Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

08-07-2008, 22:16

Historia Dziennika Zachodniego  »

Dziennik Zachodni
08-07-2008

Pierwszy numer poczytnego – jak głosił podtytuł – “pisma dla wszystkich” ukazał się 6 lutego 1945 roku. W naszym archiwum redakcyjnym zachował się, niestety lekko sfatygowany egzemplarz. Ale czas jest nieubłagany dla papieru i ludzkich wspomnień.

Jeden z pierwszych zespołów redakcyjnych "Dziennika Zachodniego" - koniec lat 40.

W setnym numerze “DZ”, z 27 maja 1945 roku, na dole pierwszej strony znalazła się lakoniczna informacja: “Dzisiejszy numer Dziennika Zachodniego jest 100-ny skolei” (pisownia oryginalna). Zbiegło to się z bardzo wymownym tytułem artykułu: “Tokio spalone”.

Tysięczny numer naszej gazety ukazał się 29 listopada 1947 roku, a czytelnicy znaleźli na pierwszej stronie tekst od redakcji zatytułowany: “Nasz jubileusz”.

“Jesteśmy organem bezpartyjnym – zapewnialiśmy. – Staramy się mobilizować szeregi bezpartyjnych do ogromnych zadań stojących przed naszym narodem… w myśl słów wicepremiera Gomułki, że nie legitymacja partyjna decyduje o wartości człowieka, ale jego praca.

“Urodziny tow. Władysława Gomułki zbiegły się – fortunnie – z powstaniem “DZ”, co było nieraz przyczyną opóźniania oficjalnego jubileuszu gazety. Redaktor i założyciel naszej gazety Stanisław Ziemba tłumaczył to zbiegiem okoliczności. Pierwotnie numer “DZ” miał się ukazać już 3 lutego 1945 roku, ale poślizg drukarni sprawił, że zdołano zmontować numer dopiero 5 lutego z datą na dzień następny (6 luty), w którym tow. Gomułka obchodził geburtstag. W latach 60. życzenia i podobizna Gomułki miały pierwszeństwo na łamach gazet. Dziesięciolecie istnienia gazety obchodzono z całą pompą nie w Katowicach, a…Stalinogrodzie. W nr. 32 z 6 na 7 lutego 1955 roku zamieścili swoje materiały m.in. Bogusław Reichhart i wspomniany już Stanisław Ziemba.

Na łamach gazety znalazło się “Dwanaście rozmów o gazecie”, jakie przeprowadzono z czytelnikami w terenie (na ulicy, sklepie spożywczym, przy kiosku Ruchu, w tramwaju itp.). Zamieszczono okolicznościowy reportaż “Zachodni w drukarni” o powstawaniu gazety. Przeczytać i zobaczyć można było, jak pracuje linotypista, metrampaże, maszynista rotacyjny. Zgodnie z dobrą “Dziennikową” tradycją nie zabrakło dobrego humoru, w wydaniu m.in. niezapomnianego Gwidona Miklaszewskiego.

Ale 6 lutego 1960 roku zamiast jubileuszowego tekstu opublikowano dużą podobiznę tow. Gomułki z życzeniami nadesłanymi przez partyjnych notabli. Poniżej donoszono o spotkaniu redaktora Bronisława Schmidta – Kowalskiego i zespołu pracowników “DZ” z partyjna egzekutywą. Dopiero w kolejnym wydaniu gazety z 7/8 lutego zamieszczono rocznicowe materiały.

20-lecie “Dziennika” obchodzono na łamach gazety 9 lutego 1965 roku, a nie jak nakazywała tradycja trzy dni wcześniej. Tym razem 20 rocznica urodzin naszej gazety zbiegła się z 60-tką tow. Gomułki, więc trzeba było ustąpić. “Serdeczne sto lat ze Śląska i Zagłębia” – informowały nagłówki wydań “DZ” z 6 lutego. Oczywiście, winszowano Gomułce…

Ale w następnych latach popularność obywatela G. zaczęła słabnąć i pod koniec 1970 roku odsunięto go od władzy. Skorzystał na tym “DZ” i w kilku numerach z lutego 1970 roku, obszernie relacjonował obchody swej 25 rocznicy istnienia. W gazecie z 8/9 lutego tegoż roku depesze gratulacyjne dla Gomułki były o wiele skromniejsze niż dotąd. Większą część tytułowej strony wypełnił tekst pt. “Dziennik ukończył 25 lat” i zdjęcie kilkudziesięciu wydań gazety. Na jubileuszu gazety grał m.in. zespół Trubadurzy i młodziutka Maryla Rodowicz. To się nazywało mocne uderzenie.

Trzydziestka stuknęła “Dziennikowi” 6 lutego 1975 roku w środku dekady sukcesu. Pewnie dlatego zdjęcie towarzysza Edwarda Gierka z innymi dostojnikami znalazło się na samej górze pierwszej strony jubileuszowego wydania gazety, a tekścik jubileuszowy na samym dole. Na rok przed wybuchem stanu wojennego “DZ” obchodził 35 urodziny. Pewnie dlatego – stosownie do panującego w kraju siermiężnego nastroju – w numerze z dnia 6 lutego 1980 roku na pierwszej stronie pojawił się rocznicowy tekst “Służąc narodowi”. O wiele lepiej było, gdy “Dziennik” dojrzał do czterdziestki (kto nie pamięta tego serialu?). 7 lutego 1985 roku donoszono o tym jubileuszu na 1. stronie gazety w artykule o spotkaniu w Urzędzie Wojewódzkim i wręczonych przy tej okazji medalach. Powyżej znalazło się wspólne zdjęcie uhonorowanych dziennikarzy i partyjnych bonzów. Jubileusz został też okraszony rysunkami Miklaszewskiego i wspomnieniami redaktora S. Ziemby. 45-lecie “DZ” przypadło już w zupełnie innej epoce. Numer z 6 lutego 1990 roku donosił o obradach Okrągłego Stołu, a także wielkimi zgłoskami o jubileuszu gazety.

Najbardziej huczny jest zazwyczaj Abraham przypadający w wypadku “Dziennika” 6 lutego 1995 roku. Okolicznościowy numer otwierał artykuł “Narodziny gazety” oparty m.in. na wspomnieniach założycieli gazety. Najbardziej ujmujący tekst, jaki znalazł się w tym wydaniu “DZ”, poświęcony był Halince, czyli redaktor Halinie Markiewiczowej, którą do pracy przyjmował pierwszy naczelny “DZ” red. S. Ziemba. Nosił tytuł “Kocham tę gazetę”. Po prostu.

Liczby DZ

1 – gazeta z tym numerem ukazała się 6 lutego 1945 roku

8 - dodatków tematycznych drukujemy w każdym tygodniu

9 – lat mija od ukazania się naszego pierwszego tygodnika powiatowego – w Lublińcu (od 21 marca 1998)

13 – edycji miały do tej pory prestiżowe nagrody Miody i Chrzany. W tym roku 2 lutego rozdane zostaną po raz czternasty

25 – lat redaktorem naczelnym naszej gazety był Bronisław Schmidt-Kowalski (od 1956 do 1981)

26 – miesięcy minęło od połączenia Dziennika Zachodniego z Trybuną Śląską

32 – tygodniki powiatowe dokładamy co piątek do magazynowego wydania gazety 60 – lat, od 1947 roku, ukazują się w Dzienniku Zachodnim żarty rysunkowe Gwidona Miklaszewskiego (1912-1999)

62 – urodziny świętowaliśmy w lutym 2007 roku

100 – dwukrotnie wybieraliśmy Setkę Najmądrzejszych i Setkę Najbardziej Znanych Kobiet w regionie

690 – średnio tyle stron tygodniowo przygotowują nasi dziennikarze do grzbietu głównego, tygodników i wszelkich dodatków

5.000 – kuponów przyszło do redakcji w plebiscycie na najlepszego proboszcza regionu w lutym i marcu 2005 roku

19.000 – a nawet więcej Dzienników ukazało się od początku istnienia gazety

45.000 – zdjęć zamieściliśmy w wydaniach specjalnych Pierwszej Klasy, Gimnazjalistów i, Fotomatury

150.000 – kuponów otrzymaliśmy w 2005 roku w plebiscycie na najlepszego parlamentarzystę i na kandydata do parlamentu

290.000 – kilometrów papieru rocznie zużywają drukarnie na wydrukowanie naszej gazety i dodatków 300.000 – uczniów pokazaliśmy do tej pory w wydaniach specjalnych Pierwszej Klasy, Gimnazjalistów, Fotomatury

2.900.000.000 – stron, czyli tak zwanych koloroodbitek, robią rocznie drukarnie Dziennika Zachodniego

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/18296,historia-dziennika-zachodniego,id,t.html

29-06-2007, 11:47

Wraca PRL-owskie Święto? Trybuny Robotniczej?  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Piotr Zawadzki
29-06-2007

To była organizowana z największym rozmachem propagandowa impreza rozrywkowa w PRL-u. Teraz Święto “Trybuny Robotniczej” wraca, ale już pod innymi sztandarami.

Święto "Trybuny Robotniczej" 1978

W Górnośląskim Parku Etnograficznym w sobotę ma być znowu jak w latach 60. i 70., kiedy Święto “Trybuny Robotniczej” organizował partyjny dziennik z Katowic. Będą stoiska z kuchnią regionalną i książkami, gry i zabawy dla dzieci, zlot starych samochodów, giełda PRL-owskich gadżetów czy spotkania hobbystów i skaciorzy. Zagrają rockowe zespoły, Marian Makula opowie śląskie dowcipy, a z fanami spotka się Bronisław Cieślak, czyli porucznik Borewicz z serialu “07 zgłoś się”.

- Pomysł powrotu do festynu narodził się w szerszym gronie. To ma być święto wielowymiarowe. Z jednej strony nostalgia i ironia wobec historii PRL-u, z drugiej – chęć integracji mieszkańców Śląska i Zagłębia. Będzie więc rozrywka, ale i poważne dyskusje o przyszłości regionu i śląskiej piłki nożnej – mówi Dariusz Zalega, redaktor naczelny ukazującego się od zeszłego roku lewicowego tygodnika “Trybuna Robotnicza”.

Zalega (rocznik 74) przez dziewięć lat pracował jako dziennikarz w “Trybunie Śląskiej” i “Dzienniku Zachodnim”. Odszedł, bo – jak tłumaczy – chce realizować własne pomysły w zgodzie ze swoimi poglądami. – Mam duszę kaowca, więc organizacja takiej imprezy to nie jest dla mnie nowość – dodaje.

Partia zacieśnia więź z masami

Święto “Trybuny Robotniczej” po raz pierwszy odbyło się w 1966 r. Inspiracja wypłynęła z gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach. Gazeta miała wtedy największy w kraju nakład – nawet 800 tys. egzemplarzy – i trzeba było zamanifestować więź jej czytelników z partią. Dopiero sześć lat później swoje święto zorganizowała stołeczna “Trybuna Ludu” – organ Komitetu Centralnego PZPR.

“Święto “Trybuny Robotniczej” będzie rodzajem dorocznego zielonego karnawału naszego województwa” – zapowiadała 41 lat temu gazeta. Organizatorzy dokładali wszelkich starań, aby uczestnicy święta byli usatysfakcjonowani. Dla miliona gości przygotowano pół miliona porcji krupnioków i prawie tyle samo kiełbasy z musztardą. Na estradach w Wojewódzkim Parku Kultury i Wypoczynku koncerty prowadzili popularni w całym kraju konferansjer Lucjan Kydryński i spikerka Edyta Wojtczak. Do tego 4 tys. sportowców w pokazach i paradach, 35 orkiestr dętych, pięć zespołów pieśni i tańca, w tym jeden z Mongolii. Nie zabrakło sportu. W finale turnieju piłkarskiego o Puchar “TR” Górnik Zabrze pokonał Polonię Bytom, a zwycięską bramkę strzelił słynny Ernest Pohl. Na spotkaniu z zaproszonymi dziennikarzami (także z bratnich redakcji z Ostrawy i Halle) Edward Gierek, wtedy I sekretarz KW PZPR w Katowicach, przypominał: “partyjne Święto »Trybuny Robotniczej « stanowi dalszy krok na drodze zacieśnienia więzi partii z masami pracującymi województwa”.

Gazeta przy okazji cytowała na łamach swoich czytelników. “Często czytam »TR «. Przeważnie kupuję ją sama i przynoszę do domu. Bywa, że mąż czyta niektóre artykuły na głos, kiedy ja np. przygotowuję kolację” – zwierzała się ekspedientka z katowickiego sklepu PSS-u.

- Święto “Trybuny Robotniczej” to było na pewno zakłamanie, ale wyczuwało się również totalne przymrużenie oka. Gazeta chciała je wykorzystać dla swoich celów, natomiast ludzie liczyli głównie na atrakcje i je dostawali – mówi Marek Brzeźniak, były dziennikarz “TR”.

Największą atrakcją okazała się loteria, w której można było wygrać samochody. Wartburga de luxe wylosował betoniarz z bytomskiego hotelu robotniczego, trabanta – górnik z kopalni Siemianowice, a moskwicza – górnik z kopalni Wujek. Kiedy ten ostatni odbierał w katowickim Motozbycie nowiutkie auto, zajechał tam również kopalniany autokar z górniczą delegacją.

Piękne symboliczne akty

“Trybunie Robotniczej” z roku na rok rósł nakład, więc impreza rozrastała się. Posiadacz karty uczestnictwa miał prawo do udziału w losowaniu samochodów, darmowego wstępu do ogrodu zoologicznego, Planetarium i wesołego miasteczka oraz zniżki na jazdę kolejką Elką i na karuzelach. Bywalcy festynu wspominają, że chwalili go sobie również zbieracze surowców wtórnych. W krzakach okalających aleje parku aż roiło się od pustych butelek po piwie i wódce.

Już na wiele tygodni przed świętem w redakcji “TR” panowała mobilizacja. Niemal każdy z dziennikarzy był odpowiedzialny za powierzony mu odcinek. Do ich zadań należało m.in. towarzyszenie zaproszonym dziennikarzom z kraju i zagranicy podczas ich spotkań ze społeczeństwem.

Marek Brzeźniak

- Z dziennikarką “Życia Warszawy” i partyjnym działaczem pojechaliśmy do domu wytypowanej wcześniej nauczycielki z Bytomia. Na miejscu okazało się, że na ścianach jej mieszkania wiszą głównie święte obrazki. Spotkanie zrobiło się więc bardziej opozycyjno-patriotyczne – wspomina Brzeźniak. – Byłem odpowiedzialny za autobus nr 3, którym grupa dziennikarzy miała z jakichś uroczystości w Spodku wrócić do hotelu Silesia. W scenariuszu był dopisek: zaproponować gościom, żeby poszli na piechotę. Pamiętam, że jeden z kolegów dostał zadanie zamknięcia drzwi w sali podczas konferencji w ośrodku kształcenia ideologicznego – dodaje Henryk Nykiel, dziennikarz dawnej “TR”.

- Jeździłem z kosmonautami: Mirosławem Hermaszewskim i Piotrem Klimukiem. Zasadziliśmy drzewko w pobliżu Ośrodka Harcerskiego. To była lipa. Dlaczego lipa? Leśniczy mi wyjaśnił: bo najszybciej rośnie – wspomina Jan Dziadul, który w “TR” pracował do stanu wojennego.

Festynowi towarzyszyły cywilne śluby młodych górniczych par. Nowożeńcy najpierw mówili sobie “tak”, a potem składali wiązanki kwiatów pod pomnikami Wincentego Pstrowskiego w Zabrzu albo Czynu Rewolucyjnego w Sosnowcu. “Piękne symboliczne akty” – chwaliła “TR”.

Polityczna intuicja niekiedy zawodziła organizatorów. W 1975 roku jedną z gwiazd partyjnego festynu był piosenkarz Waldemar Matuska z Czechosłowacji. Jego piosenkę “Kdyz mas v chalupe orchestrion” z popularnego serialu telewizyjnego “Pod jednym dachem” nuciła w tych czasach cała Polska. W następnej dekadzie popularny artysta wyemigrował do USA, a komunistyczne władze zakazały publicznego emitowania jego utworów.

Tworzymy podstawy dalszego rozkwitu Ojczyzny

Po raz ostatni z wielką pompą Święto “Trybuny Robotniczej” odbyło się w 1980 r., na kilka tygodni przed sierpniowym zrywem “Solidarności”. Oficjalna nazwa festynu brzmiała już “XV Święto Partii – Trybuna Robotnicza 80″. Przewodnie hasło – “Twórczo urzeczywistniając uchwały VIII Zjazdu partii, tworzymy podstawy życia w pokoju, dalszego rozkwitu Ojczyzny, pomyślności wszystkich rodzin” – porażało ideologiczną nowomową. Atrakcji było jednak tyle samo co wcześniej: muzyka, kiermasze książek, spotkania z himalaistami Wandą Rutkiewicz i Krzysztofem Wielickim. Samochodów do wygrania było już 17.

Jan Dziadul

Dziadul: – Impreza była organizowana pod sztandarami “TR”, ale ludzie bawili się po swojemu. W ogóle nie zwracali uwagi na polityczne tło. Wspominam ją z sympatią, bo i wieczorne spotkania towarzyskie były wtedy na wysokim poziomie.

Z okazji święta redakcja przyznawała też nagrody – Czerwone Róże – za wybitne osiągnięcia ideowo-wychowawcze, naukowe i kulturalne. Wśród kilkuset laureatów byli m.in. Maciej Szczepański, prezes Radiokomitetu i były naczelny “TR”, Karol Stryja, dyrektor Filharmonii Śląskiej, ekonomista Alojzy Melich, poeta Ernest Bryll, pisarz Wojciech Żukrowski, sławna siatkarka Krystyna Czajkowska-Rawska, publicysta Ryszard Wojna i dziennikarz moskiewskiej “Prawdy” Borys Awierczenko.

Po stanie wojennym impreza wróciła na kilka lat pod bardziej niezobowiązującą nazwą Święta Prasy, ale już ze znacznie mniejszym rozmachem. Teraz wraca jeszcze raz.

- Chcemy pokazać, że PRL to nie była jakaś czarna dziura, świat nie jest przecież czarno-biały – mówi redaktor Zalega. Na wszelki wypadek przy wejściu do parku stanie więc wiklinowy Miś, jak ze starej komedii Stanisława Barei.

- Ta nowa “Trybuna Robotnicza” może coś na swoim pomyśle zyskać, bo takich imprez w śląskiej aglomeracji wciąż brakuje – przypuszcza Dziadul.

Kiedy pytam Zalegę, czy Miś, PRL-owskie gadżety i Cieślak nie uczynią ze święta jego niezamierzonej parodii, odpowiada: – Są ludzie, którzy nie potrafią się śmiać. Oni właśnie teraz rządzą Polską. Z nimi na Święcie “Trybuny Robotniczej” nie chcemy się spotkać.

Grali i śpiewali na Święcie “TR”

Piotr Szczepanik, Czerwono-Czarni, Czerwone Gitary, Niebiesko-Czarni, Mieczysław Fogg, Omega (Węgry), Marek Grechuta, Maryla Rodowicz, Urszula Sipińska, Anna Jantar, Budka Suflera, Kombi, Skaldowie, Krzysztof Krawczyk, Hanna Banaszak, Krystyna Prońko, Irena Santor, Jerzy Połomski, Joanna Rawik, Jacek Fedorowicz.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35055,4276456.html#ixzz2RBRrin7n

10-03-2006, 15:09

Bitwa o śląską telewizję – cd.  »

Przegląd
Marcin Rumor
10-03-2006

Maciejowi Wojciechowskiemu, dyrektorowi katowickiego ośrodka TVP, prokuratura zarzuca zmarnotrawienie minimum 340 tys. złotych.

Z końcem marca mija okres zawieszenia w pracy Macieja Wojciechowskiego – do niedawna jeszcze członka PiS i dyrektora ośrodka telewizji publicznej w Katowicach. O jego kontrowersyjnej nominacji pisaliśmy w „Przeglądzie” ponad rok temu. W grudniu został on zawieszony w obowiązkach w związku z postawionymi mu przez prokuraturę bytomską zarzutami o nieprawidłowości w firmie, w której był wiceprezesem. Chodzi o minimum 340 tys. zł.

Pod koniec lat 90. ośrodek telewizyjny w Katowicach nie należał do najnowocześniejszych – sypały się tynki, dziennikarze pracowali bez dostępu do Polskiej Agencji Prasowej (najważniejszego źródła informacji), bez jakiegokolwiek innego serwisu, czy nawet bez dostępu do internetu. Ośrodek wyremontował i unowocześnił dyr. Andrzej Janicki – początkowo kojarzony w regionie z lewicą, ale później znaczna część lewicy chętnie usiadłaby na przyjęciu po drugiej stronie stołu. Janicki ostatni konkurs na dyrektora oddziału TVP SA w Katowicach wygrał w 2004 r., jeszcze za kadencji Roberta Kwiatkowskiego, ale nowy prezes telewizji, Jan Dworak, ogłosił nowy konkurs. Janicki otrzymał wszystkie głosy. Ale zmieniła się rada nadzorcza i urządzono kolejne głosowanie. Tym razem Janicki przegrał jednym głosem osoby rekomendowanej do rady nadzorczej przez PSL.

W grudniu 2004 r. Jan Dworak mianował na stanowisko dyrektora oddziału regionalnego TVP Macieja Wojciechowskiego, socjologa z wykształcenia, członka PiS z zamiłowania.

Z telewizją dotychczas miał niewiele wspólnego – był zastępcą redaktora naczelnego „Dziennika Zachodniego”, naczelnym „Dziennika Łódzkiego”, po czym wrócił do „Dziennika Zachodniego” już jako naczelny. Zajmował się też polityką wydawniczą firmy Polskapresse Sp. z o.o. – wydawcy wielu gazet regionalnych w całej Polsce. Ujednolicał tę politykę, czyli – jak twierdzą niektórzy – ciął koszty i etaty.

Wojciechowski aż do momentu mianowania był członkiem krajowej rady politycznej Prawa i Sprawiedliwości. Do partii braci Kaczyńskich trafił z Ligi Republikańskiej, znanej z ostrych zadym antylewicowych. Dyrektor regionalnej TVP też brał w nich udział. Z listy PiS startował w wyborach parlamentarnych w 2001 r. oraz w ubiegłorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego – bez powodzenia. I mimo że zawiesił w końcu swoje członkostwo w partii, nie uniknął protestów związanych z upolitycznianiem telewizji publicznej przez nową ekipę.

Choć w ośrodku kto żyw wziął urlopy zdrowotne, to zaraz po objęciu urzędu przez nowego szefa nie było żadnych trzęsień ziemi. Dopiero później rozpoczęły się delikatne ruchy, które powoli, acz skutecznie i konsekwentnie wymiatały i przenosiły dziennikarzy na inne, „równie odpowiedzialne stanowiska”. Zlikwidowany został jeden z najpopularniejszych autorskich programów telewizyjnych – „Klub globtrotera”. Do telewizji ściągnięty został Miłosz Stawecki, sprzedawca w jednym z salonów samochodowych i członek Związku Górnośląskiego. Miał być dyrektorem ds. ekonomicznych, ale został głównym specjalistą ds. kontroli wewnętrznej. Efekt jest taki, że trzeba z nim uzgadniać wszystkie decyzje finansowe w katowickiej telewizji. Zwolniono z pracy publicystkę Dagmarę Drzazgę, która w swoim dorobku miała grand prix za najlepszy film dokumentalny w Europie, nagrodę Circom Regional za film „Bobrek dance”. Zwalniając ją, Wojciechowski miał powiedzieć, że nie potrzebuje twórców, tylko rzemieślników.

Jednak przywrócenie Drzazgi nakazał Zarząd TVP po liście protestacyjnym skierowanym do prezesa Dworaka.

– Już nie chcą z nami współpracować środowiska medyczne – skarżą się dziennikarze katowickiego ośrodka. – Lekarze uważają, że ich ośmieszamy.

Ośrodek miał swoje programy medyczne, ale dla nowego dyrektora podobno zbyt nudne, smutne i zbyt mało dowcipne. Teraz z programów „medycznych” zostały te o kosmetologii i kosmetyce.

– Czemu mamy być kolejnym TVN?! – denerwują się dziennikarze. Ale nie wszyscy. Część chwali zmiany wprowadzone przez Wojciechowskiego, wskazując na przykład regionalnych „Aktualności”, które stały się żywsze i ciekawsze. Do prowadzenia programu ściągnięto znanych dziennikarzy z Warszawy. Obecny szef „Aktualności”, Rafał Kurowski, karierę dziennikarską rozpoczynał w związanym z „Solidarnością” Radiu TOP w Katowicach, później był dziennikarzem „Faktów” i „Wiadomości”. Poprzedniego szefa programu przesuniętego „na inny front robót”.

W działach technicznych pracownikom zaproponowano, żeby się zwalniali i zakładali swoje firmy, a nadal będą mogli robić dokładnie to samo, co dotychczas. Tyle że uwolnią ośrodek od płacenia ZUS-u i kosztów pracowniczych, a kierownictwu pozwolą wykazać się oszczędnościami.

Ale wydaje się, że nowe porządki nastąpiły nie tylko w zakresie merytorycznym i kadrowym. Regionalny „Dziennik Zachodni” bardzo lubi pisać w swojej rubryce towarzyskiej o „buchaju” z katowickiego ośrodka telewizyjnego. A na forum internetowej strony www.wirtualnemedia.pl pojawił się taki oto komentarz: „Może w końcu ktoś zacznie pracować w TV Katowice, bo odkąd szefem został członek zarządu wojewódzkiego PiS, Maciej Wojciechowski, tak zwany rozrywkowy chłopiec, a prawą ręką Muzyczuk, ośrodek zamienił się w spelunkę ze wszystkimi jej atrybutami. Zdecydowana większość programów ma wymiar niezamierzonego kabaretu, a sztandarowym programem o walorach intelektualnych jest produkcja pod jakże oryginalnym tytułem „Zrobię to sam”. Oczywiście dla majsterkowiczów (sic!)”.

Kariera katowickiego dyrektora musiała zrobić wrażenie na zarządzie telewizji, ponieważ zaczęto mówić o możliwości powołania go na dyrektora całego Programu 3. Ale… Pod koniec ubiegłego roku na Śląsku coraz głośniej się robiło o Centrum Szkolenia i Adaptacji Zawodowej w Bytomiu, którego Maciej Wojciechowski w latach 1999-2004 był wiceprezesem. Centrum zajmowało się organizowaniem szkoleń BHP dla górników z Bytomskiej Spółki Węglowej. Część pieniędzy na swoją działalność dostawało z unijnego funduszu PHARE. Kiedy prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie działalności firmy, dopatrzyła się wielu nieprawidłowości i postawiono pierwsze zarzuty. Trzech członków zarządu firmy, w tym dyr. Wojciechowski, jest podejrzanych o nieprawidłowe prowadzenie dokumentacji centrum oraz niepostawienie go w stan upadłości, chociaż istniały ku temu przesłanki. Dodatkowo szefowie firmy zapłacili 340 tys. zł za opracowanie programu szkoleń, które nigdy nie zostały zrealizowane. Przy wypełnianiu wniosków o unijne pieniądze mieli podawać nieprawdziwe informacje. Za tego typu „nieprawidłowości” grozi do dziesięciu lat więzienia.

Jak dowiedzieliśmy się w Prokuraturze Rejonowej w Bytomiu, zarzuty wobec Wojciechowskiego mogą być jeszcze „zmodyfikowane”, przy czym raczej mówi się o ich rozszerzeniu.

Obecnie obowiązki szefa katowickiego ośrodka pełni Krzysztof Tchórzewski, uważany za człowieka prezesa Dworaka. Wojciechowski wciąż przychodzi do pracy, jednak mówi się, że ma małą szansę na odzyskanie stanowiska. Natomiast próbuje popierać Macieja Muzyczuka, kolegę od wspólnych interesów, który cieszy się poparciem Piotra Gawła, członka Zarządu TVP ds. marketingu i reklamy, związanego z Opus Dei.

Całość: https://www.tygodnikprzeglad.pl/bitwa-o-slaska-telewizje-cd/

03-02-2005, 00:40

Miłość na całe życie  »

naszemiasto.pl
Piotr Sobierajski
03-02-2005

6 lutego 1945 roku Stefek Dąbrowiak miał 13 lat. Wybiegł z liceum po dwóch godzinach lekcji. W szkole nie było wtedy wiele zajęć. Szedł z kolegami na tramwaj w centrum Sosnowca, mijali kiosk.

6 lutego 1945 roku Stefek Dąbrowiak miał 13 lat. Wybiegł z liceum po dwóch godzinach lekcji. W szkole nie było wtedy wiele zajęć. Szedł z kolegami na tramwaj w centrum Sosnowca, mijali kiosk. Stał tam, gdzie dziś wznosi się pomnik Kiepury. Z budki wychylił się pan Boguś. ? Chłopaki, może rozdalibyście ludziom gazetę? Niech się cieszą!

Pewnie, że tak! Wzięli naręcza i ruszyli w miasto.

- Wykrzykiwaliśmy na całe gardło tytuły z pierwszej strony – wspomina emerytowany lekarz, Stefan Dąbrowiak. – Rozdawaliśmy Dziennik Zachodni, jedyną wtedy gazetę w naszym regionie. Szybko zabrakło egzemplarzy. Ludzie prosili o więcej. Stali w grupkach i czytali od razu, na ulicy.

Przygoda z gazetą

Był rok 1949, a on chodził do gimnazjum. Do sosnowieckiej redakcji DZ przy ul. Warszawskiej 22 przyszedł z interwencją i usłyszał, że może o niej po prostu sam napisać.

- Tak zaczęła się moja przygoda z gazetą. Tematy rodziły się w rozmowach z rówieśnikami i nauczycielami. Pisałem nie tylko drobne teksty, ale nawet dwu-, trzyszpaltowe. Czułem, że pisanie staje się z dnia na dzień moją pasją. Dzięki temu mogłem poznać Janka Ciszewskiego i Ryśka Dyję, którzy do redakcji na Warszawskiej przynosili pierwsze notatki sportowe – mówi sosnowiczanin. Wspólnie z redaktorem Ludwikiem Wieczorkiem współredagował mutację zagłębiowską DZ, podpisywał się “des”. – Podobała mi się szczególnie popołudniówka. Informacje były krótkie, teksty pisane lekkim piórem, a poza tym pełno było wiadomości sportowych – podkreśla pan Stefan.

Redakcyjne życie

W 1950 roku redaktor naczelny DZ Stanisław Mojkowski i jego zastępca Stanisław Sokołowski powołali Kolegium Młodzieżowe, które 17 stycznia wydało pierwszy numer Dziennika Młodych. Pan Stefan został członkiem Kolegium Młodzieżowego. W zespole redakcyjnym znaleźli się również: Henryk Stasikowski z Sosnowca, Ireneusz Martynowicz z Zabrza, Teresa Lubańska z Bytomia, Józef Janik z Chorzowa, Grzegorz Słobodnik z Katowic oraz plastyczka Borkowska. Przedstawicielem Śląskich Zakładów Naukowych był Eugeniusz Surowiec, a młodymi dziennikarzami opiekowali się Zenon Borkowski i Wiesław Książek.

- Tak poznaliśmy Wilhelma Szewczyka i Gwidona Miklaszewskiego. Uczyliśmy się od takich dziennikarzy jak Bolesław Surówka, Bogumił Miklica, Marian Sarama czy Stanisław Broszkiewicz. Pamiętam, że w budynku przy ul. Młyńskiej 9 w Katowicach, na parterze, mieściła się zecernia. Podglądałem ich pracę, a potem biegałem ze “szczotką” do cenzora z Komitetu Wojewódzkiego partii na plac Dzierżyńskiego. Jak się nie spodobał jakiś tekst, to wstawialiśmy w to miejsce zdjęcie. Cenzura jeszcze nie była wtedy specjalnie drapieżna. Atmosfera w redakcji była bardzo sympatyczna, dużo było korespondentów terenowych, a ludzie odnosili się do nas niezwykle życzliwie – wspomina były dziennikarz.

- Pisałem w sumie trzy lata. Trochę udało się nawet zarobić. Kupiłem sobie za te pieniądze spodnie i buty narciarskie. Po zdaniu matury byłem w kłopocie. Szefowie chcieli mnie posłać do Krakowa na studia dziennikarskie, ale zaproponowano mi też wyjazd do Czechosłowacji na studia medyczne. Nie wiedziałem, co wybrać.

W rozterce

Ostatecznie zdecydował się na medycynę. Zwłaszcza że studia rozpoczął w Czechosłowacji. Pisanie, oprócz medycyny, zawsze było jego pasją. U południowych sąsiadów redagował biuletyn Zrzeszenia Studentów Polskich. Po roku zmuszono polskich studentów do powrotu do kraju. Czeskie władze bały się, że będą jątrzyć, a sytuacja polityczna była nieciekawa. Pan Stefan studia skończył więc w Krakowie, a potem współpracował m.in. z pismem Medyk.

W 1956 roku powrócił do Sosnowca. Całe dziesięciolecia przepracował w sosnowieckich szpitalach (był też ordynatorem oddziału szpitala w Czeladzi). Nigdy nie żałował, że wybrał medycynę zamiast dziennikarstwa, ale DZ czyta do dziś. To pasja.

Inne czasy

Trudno mu porównywać tamte i obecne wydania. W kraju panowała inna atmosfera, różni byli też czytelnicy.

- Po połączeniu DZ i Trybuny Śląskiej przyzwyczajam się do nowej gazety. Jej układ bardzo mi odpowiada, zwłaszcza ze względu na propagowany regionalizm. Bardzo ciekawe są też magazynowe wydania piątkowe – ocenia lekarz.

A jak potoczyły się losy innych młodych dziennikarzy, tworzących historię DZ? Henryk Stasikowski ukończył filozofię na Uniwersytecie Warszawskim i pracował w Przeglądzie Technicznym. W marcu 1968 r. działał wspólnie z Jackiem Kuroniem i Adamem Michnikiem w opozycji, a potem z żoną lekarką wyjechał do Ugandy. Teresa Lubańska studiowała filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Józef Janik pracował w Sztandarze Młodych, później wrócił na Śląsk i został dziennikarzem Trybuny Robotniczej. Specjalizował się w tematyce górniczej. Ireneusz Martynowicz pracował w administracji w Warszawie, a Grzegorz Słobodnik pozostał w Katowicach. Obecnie jest szefem Klubu Literackiego przy śląskim oddziale Związku Nauczycielstwa Polskiego.

Całość: http://slaskie.naszemiasto.pl/artykul/milosc-na-cale-zycie,155243,art,t,id,tm.html

21-01-2005, 17:36

Bitwa o śląską telewizję  »

Przegląd
Mirosław Nowak
21-01-2005

Człowiek, który wygrał w konkursie, nie mógł zostać dyrektorem ośrodka, żeby nie upartyjnić telewizji. Nowy dyrektor jest… członkiem śląskich władz PiS.

Andrzej Janicki pełnił funkcję szefa ośrodka TVP w Katowicach-Bytkowie od 1998 r. Na początku 2003 r. wygrał konkurs na to stanowisko, ale dyrektorem nie został. Zaakceptowali go wprawdzie ówczesny prezes TVP, Robert Kwiatkowski, i wiceprezes Tadeusz Skoczek, lecz Rada Nadzorcza TVP postanowiła wstrzymać się z aprobującą decyzją do czasu powołania nowego zarządu TVP. Kwiatkowski i Skoczek przestali pełnić swoje funkcje, nowy zarząd zaś rozpisał nowy konkurs. Janicki wystartował ponownie. Jak twierdzili jego oponenci – sam regulamin konkursu promował właśnie jego: wyższe wykształcenie, co najmniej 10-letni staż pracy, w tym nie krótszy niż trzy lata na stanowisku kierowniczym w firmie zajmującej się produkcją programu radiowego lub telewizyjnego, zatrudniającej co najmniej 80 osób, znajomość ustawy o radiofonii i telewizji oraz zagadnień technik telewizyjnych. Janicki wygrał. Nie został jednak ponownie szefem ośrodka w Katowicach. Nie zgodziła się na to Rada Nadzorcza TVP. Na Śląsku przedstawiciele niemal wszystkich opcji politycznych poza lewicą zarzucali Janickiemu upartyjnienie lokalnej telewizji i ścisłe powiązania z byłym szefem SLD, Andrzejem Szarawarskim. A notowania SLD i osobiście Szarawarskiego spadały. Janicki postanowił sam zrezygnować z udziału w kolejnym konkursie, słysząc, że i tak nie ma szans, bo to zakonserwuje stary układ polityczny, a czasy lewicy i Szarawarskiego właśnie mijają.

Sami swoi, sami mocni

Zarząd TVP postanowił tymczasem, że nowego szefa ośrodka TVP w Katowicach wskaże firma specjalizująca się w doradztwie personalnym – Signum International z Wrocławia. Znów wymieniano różne kandydatury: Renaty Mikos, Piotra Karmańskiego, Marka Chylińskiego.

Renata Mikos, kiedyś dziennikarka TV Katowice, obecnie pracująca dla TV Wrocław, niedawno otrzymała pierwszą nagrodę ministra środowiska za swoje programy, ale w Katowicach, choć to ją wymieniano jako jednego z najpoważniejszych kandydatów do objęcia funkcji dyrektora ośrodka, pierwsza nie była.

- Sekundowało mi wiele osób, napisałam profesjonalnie pracę, choć potem docierały do mnie opinie, że była słaba od strony ekonomicznej, co było o tyle dziwne, że od dyrektora ekonomicznego telewizji usłyszałam dokładnie co innego – mówi Renata Mikos. – Rozmawiali ze mną przedstawiciele firmy personalnej, którzy twierdzili jednocześnie, iż to nie jest zobowiązujące, bo w ostateczności zarząd zrobi, co sam zechce, a nazwiska na liście są mocne. Nie komentuję decyzji, natomiast na pewno już więcej nie dam się namówić na coś takiego.

Z czasem jednak najgłośniej zaczęto mówić o Macieju Wojciechowskim.

Szybka kariera

W 1995 r. niemiecki koncern Neue Passauer Presse odkupił od francuskiego Hersanta większość udziałów w “Dzienniku Zachodnim”. Sprawujący od pięciu lat funkcję redaktora naczelnego gazety Włodzimierz Paźniewski został poinformowany, że przestaje być naczelnym. Jego miejsce zajął Maciej Wojciechowski, zapowiadając, że chce uzdrowić pismo. Wojciechowski mimo młodego wieku miał już spore doświadczenie. Zrobił błyskawiczną karierę w zawodzie. W 1991 r. był dziennikarzem tygodnika “Solidarność” i “Nowego Świata”, w następnym, przed ukończeniem trzydziestki, został redaktorem naczelnym “Dziennika Łódzkiego” (piastował te funkcję do 1995 r.), by następnie zostać szefem “DZ”.

Tak na marginesie to był w ogóle dość ciekawy okres w śląskich mediach, bo mniej więcej w tym samym czasie redaktor naczelny Radia Top dowiedział się, że jego dyrektorem zostanie Wojciech Szarama, były szef delegatury UOP w Katowicach. Tym redaktorem naczelnym był Kamil Durczok.

Wojciechowski był naczelnym “Dziennika Zachodniego” w Katowicach przez dwa lata. Mało komu udało się w mediach zrobić tak błyskawiczną karierę, ale mało kto mógł też wówczas przypuszczać, że Wojciechowski może za kilka lat zostać szefem lokalnej telewizji. Tym bardziej że nie krył swoich sympatii politycznych.

Bój się lewico?

Na początku grudnia Zarząd TVP powziął decyzję, że dyrektorem ośrodka zostanie Maciej Wojciechowski. Narada była ponoć burzliwa, a o wyniku przesądził prezes Jan Dworak osobiście.

Jak prawica zarzucała wcześniej Andrzejowi Janickiemu (choć w pewnym momencie jął go wychwalać pod niebiosa… Marek Kempski, były wojewoda śląski) upartyjnienie telewizji, tak teraz lewica zatrzęsła się z oburzenia. SLD zareagował pismem do przewodniczącej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Danuty Waniek. Śląski Sojusz zaprotestował przeciw powoływaniu na stanowisko dyrektora ośrodka regionalnego telewizji osoby, która – według działaczy SLD – nie zagwarantuje apolityczności telewizji, a nawet przeciwnie. Maciej Wojciechowski, zawodowo pełniący funkcję prezesa Fundacji “Edukacja bez granic”, figuruje w składzie Śląskiego Zarządu Prawa i Sprawiedliwości, z listy PiS kandydował również w ostatnich wyborach do Sejmu i niedawnych do Parlamentu Europejskiego. Śląska lewica boi się, że nie tylko jej rola, ale i obraz w TVP Katowice bardzo się zmienią.

- To może być początek polowania na śląskie czarownice z lewicy – mówi jeden z członków władz Sojuszu w Katowicach. To była decyzja polityczna, a nie merytoryczna. Niech nikt mi nie fanzoli, że teraz to będzie w lokalnej telewizji apolitycznie, bo wystarczy pooglądać sobie Program 1 czy 2 TVP.

Do osoby Wojciechowskiego również inni podchodzą z dystansem. Senator Kazimierz Kutz zdążył już napisać w swoim felietonie w “Gazecie Wyborczej”: “(…) Wszak wszystkie kluczowe stanowiska na Śląsku piastują ludzie spoza jego śląskiego rdzenia: i wojewoda, i marszałek lokalnego sejmu, dyrektorzy mediów publicznych i pism lokalnych są albo z Zagłębia, albo skąd Bóg da. (…) Teraz będziemy mieli nowego dyrektora regionalnego ośrodka TV, którego sygnuje PiS. A więc idzie prawica ze swoją wielokrotnie przeżuwaną kadrą polityczną. Nie wiem, skąd pan Wojciechowski, nowy dyrektor TVP w Katowicach, pochodzi, wiedzieć nie chcę (…). Ale jeśli los da nam w TVP kogoś z niezbyt odległej krainy zawierciańskiej, to naprawdę trzeba będzie pójść z pielgrzymką na Jasną Górę, by prosić Panieneczkę o przebłaganie nieszczęśliwego losu, litość u samego Pana Boga, ale i po to, aby zacząć mądrzeć”.

Maciej Wojciechowski skończył wprawdzie socjologię na Uniwersytecie Śląskim, ale mieszka po drugiej stronie Brynicy – w Sosnowcu, czyli w Zagłębiu.

Co to będzie

21 grudnia Rada Nadzorcza TVP zaaprobowała kandydaturę Wojciechowskiego na szefa ośrodka w Katowicach. – No to teraz sobie lewica zobaczy, co straciła przez własną głupotę – mówi jeden z pracowników telewizji w Katowicach.

W ośrodku czuje się zaniepokojenie i nastrój wyczekiwania. – Na razie tylko jeden drugiego straszy albo pociesza, a każdemu się wydaje, że normalnie jest wyłącznie tam, gdzie go nie ma – opowiadają dziennikarze TV w Katowicach. Telewizja to jedno z ostatnich miejsc, któremu grozi normalność. Niekoniecznie jest tak, że kto ma telewizję, ten ma władzę. Ale kto ma władzę, ten ma telewizję. A kto nie ma telewizji, tego nie ma. Może trzęsienia ziemi nie będzie, jednak tąpnie na pewno. A wielu od nas zastanawia się teraz, gdzie tu szukać roboty, zanim ekipa się zmieni.

Makłowicz zamiast Olejnik

Sam Maciej Wojciechowski kategorycznie zaprzecza, by zamierzał z TV Katowice uczynić telewizję polityczną.

- Od uprawiania polityki są politycy – przekonuje. – O tym też mówiłem podczas spotkania z rada nadzorczą. Czytałem badania oglądalności. Widzowie twierdzą zgodnie, że jest za dużo polityki i reklam. Trudno uciec od reklam, ale nie od polityki. Zdaję sobie sprawę, czego się podejmuję. Nie startowałem w konkursie i nie zostałem wybrany na dyrektora po to, żeby teraz do końca kontraktu świętować. Kiedyś, broniąc tego, co robię właśnie przed polityką, o mało co nie straciłem pracy. Byłem naczelnym “Dziennika Łódzkiego” i zostałem zaatakowany za to, że gazeta nie służy politykom. Przetrwałem wtedy dzięki głosom członków ówczesnej SdRP. Nie ma łatwych wyzwań. W “Dzienniku Zachodnim” od rana do nocy wszystkiego sam starałem się dopilnować i pewnie teraz też mnie to czeka. Słyszałem, że wchodzę do gniazda os. Już mi się przytrafiła taka historia – dowiedziałem się, że jeden z dziennikarzy postanowił zrobić na 3 stycznia dziesięciominutowy materiał z szefem PiS na Śląsku. Pięknie by to wyglądało w dniu rozpoczęcia przeze mnie pracy w TVP. Oczywiście, nikt nie miałby wątpliwości, że to ja od razu zaczynam uprawiać politykę, a nie że to głupota, złośliwość, nadgorliwość czy przypadek.

Wojciechowski dopiero rozpoczął urzędowanie. Nie ukrywa, że zmiany będą.

- Raczej jednak będę się starał sensownie zagospodarować pracowników – zapewnia. – Jeśli będą zmiany, to nie dlatego, żeby były. To powinna być normalna telewizja dla widzów, choć z drugiej strony, ile można zdziałać, mając do dyspozycji raptem trzy godziny na antenie. W wywiadzie z jednym z dyrektorów ośrodków regionalnych TVP przeczytałem, że on będzie teraz szukał drugiej Moniki Olejnik. Żeby było ostro i drapieżnie. A ja chętnie bym znalazł drugiego Roberta Makłowicza. Taka jest mniej więcej moja filozofia.

Całość: http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/bitwa-o-slaska-telewizje