariusza Świtalskiego 0 pseudonimach Lala i Ryba. Postawiono im zarzuty pomocnictwa w porwaniu i zabójstwie. Jedna z gazet ujawniła, że prokurator ma kłopoty, bo wycofał się z zeznań ważny świadek Maciej B., ps. Baryła, który wcześniej obciążył zarówno ochroniarzy, jak i Gawronika. Baryła odsiaduje dożywocie. Wycofał się z zeznań z obawy o bezpieczeństwo swoich bliskich, tak przynajmniej relacjonowały to media. W gruncie rzeczy Baryła domagał się pomocy prokuratora w uzyskaniu ułaskawienia, od tego uzależniał dalszą współpracę.

Dowody na zbrodnię

Piotr Kosmaty dziś przyznaje, że podczas tego śledztwa kilka razy miał chwile zwątpienia, ale to twardziel, który pokonuje trudne momenty i znów prze do celu. - Niech pan napisze, że bardzo wspierali mnie niektórzy dziennikarze, dzięki nim się nie poddałem i za to jestem wdzięczny- mówi.

Akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi Gawronikowi, jaki prok. Kosmaty wysłał pod koniec czerwca 2015 r. do sądu, liczy ok. 100 stron. Dowody na podżeganie do zabójstwa znajdują się w 51 tomach akt jawnych. Do sądu trafiły też akta niejawne, dotyczące nieudanego werbunku dziennikarza przez UOP.

Jakie dowody ma w ręku prokurator? Najważniejsze są zeznania Baryły. Słyszał na własne uszy, jak Gawronik podżegał do załatwienia Ziętary. “Ten pismak robi gnój w interesach moich i moich przyjaciół” – miał mówić. Baryła brał też udział w zastraszaniu dziennikarza i jego pobiciu. To, według prokuratora, wiarygodny świadek. Tak ocenił biegły psycholog, podobne wnioski można było wyciągnąć z zeznań tego przestępcy. Prokurator je weryfikował. Przeprowadził z udziałem Baryły eksperyment procesowy. Zabrał go z więzienia na przejażdżkę po Poznaniu. Baryła pokazywał miejsca, gdzie bywał w związku ze zleceniem na Ziętarę. Był też w jego mieszkaniu przy ul. Kolejowej. Opowiadał wcześniej, jak wyglądała klatka schodowa i drzwi do mieszkania. Drewniane schody miały skrzypieć, a na ulicy Kolejowej nie było asfaltu, tylko kostka. Wszystko się zgadzało, piętro, drzwi, a schody skrzypią do dzisiaj.

Nawet wycofanie się przez Baryłę z zeznań nie przekreśla jego poprzednich opowieści. Prokurator je nagrał i przedstawi sądowi jako dowód. Ważnym dowodem będzie też odnaleziony notes dziennikarza. Są tam opisane firmy, którymi się zajmował. M.in. Elektromis i spółki Gawronika. Badanie wariograficzne tego ostatniego, według prokuratora, nie pozostawia złudzeń. Podejrzany ma ścisły związek z okolicznościami sprawy i skrywa jakąś wiedzę na ten temat – stwierdził biegły.

Akt oskarżenia to niewątpliwie przełom w tym śledztwie. Na razie dotyczy wyłącznie biznesmena. Pozostałe wątki prokurator wyłączył do osobnego postępowania. Liczy na to, że kiedy ruszy proces podejrzanego o podżeganie, Gawronik zacznie mówić. Ma nadzieję, że zaczną też mówić inni, którzy do tej pory się nie ujawnili albo się nie przyznają do udziału w porwaniu i zabójstwie. Jedynie zwłoki ofiary nigdy już nie zostaną odnalezione. Prawdopodobnie – prokurator ma na ten temat zeznania świadków – zostały rozpuszczone w żrącej cieczy. Bo to miała być zbrodnia doskonała.    

Całość: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/1625115,1,zabojstwo-jaroslawa-zietary-przelom-w-sledztwie.read

06-07-2015, 17:38

Wikipedia usunęła informacje o rodzicach Tomasza Lisa  »

Press
06-07-2015

Po tym jak Tomasz Lis, redaktor naczelny “Newsweek Polska” zagroził Wikipedii wytoczeniem procesu, z internetowej encyklopedii zniknęły nieprawdziwe informacje o jego rodzicach.

Tomasz Lis na swoim blogu w serwisie NaTemat.pl napisał: “Oto co przeczytałem w Wikipedii. Tomasz Lis urodził się w Zielonej Górze jako syn Stefana Lisa (ur. 1949), oraz matki Wandy. Ojciec Tomasza Lisa z pochodzenia Białorusin, do 1953 r. legitymujący się jako Stiepan Eduardowcz Lisienko), początkowo służył w wojsku polskim jako podoficer polityczny, w późniejszym okresie był etatowym pracownikiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR oraz WUSW. Co z tego jest prawdą? To, że urodziłem się w Zielonej Górze oraz to, że jestem synem Stefana i Wandy. Cała Reszta to PIS-owska fałszywka, od wielu miesięcy metodycznie kolportowana na prawicowych forach ”. Dalej dziennikarz zapowiedział, że będzie interweniował w Wikipedii, a jeśli wpis nie zostanie zmieniony, on wytoczy proces. Kwestionowane przez Tomasza Lisa fragmenty zniknęły z serwisu.

Całość: http://www.press.pl/newsy/internet/pokaz/49309,Wikipedia-usunela-informacje-o-rodzicach-Tomasza-Lisa

06-07-2015, 14:40

Latkowski, Majewski, Wasilewska i Dzierżanowski pozwali Durczoka  »

Press
06-07-2015

Byli dziennikarze “Wprost” Sylwester Latkowski, Michał Majewski i Olga Wasilewska, a także pracujący w tygodniku Marcin Dzierżanowski pozwali Kamila Durczoka – informuje serwis Kulisy24.com.

Kamil Durczok

Dziennikarze żądają, by pozwany Kamil Durczok, w terminie 14 dni od daty uprawomocnienia się wyroku, opublikował na swój koszt przeprosiny za wypowiedź z 16 lutego br. w Tok FM, że osoby te uprawiają potworny rodzaj dziennikarstwa, które porównać można do wojny hybrydowej prowadzonej przez Putina na Krymie. Dziennikarze uważają, że Kamil Durczok tą wypowiedzią naruszył ich dobra osobiste. “Oświadczenie ma zostać opublikowane w formie komunikatu odczytanego w TOK FM o godzinie 8:15 przez osobę prowadzącą aktualnie nadawany w tym czasie program radiowy” – mówi pełnomocnik dziennikarzy, mecenas Aleksander Grot, cytowany przez Kulisy24.com.

Pozywający Durczoka to autorzy cyklu publikacji w tygodniku “Wprost” o przypadkach molestowania i mobbingu w redakcji “Faktów” TVN, których Kamil Durczok był szefem. Durczok wcześniej pozwał wydawcę “Wprost” i dziennikarzy na łączną sumę 9 mln zł.   Sylwester Latkowski, Michał Majewski i Olga Wasilewska pracują obecnie w serwisie Kulisy24.com.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/49307,Latkowski_-Majewski_-Wasilewska-i-Dzierzanowski-pozwali-Durczoka

06-07-2015, 08:35

Raport Inspekcji Pracy z kontroli w TVN korzystny dla Kamila Durczoka  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pp
06-07-2015

Państwowa Inspekcja Pracy podczas kontroli w telewizji TVN znalazła jedynie drobne uchybienia, zaś nazwisko Kamila Durczoka w raporcie pokontrolnym pojawia się tylko w neutralnym kontekście.

Kontrola Państwowej Inspekcji Pracy była prowadzona w TVN w lutym i kwietniu br.  Podczas swoich działań Inspekcja kontrolowała przekazane jej dokumenty i rozmawiała z pracownikami stacji. O tym, że inspektorzy nie wykryli łamania prawa pracy w TVN, informowaliśmy już pod koniec kwietnia br.

Tygodnik “Newsweek Polska” dotarł jednak do szczegółów raportu, który sporządziła Inspekcja. Wynika z niego, że w trakcie kontroli wykryto kilka uchybień. PIP ustaliła, że TVN nie umieścił w regulaminie zapisów dotyczących pracy w porze nocnej, niektórzy pracownicy nie mieli zaś prawa do dodatku za nadgodziny. Poza tym okazało się, że część osób zatrudnionych w stacji nie miała aktualnych badań lekarskich. Wykryto też, że w działaniach zapobiegających mobbingowi i molestowaniu prowadzonych przez TVN zabrało “klarownej informacji o trybie zgłaszania przypadków niepożądanych zachowań pracowników”.

Działania PIP realizowała według standardowej procedury, a wnioski z kontroli nie poruszają w żaden sposób sprawy molestowania do jakiego rzekomo miało dochodzić w TVN. W raporcie Inspekcji nazwisko Kamila Durczoka wymieniono tylko raz i to w neutralnym kontekście, dotyczącym struktury zależności w dziale informacji.

Jak już informowaliśmy, również warszawska prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w sprawie molestowania seksualnego, do którego miało dojść w redakcji “Faktów” TVN.

Przypomnijmy, że “Wprost” na początku lutego br. opublikował relację znanej dziennikarki mobbingowanej przez popularnego szefa redakcji dużej stacji telewizyjnej (nie podając nazwisk osób ani nazwy stacji). Po tym jak na forach zaczęły się pojawiać wpisy mówiące, że mobbingującym jest Kamil Durczok, dziennikarz w Radiu TOK FM zaprzeczył, jakoby kiedykolwiek dopuścił się mobbingu i molestowania, choć przyznał, że jego styl zarządzania i życie osobiste mogły wywołać takie zarzuty.

Po pierwszych publikacjach tygodnika zarząd TVN powołał komisję ds. zbadania pogłosek o mobbingu i molestowaniu w stacji. Komisja po rozmowach z byłymi i obecnymi pracownikami TVN ustaliła, że trzy osoby były narażone na niepożądane zachowania, jednocześnie ze skutkiem natychmiastowym zakończono współpracę z Kamilem Durczokiem.

Kamil Durczok złożył przeciw wydawcy i dziennikarzom tygodnika “Wprost” dwa pozwy cywilne o ochronę dóbr osobistych, domagając się łącznie 9 mln zł odszkodowania. Pierwszy z procesów ruszy 17 września br.

Były szef “Faktów” TVN złożył także prywatny akt oskarżenia z art. 212 kodeksu karnego przeciw byłemu redaktorowi naczelnemu Sylwestrowi Latkowskiemu i autorom publikacji we “Wprost”.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/raport-inspekcji-pracy-z-kontroli-w-tvn-korzystny-dla-kamila-durczoka