
Tadeusz Gańczarczyk
Wczoraj na cmentarzu w Sosnowcu-Środuli pożegnaliśmy redaktora Tadeusza Gańczarczyka, byłego zastępcę redaktora naczelnego “Trybuny Śląskiej”, a ostatnio redaktora miesięcznika “Nowy Przemysł”, jednego z najlepszych dziennikarzy motoryzacyjnych w Polsce, fana motoryzacji i wyścigów samochodowych.
Red. Tadeusza Gańczarczyka wspominają jego koleżanki i koledzy dziennikarze.
Uczył młodszych solidności i pokory
Oskar Filipowicz z redakcji “Nowy Przemysł”
- Z Tadeuszem pracowaliśmy razem od zawsze. Z kilkuletnią przerwą – dwie dekady. Szmat czasu, a znajomość niemal wyłącznie w pracy, poprzez pracę, nad tekstem i tematem.
Tak naprawdę – poza dumą z córek, której nigdy nie krył – przez profesjonalną codzienność zwykle nie przebijało się to, co prywatne. Może dlatego, że dobrze wykonana robota była dla Tadeusza sprawą najzupełniej osobistą, wymagającą zaangażowania bez reszty.
Terminowanie u Gańczara, bo tak nazywali go młodsi adepci zawodu, nie było nigdy technicznym warsztatem dziennikarskim, gdzie ucznia prowadzi się za rękę. Kontakt z Nim oznaczał natomiast codzienną lekcję rzeczowości i rozsądku, solidności i pokory. To była umiejętność krytycznego słuchania, tolerancja – bez pobłażania nieróbstwu, wrażliwość – bez sentymentu i dystans – bez cynizmu.
Dla redaktora Tadeusza Gańczarczyka nie było tematów mniej ważnych i pobocznych; cała rzeczywistość wymagała uwagi i starań. W ostatnich dwóch latach, już jako koledzy, tworzyliśmy zespół dwuosobowy, w którym nie ma miejsca na złą komunikację czy błędy. Znając Go z dawniejszych lat, wiedziałem, że mogę na Niego liczyć i ufać mu, nie sprawdzając.
Przez ostatnie dwa lata znów zdobywał sobie sympatię ludzi, zwykle dużo młodszych, z innego rodzaju pokoleniowym doświadczeniem. Jeszcze raz sprawdziła się jego naturalna otwartość, spolegliwość, umiejętność rozładowywania napięć. On cieszył się, że zza domowego biurka wrócił do pracy z ludźmi.
W ostatnich tygodniach, kiedy chorował i przebywał w szpitalu, miał problemy z mówieniem, więc kontaktowaliśmy się poprzez krótkie wiadomości. Kolejne depesze z “pola walki” z chorobą odczytywane w telefonie komórkowym, naznaczone były coraz większym trudem i wysiłkiem, z jakimi powstawały. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że Tadeusz odchodzi tak jak żył – poprzez słowa i teksty.
Na dzień przed śmiercią, w szpitalu, pożegnał się wyszeptanym zdaniem, w którym było tyle samo żalu, co poczucia winy.
- Wiesz, na razie nie wrócę do pracy…
Jako szef – solidny i wymagający
Stanisław Mol, były dziennikarz “Trybuny Śląskiej”
- Tadeusz przez wiele lat, jako zastępca redaktora naczelnego w “Trybunie Śląskiej” – był moim szefem: wymagającym, bardzo rzeczowym i niezwykle uporządkowanym. Potrafił słuchać, ale też skutecznie przekonywać do swojego zdania.
Był niezwykle pracowity i nie liczył godzin spędzanych w redakcji. Mówiąc bez przesady, była jego drugim domem.
Tadeusz pochodził z dobrze wykształconego pokolenia dziennikarzy i choć zaczynał, jak wielu z nas, w czasach PRL-u, to niezwykle sprawnie już po 1989 roku uczestniczył w budowaniu wolnych mediów. Zawsze wymagał w tekstach bezstronności i sprawdzenia faktów przynajmniej w dwóch źródłach.
Muszę z przykrością przyznać, że wielu dzisiejszych adeptów tego, tak trudnego przecież zawodu, niestety nie bierze sobie do serca żelaznych zasad, które powinny kierować ich pracą w zdobywaniu i weryfikowaniu informacji – właśnie tych, którym był wierny Tadeusz.
On nigdy nie odpuszczał i dbał, by tekst pod każdym względem był dopracowany. Rozmawiał z dziennikarzami o tych tekstach, radził, co jeszcze można poprawić, co dodać, co uzupełnić, by przekazywane treści były solidne i trafiały do umysłów i serc czytelników.
Był świetnym organizatorem
Elżbieta Kazibut-Twórz, redaktor naczelna “Polski Dziennika Zachodniego”
Razem z Tadeuszem przygotowaliśmy setki wydań “Trybuny Śląskiej”. Ja wtedy jako sekretarz redakcji, a on – jako zastępca redaktora naczelnego. Pamiętam nasze, niekiedy dość burzliwe, zebrania i emocje, bez których ta praca straciłaby ów nerw – tak ważny, gdy robimy coś, co kochamy.
Tadeusz zorganizował sprawnie i solidnie funkcjonujący newsroom, czyli pomieszczenie, a zarazem tę część redakcji, gdzie redagowane są serwisy informacyjne. Ten newsroom chodził po prostu jak szwajcarski zegarek.
Cenna umiejętność współpracy i wyznaczania każdemu z nas odpowiednich zadań, powodowała, że nie liczyliśmy godzin spędzanych w redakcji.
Był po prostu dobrym nauczycielem zawodu i świetnym redaktorem.
Wielki znawca motoryzacji
Piotr Myszor, dziennikarz “Polski Dziennika Zachodniego”
Świat dziennikarzy motoryzacyjnych dzieli się zasadniczo na dwie kategorie – fanów motoryzacji, którzy pisanie traktują jako przepustkę do motoryzacyjnych nowości i dziennikarzy, którzy przede wszystkim piszą, a przy okazji lubią samochody.
Tadeusz – podobnie jak ja -należał do tego drugiego kręgu. Kiedy nasi koledzy gonili setne sekundy, ścigając się na torze Poznań, Tadeusz po kilku konkurencjach wycofywał naszą załogę z zawodów i jechaliśmy buszować między nowościami pokazywanymi właśnie na targach poznańskich.
Żyłka poszukiwacza ciekawostek przywiodła go do stworzenia jednego z najbardziej oryginalnych spotkań miłośników motoryzacji w Polsce – Zlotu Pojazdów Dziwnych, na którym – zwłaszcza w pierwszych latach – dominowały wyobraźnia i techniczne eksperymenty. Pojawiały się na nim m.in. konstrukcje złożone z części kilku różnych samochodów, motocykli czy nawet pojazdów rolniczych. W ubiegłym roku zlot odbył się po raz szesnasty. Niestety, na żadnym kolejnym Tadeusza, prawdziwego miłośnika i wytrawnego znawcy pojazdów wszelakich, już nie będzie…
Żegnamy Cię Tadeuszu. Będziemy o Tobie pamiętać.
Koleżanki i koledzy ze śląskich mediów.
Oprac. AGA
