Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

01-12-2010, 18:28

KDS w Katowicach  »

Czesław Ludwiczek
01-12-2012

Trzy lata temu prezes Klubu Dziennikarzy Sportowych SD RP red. Jerzy Jakobsche zwrócił się do mnie abym napisał tekst o KDS w Katowicach, bo miała powstać szersza publikacja.

Po czasie okazało się, że nic z tego nie wyjdzie, więc tekstem wraz ze zdjęciami, które leżały dotychczas w moim komputerze, postanowiłem podzielić się z Koleżankami i Kolegami z naszego oddziału, bo to jednak kawałek historii.

W owych czasach, kiedy powstawał Klub Dziennikarzy Sportowych, aglomeracja górnośląska stanowiła najsilniejszy po Warszawie ośrodek dziennikarstwa sportowego w Polsce. W Katowicach ukazywało się bowiem konkurujące z “Przeglądem Sportowym” pismo “Sport”, dość licznie obsadzone działy sportowe znajdowały się w dziennikach “Trybuna Robotnicza”, “Dziennik Zachodni”, “Wieczór” oraz w tygodnikach regionalnych, od “Wiadomości Zagłębia” na wschodzie po “Nowiny Gliwickie” na zachodzie regionu. Prężnie działały również redakcje sportowe w Polskim Radio Katowice i w Katowickim Ośrodku TVP. Nic więc dziwnego, że idea stworzenia klubu próbującego scalić i zinstytucjonalizować to odrębne przecież od reszty  środowisko dziennikarskie padła tu na podatny grunt.

Pierwszym przedstawicielem tego środowiska w Zarządzie Głównym Klubu Dziennikarzy Sportowych był Zbigniew Dobrowolny, wówczas zastępca redaktora naczelnego “Sportu” Tadeusza Bagiera. On właśnie przywiózł z Warszawy dyrektywę: trzeba aktywizować środowisko. On także został pierwszym prezesem katowickiego oddziału KDS. Na stanowisku tym zastąpił go następnie Alfred Sojka, a po nim cztery kadencje z rzędu na czele zarządu stał Janusz Jeleń. W roku 1981 funkcję prezesa oddziału odziedziczył Lech Drapiński, a po nim kierowniczą pałeczkę sztafetową przejął Andrzej Grygierczyk. Na początku lat dziewięćdziesiątych, a więc już w nowych warunkach polityczno-społecznych oddziałem kierował Włodzimierz Sowiński i formalnie rzecz biorąc czyni to nadal, bo w ostatnich latach, ze względu na mniejszą aktywność klubu, żadnych wyborów nie było. Wszyscy ci prezesi utrzymywali stały kontakt z Warszawą oraz podejmowali różne inicjatywy na rzecz środowiska, wszakże  udokumentowane formy zorganizowanej działalności dziennikarzy sportowych na Śląsku można zauważyć dopiero w połowie lat sześćdziesiątych.

W tamtych początkowych latach KDS niewiele miał wspólnego ze współczesnym rozumieniem działalności klubowej - podkreśla Janusz Jeleń. Organizował głównie biura prasowe z okazji każdej wielkiej imprezy na Śląsku, określał ich organizatorom szczegółowe potrzeby środowiska, przeprowadzał akredytacje, starał się o poprawę warunków pracy na stadionach i w halach. Ważnym zadaniem oddziału było podnoszenie rangi działów sportowych w redakcjach pism codziennych i tygodniowych oraz pomoc młodym adeptom dziennikarstwa sportowego w lepszym opanowaniu zawodu i rozumieniu funkcji ówczesnego sportu. Dopiero w kilka lat później zainicjowano organizowanie ogólnopolskich sesji KDS, w toku których koledzy z różnych stron kraju mogli poznawać problemy sportowe regionu śląskiego.

Na ogół były to sesje monotematyczne organizowane przy pomocy określonych instytucji gospodarczych, sportowych lub nawet klubowych. Jedną z pierwszych sesji, w której przygotowaniu aktywny udział wzięła Wojewódzka Federacja Sportu odbyła się w ośrodku wypoczynkowym w Kokotku i jakkolwiek jej temat był nader luźny, zgromadziła liczne grono dziennikarzy.

Sesja w Kokotku

Dużym wzięciem cieszyła się zorganizowana przy pomocy Ministerstwa Górnictwa sesja poświęcona rozwojowi sportu w przemyśle węglowym. Uczestnicy tego “spędu” obradowali w Katowicach, odwiedzili niektóre kluby sportu górniczego, a nawet mieli okazję zjazdu w podziemia kopalni “Dymitrow” w Bytomiu.

Na samym początku lat osiemdziesiątych we wspomnianym już wyżej Kokotku odbyła się sesja, której faktycznym gospodarzem był Klub Sportowy Czarni Bytom, a tematem oczywiście dżudo. Prezes tego klubu Józef Wiśniewski oraz trenerzy Zenon Mościński i Piotr Sadowski tłumaczyli i demonstrowali dziennikarzom tajniki techniki tego sportu, a “manekinem treningowym” był nasz kolega Henryk Marzec, który wyszedł z pokazu mocno poobijany. Sesja ta upamiętniła się w zabawowej historii polskiego dziennikarstwa sportowego jeszcze jednym wyczynem. Oto bowiem Tadeusz Janik, który w stanie wojennym został naczelnym redaktorem “Sportu”, wyzwał na pojedynek w pingpongu Bogdana Latuszkiewicza, przy czym ten drugi, jako były zawodnik w tej dyscyplinie sportu miał grać siedząc na krześle. Zakład opiewał na sporą stawkę jak na ówczesne czasy. I o dziwo wygrał Latuszkiewicz, co do dziś jeszcze wspominane jest przez starszych kolegów z podziwem.

Kilka ciekawych sesji, w dalszym ciągu monotematycznych, odbyło się za prezesury Andrzeja Grygierczyka, ale najbardziej w pamięci utkwiły dwie z nich organizowane w Brennej przy pomocy dyrektora Wydziału Sportu UW w Bielsku-Białej Witolda Kałata. Obie poświęcone były sportom zimowym, choć za każdym razem innym dyscyplinom. Ciekawostkę może stanowić fakt, że już wtedy mówiło się o konieczności przebudowy skoczni narciarskiej w Wiśle-Malince. Może konieczna jest trzecia sesja, by pomóc w przyspieszeniu tej inwestycji?

Ważną dziedziną aktywności katowickiego oddziału Klubu Dziennikarzy Sportowych była działalność na rzecz środowiska. Kolejne zarządy oddziału, lub co bardziej aktywni jego członkowie starali się stworzyć dziennikarzom i w ogóle wszystkim pracownikom redakcji warunki do uprawiania sportu, a zatem poprawy ich sprawności i wydolności fizycznej. Zachęta ku temu była znakomita, bo jeszcze przed powstaniem KDS-u, w połowie lat pięćdziesiątych grywało się w siatkówkę w sali Liceum na ul. 3-Maja, a wraz z dziennikarzami po boisku uwijała się pracownica administracji RSW “Prasa” Józefa Bęben (po zamążpójściu Ledwig). Wykazywała tak duży talent, że wkrótce trafiła do drugoligowego Baildonu, a następnie do Wisły Kraków i reprezentacji Polski, zdobywając z nią dwa brązowe medale olimpijskie.

W Sosnowcu

Później już tak wybitny i utytułowany sportowiec z naszych szeregów nie wyszedł, ale nie zmienia to faktu, że śląski KDS skutecznie propagował sport w środowisku dziennikarskim. Najpopularniejszą dyscypliną była oczywiście piłka nożna. Już w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych żurnaliści ze “Sportu” i pozostałych katowickich gazet rozgrywali mecze treningowe, a z upływem czasu aranżowali spotkania z reprezentacjami innych regionów. Pierwsze taki mecz rozegrany został na boisku Stali Sosnowiec (dziś Stadion im. Jana Ciszewskiego) pomiędzy drużyną dziennikarzy Katowic i Częstochowy, co upamiętnione zostało wspólnym zdjęciem zawodników obu drużyn.

W następnej dekadzie owa futbolowa aktywność została znacznie zintensyfikowana. Koledzy z katowickich redakcji rozgrywali mecze już nie tylko miedzy sobą, ale nawet z drużynami niższych klas rozgrywkowych. Niektóre z nich gromadziły na widowni mnóstwo ludzi. Ba, zdarzało się, jak to miało miejsce w meczu z LKS Łąka lub też z zespołem z Dankowic, że prawie cała ludność tych miejscowości uczestniczyła w tych wydarzeniach. W miarę upływu czasu nasza futbolowa przedsiębiorczość przybierała coraz wyższe formy. Oto bowiem na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych zrodziła się inicjatywa rozgrywania meczów pomiędzy dziennikarskimi reprezentacjami Katowic i czechosłowackiej Ostrawy.

Havirzov

Spotykaliśmy się dwa razy w roku, raz u nich, raz u nas, aż do końca lat osiemdziesiątych. Wszakże i później międzynarodowe kontakty nie ustały, choć przybrały nieco inną formę. Oto bowiem przy okazji spotkań rozgrywanych przez reprezentację Polski na Stadionie Śląskim z zagranicznymi drużynami, KDS organizował mecze z dziennikarzami towarzyszącymi owym drużynom. Trzykrotnie polscy dziennikarze (bo katowiczanie wzmacniani byli kolegami z innych regionów) grali z Anglikami kolejno na stadionach GKS-u Tychy, Piasta Gliwice i AKS-u Chorzów, przy czym  ten ostatni mecz upamiętnił się pięknym strzałem Jerzego Cierpiatki z Krakowa, którym pokonał niegdysiejszego bramkarza reprezentacyjnego Anglii Clemensa. 1 września 2001 r. w Chorzowie odbył się też mecz z Norwegią. W tych i w wielu innych meczach występowali gościnnie znani polscy sportowcy, m.in. Antoni Piechniczek, Włodzimierz Lubański, Andrzej Szarmach, Tomasz Hajto, hokeista Mariusz Czerkawski, pinpongista Lucjan Błaszczyk, bokserzy Tomasz Adamek i “Diablo” Włodarczyk i wielu innych.

Ławka rezerwowych

Inną dyscypliną która zrobiła karierę na Śląsku był tenis. Wielu kolegów jak np. Roman Paszkowski, Olgierd Wieczorek, Józef Kopocz uprawiało tę dyscyplinę od lat. Do grona tego zaliczał się również Czesław Ludwiczek, który był jednocześnie prezesem Śląskiego Związku Tenisowego i członkiem Zarządu Polskiego Związku Tenisowego. On też był organizatorem wielu dziennikarskich imprez tenisowych. Dość stwierdzić, że w latach 1978 – 1988 na terenie Śląska dziewięciokrotnie odbyły się halowe mistrzostwa Polski i dwukrotnie otwarte mistrzostwa Polski.

Na podium

Początkowo imprezy te organizowane były w Zabrzu w hali przy ul. Matejki, a następnie na długi czas zadomowiły się w Bytomiu w hali urządzonej w nieczynnym już szybie “Barbara” kopalni Bobrek. Wielkim przyjacielem i sponsorem tych imprez był dyrektor tej kopalni inż. Andrzej Naczyński. Tradycje tenisowe kontynuowane są w Katowicach po dziś dzień, choć tylko w lokalnym gronie, a turnieje, w których zazwyczaj zwycięża Tomasz Kuczyński, odbywają się przy okazji ważniejszych imprez tenisowych.

Na mniejszą już skalę odbywały się w Katowicach turnieje tenisa stołowego i jeszcze rzadziej innych dyscyplin. Zawsze też Śląsk wystawiał drużynę do zakopiańskich mistrzostw Polski w koszykówce, choć większych sukcesów tam nie odnotował.

Red. Janusz Jeleń, który - jak to wspomnieliśmy wyżej - najdłużej sprawował funkcję prezesa dysponuje pełną listą członków katowickiego oddziału KDS z września 1980 r. Liczy ona 33 nazwiska. Ze smutkiem jednak stwierdzić trzeba, że prawie połowa widniejących na niej kolegów odeszła już z tego świata, a wcześniej i później zmarło kilku innych jeszcze kolegów. W kolejności alfabetycznej są to: Tadeusz Bagier +1991, Henryk Biliński +2007, Jerzy Brodzki +1981, Jerzy Bydliński +1989, Andrzej Czajkowski +1998, Zbigniew Dobrowolny +1991, Jan Fiszer +1987, Franciszek Gorzelany +1977, Józef Kliś +1999, Wojciech Konecki + 1993, Henryk Kowolik +1988, Andrzej Królikowski +1975, Zbigniew Łagódka +1978, Eugeniusz Machnicki +1991, Piotr Madey +1996, Andrzej Marondel +1987, Jerzy Namysło +2000, Andrzej Nawrocki +2000, Jan Nogaj, Stanisław Penar +1993, Tadeusz Sas +1985, Alfred Sojka +1988, Henryk Stoczkiewicz +1978, Marek Suchy +1996, Władysław Wiecierzyński +1969.

Tekst: CZESŁAW LUDWICZEK

Podpisy pod zdjęcia:

W Sosnowcu: W połowie lat sześćdziesiątych na stadionie Stali Sosnowiec rozegrano mecz pomiędzy drużynami dziennikarzy Katowic i Częstochowy. Wśród katowiczan znajdują się m.in.: Zbigniew Rzaski, Władysław Wiecierzyński, Olgierd Wieczorek, Tadeusz Sas, Czesław Ludwiczek, Zdzisław Kempa, Eugeniusz Machnicki, Zygmunt Siech, Leszek Majewski, Andrzej Marondel.

Sesja w Kokotku: Jedną z pierwszych sesji katowickiego KDS zorganizowano w ośrodku wypoczynkowym w Kokotku. Na zdjęciu znajdują się m.in.: od lewej: Marian Wesołowski (1), Alfred Majewicz (2), Zbigniew Rzaski (4), Andrzej Marondel (8), Tadeusz Sas (9), Wojciech Konecki (11), Jerzy Namysło (12), Janusz Jeleń (17), Jan Lazar (19).

Havirzov: Drużyny dziennikarzy Katowic i Ostrawy wychodzą na boisko w Havirzovie by rozegrać kolejne spotkanie. Na pierwszym planie, w koszulkach w pasy zespół katowicki. Maszerują (od lewej): Tadeusz Janik (1), Henryk Marzec (3), Jan Fiszer (4), Grzegorz Stański (5), Andrzej Kostyra (7), Czesław Ludwiczek (10), Jerzy Namysło (11), Bogusław Barwiński (12). Nazwiska pozostałych zawodników nie do odtworzenia.

Ławka rezerwowych: Na ławce rezerwowych podczas jednego ze spotkań piłkarskich na stadionie Górnika Zabrze). Od lewej: lekarz Wacław Drząszcz, Lech Drapiński, Janusz Tychy, kolejno dwaj przedstawiciele drużyny przeciwników, a dalej Czesław Ludwiczek i Zygmunt Siech.

Na podium: Zwycięzcy w starszej grupie wiekowej w turnieju tenisowym w hali szybu “Barbara” w Bytomiu. Na najwyższym stopniu Roman Paszkowski, na drugim Paweł Deresz – mąż posłanki Jolanty Szymanek – Deresz, która zginęła w katastrofie samolotu TU154, 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem, na trzecim Czesław Ludwiczek.

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/814

01-12-2010, 11:52

“Cecha, którą w sobie musi znaleźć dziennikarz jest ciekawość świata”  »

MMSilesia.pl
Adrian Liks
01-12-2010

Kariera dziennikarska Marka Czyża to dobry przykład do naśladowania dla młodych ludzi, przyszłych “nadziei” naszego regionu.

Marek Czyż

Marek Czyż, dyrektor programowy i prezenter Telewizji TVS opowiada nam o początkach swojej kariery, podejściu do dziennikarstwa obywatelskiego oraz daje rady początkującym dziennikarzom.

Co pana skłoniło żeby zostać dziennikarzem i jak wspomina pan swoje początki w tym zawodzie?

- Przypadek to sprawił, jak zawsze, bo ja na początku studiowałem prawo i bardzo chciałem zostać prawnikiem. Ale trafiwszy na studia – trafiłem równocześnie do studenckiego Radia Egida. I to jest właściwie początek i koniec tej opowieści, bo radio okazało się dla mnie tak hipnotycznym zjawiskiem. Tym bardziej, że wtedy nie było tylu mediów co teraz, a praca w jakimkolwiek medium to była wielka frajda i wielki prestiż – tak to odbierałem. Tam nauczyłem się pierwszych rzeczy radiowych, następnie trafiłem do Radia Katowice, gdzie poznałem mojego przyjaciela do dziś Kamila Durczoka. Potem powstało pierwsze prywatne radio w Katowicach – Radio Top i tu właściwie nie było już żadnej dyskusji. Kamil został tam dyrektorem a ja jednym z głosów tego radia i to już była taka bardziej profesjonalna przygoda – za pieniądze, na normalnym etacie.

Czy to był taki moment przełomowy w pana karierze?

- Tak, tylko byłem wtedy przekonany, że będę ”chory’” na radio całe życie. Jednak z radiem się rozstałem z powodu nieporozumienia i trafiłem do Telewizji Katowice. Potem to już potoczyło się dość szybko: telewizja Polonia, TVP1, TVP2, warszawska Trójka, powrót do Aktualności w Katowicach i już od trzech lat TVS.

Dziennikarstwo to na pewno bardzo odpowiedzialne zajęcia. W związku z tym jakie cechy powinien posiadać dziennikarz, czy może w tym zawodzie liczy się przede wszystkim doświadczenie?

- Od tego zacznijmy, że nie ma w tym kraju szkoły, w której można nauczyć się dziennikarstwa. Oczywiście są politologie, różne specjalizacje dziennikarskie i tak dalej, ale tego zawodu uczy się w pracy. Ja znałem zbyt dużo magistrów tego typu studiów, którzy odbili się od takiej realnej pracy w redakcji i zbyt wielu ludzi znam niezwiązanych z tym kierunkiem studiów, którzy są arystokratami w tym zawodzie. Tak więc to nie szkoła kształtuje dziennikarza tylko, cechy charakteru. Ochota do działań i pewien sposób patrzenia na rzeczywistość. Cecha, którą w sobie musi znaleźć każdy potencjalny dziennikarz to jest ciekawość świata. Ja zawsze wracam do przykładu z przewróconym koszem na śmieci. Dziennikarz mijając ten kosz musi się zapytać dlaczego on jest przewrócony? Czy to jest taka fatalna dzielnica, czy to był wypadek? – musi się zacząć czymś interesować.

A co mógłby pan poradzić młodym ludziom przed wyborem dziennikarstwa?

- Studiami ja bym się nie przejmował, chociaż powinny być humanistyczne, ale znam również inżynierów, którzy sobie świetnie radzą w tym zawodzie. Także to nie jest żaden wyznacznik. Trzeba mimo wszystko liczyć na to, że trafimy na właściwych ludzi we właściwym momencie, bo to wsparcie jest nieodzowne – zwłaszcza w dzisiejszym dziennikarskim świecie, który jest pełen młodych talentów. Trzeba słuchać starszych, trzeba się od nich uczyć, trzeba ich podpatrywać i potrzebna jest przede wszystkim – wiem, że brzmi to jak banał – pokora wobec samego siebie i zawodu. Szybko możemy uznać, że wszystko umiemy a życie to potem brutalnie zweryfikuje. To jest o tyle ważne teraz, że obecnie niewiele trzeba, żeby zostać dziennikarzem. Ten zawód nie jest już tak hermetyczny, ani nobilitujący jak kiedyś.

No właśnie dostęp do tego zawodu jest coraz łatwiejszy. Mam tu na myśli dziennikarstwo obywatelskie. Co pan sądzi o tym zjawisku i czy wśród dziennikarzy obywatelskich możemy znaleźć prawdziwe talenty idealnie nadające się do tej profesji?

- To jest bardzo modne sformułowanie i bardzo szlachetnie brzmi, ale z tym trzeba bardzo uważać. Dziennikarstwo to nie jest korporacja w takim rozumieniu jak adwokaci czy księża, bo nie trzeba mieć specjalnych uprawnień, by w tej korporacji się znaleźć, ale rozdział między dziennikarzami zawodowymi a obywatelskimi jest ciągle bardzo wyraźny. Dziennikarze zawodowi czasem posiłkują się tym co piszą obywatelscy, tylko muszą na to bardzo uważać, bo za ich artykułami nie idzie żadna odpowiedzialność. Oni oczywiście publikują w Internecie i się po tym podpisują, ale trudno wyobrazić sobie jakieś roszczenia wobec tych ludzi, jeżeli czyjeś dobra osobiste zostały naruszone. Oczywiście korzystajmy z tych talentów, z ich spostrzegawczości oraz z tego, że często są w miejscach, w których zawodowcy nie będą, ale weryfikujmy to dokładnie i sprawdzajmy przed publikacją, bo jednak są zasady dziennikarskie, które każą dany fakt sprawdzić w trzech różnych niezależnych źródłach. Stało się tak, że dziś każdy może być dziennikarzem i każdy jest konsumentem dziennikarskiego kontentu, ale to będzie wkrótce musiało zostać uporządkowane. Musi być ucywilizowane i zabrane w jakieś ramy. Myślę, że wkrótce prawo się tym zajmie, jak traktować obywatelskie dziennikarstwo. Ja jestem tym zbudowany i cieszę się, że często są to materiały unikatowe, ale trzeba to dokładnie zweryfikować.

Czy czuje się pan człowiekiem spełnionym zawodowo? I jak się pan odnajduje w nowej roli?

- Gdybym miał 52 lata, to bym był bardzo spełnionym człowiekiem zawodowo i uznałbym, że to jest ukoronowanie mojej kariery. Ale mam 42 lata i myślę, że w dziennikarskim fachu mam coś jeszcze do powiedzenia. Kierowanie programem w TVS nie jest dziennikarskim zajęciem. Ja zawsze powtarzałem, że na ekranie każdą figurę mogę wykonać, ale nie każdą wymyślę. W istocie rola dyrektora programowego powinna się sprowadzać do wymyślania tych figur, ale widzę, że to nie jest potrzebne. We współczesnych mediach rola człowieka układającego ramówkę jest powoli marginalizowana, bo widzowie sami sobie układają ramówkę. Całkiem szczerze powiem, że to nie jest funkcja moich marzeń, z czegoś trzeba zrezygnować w takiej sytuacji. Natomiast to jest doświadczenie, którego nie żałuję – nie tylko z powodu tego, że mogę sobie wpisać w CV, że byłem dyrektorem. Teraz oglądając telewizję muszę zwracać uwagę na zupełnie nowe rzeczy niż kiedyś i to jest bardzo cenne doświadczenie.

Całość: http://www.mmsilesia.pl/12663/2010/12/1/marek-czyz-cecha-ktora-w-sobie-musi-znalezc-dziennikarz-jest-ciekawosc-swiata?category=news

27-11-2010, 18:49

Maria Pańczyk-Pozdziej – twórczyni konkursu “Po naszymu, czyli po śląsku”  »

Dziennik Zachodni
Teresa Semik
27-11-2010

Niezaprzeczalna nobilitacja gwary będzie już zawsze zasługą Marii Pańczyk-Pozdziej. Cała jej codzienność należy do Śląska, choć nie zawsze jest to wygodne, bo Śląsk potrafi też uwierać.

Ma w sobie upór Ślązaka. Jest bezkompromisowa w sprawach zasadniczych i w dążeniu do celu. Solidna i niezawodna w przyjaźni. Niewiele jest w niej Ślązaczki – dobrze poukładanej i zaplanowanej. Choć jest przywiązana do rodziny, w życiu nie upiekła żadnej zisty. Dlatego wysłuchuje w domu, że nigdy nie będzie taka, jak babcia Pela, czyli jej mama – zawsze na posterunku z ciepłym posiłkiem, zawsze gotowa do poświęceń.

Nikt nie zna Ślązaków lepiej od Marii Pańczyk-Pozdziej, twórczyni konkursu “Po naszymu, czyli po śląsku”.

- Dzięki temu konkursowi zyskałam wśród jego laureatów autentyczną rodzinę. Poza najbliższymi, nie mam rodziny, gdyż zarówno ja, jak i mój mąż jesteśmy jedynakami – mówi Maria Pańczyk-Pozdziej. Teraz wie, gdzie dziecko się rodzi, kto się żeni, a kogo w plecach boli. “Po naszymu… Czelodka”, czyli finaliści konkursu “Po naszymu…” dzielą się z nią swoimi smutkami i radościami. Nic w ich życiu nie dzieje się bez jej wiedzy. Jak nie mogą pojechać na spotkanie,piszą listy długie i szczere.

Cała codzienność Marii Pańczyk-Pozdziej należy do Śląska. Nie zawsze jest to wygodne, bo Śląsk potrafi uwierać. Urodziła się w Tarnowskich Górach i do dziś jest to dla niej najpiękniejsze miejsce na ziemi. Z językoznawcą prof. Janem Miodkiem, literatem Bolesławem Luboszem tworzyli silne lobby na rzecz tarnogórskiej społeczności.

Ojciec, nauczyciel i kierownik szkoły w Tarnowskich Górach, był najważniejszym człowiekiem w jej życiu. Straciła go wcześnie, gdy miała 12 lat. Ich dom zawsze był pełen młodzieży, a każda niedziela zaczynała się tak samo, od mszy o godz. 7.00. Potem ojciec wsadzał ją na rower i objeżdżał okolicę. Odwiedzał swoich uczniów, bo chciał wiedzieć, jak żyją. Ona później robiła tak samo.

Benefis Marii Pańczyk - Pozdziej w Radiu Katowice

Po studiach polonistycznych Maria przez osiem lat uczyła w szkole. W 1971 roku wybrała pracę w Radiu Katowice. Kilka dni temu odebrała najważniejszą nagrodę dla każdego radiowca – Złoty Mikrofon. Jest to wyróżnienie przyznawane dla twórców radiowych, którzy wyróżniają się od lat mistrzostwem warsztatu i pozostawili w tej pracy swój trwały ślad. Zaczynała, jak każdy reporter. Pociąg osobowy z Tarnowskich Gór odjeżdżał o godzinie 4.20. Z pierwszą zmianą górników dojeżdżała na poranną audycję Radia Katowice. Ruszała z mikrofonem w teren i wydobywała kolejne tony węgla, produkowała rekordowe ilości stali. W dekadzie gierkowskiej to były ulubione tematy decydentów medialnych.

Dziennikarstwo uważa za bodaj najwspanialszy zawód, ale to, jak dzisiaj jest postrzegany, napawa ją raczej niesmakiem.

- Nie podoba mi się tabloidyzacja mediów, ta nieustanna pogoń za sensacją, której nie ma i to, że dziś dziennikarzem może zostać każdy, kto potrafi poruszać się w gąszczu pomówień – twierdzi Maria Pańczyk-Pozdziej i myśli, jak ustawowo spowodować, żeby nabór do zawodu nie był przypadkowy.

W pracy pomagała jej znajomość gwary. Rozmówcy widzieli w niej swojego człowieka. Gwarą mówiła na podwórku i u dziadków. Tata pilnował, by w domu używała poprawnej polszczyzny. Na co dzień nie zdradza jej śląski akcent. Wiedziała jednak, że dla tej gwary musi coś zrobić.

Po transformacji ustrojowej zajęła się tym, co zawsze było jej pasją – tradycyjną kulturą śląską. Niezaprzeczalna nobilitacja gwary będzie już zawsze zasługą Marii Pańczyk-Pozdziej. Wcale nie było łatwo. Krytykowano ją, że sama nie zna dobrze gwary. A ona bała się, że nikt nie przyjdzie, że Ślązacy zbyt długo postponowani byli tylko za to, że zdradzała ich śląska mowa, więc nie zechcą się z nią afiszować. Tymczasem frekwencja przerosła najśmielsze oczekiwania i tak już pozostało w następnych latach. Maria Pańczyk-Pozdziej tym konkursem obaliła mit, że Ślązacy z natury nie lubią brylować i błyszczeć w środowisku. Ujawniły się tak piękne, samorodne talenty gawędziarskie, jak Dorota Organiściok, Henryk Konsek, Dorota Sojka czy Aniela Langer.

- Skąd moje poczucie strachu? Myślę, że brakowało mi wiary w siebie. Zachowywałam się trochę tak “po śląsku”, z obawą, czy podołam – mówi.

Ślązacy wciąż ją zaskakują, zwłaszcza tą swoją prawością, dobrocią i tym, że potrafią być bezinteresowni.

Podczas rodzinnych spotkań ojciec Marii grał na skrzypcach, a ona musiała śpiewać. Po latach dla telewizyjnego cyklu “Sobota w Bytkowie” napisała 50 piosenek. Nadal chętnie śpiewa. Przez pięć lat co miesiąc z telewizyjną rodziną Żymłów wędrowała po Śląsku. Sama pisała scenariusze, wybierała miejsca spotkań, zapraszała gości.

Skąd zatem zainteresowanie polityką? Jest senatorem drugą kadencję, wcześniej była radną wojewódzką.

- Ani przez chwilę nawet nie pomyślałam, że zostanę politykiem, zanim nie złożono mi takiej propozycji. Nigdy o to nie zabiegałam – wyjaśnia. Nie stała się typem polityka uwikłanego w gry i układy partyjne. Wręcz męczy ją partyjniactwo. Swoją rolę parlamentarzysty rozumie jako działalność społeczną.

- Zawsze wiedziałam, że mam dobry kontakt z ludźmi – wyjaśnia. – Przychodzili do mnie do radia, żeby się wyspowiadać przed mikrofonem. Przychodzili na konkurs “Po naszymu…”, żeby wyrzucić z siebie swoje bolączki. Potrzebowali takiego konfesjonału, gdzie dodatkowo znajdą spowiednika i pilną słuchaczkę.

Maria Pańczyk-Pozdziej zawsze umiała słuchać, więc nie przestali przychodzić. Niedawno pojawił się w jej biurze senatorskim mężczyzna i ponad godzinę opowiadał o swoich problemach.

- W końcu pytam, czego pan ode mnie oczekuje. “A nic, jożech ino przyszedł do pani pogodać – przypomina Maria Pańczyk-Pozdziej.

Jak z perspektywy Warszawy widzi swój Śląsk?

- Ślązacy nadal za mało dopominają się o swoje, za mało się promują – odpowiada.

Tematem, który zaprząta dziś głowę wielu, jest “język śląski”. Głównie politykom zależy, by nawet ustawowo rozstrzygnąć tysiące wątpliwości, czy ten język w ogóle istnieje i jakie szkody w gwarze śląskiej poczyni.

- Tego nie da się zrobić bez uszczerbku dla gwary – mówi z przekonaniem Maria Pańczyk-Pozdziej, podobnie jak wielu językoznawców z prof. Janem Miodkiem na czele. – Niech ci, którzy tak chętnie powołują się na Kaszubów, sprawdzą, jakie frustracje wywołała kodyfikacja kaszubskiego. Dziecko innego języka uczy się w szkole, a inaczej rozmawia w domu ze swoimi rodzicami. Ktoś wie, jakie to czyni spustoszenie w umysłach tych dzieci? Nie politycy powinni decydować o tym, czy będzie język śląski. Od tego są językoznawcy.

Dlaczego podczas organizowanego od blisko 20 lat konkursu “Po naszymu, czyli po śląsku” żaden z uczestników nie podniósł potrzeby skodyfikowania gwary? Dlaczego tych, którzy posługują się gwarą śląską na co dzień i w najczystszej formie nikt nie pyta o zdanie w tej sprawie? A nie pyta. – Listów z pretensjami w sprawie języka śląskiego otrzymuję od Ślązaków coraz więcej – mówi Maria Pańczyk-Pozdziej. – Czasem aż mnie przeraża ta wielka ufność, którą mi okazują, że jestem w stanie rozwiązać wszystkie ich problemy. To jest dla mnie ogromne obciążenie.

W najbliższą niedzielę Ślązacy znów mają wyjątkową okazję porozmawiać o swoich obawach, ale też o radościach. W zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca odbędzie się finał tegorocznego konkursu “Po naszymu, czyli po śląsku”.

- Robię to też dla moich rodziców. Wierzę, że są ze mną, i że skrzydła im rosną z dumy – mówi Maria Pańczyk-Pozdziej.

Całość: http://slask.naszemiasto.pl/artykul/675504,maria-panczyk-pozdziej-tworczyni-konkursu-po-naszymu- czyli,id,t.html

26-11-2010, 18:24

Zniesławianie, to nie błąd. Nie mylmy pojęć.  »

Puls Miasta
Michał Tabaka
26-11-2010

Kolejny raz artykuł opublikowany przez Dziennik Zachodni z jednej strony dyskredytuje zawód dziennikarza, a z drugiej wskazuje, jak łatwo zatracić obiektywizm i zwyczajną uczciwość. Chodzi o skandaliczny artykuł “Jacek Guzy na drugą kadencję” autorstwa Pawła Szałankiewicza. 

Nie jest tajemnicą, że w mediach są odgórne polecenia, by władzy samorządowej w danym mieście szczególnie patrzeć na ręce i jak tylko się da – uderzać. Cóż, takie prawo mediów, swoistej czwartej władzy. Trzeba jednak pamiętać o takich szczegółach, jak prawo prasowe, czy zasady etyki. Niestety, poziom dziennikarstwa od lat leci w naszym kraju na łeb, na szyję. Teraz wystarczy kilka tekstów w jakiejkolwiek gazecie, albo zrobienie raptem dwóch “voiców” dla telewizji, by już szumnie uważać się za żurnalistę i trzymać głowę wysoko w chmurach. Coraz mniej zaś jest tych, którzy wiedzą, jak trudny to jest naprawdę zawód, jak bardzo wymagający szczególnej wiedzy, dystansu i umiejętności szukania tzw. prawdy środka.

Jest, jak jest. Najlepiej obrazuje to dzisiejszy artykuł Pawła Szałankiewicza “Jacek Guzy na drugą kadencję” wydany w siemianowickim tygodniku miejskim “Dziennika Zachodniego”. W nim zaś czytamy: “Brudy, o jakich mówi prezydent, to między innymi ulotka, która ukazała się tuż przed wyborami, a gdzie opisywano błędy popełnione przez Guzego w poprzedniej kadencji”.

Panie Redaktorze! Zapytuję: czy Pan w ogóle widział tę ulotkę? Czy Pana zdaniem stwierdzenia typu (zawarte w ulotce): “Czyli mamy blisko 60% zadłużenia Miasta!!!”, a także sugestie jakoby najbliżsi współpracownicy prezydenta Jacka Guzego ściśle współpracowali ze służbami PRL – są wytykaniem błędów, czy może przypadkiem stekiem oszczerstw, którymi zajęła się już prokuratura?

Zakłamań na dwóch kartkach ulotki jest znacznie więcej. Szkoda jednak miejsca, by się tym szerzej zajmować. Kto czytał – ten wie. Pytanie, co i czy w ogóle czytał dziennikarz “Dziennika Zachodniego”. Niech każdy sobie sam odpowie. I na koniec: jako rzecznik prasowy prezydenta Siemianowic Śląskich oczekuję odpowiednich kroków ze strony redakcji “Dziennika Zachodniego”.

Michał Tabaka

Całość: http://www.siemianowice.pl/isi/index.php?op=show&cat=1&nid=11352

25-11-2010, 13:23

“Pochwała Inteligencji na Górnym Śląsku”  »

Polskie Radio Katowice
25-11-2010

Gościem spotkania “Pochwała Inteligencji na Górnym Śląsku” w Muzeum Śląskim w Katowicach będzie Krystyna Mokrosińska, reżyser, nagrodzona w VI Ogólnopolskim Konkursie Reportażystów “Melchiory 2009″, dziennikarka TVP i prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Dyskusję na temat wolności człowieka poprzedzi projekcja filmu dokumentalnego “Podsłuchane życie”. Przedstawia on sylwetkę Jana Józefa Lipskiego – żołnierza AK, prezesa Klubu Krzywego Koła, inicjatora “Listu 34″, współtwórcy Komitetu Obrony Robotników, senatora III RP, który angażując się w życie publiczne, wciąż pozostawał historykiem literatury. Początek spotkania o godzinie 17:00.

Całość: http://www.radio.katowice.pl/index.php?id=117&tx_ttnews[tt_news]=9335&tx_ttnews[backPid]=13&cHash=61dd34cc1e

24-11-2010, 15:22

Śląsk: katowicka “filmówka” w natarciu  »

Polska Dziennik Zachodni/PAP
Henryka Wach-Malicka/(MBł)
24-11-2010

“Polska Dziennik Zachodni”: Broń złożyła nawet armia niedowiarków, do niedawna kwestionujących fakt, że mamy w Katowicach szkołę filmową z prawdziwego zdarzenia. I o europejskim zasięgu.

Wprawdzie szkoła nazywa się skromnie Wydziałem Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego, ale przynajmniej co trzeci sukces polskiego filmu w ostatnich latach jest zasługą jej absolwentów lub wykładowców. Co często na jedno wychodzi, bo na katedry pedagogów wracają jej niegdysiejsi, utalentowani słuchacze. Jak Adam Sikora, autor fenomenalnie klimatycznych zdjęć do nagrodzonego na festiwalu w Wenecji filmu Jerzego Skolimowskiego “Essential Killing”. Jego niekwestionowany wkład w budowanie nastroju filmu wielokrotnie podkreślał sam reżyser. Podobnie Lech Majewski, który właśnie Adamowi Sikorze – absolwentowi, a obecnie wykładowcy Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego – powierzył kadry swoich najlepszych filmów: “Wojaczka” i “Angelusa”.

Sikora, dziś w ścisłej czołówce polskich operatorów, zwany w branży mistrzem oświetlenia, obywatel świata z adresem stałym: Mikołów, zgarnia nagrodę za nagrodą. Nie tylko w swojej koronnej konkurencji – pracy z kamerą. Ma za sobą debiut reżyserski, nakręcony wspólnie z Ingmarem Villqistem.

Film “Ewa” nie miał jeszcze oficjalnej premiery, a już zdążył spodobać się na tegorocznym festiwalu w Gdyni, zaś w minioną niedzielę zdobył drugą nagrodę na I Międzynarodowym Festiwalu Filmowym REGIOFUN w Katowicach.

- Zabiegamy o naszych absolwentów – mówi profesor Krystyna Doktorowicz, dziekan wydziału. – Nie bez przyczyny to robimy. Mamy świadomość, że w ten sposób tworzy się ciąg pokoleniowy. Marcin Wrona i Marcin Koszałka uczyli się od Krzysztofa Zanussiego, Jerzego Stuhra, Filipa Bajona, którzy pozostają w dalszym ciągu naszymi wykładowcami. Ale teraz studenci będą się uczyć także od swoich niedawnych kolegów. Mówi się nawet o stajni katowickiej co uważam wielki komplement – dodaje.

- Czy powiedzenie, że ktoś jest ze stajni Andrzeja Fidyka, wielkiego polskiego dokumentalisty, od lat pracującego na naszym wydziale, nie jest najlepszym wsparciem na początek drogi zawodowej? Sens naszego pomysłu na kształcenie przyszłych filmowców potwierdzają nie tylko nagrody, zdobywane przez prace absolwentów, ale także przez etiudy studenckie. Ich wymienianie zajęłoby mnóstwo czasu. Powiem tylko, że z rozmaitych konkursów przywożą je słuchacze wszystkich kierunków, a Złote Kijanki to dla nas żaden ewenement – dodaje żartobliwie pani dziekan

Oczywiście najbardziej spektakularny sukces to fakt, że Bartek Konopka, nominowany do Oscara za “Królika po berlińsku” właśnie w Katowicach poznawał tajniki sztuki filmowej. Szkoła kształci na trzech kierunkach: reżyserii, realizacji obrazu oraz organizacji produkcji filmowej i telewizyjnej. Otwarcia aktorstwa jednak nie przewiduje się; to inny profil.

Większość prac studenckich kręcona jest na profesjonalnej taśmie i w pełnym procesie jej technicznej obróbki. To znacznie podnosi koszty, ale z drugiej strony sprawia, że studenci rzeczywiście wchodzą do zawodu na pełnych obrotach. Najważniejszy pozostaje jednak kontakt i rozmowa z artystami, także tymi z młodszego pokolenia.

Marcin Wrona, absolwent i wykładowca Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego wyreżyserował dwa głośne i nagradzane filmy tego roku. To “Moja krew” i “Chrzest”, okrzyknięty rewelacją Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni i nagrodzony na nim Srebrnymi Lwami. O swoich zajęciach z katowickimi studentami mówi: – Dziś, gdy każdy telefon komórkowy wyposażony jest w kamerę, mówienie o technicznej stronie reżyserii nie ma większego znaczenia. I tak naprawdę nigdy nie miało.

Najważniejsze jest natomiast uświadomienie sobie przez reżysera, o czym, i po co, chce opowiadać swoją filmową historię. Jak widzi świat i co chce przekazać widzowi. To wbrew pozorom, nie jest łatwe. Ale tylko tak dochodzi się do własnego stylu w sztuce. Przez te lata, które dzieliły mnie od dyplomu do debiutu fabularnego zrozumiałem, że nie można kręcić filmów dla samego kręcenia. Bo to jest pułapka. W języku angielskim słowo shot oznacza zarówno ujecie filmowe, jak i strzał z pistoletu. No więc ja, kolokwialnie mówiąc, staram się wytłumaczyć studentom, co mają robić, żeby ta filmowa strzelba nie była wycelowana w nich samych.

Marcin Wrona został właśnie nominowany do Paszportów “Polityki”. Jego konkurenci do tej nagrody w kategorii film – Paweł Sala i Marek Lechki – też są absolwentami Wydziału Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. Jakby więc nie patrzyć, katowicka szkoła filmowa atakuje!

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/slask/slask-katowicka-filmowka-w-natarciu,1,3795217,wiadomosc.html