Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

08-05-2016, 08:12

Karwat: “Z nieznanych bliżej względów” nie chciał donosić esbekom  »

Dziennik Zachodni
Krzysztof Karwat
08-05-2016
Za miesiąc minie rok od śmierci Jana F. Lewandowskiego – wybitnego publicysty i filmoznawcy, pierwszego redaktora naczelnego kwartalnika “Fabryka Silesia”. Ale już dziś muszę o nim parę słów skreślić. Niejako zmusił mnie do tego Bogusław Tracz z Instytutu Pamięci Narodowej.

Ach, jakże jestem temu badaczowi wdzięczny za szkic pt. “Ale ja nie chcę się z panem spotykać na kawie. Jana F. Lewandowskiego wygrana z SB” (w półroczniku „CzasYpismo”). Znowu stanęła mi przed oczyma piękna biografia Jasia (i prawie 30 lat, które obok siebie przeżyliśmy).

Czy znałem epizody opisane przez Tracza? Nie w szczegółach. Nic dziwnego, bo Lewandowski też chyba wszystkich drobiazgów nie poznał. Bo by mi o nich opowiedział. Właśnie przy kawie, którą żłopał w nieumiarkowanych ilościach.

Musiał oddawać się tej namiętności już w roku 1977, jeszcze jako student, skoro najpierw starszy sierżant sztabowy, a rok później inspektor w randze podporucznika (JFL pracował wtedy w DZ!) tak usilnie namawiali go, by przy kawie, w naonczas wykwintnym katowickim “Santosie”, zdecydował się na współpracę. Wiemy, jaki był finał. Tracz zawarł go w tytule swego dziełka.

25-letni Lewandowski, chudzina, biegając po katowickich ulicach, musiał uważać, by go wiatr nie zdmuchnął – nie przestraszył się esbecji. Mimo że był szantażowany.

Dawano mu do zrozumienia, że jako młodemu ojcu mieszkającemu w akademiku z żoną i córeczką, przydałby się rok przeszkolenia wojskowego w Łodzi (jeśli dobrze pamiętam, hodowano tam politruków). Wiecie, co im odpowiedział? Omal ze śmiechu z krzesła nie spadłem. Cały Jasio! Brzmiało to mniej więcej tak: “Rozumiem. Wojsko to wojsko, obowiązek to obowiązek. A przeszkolenie mogłoby się nawet połączyć z moimi zainteresowaniami filmoznawczymi, bo w wolnych chwilach miałbym okazję do odwiedzania łódzkiej szkoły filmowej i wytwórni filmów fabularnych”.

Nie zgodził się na szpiegowanie w krakowskim konsulacie USA (ściągał stamtąd niedopuszczane przez cenzurę filmy i publicznie je prezentował).

W końcu esbecja kompletnie zbaraniała: “Lewandowski z nieznanych bliżej względów jest zdecydowanie negatywnie ustosunkowany do naszej służby” i nigdy na współpracę “dobrowolnie nie wyrazi zgody”. Dlatego, nawet w stanie wojennym, a JFL był przecież związany ze środowiskami opozycyjnymi – dano sobie i jemu spokój. Porządnego miałem przyjaciela, czyż nie? Sam sobie zazdroszczę.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/opinie/a/karwat-z-nieznanych-blizej-wzgledow-nie-chcial-donosic-esbekom,9957640/

07-05-2016, 12:03

Klaudiusz Pobudzin z “Wiadomości” skrytykowany przez publicystę TVP Info za pytania do Mateusza Kijowskiego  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
07-05-2016

Marcin Celiński, publicysta „Liberte!” prowadzący w TVP Info “Cztery strony”, skrytykował reportera “Wiadomości” Klaudiusza Pobudzina za próby uzyskania w piątek w siedzibie Telewizji Polskiej wypowiedzi od Mateusza Kijowskiego. – Nadpobudliwy “rycerz” własnych chorych wizji, nie mających nic wspólnego z dziennikarstwem – ocenił go Celiński. – Nie ma nic złego w zadawaniu politykom trudnych pytań w budynku swojej telewizji – stwierdził Samuel Pereira z TVP Info.

Marcin Celiński i Mateusz Kijowski

Lider Komitetu Obrony Demokracji Mateusz Kijowski gościł w piątek wieczorem u Marcina Celińskiego w programie “Cztery strony”, po tym jak w czwartek odwołał swój udział w “Dziś wieczorem” (drugim gościem był Marian Kowalski z Narodowców RP), a redakcja nie zgodziła się, by zastąpił go inny działacz KOD.

Celiński wieczorem w krytycznym świetle opisał na Facebooku, jak po zakończeniu programu reporter “Wiadomości” Klaudiusz Pobudzin starał się uzyskać wypowiedzi od Kijowskiego. Według relacji  publicysty Lider KOD wyjaśnił, dlaczego nie było go w czwartek w “Dziś wieczorem”, natomiast nie chciał odpowiedzieć na pytania, czy boi się Mariana Kowalskiego i czy płaci alimenty.

- Kiedy udało się przejść do garderoby, gdzie gość miał swoje rzeczy, “dzielny” p. Pobudzin ustawił się pod drzwiami wyjściowymi z TVP Info. Na moje próby wytłumaczenia, że nie powinien nękać kogoś, kto wyraźnie mu powiedział, że nie chce z nim rozmawiać nie reagował. Równolegle prosiłem wydawcę programu (pracownika TVP) o interwencję u jego przełożonych. Nie wiem, czy moje próby perswazji, czy interwencja z “góry” spowodowała, że p. Pobudzin poszedł sobie w końcu na dalsze “łowy” – opisał Marcin Celiński.

Publicysta skrytykował taki sposób pracy reportera “Wiadomości”. Dodał, że przeprosił Mateusza Kijowskiego za tę sytuację. – Po programie, na korytarzu nie daje mu wyjść nadpobudliwy “rycerz” własnych chorych wizji, nie mających nic wspólnego z dziennikarstwem, za to wiele z elementarnymi brakami kultury, i nachalnie, plotkarsko i agresywnie nagabuje o sprawy prywatne – stwierdził.

Zachowania Pobudzina w tej sytuacji bronili na Twitterze wicedyrektor publicystyki w TVP Info Samuel Pereira i dziennikarz tego kanału Michał Rachoń. Pereira przypomniał, jak jesienią ub.r. pracująca wówczas w “Faktach” TVN Karolina Hytrek-Prosiecka w siedzibie stacji kilka razy powtarzała Marcinowi Mastalerkowi z PiS pytanie o sposoby zapowiadanego przez partię uszczelnienia systemu podatkowego, a polityk odpowiadał ogólnikowo. – Kraj podwójnych standardów. Trudne pytanie do Mastalerka w TVN – dobrze. Trudne pytanie do Kijowskiego w TVP – skandal. Nie ma nic złego w zadawaniu politykom trudnych pytań w budynku swojej telewizji – ocenił Samuel Pereira.

- Klaudiusz Pobudzin ma sztywniutki kręgosłup i Los Cojones, jakich brakuje większości dziennikarskiego salonu – napisał Michał Rachoń. – Łapanie polityków, żeby wydobyć od nich wypowiedź to standard. Nie ma się co oburzać. Polityk zawsze może powiedzieć – bez komentarza – stwierdziła Katarzyna Kolenda-Zaleska z “Faktów” TVN.

Pojawiły się też krytyczne komentarze. – Dziennikarz powinien pytać i dociskać, ale to jest napadanie na człowieka. Burackie standardy “Wiadomości” TVP. Nędza – ocenił Jacek Nizinkiewicz z “Rzeczpospolitej”. – Standardy BBC… – napisała ironicznie Beata Tadla.

- O. Można czaić się na polityków z kamerą i próbować nagrać. Ciekawe, gdy czekałem na parkingu Republiki na Prezesa, to nie było oczywiste – stwierdził Piotr Witwicki z Polsat News, przypominając incydent z grudnia ub.r., gdy dziennikarze TV Republiki (m.in. Michał Rachoń) wezwali policję, bo czekał pod siedzibą stacji, licząc że uda się zadać kilka pytań Jarosławowi Kaczyńskiemu. – To teraz wyobraź sobie jakby atakowano Jarosława Kaczyńskiego, gdyby – tak jak teraz to robi Kijowski – miał do Ciebie pretensje za to – odpowiedział mu Samuel Pereira. – Według mnie pretensje Kijowskiego są absolutnie kuriozalne – zgodził się Witwicki.

Klaudiusz Pobudzin pracuje w “Wiadomościach” od połowy stycznia br., wcześniej był związany m.in. z Telewizją Trwam.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/klaudiusz-pobudzin-z-wiadomosci-skrytykowany-przez-publicyste-tvp-info-za-pytania-do-mateusza-kijowskiego

07-05-2016, 09:26

Warsztat dziennikarza dociekliwego  »

Press
Piotr Pytlakowski
07-05-2016

Każdy z nas jest po trosze dziennikarzem śledczym, chociaż ja wolę określenie: dziennikarstwo dociekliwe – pisze Piotr Pytlakowski.

Piotr Pytlakowski

Szanowna Redakcjo!

Z nieznanych powodów zwróciłaś się do mnie, bym napisał o swoim warsztacie dziennikarskim. Chcesz wiedzieć, kim jestem w tej profesji, po co to robię i jakich używam w pracy narzędzi. Zasypałaś mnie gradem pytań – abym miał łatwiej. No to muszę przyznać, że ułatwienie okazało się utrudnieniem, bo nie mam pojęcia, jak odpowiedzieć na większość kwestii, a już szczególnie na pytanie, które stawiasz na wstępie: jakim dziennikarzem jestem?

Skoro nie chcę uchodzić za dziennikarza śledczego, to kim jestem? Może dziennikarzem kryminalnym? Jest takie dziennikarstwo? Po co ono komu? Ma jakieś przesłanie? I przekonujesz, że panuje taki oto pogląd na moją robotę, iż wystarczy mieć znajomych w policji i prokuraturze, a newsy same przychodzą. Wydaje ci się, że łażę po komendach, gdzie ulokowana jest, jak piszesz, potężna siatka moich znajomych i dostaję tematy. Mam wrażenie, że cytowany pogląd to nie powszechna opinia, ale wyłącznie twoja, Szanowna Branżowa Redakcjo.

Wyjaśniam. Nie jestem dziennikarzem śledczym ani kryminalnym, cokolwiek by to nie znaczyło. Nie jestem dziennikarzem sportowym ani recenzentem literackim; nie jestem też publicystą politycznym ani reporterem społecznym. Co prawda zostałem nagrodzony Polskim Pulitzerem w kategorii Dziennikarstwo śledcze (pierwsza nazwa nagród Grand Press – przyp. red.), pisuję teksty na tematy kryminalne, zdarza mi się pisać też o sporcie i komentować sprawy polityczne. A kiedy jeździłem do oblężonego Sarajewa, pisałem stamtąd reportaże wojenne. I co z tego wynika?

Dopókiś ciekawy

Dziennikarstwo to nie jest etykietka raz na zawsze przyklejona do człowieka. Niezmiennie śmieszą mnie ogłaszane przez niektórych kolegów deklaracje, że są dziennikarzami śledczymi, korespondentami wojennymi albo reporterami literackimi (nie zmyślam, spotkałem się też z taką autoreklamą). To jasne, że każdy potrzebuje dowartościowania, ale namawiam do umiaru w kreowaniu siebie samego. Dziennikarz bez etykietki nie jest ani lepszy, ani gorszy od innych. Sprawy trzeba stawiać uczciwie. Ta praca polega na informowaniu. Zdobyciu jakiejś, najlepiej ekskluzywnej, wiadomości i przekazaniu jej w miarę możliwości w atrakcyjnej formie czytelnikowi, słuchaczowi lub telewidzowi. W tym sensie każdy z nas jest po trosze dziennikarzem śledczym, chociaż ja wolę określenie: dziennikarstwo dociekliwe.

Nie mam armii znajomych (czytaj: informatorów) na komendach policji i w prokuraturach. Bywam tam rzadko, podobnie jak na konferencjach prasowych. Dla dziennikarza pracującego w tygodniku konferencje to przeważnie strata czasu i daremny trud, bo wiedza, którą tam uzyska, zostanie wcześniej skonsumowana przez gazety codzienne i media elektroniczne. Nawet jeżeli sam zada jakieś pytania o interesujące go kwestie, odpowiedzi zasilą gazetowe newsy.

Pytasz, czy pracując tyle lat, oceniam, że teraz jest trudniej wygrzebać jakiś fajny temat. Nie ma żadnej różnicy kiedyś czy teraz. Różnica tkwi w człowieku. Jako początkujący reporter byłem na spotkaniu ze Stefanem Kozickim, świetnym reportażystą, niesłusznie dzisiaj nieco zapomnianym. Był dokładnie w tym wieku, w jakim ja jestem dzisiaj. Opowiadał o rutynie, której poczucie zabija przyjemność czerpaną z dziennikarstwa. “Szósta rano, dzwoni budzik, muszę wstać, pędzić na dworzec i jechać do Szczecina” – mówił. “Pada deszcz, jest szaro i panuje ziąb. Cholernie mi się nie chce jechać do tego Szczecina, aby spotkać się z facetem (dzisiaj byśmy powiedzieli: informatorem), który coś mi opowie, a ja z góry wiem co, słowo w słowo. Ale mimo to jadę, bo wciąż jestem ciekawy innego człowieka”.

No więc ja też mimo wszystko jadę, chociaż z góry mniej więcej wiem, co usłyszę. Dziennikarstwo to taki fach, który należy wykonywać do momentu, kiedy człowiek jest nadal ciekawy, co mu rozmówca opowie, choćby było to z góry wiadome. Tracisz ciekawość – zmień zawód, tu już nic po tobie.

Wiedzieć, jacy oni są

Od lat penetruję środowiska przestępcze, co nie znaczy, że uważam się za dziennikarza kryminalnego. Możecie mi wierzyć: rozpoznając i opisując ten podziemny świat, trudno wpaść w rutynę i stracić ciekawość. Lecz pytany, jakich używam szczególnych narzędzi dziennikarskich i osobliwego warsztatu w tej robocie, odpowiadam: długopisu, notatnika i dyktafonu. Z warsztatem jest trochę więcej komplikacji. Warsztatem każdego z dziennikarzy jest jego osobiste doświadczenie. Trzeba trochę lat pracy i spojrzenia z głębszej perspektywy, by uniknąć pewnych niebezpieczeństw, na które narażony jest każdy dziennikarz zajmujący się podobną tematyką.

Pierwsza rafa to widzenie czarno-białe. Albo dobro, albo zło – nic pośredniego. Tak nie ma, świat jest bardziej skomplikowany. Gangsterzy, z którymi rozmawiam i których opisuję w moim tygodniku i w książkach, to nie potwory w ludzkiej skórze, choć i takich można spotkać, ale często zagubieni ludzie, którzy poszli niewłaściwą drogą. Nie należy im współczuć, ale warto próbować zrozumieć. Kiedy zapytano mnie, dlaczego z nimi rozmawiam, odpowiedziałem, że dlatego, iż chcę wiedzieć, jacy są i dlaczego dokonali takich, a nie innych życiowych wyborów. Z tego samego powodu rozmawiałem z seryjnym zabójcą na tle seksualnym Mariuszem Trynkiewiczem, który zamordował czterech chłopców. Przyznam się, że rozmawiając z nim, z trudem hamowałem złe emocje. Wcześniej spędziłem kilka dni w Piotrkowie Trybunalskim, rozmawiając z rodzicami jego ofiar. Im więcej czułem dla nich empatii, tym mocniej nienawidziłem Trynkiewicza. Do dzisiaj to się nie zmieniło.

Trynkiewicz to jedyny bohater moich reporterskich dociekań, do którego żywię tyle negatywnych uczuć. Dziennikarz nie powinien angażować własnych emocji, bo zatraca obiektywizm, ale w tym jedynym przypadku nie potrafiłem i nadal nie potrafię wyzwolić się z tak subiektywnego zaangażowania. Czasem to się zdarza. Przyznam, że moi gangsterscy rozmówcy to przy tym zabójcy z Piotrkowa całkiem sympatyczne postacie. Mają wiele wad, ale i pewne zalety.

Znów z pewną przyganą pytasz mnie, Branżowa Redakcjo: “Nie miałeś problemu, że po prostu promujesz takiego Masę?”. Rozmowy z Masą nie miały nic wspólnego z jego promocją. To był czas, gdy niewielu dziennikarzy miało z nim kontakt. Przekazywał ekskluzywne informacje, które trudno było zweryfikować. Kilkoro dziennikarzy przegrało potem procesy wytoczone przez osoby pomówione przez Masę. Ja sam ledwo uniknąłem procesu z byłym komendantem głównym policji, o którym Masa twierdził, że stał u niego w dyskotece w Bytomiu na bramce. Zrozumiałem wtedy, że chociaż dla prokuratury Masa był cennym nabytkiem jako świadek koronny, zdarza mu się mijać z prawdą. Od tej pory starałem się trzymać od gościa z daleka. À propos promocji tego człowieka: właśnie trafia do księgarń moja książka “Mój agent Masa”, w której ujawniam rzeczy bardzo dla niego niewygodne. O szczegółach tutaj nie będę się rozwodził, ale zaręczam, że treść tej książki to przeciwieństwo zarzucanej mi promocji gangstera.

Informatorów uspokajam Gangsterami zacząłem się zajmować w połowie lat 90., pracując w “Życiu Warszawy”. Akurat trwała w stolicy wojna gangów, były ofiary i lała się krew. Stworzyliśmy w redakcji grupę antymafijną z Anką Kacperską, Pawłem Ludwickim i Bogną Świątkowską (później naczelną “Machiny”). Na szefa tego minizespołu wskazał mnie ówczesny sekretarz redakcji Bronek Wildstein. Wchodziliśmy w świat nieznany, ale stawaliśmy dzielnie, zwłaszcza obie dziewczyny, Anka i Bogna. Któregoś dnia do redakcji wkroczyło trzech facetów w dresach. Akurat piłem kawę z Wildsteinem, kiedy jeden z nich oświadczył, że szukają niejakiego Pytlakowskiego, który w artykułach nazywa Dziada bossem Wołomina. Rozpoznałem w tym gościu w dresach Dziada we własnej osobie i przyznam szczerze, nie miałem wielkiej ochoty na ujawnienie się, ale Bronek, osoba już wówczas bardzo pryncypialna, spojrzał na mnie wymownie. Co było robić, przedstawiłem się Dziadowi.

Ten, początkowo łypiący groźnie spode łba, nagle się rozchmurzył i całkiem przyjaźnie poinformował, że ktoś mnie wprowadza w błąd, bo on nie jest żadnym wołomińskim bossem, ale po prostu obrońcą sąsiadów z Ząbek. Tak zawarłem znajomość z osławionym Dziadem. Byłem potem u niego w domu, przypominającym twierdzę warowną, bo akurat trwała wymiana ognia między Pruszkowem a Wołominem, i nie tylko ja uważałem Dziada za lidera gangu z prawej strony Wisły.

Później rozmawiałem z wieloma mafiosami z gangsterskiej czołówki. Z Warszawy, Pruszkowa, Wołomina, Wrocławia, Poznania, Krakowa czy z Gdańska. Niektórzy, tak jak Dziad, pierwsi nawiązywali kontakt, innych szukałem po więzieniach, gdzie odbywali wyroki. Po co rozmawiam z przestępcami? A jak inaczej stworzyć mapę polskich gangów, scharakteryzować bossów, jak opisać ten tajemny i groźny świat? Wyłącznie na podstawie policyjnych komunikatów i aktów oskarżenia się nie da, bo nie zajmowałem się prowadzeniem kroniki kryminalnej, tylko diagnozowałem niebezpieczne i hermetyczne środowisko polskiej mafii. Czynię to do dzisiaj, chociaż świat przestępczy w kształcie z lat 90. już nie istnieje. Oni się zmienili, zmieniło się otoczenie, ale przestępczość nadal ma się dobrze, chociaż gangi działają dzisiaj inaczej.

Zawsze pojawia się pytanie, czy coś mi groziło, kiedy nadepnąłem któremuś z mafiosów za mocno na odcisk? Nawet gdyby tak było, nie chwaliłbym się tym publicznie, bo po pierwsze, to żaden powód do chwały, a po drugie, po co prowokować los. Dziesięć lat temu wyniosłem się z Warszawy na wieś i żaden z moich gangsterskich informatorów ani żaden z wrogów nie wie, gdzie mieszkam. Czuję się bezpiecznie.

Bezpiecznie mogą się czuć także moi informatorzy, bo nigdy ich nie ujawnię, chyba że sami sobie tego życzą. Dziennikarz musi być całkowicie lojalny wobec osób, które obdarzają go zaufaniem – to chyba jasne dla każdego z nas. Zdarzają się sytuacje, kiedy wzywa mnie prokuratura i pyta o źródło informacji. To zwykle stały schemat: ja odpowiadam, że zgodnie z prawem prasowym nie ujawnię źródła, a prokurator odnotowuje to dla porządku i na tym przesłuchanie się kończy. Ale zdarzały się próby dociskania, a nawet straszenia zagrożeniem karnym z powodu ukrywania danych osoby, która mnie informowała. Korzystam więc tu z okazji i doradzam młodym dziennikarzom, by nigdy, przenigdy nie szli z prokuratorem na układy. Tajemnica dziennikarskiego informatora jest po prostu święta, podobnie jak zasada, że jeżeli rozmówca powierzy nam swoje wrażliwe dane, nie możemy ich nikomu zdradzić.

Kiedyś jedna z prokuratur w zachodniej Polsce oskarżyła pewnego policjanta, że zdradził mi tajemnicę służbową. Twierdzili, że w artykule, który napisałem, użyłem wiedzy pochodzącej z poufnego raportu, przekazanego mi właśnie przez tego funkcjonariusza. Wezwano mnie w charakterze świadka na sprawę sądową, którą prowadził pewien młody sędzia. Prokurator najpierw dopytywał o moje kontakty z oskarżonym policjantem, a potem przedstawił swój kluczowy dowód – nagranie rozmowy telefonicznej między mną a policjantem. Nie rozmawialiśmy o raporcie. Po prostu umawialiśmy się na spotkanie. Według prokuratora to była poważna poszlaka, że to policjant był moim informatorem. Młody sędzia okazał się, nazwijmy to wprost, mądrym człowiekiem. Odrzucił dowód z podsłuchu. Stwierdził, że prokuratura, podsłuchując rozmowę funkcjonariusza z dziennikarzem, naruszyła wolność mediów. Na koniec uniewinnił policjanta. Byłem tą postawą sędziego naprawdę zbudowany. On doskonale zrozumiał, że mój artykuł nie był napisany dla sensacji, tylko w interesie społecznym. Policjant nie ujawnił mi tego raportu, ale nawet gdyby tak było, nie narażałoby to na szwank interesów państwa polskiego.

Nie dla nagród

Na koniec, Szanowna Branżowa Redakcjo, pytasz żartobliwie, jaki jest ze mnie, czy z mojego dziennikarstwa, pożytek dla odbiorców. A jaki ma być? Oczywiście nie mam pojęcia. Dostałem kilka nagród dziennikarskich, chociaż nie ścigam się o nie, bo nie nagrodami oblicza się coś, co nazwałaś pożytkiem. Żaden z moich nagrodzonych czy nominowanych do nagród tekstów nie jest dla mnie powodem do jakiejś szczególnej chwały.

Opowiem ci starą historię, która zdarzyła mi się w pierwszej połowie lat 90. Jeżeli szukam w pamięci jakiegoś pożytku z mojego dziennikarstwa, przychodzi mi na myśl właśnie ta opowieść.

Jechałem wraz z innymi dziennikarzami w konwoju humanitarnym do oblężonego przez bośniackich Serbów Sarajewa. Traktowaliśmy to jako przygodę i taka panowała wśród nas atmosfera. W autobusie prasowym jechał trzymający się na uboczu starszy pan. Miał bodajże 75 lat i przedstawiono go nam jako zapasowego kierowcę. Szczerze mówiąc, od początku podróży intrygował mnie. Długo nie mogłem sprowokować go do wyjawienia tajemnicy, po co pcha się w tak niebezpieczny rejon. W końcu lody pękły i pan Gustaw, bo tak miał na imię, opowiedział, że jedzie szukać swojej siostry Karoliny. Przed laty wyszła za mąż za Omera, Bośniaka. Mieszkali w domku w dzielnicy willowej na wzgórzu nieopodal Stadionu Olimpijskiego. To miejsce było nieustannie ostrzeliwane przez Serbów. Od początku wojny w Bośni Karolina i Omer nie dali znaku życia. Dlatego Gustaw, emerytowany wojskowy, ruszył na wojnę, aby sprawdzić, czy jego siostra i szwagier żyją.

Od tej pory już nieustannie towarzyszyłem Gustawowi. Zafascynowała mnie jego opowieść i chciałem na własne oczy zobaczyć, jak odszukuje siostrę. Po dotarciu do Sarajewa wynajęliśmy jakiś samochód i leżąc na podłodze, bo tak nam nakazał kierowca, by nie paść ofiarą snajpera, pojechaliśmy pod właściwy adres. Karolinę i Omera znaleźliśmy w garażu. Od kilku miesięcy mieszkali w nim jak w prowizorycznym schronie, kryjąc się przed bombardowaniem. Sypiali w samochodzie marki Yugo, głodowali, a Omer ciężko chorował. Niesamowita była scena powitania Gustawa z siostrą i szwagrem. Nie mogli uwierzyć, że Gucio, jak go nazywała Karolina, przyjechał na wojnę, by ich odbić.

Błagali nas, abyśmy zabrali ich z naszym konwojem, lecz to nie było możliwe. Serbowie w licznych punktach kontrolnych dokładnie sprawdzali każdy pojazd; gdyby znaleźli osoby niewpisane w dokumenty, mogłoby dojść do tragedii. Karolina płakała zrozpaczona, a ja pod wpływem emocji złożyłem przyrzeczenie, że nie spocznę, aż wyciągnę ich z oblężonego miasta. Problem polegał na tym, że Karolina od lat nie miała już polskiego paszportu, była obywatelką Jugosławii.

Po powrocie do Warszawy ruszyliśmy z Gustawem do wszystkich możliwych urzędów, by kogoś zainteresować dramatem Polki i jej bośniackiego męża. Najpierw odbijaliśmy się od ściany obojętności, ale w końcu przyjął nas dyrektor departamentu spraw obywatelskich resortu spraw wewnętrznych. Obiecał pomoc. Podobnie jak ówczesny rzecznik MSZ Grzegorz Dziemidowicz. Dołączali kolejni. Karolinie wyrobiono zaocznie polski paszport. Do Sarajewa przewiózł go polski konsul z Zagrzebia. Pojechał w przebraniu, bo nie miał uprawnień, by przekroczyć granicę kontrolowaną przez Serbów. Po miesiącu Karolina była już w Warszawie, a niebawem ściągnięto także, na zasadzie łączenia rodzin, Omera. Burmistrz Żoliborza przekazał im klucze do przytulnej kawalerki w czynszowej kamienicy, a Ikea ufundowała wyposażenie do tego mieszkania.

To niesamowite, jak łatwo udało się stworzyć łańcuch dobrej woli złożony ze wspaniałych osób, pełnych serca dla bliźnich. Tę historię opisałem w 1993 roku w “Gazecie Wyborczej”. I do dzisiaj uważam, że to mój największy dziennikarski sukces.

Jeżeli, Szanowna Redakcjo, pytasz o pożytki z mojego dziennikarstwa, to właśnie jest odpowiedź.

Piotr Pytlakowski

Dziennikarz “Polityki” od 1997 roku, autor i współautor 12 książek, licznych reportaży telewizyjnych i filmów dokumentalnych. Jako reporter pracował w “Nowej Wsi”, “Przeglądzie Tygodniowym”, “Spotkaniach”, “Gazecie Wyborczej”, “Życiu Warszawy” i “Życiu”. Współautor scenariusza serialu “Odwróceni” i cyklu telewizyjnego “Alfabet mafii”. Zanim został dziennikarzem, pracował m.in. jako sanitariusz w szpitalu, maszynista sceny w Teatrze Wielkim, konduktor w wagonach sypialnych i instruktor kulturalno-oświatowy w domu kultury.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/52368,Warsztat-dziennikarza-dociekliwego?target=pressletter&uid=556

07-05-2016, 07:14

Miesięcznik “Śląsk” potrzebuje pomocy. Bo ma dług  »

Dziennik Zachodni
Dorota Niećko
07-05-2016

Górnośląskie Towarzystwo Literackie jest w tarapatach. Winne jest miastu 10 tys. złotych, ale pieniędzy brak. Pomóc mogą darowizny.

Modernistyczna kamienica przy Dworcowej 13 w Katowicach - siedziba Górnośląskiego Towarzystwa Literackiego - wydawcy "ŚLĄSKA"

Artysta musi być biedny. A już literat – koniecznie. Patrząc w ten sposób, Górnośląskie Towarzystwo Literackie pławi się w luksusach. Mają do dyspozycji 150 metrów w odremontowanej, modernistycznej kamienicy w centrum Katowic, przy Dworcowej 13, w doborowym sąsiedztwie. Na dodatek za te metry nie muszą płacić ani złotówki czynszu, bo lokal oddało im miasto w bezpłatne użyczenie. Z drugiej strony: GTL utrzymuje się jedynie z dotacji, zaś literatura dochodów nie przynosi. A to przecież Towarzystwo wydaje razem z Biblioteką Śląską prestiżowy miesięcznik Śląsk.

Ten, który założył Tadeusz Kijonka. Ten, w którym swoje teksty publikowali najwybitniejsi przedstawiciele śląskiej humanistyki.

Publikowali tu Tadeusz Różewicz, Wiesław Myśliwski. Kłopot w tym, że skoro literatura dochodowa nie jest, GTL przestało płacić tzw. koszty utrzymania lokalu i opłaty za media w zajmowanym lokalu. Więc Komunalny Związek Gospodarki Mieszkaniowej umowę użyczenia wypowiedział. No i rozpętała się mała burza. Bo jak to, wyrzucić na bruk tak prestiżową redakcję?

Na walizkach? Jeszcze nie

- Informuję, że Komunalny Zakład Gospodarki Mieszkaniowej w Katowicach 25 marca 2016 wypowiedział umowę użyczenia lokalu z uwagi na zaległości z tytułu kosztów utrzymania lokalu i opłat za media - czytamy w piśmie, które trafiło do nas z Urzędu Miasta Katowice, z wydziału budynków i dróg.

Pisma między GTL a magistratem krążą od półtora miesiąca. – Spokojnie. Nikt nikogo jeszcze nie wyprowadza. Sytuacja nie jest tragiczna- mówą urzędnicy. GTL może wystąpić ponownie o umowę, ale… – Kiedy spłacą zadłużenie, jednorazowo lub na raty – precyzuje Joanna Górska z biura prasowego urzędu. No i jeśli potem zobowiązania GTL będą płacone na bieżąco.

Kiedyś GTL miał umowę na czas nieokreślony, obecnie umowa użyczenia planowo miałaby skończyć się w lipcu. Urzędnicy katowickiego magistratu przyznają, że martwią się o GTL i zastanawiają, co można zrobić. Ale – dług to dług.

Potrzeba 10 tysięcy zł

W budynku przy Dworcowej 13 jest wspólnota. Są tu prywatne mieszkania, kancelaria adwokacka, Związek Polskich Artystów Plastyków. Gdy Towarzystwo nie płaci, koszty – np. przeglądów budynków – de facto ponosi zarządca, czyli KZGM. Trudno wyobrazić sobie, by za Towarzystwo płacili inni lokatorzy czy właściciele. Prawo jest jasne – Art. 713 kodeksu cywilnego mówi, że koszty utrzymania lokalu ponosi ten, kto dostał go w użyczenie – przytacza urzędniczka wydziału budynków.

Zadłużenie rzeczywiście nie jest tragiczne. Wynosi 10 tysięcy złotych. Zaległości sięgają kilku miesięcy. – Jesteśmy w trakcie necocjacji z miastem i rozmów z radcą prawnym.

Robimy analizę, o co możemy wystąpić do miasta – przyznaje Tadeusz Sierny, prezes GTL. – Nie kwestionujemy, że się zadłużyliśmy, ale to nie jest nasza zła wola, lecz niestabilne dofinansowania. Nie mamy innych długów, np. w drukarni. Nie chcemy też specjalnych praw, bo co by wówczas powiedziały inne podmioty? – dodaje Jednak przyznaje, że rozważa prośbę do prezydenta o obniżenie kwoty lub całkowite zlikwidowanie opłat.

Towarzystwo utrzymuje się z trzech źródeł. To dofinansowania, np. z urzędu marszałkowskiego, Urzędu Miasta Katowice, Rybnika, wojewódzkiego funduszu ochrony środowiska. Była też dotacja z ministerstwa kultury. – Niestety, w tym roku ministerstwo dotacji nam nie dało, i to jest powód naszych komplikacji finansowych – przyznaje Sierny.

Wyjście? Darowizna

Trzecie źródło to dochód ze sprzedaży miesięcznika Śląsk (na jego uruchomienie w 1995 też dostali grant od miasta). Egzemplarz kosztuje 7 złotych.

- Ale 40-50 proc. trafia do dystrybutora – liczy prezes. – Do nas trafia z każdego egzemplarza nieco ponad 3 zł. Jest jeszcze jedna możliwość pozyskania pieniędzy. – Jak każde stowarzyszenie, możemy otrzymywac darowizny – wyjaśnia prezes. I te darowizny to teraz może być jedyna droga, by dług spłacić.

To nie pierwszy raz, kiedy Towarzystwo i miesięcznik Śląsk są w finansowych tarapatach. Chociaż w 2002 roku pisaliśmy, że spośród katowickich stowarzyszeń twórczych, GTL ma całkiem komfortową sytuację lokalową.

- Jak każde stowarzyszenie, możemy otrzymywać darowizny - wyjaśnia prezes. I te darowizny to teraz może być jedyna droga, by dług spłacić.

“Od katowickich samorządowców Towarzystwo dostało w użytkowanie piętro przy Dworcowej 13 i przygarnęło Związek Literatów Polskich. Czynsz odpracowują, prowadząc działalność kulturalną na rzecz miasta” – pisała na łamach DZ red. Teresa Semik.

Jednak w grudniu 2012 Tadeusz Kijonka, który żegnał się ze stanowiskiem redaktora naczelnego Śląska, przyznawał, że lekko nie jest. – Już nie chcę w 2013 roku przeżywać tych samych problemów finansowych, z którymi borykam się bez przerwy, żeby pismo co miesiąc ukazało się na rynku – mówił. – Nie chcę pełnić funkcji na warunkach nieustannej licytacji – dostanę, czy nie dostanę finansowe wsparcie na przygotowanie kolejnego numeru, i w jakiej kwocie będzie ta dotacja. Tak duży region, tak liczne środowisko nie może funkcjonować bez pisma opiniotwórczego.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/aktualnosci/a/miesiecznik-slask-potrzebuje-pomocy-bo-ma-dlug,9963794/

06-05-2016, 15:52

Tomasz Lis krytykuje dane TVP o kosztach jego programu: brednie i manipulacja, autopromocja nie jest wydatkiem reklamowym  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
06-05-2016

Tomasz Lis skrytykował dane ze zleconego przez nowy zarząd Telewizji Polskiej raportu, według którego koszty programu dziennikarza w TVP2 były o 2,2 mln zł wyższe niż wpływy reklamowe. – Policzenie autopromocji wg cen reklam to absolutnie ordynarna manipulacja – ocenia Lis.

Tomasz Lis

Wyniki “Raportu Otwarcia TVP”, zleconego przez prezesa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego, na temat programu “Tomasz Lis na żywo” ujawniła w nowym numerze “Warszawska Gazeta”. Według tych danych program, emitowany w TVP2 od lutego 2008 roku do stycznia 2016 roku, kosztował publicznego nadawcę 54 mln zł, na co złożyło się 18,7 mln zł wydatków na produkcję wewnętrzną, 17,3 mln zł na produkcję zewnętrzną (realizowaną przez należącą do Lisa firmę Deadline Productions) oraz 18 mln zł kosztów promocji. Natomiast jego wpływy reklamowe wyniosły niecałe 52 mln zł. W efekcie bilans finansowy programu był ujemny.

Tomasz Lis w piątek przed południem na Twitterze skrytykował te dane. Dziennikarz zwrócił uwagę, że reklamowanie jego programu odbywało się głównie w ramach autopromocji na antenie TVP2, natomiast w raporcie czas autopromocji został wyceniony jak standardowy czas reklamowy, dodatkowo według stawek cennikowych, bez uwzględnienia rabatów.

- W ostatnich latach czas reklamowy był w TVP sprzedany. Zgodnie z ustawą czas na autopromocję liczy się osobno. Czas na promocję nie może pójść na reklamę, więc nie można go monetyzować. Policzenie autopromocji wg cen reklam to absolutnie ordynarna manipulacja – stwierdził dziennikarz.

Według danych Nielsen Audience Measurement w ciągu ośmiu lat “Tomasz Lis na żywo” miał w kolejnych sezonach średnio od 2,05 mln do 3,15 mln widzów, a cennikowe wpływy reklamowe (bez rabatów) przy premierowych emisjach wyniosły 164,41 mln zł.

Zdaniem Tomasza Lisa Telewizja Polska w raporcie mocno zawyżyła koszty promocji programu, tak żeby przewyższyły jego wpływy reklamowe. Za publikację tych danych dziennikarz skrytykował portal Wirtualnemedia.pl. – Totalna kompromitacja. W tym celu trzeba było napisać, że promocja programu kosztowała 18 mln. Dlaczego akurat 18? Żeby koszty przekraczały zyski. Z podobną uczciwością TVP zaraz ogłosi, że oglądalność Wiadomości rośnie. Przytaczanie tych bredni z wyceną autopromocji jak reklam bez rabatów to kompletna kompromitacja tego portalu – uważa Lis.

Od marca w paśmie zwolnionym przez “Tomasz Lis na żywo” TVP2 emituje “Sondę 2”, której pierwszych sześć odcinków oglądało średnio 1,03 mln osób. Natomiast pierwsze trzy odcinki przeniesionego do TVP1 programu “Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego miały średnio 660 tys. widzów.

Tomasz Lis pod koniec lutego zaczął prowadzić swój cotygodniowy program, emitowany na żywo na portalach Onet.pl i Newsweek.pl.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tomasz-lis-krytykuje-dane-tvp-o-kosztach-jego-programu-brednie-i-manipulacja-autopromocja-nie-jest-wydatkiem-reklamowym

06-05-2016, 15:41

Dyrektor Czwórki zdjęła dzisiejsze wydanie audycji Filipa Chajzera  »

Press
KOZ
06-05-2016

Filip Chajzer

Filip Chajzer nie poprowadzi dzisiaj audycji ”Piątek, piąteczek, piątunio” w radiowej Czwórce. Zdecydowała tak dyrektor anteny, o czym Chajzer poinformował na Facebooku. Polskie Radio nie kończy jednak współpracy z Polskim Radiem.

Hanna Dołęgowska, dyrektor Czwórki, nie chce komentować powodów tej decyzji. – To wewnętrzna sprawa radia – stwierdza. Zaznacza, że umowa z Filipem Chajzerem obowiązuje. Według naszych informacji, ma on umowę z Polskim Radiem do wakacji.

– Kochani, to dla mnie bardzo średni piątek… Zgodnie z decyzją Pani dyrektor Programu 4 – dzisiaj moja audycja “Piątek, piąteczek, piątunio” nie odbędzie się – napisał na Facebooku Filip Chajzer.

Kochani, to dla mnie bardzo średni piątek… Zgodnie z decyzją Pani dyrektor Programu 4 – dzisiaj moja audycja “PIĄTEK, PIĄTECZEK, PIĄTUNIO” nie odbędzie się. Wklejajcie wasze ulubione hity piąteczka, imprezę zrobimy tu.

Całość: http://www.press.pl/newsy/radio/pokaz/52369,Dyrektor-Czworki-zdjela-dzisiejsze-wydanie-audycji-Filipa-Chajzera