25-06-2010, 18:19
Historia taśmą pisana »
Marek Ciszak
25-06-2010
Z ZYGMUNTEM DUSIEM, montażystą filmowym, rozmawia MAREK CISZAK
- Jest pan jednym z najstarszych, nie tylko wiekiem ale też stażem, pracowników TV Katowice; można by rzec jednym z jej “ojców założycieli”…
- Kiedy TV Katowice zaczęła działać, nie miała kamer, więc ogłosiła apel i konkurs dla kandydatów do pracy, którzy mają własne kamery szesnastki. Ja taką miałem, zdobyczną po Niemcach, służyła na myśliwcach do rejestrowania strąceń przeciwnika. Trzeba ją było nakręcać, na sprężynę, co 6 metrów czyli robiła półminutowe ujęcia. Zgłosiłem się, podobnie jak 40. innych. Nawet mnie zdziwiło, że aż tylu ludzi miało kamery, to był rok 1957. Przyjęto nas trzech do pracy i zostałem reporterem filmowym. W tamtym czasie reporterzy sami montowali swoje materiały a ponieważ mnie to szło lepiej niż innym, po trzech latach dali mi etat montażysty. Zdarzało mi się jeszcze później filmować; zrobiłem m.in. pierwszy mecz lekkoatletyczny ZSRR – USA na stadionie w Łużnikach, skąd przywiozłem półgodzinny reportaż. Rosjanie nie chcieli mnie wpuścić na płytę stadionu, chociaż miałem stosowne zezwolenia. Cały film nakręciłem z loży prasowej i mimo to był na tyle dobry, że dostałem nagrodę od TV Warszawa. Niestety na początku latach 80., oczywiście jeszcze za komuny, szanowna komisja w naszym ośrodku zdecydowała, że z powodu braku miejsca w archiwum. 6 tysięcy pierwszych tematów zostało zniszczonych. Może pan to sobie wyobrazić? Zniszczyć takie historyczne materiały? Za to powinien ktoś posiedzieć.
- Pamięta pan swój pierwszy samodzielny materiał filmowy?
- Doskonale pamiętam. Redaktor spojrzał w okno, padał śnieg i powiedział – zrób temat “Pierwszy śnieg w Katowicach”, ale pamiętaj, że każdy temat do Kroniki musi mieć pointę i to dowcipną. Dostałem rolkę taśmy, 30 metrów, czyli 2,5 minuty materiału roboczego i z tego trzeba było zrobić temat filmowy. Jak się to teraz mówi operatorom, to nie chcą wierzyć, ale wtedy taśma była droga i było jej bardzo mało. Wyszedłem z kamerą pod kurtką, bo ona na mrozie wysiadała. Nakręciłem ludzi, wróble kąpiące się w śniegu, siostry zakonne na sankach, czyli dobre materiały, ale ciągle nie było pointy. Wreszcie na ławce wyskrobałem odcisk na śniegu, mniejszy i większy, jakby na nim siedziała para – mężczyzna i kobieta, w domyśle “zakochani podczas pierwszego śniegu”. Pochwalili mnie. Najwięcej robiłem materiałów sportowych, byłem przecież trenerem po AWF, nauczycielem. Pracowałem w soboty i niedziele, kiedy odbywa się najwięcej imprez, więc jako operator zarabiałem trzy razy więcej niż w szkole. Tak porzuciłem sport i zostałem montażystą.
- Pomysł na pana legendarny film dokumentalny “Ścinki”, nagrodzony w 1981 roku Srebrnym Lajkonikiem na Festiwalu Filmów Krótkometrażowych, zrodził się w latach 70? Sam widziałem w tamtych czasach, jak na pana polecenie asystentki odkładały do specjalnego pudła niektóre ścinki, choć nikt nie wiedział po co.
- Ja już to wcześniej zbierałem, miałem różne rzeczy. Np. kazano robić na dwie kamery przemówienie prezesa Radiokomitetu, Macieja Szczepańskiego. Nakręcono je całe, ja miałem to wyczyścić, bo prezes niestety trzeźwy nie był, a przemawiał godzinę. Zrobiłem kawał redaktorowi i puściłem mu do zatwierdzenia wszystkie razem zmontowane zająknięcia, powtórzenia; łącznie ponad 3 minuty. Nie będę opisywał reakcji… “Ścinki” powstawały latami. Zbierałem wszystkie śmieszne potknięcia, przejęzyczenia, powtórki na planie; wszystko, co nie weszło do filmu emitowanego. Były fragmenty, w których dziennikarze dyktują swym rozmówcom co mają powiedzieć przed kamerą, jak wszyscy się męczą, jak bełkoczą, mylą, powtarzają ujęcia po kilka razy. To był obraz na temat — jak powstaje propaganda. Z kosza
zrobiłem film, pod pieśń Gałczyńskiego “Ukochany kraj, umiłowany kraj”. Niektórzy dziennikarze się w nim wyraźnie kompromitują, ale koniec końców wszyscy wyrazili zgodę na jego emisję. Trzeba pamiętać, że to był rok 1981, połowa dziennikarzy u nas nadal była mocno partyjna, połowa po stronie “Solidarności”. Film do dziś bardzo wszystkich śmieszy, nadal ma pokazy przy różnych okazjach.
- Napisał pan podręcznik “Podstawy montażu filmowego”, obecnie nie do kupienia.
- Od samego początku, jak tylko powstał Wydział Radia i TV, byłem wykładowcą. Potem, wskutek konfliktu z pewną panią z tego wydziału, musiałem odejść, podobnie jak Szczechura, Królikiewicz, Marczewski, Kutz. Uczyłem później także w Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie. Nie było wtedy żadnej książki 0 montażu poza tą z 1956 roku, Karla Reisza, przetłumaczoną z angielskiego. W swoich studentach chciałem wykształcić myślenie montażowe. Napisałem tam też, że dla początkującego reżysera najważniejsze są: trafny wybór aktorów oraz zatrudnienie profesjonalnego operatora i montażysty, nie debiutantów. Niedobrze jest kiedy reżyser na planie mówi – koniec ujęcia. To się nigdy nie zgadza, na planie nie można decydować o tym, gdzie ma być cięcie, to wychodzi dopiero na stole montażowym. Po to jest ten zawód, montażysta musi złapać odpowiedni rytm sceny. Reżyser nie ma na to cierpliwości, on ma dostać gotowy, podmontowany materiał. Żeby nie teoretyzować, nie tracić czasu na pogadanki, zacząłem pisać skrypt i zleciłem studentom zrobienie czegoś w rodzaju komiksu – narysowanie ujęcia po ujęciu, kadru po kadrze, całego scenopisu. Z początku nikt nie chciał tego wydać, pani dziekan kazała mi zbierać opinie specjalnych komisji i temu podobne. Zdecydowałem zrobić ze studentami skrypt za darmo, a potem go powielać. Wreszcie profesor Jurga załatwił, że wydrukowano to w tysiącu egzemplarzy w Fundacji Sztuki Filmowej, po wydaniu opinii przez Janickiego i Królikiewicza. W księgarniach nie można było podręcznika kupić.
- Pracował pan z różnymi reżyserami, nie tylko w telewizji, także przy filmach fabularnych. Doświadczenia ogromne...
- Według mnie, montażysty, reżyserzy dzielą się na dwie kategorie. Są tacy, którzy siedzą przy stole montażowym, oglądają materiał, mają w ręku ołówek i stukają nim w stół, gdzie ma być cięcie. Mnie w tym momencie szlag trafia. Kilka razy zdarzyło mi się rzucić sklejarką i wyjść… Są też reżyserzy współpracujący z montażystą. To drugi typ, do nich należy Kutz. Kiedy robiliśmy „Śmierć jak kromkę chleba”, to ja mu przedstawiałem w zasadzie już gotowy, według jego sugestii podmontowany materiał, on to oglądał i decydował. Jak miałem czas, to robiłem inną, swoją wersję. I czasami moje niektóre pomysły też były kupowane. W każdym razie jest to reżyser, który nie stuka ołówkiem. Film „Śmierć jak kromka chleba” to było kilka tysięcy metrów materiału, który trzeba opanować. Pochować w pudełkach,
ponumerować. To wszystko zajmowało całą ścianę półek i asystent musiał wiedzieć, gdzie co jest, błyskawicznie umieć to znaleźć. Obowiązywała wtedy cała gradacja zawodowa wśród montażystów, trzy kategorie asystentów, dopiero pierwsza uprawniała do samodzielnej pracy ale pod okiem montażysty. Oni też mieli trzy stopnie zawodowe. Ja jestem samoukiem; muszę przyznać, że wiele się nauczyłem właśnie od reżyserów. Sam zanim zacznę montować, wielokrotnie
oglądam cały materiał, ale jak mam wątpliwości – idę do reżysera. U każdego z nich – jeśli coś mi się podobało – przyjmowałem, lub jeśli nie – odrzucałem; uczyłem się. Dzięki temu doszedłem do najwyższych kategorii zawodowych w montażu. W montażu elektronicznym nie ma tego wszystkiego, to zupełnie inny rodzaj pracy, nie masz przecież w ręce filmu. Dlatego długo miałem duże opory, żeby wchodzić na elektronikę. W moim klasycznym aparacie fotograficznym mam jeszcze jeden film, który teraz skończę, bo z wnuczką jadę w grudniu do Egiptu. Jednak kupiłem już sobie dość drogi aparat cyfrowy, ale ten ma tyle bajerów, że muszę się go dopiero nauczyć.
- Urodzony w sosnowieckiej Niwce, szkoła średnia w Mysłowicach, studia w Warszawie, praca w Katowicach. Od kilku lat mieszkanie w Tychach. Czuje się pan tyszaninem?
- Jak mnie ktoś pyta, to odpowiadam – tak. Córka mieszka w Tychach, moja wnuczka Karolina, urodziła się w Tychach, mam już prawnuki. Od ukończenia studiów, mało przebywałem w domu, więc moje miejsce urodzenia, Sosnowiec, został mi tylko we wspomnieniach z dzieciństwa. Pamiętam kryzys w latach 30. Mojego ojca, co prawda, nie zwolniono z roboty ale pracował tylko trzy dni w tygodniu, pieniędzy było mało. Pamiętam strajki, rozganianie demonstracji przez policję. Pamiętam bieda-szyby między Dańdówką a Niwką, chodziliśmy tam podglądać. Często policja kazała tym kopiącym wychodzić, a potem do szybu wrzucali granaty. Jak nie chcieli wyjść, zalewali ich gnojówką. Kiedyś starsza pani poprosiła nas tam o pomoc. Oni wykopany węgiel wozili do Mysłowic, ale po drodze był posterunek policji. My mieliśmy tej pani dać sygnał, kiedy policjant opuści posterunek; wtedy można będzie przejechać. Rzeczywiście daliśmy znak chusteczką, ale na nieszczęście wyszedł drugi policjant. Zatrzymał furę i kazał zrzucić węgiel. Ta stara kobieta zeszła z wozu, klęknęła przed policjantem i całowała go po butach. Nic nie pomogło. Bardzo mi ten obrazek utkwił w pamięci… Byłem w harcerstwie, jeździłem na obozy, gdzie zabierali mnie jako maskotkę, bo byłem najmłodszy. Chodziłem na mecze i treningi piłkarzy AKS Niwka. Z chuligaństwem się nie spotkałem ani razu, ale jak sędzia się nie spisał, to wrzucano go do Białej Przemszy, płynącej obok a potem stadion zamykano na kilka miesięcy.
- Jest pan już na emeryturze ale nadal można pana spotkać w katowickim ośrodku TV…
- Poproszono mnie o przejrzenie zasobów archiwum. TV Katowice ma około 40 tysięcy tematów na taśmie 16 mm, to największy zbiór archiwalny w Polsce, który współtworzył Krzysztof Toboła. Archiwum jest porządnie prowadzone i rzecz w tym, aby całą jego zawartość przenieść na zapis cyfrowy. To pomoże nie tylko ocalić te filmy, ale też podniesie ich jakość techniczną. Poproszono mnie o przejrzenie zasobów i dokładne ich opisanie – kto robił zdjęcia, kto był redaktorem, datę wydarzenia, co jest na zdjęciach. Wszystko jest wpisywane w komputer, więc bardzo łatwo można będzie taki film znaleźć. Archiwalne materiały mają ogólny opis typu “Gomułka w Katowicach”, albo “Wizyta Breżniewa” ale nie wiadomo, co dokładnie mamy na zdjęciach. To jest ogrom pracy. Ja mogę opisać 15-20 krótkich tematów dziennie, czyli łatwo policzyć ile mogę zrobić w miesiąc, czy rok. Na razie jest opracowane jakieś 12 tysięcy tematów. Za mojego życia na pewno nie zdążymy. Śmieję się, że kolej na mnie, bo przy tym kopiowaniu niektórzy umarli. Zatrudnieni tu byli już nieżyjący Gwidon Gaj, Marek Słowiński… Mamy stół montażowy w doskonałym stanie, który nawiasem mówiąc ja sprowadziłem po znajomości. Montowałem kiedyś film archiwalny w Wiesbaden i po zakończeniu pracy poprosiłem reżysera, a zarazem właściciela tego stołu, aby go sprzedał. Telewizja kupiła stół za bodaj 1500 marek, choć jest on w cenie mercedesa. Jakość obrazu jest na nim na tyle dobra, że wystarczy ustawić przed ekranem kamerę cyfrową i zapisać film. Dziennikarze teraz często wykorzystują taką możliwość. Trzeba pamiętać, że w latach 60. i 70. w TV Katowice robiło się wielkie imprezy, gale, występy. Był znakomity Teatr Telewizji, filmy dokumentalne. To wszystko jest zachowane.
Zygmunt Duś ur. 1927 w Sosnowcu. Montażysta, reżyser filmów dokumentalnych. Absolwent AWF w Warszawie. W latach 50. reporter w Ośrodku TV Polskiej w Katowicach, później jego główny montażysta. Przez 20 lat (1978-1998) wykładowca na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, później (od 1998) także w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie. Autor podręcznika wydanego w 2002 roku „Podstawy montażu filmowego “. Filmy fabularne (montaż): Próba ognia (1976), Zdaniem obrony (serial 1984-1987)), Straszny sen Dzidziusia Górkiewicza (1993), Śmierć jak kromka chleba (1994), Zawrócony (1994), Czeka na nas świat (2006—konsultacja). Filmy dokumentalne (realizacja): Mecz gigantów (1961), 1000 km po Czeskiej Republice Ludowej (1965), Ścinki 70-81 (1981), Jest taka ziemia (1983), Spodek (2002).



