Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

25-02-2010, 18:25

Polski Wallenberg  »

Polskie Radio
(PAP)
25-02-2010

Uratował około pięciu tysięcy Żydów. Za swoją działalność został przez Niemców zamordowany w Mathausen.

W Katowicach obchodzony jest Dzień Węgierski, poświęcony pamięci Henryka Sławika – bohaterskiego Ślązaka, który w czasie II wojny światowej na Węgrzech uratował życie około 5 tysięcy Żydów i pomógł dziesiątkom tysięcy polskich uchodźców.

Henryk Sławik - polski Wallenberg

W ramach Dnia Węgierskiego na Uniwersytecie Śląskim z udziałem polskich i węgierskich historyków odbędzie się seminarium dotyczące losów polskich uchodźcach na Węgrzech w czasie II wojny światowej oraz dokonań Henryka Sławika. Zwieńczeniem i najważniejszym wydarzeniem Dnia Węgierskiego w Katowicach będzie wieczorny koncert z udziałem prezydentów Polski i Węgier organizowany dla uczczenia 70. rocznicy wychodźstwa polskiego na Węgrzech. Podczas koncertu wręczone zostaną nadane pośmiertnie odznaczenia dla osób zaangażowanych w ratowanie polskich uchodźców na Węgrzech. Oprócz Orderu Orła Białego, nadanego Henrykowi Sławikowi, prezydent odznaczył pośmiertnie jego węgierskiego współpracownika, Józefa Antalla seniora Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

O nadanie Sławikowi Orderu Orła Białego wnioskowało powołane w ubiegłym roku stowarzyszenie “Henryk Sławik – Pamięć i Dzieło”. Wspólnie z Akademią Sztuk Pięknych w Katowicach stowarzyszenie ogłosiło też konkurs na projekt pomnika Sławika i Józsefa Antalla, który ma stanąć w Katowicach. Antall był delegatem węgierskiego rządu ds. uchodźców wojennych.

W tym roku mija 66 lat od śmierci Henryka Sławika, którego postać często jest porównywana ze szwedzkim bohaterem Raoulem Waldenbergiem. Sławik zginął z rąk hitlerowców 25 lub 26 sierpnia 1944 roku w obozie koncentracyjnym w Mauthausen.

Henryk Sławik (1894-1944) pochodził ze wsi Szeroka – obecnie dzielnicy Jastrzębia Zdroju. Wcielony do armii niemieckiej w czasie I wojny światowej, trafił na front wschodni, a potem do rosyjskiej niewoli. Po powrocie wziął udział w trzech powstaniach śląskich i akcji plebiscytowej. Ukończył tylko niemiecką szkołę ludową; nie stać go było na dalszą naukę, ale luki uzupełnił samokształceniem.

Po przyłączeniu części Górnego Śląska do Polski został dziennikarzem w Katowicach. Był m.in. redaktorem naczelnym katowickiej “Gazety Robotniczej”, pełnił też funkcję prezesa Syndykatu Dziennikarzy Polskich Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Był jednym z liderów antykomunistycznego skrzydła Polskiej Partii Socjalistycznej i radnym Katowic.

Po wybuchu II wojny światowej przedostał się przez Rumunię na Węgry. Wkrótce został prezesem Komitetu Obywatelskiego ds. Opieki nad Uchodźcami Polskimi na Węgrzech, był też jednym z reprezentantów polskiego rządu na emigracji. Przy cichym poparciu władz węgierskich – i w przeciwieństwie do Wallenberga niechroniony paszportem dyplomatycznym – organizował przerzuty Polaków do armii polskiej na Zachodzie. Uratował, wyrabiając fałszywe dokumenty – na podstawie wystawianych przez duchownych fałszywych metryk chrztu – ok. 5 tysięcy polskich Żydów, którzy trafili na Węgry. Zorganizował też, przy współpracy z duchowieństwem, sierociniec dla żydowskich dzieci, działający pod szyldem sierocińca dla dzieci oficerów polskich. Po wkroczeniu Niemców na Węgry przeszedł do pracy w konspiracji. Wydany przez Polaka, niemieckiego konfidenta, został aresztowany w lipcu 1944 roku i poddany gestapowskiemu śledztwu w więzieniu w Budapeszcie. Torturowany, nie wydał m.in. Antalla. Został zesłany do niemieckiego obozu w Mauthausen, gdzie zginął rozstrzelany 25 lub 26 sierpnia 1944 roku.

Po wojnie władze PRL skazały Sławika na niepamięć. W 1990 roku pośmiertnie nadano mu tytuł “Sprawiedliwego wśród Narodów Świata”. W 2001 r. bliski współpracownik Sławika w Komitecie Obywatelskim, Żyd Henryk Zvi Zimmermann, przypomniał o jego dokonaniach.

Pierwszą książką przywracającą Polakom pamięć o Henryku Sławiku był “Czerwony ołówek. O Polaku, który uratował tysiące Żydów” Elżbiety Isakiewicz, wydany w 2002 roku. Popularyzatorem postaci Henryka Sławika w Polsce i na Węgrzech jest historyk i były ambasador Polski na Węgrzech, Grzegorz Łubczyk, autor książek “Polski Wallenberg. Rzecz o Henryku Sławiku” (2003) oraz “Henryk Sławik. Wielki zapomniany bohater trzech narodów” (2008)

Honorowy patronat nad uroczystością objęli prezydenci: Polski Lech Kaczyński i Węgier Laszlo Solyom. Dzień Węgierski w Katowicach zorganizował miejscowy Urząd Miasta oraz stowarzyszenie “Henryk Sławik – Pamięć i Dzieło”, przy współpracy z trzema katowickimi uczelniami: Uniwersytetem Śląskim, Akademią Muzyczną i Akademią Sztuk Pięknych.

Całość: http://www.polskieradio.pl/39/245/Artykul/183851,Polski-Wallenberg

25-02-2010, 10:40

Zapomniany Sprawiedliwy  »

Polityka
Jan Dziadul
25-02-2010

Gdyby jego rola w ratowaniu Żydów nie była zamazywana, byłby tak sławny jak Raul Wallenberg czy Oskar Schindler. Wczoraj w Katowicach Henryka Sławika uhonorowano Orderem Orła Białego.

Henryk Sławik

Pod koniec 1988 r. w “Przekroju” ukazało się ogłoszenie: “Henryk Zimmermann z Izraela poszukuje pana Sławika, konsula polskiego w Budapeszcie w latach 1943–44, który dopomógł w ocaleniu wielu Polaków i Żydów”. Dając ten krótki anons Henryk Zvi Zimmermann nie wiedział, że Henryk Sławik, który decyzją polskiego rządu emigracyjnego został na początku 1940 r. przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego ds. Opieki nad Polskimi Uchodźcami na Węgrzech, zginął w ostatnich dniach sierpnia 1944 r. w Mauthausen.

Wcześniej Zimmermann – na przełomie 1943 i 1944 r. współpracownik Sławika – bezskutecznie poszukiwał go przez polskie placówki dyplomatyczne i urzędy kombatanckie. Nikt o nim nie słyszał. A może zwyczajnie zbywano upartego Żyda? Polska nie utrzymywała wtedy stosunków dyplomatycznych z Izraelem (zerwane w 1967 r., wznowione zostały dopiero w 1990 r.). Zimmermann, absolwent prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, emerytowany polityk i dyplomata, był m.in. świadkiem w procesie Adolfa Eichmanna, wiceprzewodniczącym Knesetu, ambasadorem Izraela w Nowej Zelandii i zasiadał we władzach Yad Vashem.

Na ogłoszenie Zimmermanna odpowiedziały mieszkające w Katowicach żona Jadwiga Sławik i córka Krystyna Sławik-Kutermak. Jesienią 1990 r. córka, w imieniu rodziny, odebrała w Instytucie Pamięci Narodowej Yad Vashem w Jerozolimie Medal Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata. Henryk Zimmermann powiedział wtedy, że on, nazistowski więzień nr 68220, daje świadectwo, iż Henryk Sławik przyczynił się do ocalenia od niechybnej śmierci tysięcy Żydów (w tym samego Zimmermanna) i za to został skazany przez Niemców na karę śmierci.

Według dokumentów zgromadzonych w izraelskich archiwach, kierowany przez Sławika Komitet Obywatelski przyczynił się do uratowania ok. 5 tys. polskich Żydów, którym udało się przedostać z okupowanej Polski na Węgry. Jozsef Antall, pełnomocnik rządu Królestwa Węgier ds. uchodźców z Polski i dyrektor departamentu w węgierskim MSW, z racji pełnionych funkcji zaprzyjaźnił się z Henrykiem Sławikiem i współpracował z nim (prezydent Lech Kaczyński przyznał za to Antallowi Krzyż Wielki Orderu Odrodzenia Polski). Wspominał po latach, że po 17 września 1939 r. przybyło na Węgry ok. 10 tys. polskich Żydów, w tym ok. 5 tys. w drugiej połowie 1943 r., kiedy na południu okupowanej Polski hitlerowcy likwidowali getta. W tej fali uciekinierów był właśnie Henryk Zimmermann.

Nieznana historia

Akcja pomocy Żydom polegała przede wszystkim na zaopatrywaniu ich w dokumenty potwierdzające narodowość polską i wyznanie rzymskokatolickie. Władze węgierskie je legalizowały. Ta olbrzymia akcja nie byłaby możliwa bez pomocy Jozsefa Antalla i węgierskich agend rządowych, które do 19 marca 1944 r. – wtedy rozpoczęła się hitlerowska okupacja Węgier – trzymały nad nią i Sławikiem parasol ochronny. Stąd z inicjatywy Zimmermanna Medal Sprawiedliwych otrzymał w 1990 r. również Antall (zmarł w 1974 r.) – odebrał go syn, Jozsef Antall junior, pierwszy premier demokratycznych Węgier.

Nadanie Henrykowi Sławikowi Medalu Sprawiedliwych przeszło w kraju bez echa. Tak samo nie została zauważona wydana w 1997 r. w Krakowie książka Zimmermanna “Przeżyłem, pamiętam, świadczę”, w której podkreśla wielką rolę Sławika i Antalla w ratowaniu Żydów. – Henryk Sławik to bez wątpienia jeden z największych Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata w ogóle, o którym świat wie wciąż tak mało lub nic – mówi Grzegorz Łubczyk, wieloletni korespondent na Węgrzech, w latach 1997–2001 ambasador RP w Budapeszcie.

Świat wie o roli ratującego Żydów na Węgrzech szwedzkiego dyplomaty Raula Wallenberga, Ireny Sendlerowej, Oskara Schindlera i, mniej lub więcej, o tysiącach innych Sprawiedliwych. Ale historia Sławika zaczęła przebijać się na światło dzienne tak naprawdę dopiero w 2001 r. W gorącym czasie sporów i dyskusji związanych z 60 rocznicą pogromu Żydów w Jedwabnem i roli Polaków w tej zbrodni.

Wtedy w Warszawie pojawił się Zimmermann. Były już ambasador Łubczyk został zaproszony na spotkanie z nim i prezesami Federacji Stowarzyszeń Polsko-Węgierskich RP: Janem Stolarskim i Bogumiłem Dąbrowskim. Zimmermann dziwił się, i miał też pretensję, że kiedy na świecie rozpowszechnia się opinie o naszym antysemityzmie, to nie wykorzystujemy Sławika do obrony dobrego imienia kraju.

Słyszeliśmy o Sławiku, przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego, świetnym organizatorze życia Polaków na wojennym uchodźstwie – mówi Łubczyk. Słyszeli o roli Komitetu w przerzuceniu 40–50 tys. żołnierzy polskich i cywilów (w tym również pochodzenia żydowskiego) z Węgier do Francji, gdzie gen. Władysław Sikorski tworzył polską armię, a po klęsce Francji na Bliski Wschód. Wiedzieli o kanałach, którymi Polacy i Żydzi przedostawali się do walczącej Jugosławii. – Ale nasza wiedza o roli Sławika, także Antalla, w ratowaniu Żydów była mizerna, prawie żadna – przyznaje Łubczyk.

Można to tłumaczyć względami konspiracyjnymi, bo przecież rzecz się działa na terytorium sprzymierzonego z III Rzeszą Królestwa Węgierskiego, w którym obowiązywały ustawy antyżydowskie. Istotniejsze było chyba jednak to, że po wojnie Sławik nie pasował na bohatera nowej polskiej rzeczywistości; podobnie było na Węgrzech z Antallem. W 2001 r. Zimmermann ożywił pamięć o Sławiku. – Uważam, że wtedy zaczęły się ponowne, symboliczne narodziny Henryka Sławika – mówi Łubczyk. Sam napisał dwie książki: “Polski Wallenberg – Rzecz o Henryku Sławiku” i “Henryk Sławik – Wielki zapomniany Bohater Trzech Narodów”. Pisała o nim też Elżbieta Isakiewicz “Czerwony Ołówek – O Polaku, który ocalił tysiące Żydów”. Ważny dla odkrywania prawdy o Sławiku okazał się telewizyjny film dokumentalny Marka Maldisa i Grzegorza Łubczyka “Henryk Sławik. Polski Wallenberg”. Pierwszy pokaz odbył się w Pałacu Prezydenckim w obecności Aleksandra Kwaśniewskiego.

Po II wojnie nic nie wskazywało na to, że związany ze Śląskiem i Katowicami Sławik na dziesięciolecia zostanie schowany za zasłoną milczenia. W 1946 r. władze Katowic nazwały jedną z ulic jego imieniem. Tabliczki wisiały trzy dni. Radni błyskawicznie anulowali swoją nierozważną decyzję. Dlaczego?

Samouk, działacz, socjalista

Henryk Sławik urodził się w 1894 r., był dziewiątym dzieckiem w niezamożnej chłopskiej rodzinie ze wsi Szeroka, dzisiaj dzielnicy Jastrzębia-Zdroju. W szkole ludowej zdobył podstawowe wykształcenie, jakie wówczas zapewniało państwo pruskie. Świetnie opanował język niemiecki. Nie zbadano jeszcze, co robił po ukończeniu Volksschule – wiadomo, że po wybuchu wojny wcielono go do wojska. Znalazł się w rosyjskiej niewoli. W rodzinne strony wrócił po podpisaniu między Niemcami i Austro-Węgrami a sowiecką Rosją traktatu brzeskiego w 1918 r. W niektórych popularnych publikacjach przypisuje się Sławikowi (trochę na wyrost) aktywny udział w trzech powstaniach śląskich i akcji plebiscytowej (na to są już dowody), czego efektem było przyłączenie części Górnego Śląska do Polski. W wyborach, których wówczas dokonywali Ślązacy – od wieków żyjący przecież w granicach Austrii i Prus – Sławik opowiedział się po polskiej stronie.

Sławik był samoukiem. Podobnie jak Stanisław Mikołajczyk i Wincenty Witos. Był pracowity i dociekliwy, miał świetny zmysł organizacyjny. Jego przedwojenna aktywność polityczna i zawodowa była imponująca. Działał w Polskiej Partii Socjalistycznej. Zakładał i kierował stowarzyszeniami i klubami sportowymi, organizował uniwersytety robotnicze. Był naczelnym redaktorem wpływowej na Śląsku “Gazety Robotniczej” i prezesem Syndykatu Dziennikarzy Polskich Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Był radnym Katowic i posłem do Sejmu Śląskiego. Bywał na posiedzeniach Ligi Narodów w sprawach autonomicznego województwa śląskiego.

Z takim życiorysem Sławik, jako socjalista nurtu niepodległościowego, nie mógł chyba liczyć w 1946 r. na uznanie ze strony nowych władz, choć wiedziano o jego śmierci w Mauthausen. Drugim powodem odebrania niewielkiej uliczce (dziś Zabrskiej) imienia Henryka Sławika była jego działalność na Węgrzech jako oficjalnego reprezentanta emigracyjnego rządu w Londynie.

Ścigany przez Gestapo

Sławik mógł się spodziewać, że za wybór polskości, za przedwojenną aktywność i za antyhitlerowskie publikacje w “Gazecie Robotniczej” Niemcy wezmą na nim i rodzinie srogi odwet. Przedostał się na Węgry, gdzie jego losy skrzyżowały się z drogami Jozsefa Antalla. W 1969 r. Antall opowiedział dziennikarzom polskim o ostatnich miesiącach życia przyjaciela i o tym, jak uratował mu życie.

Nazwisko Henryka Sławika, wykreślone przez komunistów z historii, niespodziewanie pojawiło się po marcu 1968 r., w samym środku antysemickiej nagonki – mówi Marek Maldis. Przystępując kilka lat temu do pracy nad filmem dokumentalnym o polskim Wallenbergu trafił na artykuł o Sławiku w związkowym “Głosie Pracy”, w którym opisano jego rolę przy stworzeniu sierocińca dla dzieci żydowskich w węgierskim miasteczku Vac. Śladem tego materiału wysłano ekipę telewizyjną. Film z tamtych czasów nosił tytuł „Droga przez Węgry”. – Przekaz publikacji był czytelny: w czasie wojny chroniliśmy Żydów, niektórzy Polacy płacili za to życiem, a tu proszę, jak dzisiaj syjoniści nam się odwdzięczają – ocenia Maldis. Chodziło o usprawiedliwienie antysemickiej polityki komunistycznych władz. Ale to wówczas zarejestrowano bezcenną dzisiaj rozmowę z Jozsefem Antallem. W archiwum zachowały się ścinki niewykorzystane wówczas w dokumencie.

Po zajęciu w marcu 1944 r. Budapesztu przez wojska hitlerowskie Henryka Sławika zaczęło ścigać gestapo. Ukrywał się prawie trzy miesiące. W czerwcu 1944 r. w Balatonboglar – gdzie mieściła się słynna polska szkoła, do której chodziła jego córka Krystyna – aresztowano żonę, Jadwigę Sławik. Trafiła do obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Krystynie udało się ukryć – najpierw przebywała w internacie pod opieką księdza Beli Vargi, a potem przechodziła z domu do domu w okolicach Balatonu. Krystyna Sławik-Kutermak (zm. w 2006 r.) opowiedziała Grzegorzowi Łubczykowi o ostatnim potajemnym spotkaniu z ukrywającym się ojcem. “Tatusiu, dlaczego nie wyjechaliśmy, choć nam obiecywałeś?” – pytała. Mieli trzy paszporty ze szwajcarskimi wizami. Henryk Sławik odpowiedział, że nie mógł tego zrobić, bo nie mógł zostawić ludzi powierzonych jego opiece.

Gestapo aresztowało Sławika 16 lipca 1944 r. – miał go zdradzić Stanisław Henrykowski (lub Hendrykowski), maturzysta z liceum w Balatonboglar, konfident policji. (Wręcz do symboliki urasta w tym momencie fakt, że tydzień wcześniej do Budapesztu przyjechał Raul Wallenberg z misją ratowania węgierskich Żydów). Aresztowano również Antalla. Sławik był maltretowany i torturowany. Doszło do konfrontacji. Chciano na nim wymusić obciążające Antalla zeznania, że on również pomagał w przerzucaniu żołnierzy polskich do Francji i na Bliski Wschód. Dla Węgra byłby to wyrok śmierci. W 1969 r. Antall wspominał: “Mnie wyprowadzono, Sławika dalej torturowano. Doszło do ponownej konfrontacji. Sławik nadal zaprzeczał, żebym miał coś z tym wspólnego, powiedział tak: pan Antall wyłącznie zajmował się opieką społeczną”.

Po raz ostatni widzieli się w więźniarce wywożącej ich z siedziby gestapo. “W ciemnościach odszukałem jego rękę, dotknąłem i powiedziałem: dziękuję” – wspominał Antall. Sławik odpowiedział: “Tak Polacy spłacają swoje długi”. Zdaniem Łubczyka ten fragment wspomnień Antalla został źle przetłumaczony. Powinno być: Tak płaci Polska…

Antalla wypuszczono, ale do końca wojny się ukrywał. Po jej zakończeniu odszukał i zaopiekował się Krystyną Sławik. Jadwiga Sławik wróciła do Katowic po wyzwoleniu Ravensbrück. Rodzina dowiedziała się o śmierci Sławika od Józefa Cyrankiewicza, który znał Sławika z przedwojennej działalności w PPS. Cyrankiewicz został w styczniu 1945 r. przetransportowany z Auschwitz do Mauthausen. Po wyzwoleniu obozu odszukał w Katowicach Jadwigę Sławik i opowiedział, co usłyszał od współwięźniów: Henryk Sławik został rozstrzelany 25 lub 26 sierpnia 1944 r.

Bohater wymazany z pamięci

W 1969 r. władze PRL na chwilę odsłoniły Polsce Sławika, żeby pokazać niewdzięczność Żydów i usprawiedliwić antysemicką politykę. Potem ponownie i na długie lata kurtyna została zaciągnięta. Ale pamięć o Sławiku żyła w Izraelu. Kiedy Henryk Zimmermann po odszukaniu jego rodziny składał w Yad Vashem wniosek o Medal Sprawiedliwego, to okazało się, że już jeden taki jest: w czerwcu 1969 r. złożył go Izaak Brettler – w sierocińcu żydowskim w Vac nazywał się Władysław Bratkowski. Był nauczycielem. Wniosek zawierał jednak błędy, których w tym czasie nie dało się usunąć.

Ale sierociniec w Vac był zupełnie wyjątkowym przedsięwzięciem Henryka Sławika i Jozsefa Antalla. Dla kamuflażu funkcjonował jako Dom Sierot Polskich Oficerów (wraz z polskimi i żydowskimi opiekunami przebywało w nim około stu osób). Wszystkie miały mocne aryjskie papiery potwierdzające ich rzymskokatolickie wyznanie. Przykładnie chodziły do kościoła. Kiedy wydawało się, że prawda może wyjść na wierzch, sierociniec odwiedził Angello Rotty, nuncjusz apostolski. I złe szepty ucichły. Na początku maja 1944 r. żydowskie dzieci przewieziono potajemnie do Budapesztu i ukryto w domach dziecka. Wszystkie przeżyły wojnę. I wszystkie upomniały się o upamiętnienie Henryka Sławika.

Henryka Sławika porównuje się do Raula Wallenberga. Czynili to samo dobro, choć działali w zupełnie innych warunkach. Ale inne miał możliwości przedstawiciel pokonanego państwa w stolicy sojusznika Niemiec, inne – u schyłku wojny – dyplomata neutralnej Szwecji. Raul Wallenberg zginął po wojnie w sowieckich kazamatach. Upominał się o niego cały demokratyczny świat. W tym czasie Sławika wymazywano ze świadomości nawet mieszkańców rodzinnego Śląska. Czas to naprawić.

Całość: http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1503157,1,zapomniany-sprawiedliwy.read

25-02-2010, 10:25

Jaworzniccy radni nagrodzeni  »

www.jaworzno.pl
25-02-2010

Ogłoszono wyniki konkursu na Najlepszego Samorządowca 2009 roku. W gronie najlepszych śląskich samorządowców znalazło się czworo jaworznickich radnych. Uroczyste wręczenie nagród – złotych, srebrnych i brązowych kluczy, odbędzie się w najbliższy piątek, 26 lutego w Dąbrowie Górniczej.

Celem konkursu było wyłonienie i uhonorowanie najlepszych samorządowców minionego roku. Spośród zgłoszonych kandydatów komisja nagrodziła 101 osób – 29 otrzymało złote klucze, 39 srebrne, a 33 brązowe. Przyznano także 135 wyróżnień.

- Uznanie Kapituły Konkursu zyskało czworo przedstawicieli Rady Miejskiej z naszego miasta – mówił podczas dzisiejszej sesji Tadeusz Kaczmarek, przewodniczący Rady Miejskiej. – Srebrny klucz otrzymał Andrzej Węglarz, brązowy trafił do Danuty Milner, a wyróżnienia otrzymały Teresa Smolarczyk oraz Maria Pieczara.

Konkurs trwał od września 2009 r. do 18 stycznia 2010 br. W tym czasie prowadzone były badania marketingowe mające na celu wyłonienie najlepszych działaczy samorządowych w poszczególnych miastach i powiatach woj. śląskiego. W skład Kapituły weszli: poseł czwartej kadencji Sejmu Kazimierz Zarzycki, prof. Marek Barański, dr inż. Artur Mazurkiewicz oraz redaktorzy Marcin Twaróg i Henryk Kocot.

Kandydatów do odznaczeń mogli zgłaszać mieszkańcy. Pod uwagę brano również opinie organizacji oraz stowarzyszeń. Komisja oceniała m.in. wkład oraz zaangażowanie w rozwój swojej gminy, miasta lub powiatu oraz zaangażowanie w pracę samorządu. Istotnym kryterium była również otwartość na problemy mieszkańców oraz kreatywność w prowadzeniu polityki lokalnej. Szczególnie ważna dla oceniających była przejawiana inicjatywa oraz dokonania w zakresie tworzenia społeczeństwa obywatelskiego.

Organizatorami konkursu są Wydawnictwo Regiony oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy RP.

Całość: http://www.jaworzno.pl/Plone/aktualnosci/jaworzniccy-radni-nagrodzeni/?searchterm=None

24-02-2010, 18:27

TVP Katowice przestanie działać? To możliwe  »

MMSilesia.pl
Marcin Nowak
24-02-2010

Katowicki oddział TVP ma od niedawno nowego dyrektora, pracującego tu od wielu lat Jerzego Nachela. Możliwe jednak, że nie porządzi za długo. Bytków ma stać się ośrodkiem drugiej jakości. Czy na antenie zostaną tylko programy informacyjne?

Ciężkie miesiące nadchodzą do katowickiego oddziału TVP przy ul. Bytkowskiej. Lata tłuste, gdy program lokalny można było oglądać o różnych porach dnia a setki tysięcy rodzin oglądało “Telefoniadę” dziś zaczynają wyglądać jak utopia i marzenie.

Niebawem ramówka śląskiej telewizji ma być wypełniona jedynie serwisami informacyjnymi – czyli “Aktualnościami” oraz lokalnym sportem, być może publicystyką. Szanse na to, aby programy tematyczne, produkowane w nowych studiach na Bytkowskiej zostały, wydają się minimalne. TVP Katowice produkowała przynajmniej kilkanaście programów do ramówki porannej i popołudniowej o tematyce historycznej, przyrodniczej, muzycznej czy medycznej. Teraz tego nie będzie. Wszystko przez oszczędności i nowe pomysły centrali z Woronicza.

Co ciekawe obecna sytuacja przypomina dokładnie tą sprzed 5 lat, gdy zarząd TVP był o krok reformy finansów telewizji. Wtedy również Bytków miał być przeniesiony do “drugiej ligi” telewizyjnej, jednak tamte pomysły odłożyło w czasie powstanie i sukces nowego kanału – TVP Info. Teraz konkurent TVN24 organizacyjnie i finansowo stoi na twardych nogach, więc wróciła sprawa zaciskania pasa w ośrodkach. Wtedy przeciw temu była również Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji.

Część osób twierdzi, że pat w TVP powstał również za sprawą medialnej koalicji PiS i Lewicy. – Boję się, że przed wyborami lokalne ośrodki jeszcze będą wyciskane, a potem nikt się już za nami nie wstawi – mówi nam pracownik TVP.

Kłopoty telewizji, stacji radiowych i gazet lokalnych wzmaga dodatkowo mały zastój w branży reklamowej, spowodowany kryzysem. Firmy obcinają budżety promocyjne i zmuszają do pomniejszania zysków mediów. Podobny problem dotknął również konkurencję TVP Katowice, telewizję TVS, gdzie z powodów oszczędności powstanie programu zależeć będzie tylko od pozyskania jego sponsora. Dochodzi do redukcji zespołu redakcyjnego i publicystycznego.

O przyszłości telewizji na Bytkowie zadecydują najprawdopodobniej najbliższe tygodnie i niestety polityka. Orientalna koalicja PiS i lewicy przy sterach mediów publicznych, po niedawnych przepychankach w sprawie filmu o generale Jaruzelskim, wcale nie jest taka pewna.

O pomysłach na uzdrowienie TVP regionalnej mówi nam Adam Warzecha z katowickiej PO, członek Rady Miasta Katowice i Rady Programowej TVP Katowice:

Jako rada niestety nie mamy żadnych mocy decyzyjnych w sprawie TVP, jednak możemy naciskać tych, którzy piszą ustawę – kolegów posłów i senatorów. Moim jednak zdaniem powinniśmy doprowadzić do samodzielności ośrodków regionalnych TVP. I nie mówię tu o przejściu pod skrzydła szamorządów, lecz o bardziej efektywnym rozporządzaniem pieniędzmi z abonamentu. Teraz niestety większość z nich przechwytuje Warszawa, a mi marzy się zewnętrzny fundusz mediów publicznych, działający trochę jak NFZ, rozdzielający sprawiedliwiej pieniądze. Druga sprawa to lepiej ściągać abonament – może przy rozliczeniu PIT, może wraz z opłatami za prąd. Im więcej osób będzie go opłacać, tym mniejsze stawki abonament może wynosić.

Całość: http://www.mmsilesia.pl/248191/2010/2/24/tvp-katowice-przestanie-dzialac-to-mozliwe?category=news

24-02-2010, 07:52

Siedem grzechów głównych polskiej publicystyki  »

wp.pl
24-02-2010

- Jaka jest główna słabość polskiej publicystyki? Zmarginalizowały się programy typu debata.

W krajach zachodnich to podstawowa forma przedstawiania spraw publicznych. W porze wieczornej pewna część obywateli, klasa średnia i wyższa, ma okazję poznać w swobodnej dyskusji poglądy polityków, ekspertów, intelektualistów. Wszystko odbywa się w kulturalnej atmosferze, goście się nie kłócą, nie wpadają sobie w słowo, nie przekrzykują się. Po 1989 r. wydawało mi się, że ten gatunek się rozwinie. Ale nastąpiła jego eliminacja. I dziś – nie ma. Bo nawet “Lis na żywo” to nie jest żadna debata. Debata polega na tym, że świat polityki rozmawia z ekspertami, ze społeczeństwem obywatelskim. Tymczasem w naszych telewizjach politycy rozmawiają między sobą. A przecież do rozmawiania między sobą mają parlament! Tam niech gadają!

Prof. Maciej Mrozowski

Drugą słabością programów publicystycznych – niezależnie od tego, czy ewoluują one w stronę partyjnej propagandy, czy show – jest obniżający się standard kultury rozmowy. A to wyklucza poznanie argumentów którejkolwiek ze stron. Bo zamiast wymiany argumentów mamy wojnę. Rozmówcy preferują twardość, atak, ripostę… I to staje się dla widza bezwartościowe, tworzy się “rytualny chaos”. Każdy chwali siebie, gani przeciwnika – jakąż wartość poznawczą ma taka audycja?

Trzecia słabość polskiej publicystyki – pewnych kwestii się nie podejmuje. Dziennikarzy interesują głównie afery, skandale. Taki obraz kraju pokazują.

Czwarta słabość to uleganie nachalnej propagandzie. Wiem o tym – na całym świecie programy publicystyczne są dla polityków i w pewnej mierze dla publicystów okazją do prezentowania swoich poglądów, do polemizowania z poglądami innych. Ale robione jest to elegancko, bez zatrzaskiwania drzwi. U nas natomiast w sposób nachalny, wręcz obraźliwy. A przecież życie publiczne polega na mobilizowaniu ludzi do współpracy. Na wciąganiu innych do działania. A u nas jest odwrotnie. U nas partie wołają: dajcie nam władzę, a my was urządzimy!

Kolejną słabością publicystyki jest uleganie fetyszowi oglądalności. W Polsce nie ma też programu, który pokazywałby rzeczywiste mechanizmy władzy. Docieranie różnych środowisk. Za to jest boks. Polityczny boks. W konsekwencji mamy w mediach przesycenie tematyką polityczną, a jednocześnie im więcej się o polityce mówi, tym mniej ludzie rozumieją, jak ta polityka działa. Więc pojmują to tak, że działają układy, korupcja etc.

Kształtuje się nam tendencja, wynikająca z komercjalizacji, że polityka przekształcana jest w spektakl i konflikt. Opowieść o polityce polega na wyizolowaniu ringu. To jest to miejsce, oświetlone reflektorami, a jednocześnie oddalone, nieprzekraczalne, w którym politycy wzajemnie się naparzają. Dalecy od społeczeństwa. A społeczeństwo to ogląda z oddali, emocjonując się walką… Te emocje w tym przypadku nie są dobrymi emocjami. Jest zresztą teoria mówiąca, że rozwój mediów elektronicznych prowadzi do degeneracji gatunku ludzkiego. Gdyż umiejętność racjonalnego myślenia, którą rozwija druk, została zabita przez emocje, które generują media elektroniczne.

I jeszcze jedno zdanie: 35 lat uczę dziennikarzy. I obserwuję, jak z roku na rok spada wśród nich zainteresowanie polityką. Coraz ich więcej programowo od polityki się dystansuje. Że to jest coś brudnego, gorszego. Coraz mniej też wiedzą o polityce. Czy będą więc potrafili przekazać odbiorcom to, co najważniejsze?

Prof. Maciej Mrozowski

Jaka jest dziś telewizyjna publicystyka?

Prof. Wiesław Godzic, medioznawca

Przede wszystkim jest ona polityczna. Jej główną cechą jest polityka, nie grają już roli takie pojęcia jak przyzwoitość, smak, gust. Nikogo nie interesuje, czy dane zjawisko jest korzystne dla społeczeństwa. Ważne, czy jest korzystne dla partii, której dany program sprzyja. To smutne, bo gdy rozum śpi, odzywają się demony, rozmaite przekonania i frustracje, pretensje, co kto komu wyrządził z danej partii np. pięć lat temu. Myślę jednak, że po roku wyborczym wszystko wróci do normy, ale na razie oceniam publicystykę bardzo źle, przede wszystkim publicystykę partyjną.

Kazimierz Zarzycki, poseł IV kadencji, członek prezydium ZG Stowarzyszenia Dziennikarzy RP

Prawdę mówiąc, w telewizji publicznej nie widzę w ogóle publicystyki na dobrym poziomie. To, co się tam odbywa, jest tylko targowiskiem próżności i wydawaniem krańcowych opinii niepopartych argumentami ani gruntowną wiedzą, nieuwzględniających potrzeb telewidzów. To programy nie do oglądania. W porównaniu z Programem 1 TVP nieźle oceniam TVN. TVN 24 jest stałym gościem w moim domu i chodzi tu nie tylko o poziom poszczególnych pozycji, ale wpływ, a właściwie brak wpływu, sytuacji politycznej. W publicystyce TVP wszystko jest poskładane chaotycznie, bo odbywa się to pod wpływem bardzo zmiennych decyzji politycznych, bez uwzględniania zapotrzebowania społecznego.

Prof. Tomasz Goban-Klas, medioznawca

Publicystyki w klasycznym jej sensie w telewizji w ogóle nie dostrzegam. Mamy ringi, na których naparzają się wszyscy – jak w amerykańskim wrestlingu do walk włącza się arbiter. W tym przypadku tzw. moderator, a w istocie podpuszczacz. Nikt chyba nie powie, że po obejrzeniu jakiegokolwiek programu publicystycznego jest lepiej poinformowany, a na pewno nie jest mądrzejszy w zakresie spraw publicznych. Działa bowiem zasada większego młotka – kto głośniej huknie, jawi się jako zwycięzca.

Andrzej Skworz, redaktor naczelny miesięcznika “Press”

Zawsze mnie zadziwia, że w polskiej publicystyce telewizyjnej i radiowej dziennikarze zastąpili specjalistów. Naukowcy, fachowcy, analitycy – znawcy po prostu – tu nie są potrzebni. Trzy czwarte publicystyki robią sami dziennikarze. Koledzy zapraszają kolegów, a ci mówią na każdy temat – budżet, polityka zagraniczna, sprawy społeczne, sport i obyczaje. To jakaś światowa aberracja. Gdy odmawiam przyjścia do jakiegoś programu, mówiąc, że się na tym temacie nie znam, zawsze słyszę zdziwione: “Ale my będziemy tylko komentować!”. Kolega z redakcji, który zna Wschód, powiedział mi o tych występach mądrujących się dziennikarzy: “Tego nie ma nawet w ruskiej telewizji”.

Całość: http://wiadomosci.wp.pl/kat,38214,title,Siedem-grzechow-glownych-polskiej-publicystyki,wid,12014941,wiadomosc.html

23-02-2010, 19:10

DLACZEGO JESTEM ZEW?  »

Newsweek.pl
Zbigniew Aleksander Wieczorek
23-02-2010

Cd. rozważań żurnalisty – recydywisty.

Połowa blogerów kryje twarz w maskach nicków, albo jak kto woli ksyw. Ja niby też jestem ZEW. Jednak ten skrót wywodzący się od pierwszej litery mego imienia i nazwiska ma swe głębokie korzenie w prasie drukowanej. Sięgają one roku 1977.

Wtedy miałem 22 lata, ukończyłem drugi rok studiów dziennikarskich w Katowicach i zgłosiłem się na miesięczną praktykę do redakcji “Wieczoru”. Gazeta ta była popołudniówką – to znaczy do godziny 10-tej rano zamykano strony depeszowe i można było coś nieco wrzucić bieżącego nawet z dnia wydania!

W czasach netu żadne aj waj, ale wtedy… “Wieczór” oddzielił się jako mutacja od „Dziennika Zachodniego” w latach 50-tych i dotrwał do lat 90-tych. Wykończył go m.in. mój kolo ze studiów, działacz lewicowy Jan W., który ma taki zawód, że wszystko likwiduje. Inna sprawa, że medialna gospodarka rynkowa nie przewidywała kolportażu po południu, co tytuł ten do reszty załatwiło…

Redakcja “Wieczoru” mieściła się w kamienicy Rynek 13. Przychodziłem na godzinę 7.00 rano i redagowałem rubrykę “Dziś w GOP-ie”. Obdzwaniałem różne pogotowia i milicję modląc się, aby była krew na 1 stronie… A jak już nic się nie działo pisałem, że zegar na budynku banku naprzeciw redakcji się spóźnia. Bo zawsze się spóźniał. …

Nie ma już ani jednej tradycyjnej redakcji w centrum Katowic – wtedy był “Wieczór”, “Poglądy” “Panorama”, “Trybuna Robotnicza”, “Dziennik Zachodni”…. Jako ostatni wyniósł się do drukarni (pod wodzą mojej uczennicy niegdyś Eli Kazibut) właśnie “Dziennik”. Było to jesienią roku ubiegłego. Wszystkie budynki przejęli urzędnicy z katowickiego magistratu…

Zbigniew A. Wieczorek

Praktykę odbębniłem a któryś ze starszych redaktorów poradził mi, aby wymyślił sobie taki skrót pod „szpuntami” (krótkimi informacjami), który wyraża personalia autora i jednocześnie coś znaczy. Tak powstał ZEW (zew krwi, zew płci)… Chichotem dziejów jest to, że już w Nowej Demokracji pisałem monografię ZEW-u (Zakładu Elektrod Węglowych w Raciborzu)….

A co z moją karierą w “Wieczorze”? Kolejnego lata, czyli w roku 1978 znowu byłem na miesięcznej praktyce – zamiast jednak dopilnować przepisania przez maszynistkę tekstu reportażu z mojej wyprawy Pogotowiem Lotniczym pojechałem w podróż poślubną do Świnoujścia. Tekst dorwał zastępca redaktora naczelnego Janusz Durmała (później w porywach nawet rzecznik rządu) i nie dał mi szans.

•Jak można w tym stanie oddawać teksty? – latał po całej redakcji i się wściekał. A ja biegałem po plaży nadmorskiej próbując zrobić reportaż o latarni morskiej. Tylko, że nie miałem już gdzie go publikować. Moja droga do „Wieczoru” była zamknięta.

Zresztą jakby to brzmiało przez telefon – Tu mówi Zbigniew WIECZOREK z Redakcji WIECZORU….

Jak odgrzewany dowcip…

Zbigniew Aleksander Wieczorek

Całość: http://blogi.newsweek.pl/Tekst/spoleczenstwo/535175,Dlaczego-jestem-zew.html