Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

15-03-2011, 10:58

“Utrwala świat, który przemija”  »

Nasze Zabrze Samorządowe
WG
15-03-2011

W rękach Arkadiusza Goli aparat fotograficzny staje się wyjątkowym narzędziem

Kiedy w podstawówce poszedł pierwszy raz do ciemni, zobaczyć jak powstają zdjęcia, nie wiedział, że właśnie decyduje o swoim przyszłym życiu zawodowym. Miał dopiero trzynaście lat, ale po magicznych chwilach, gdy z kuwety wypełnionej odczynnikiem chemicznym wyłoniła się na papierze twarz fotografowanej postaci, zrozumiał, że z tą magią chce obcować bliżej.

W fotografii interesuje go przede wszystkim człowiek, jego otoczenie i praca. Arkadiusz Gola, znany i ceniony fotoreporter prasowy, ma na swoim koncie wiele wyjątkowych wystaw, które zdecydowanie wykraczają poza to, co zwykle możemy zobaczyć w gazecie. “Romowie wśród nas”, “Ludzie z węgla” czy “Kobiety kopalni” – to tylko niektóre z cykli, niezmiennie wzbudzających zachwyt oglądających. Ostatnio zdjęcia Arkadiusza Goli stały się elementem ekspozycji przygotowanej w Centrum Historii Górnictwa we francuskim Lewarde.

Stwierdził, co chce robić

- Pamiętam dokładnie ten dzień, gdy pierwszy raz poszedłem na zajęcia z fotografii do przykopalnianego klubu w Rudzie Śląskiej. Prowadził je prawdziwy pasjonat, pan Franciszek Poliwoda, który potrafił bardzo ciekawie przybliżyć nam tajniki wywoływania zdjęć i po prostu zaszczepić tego przysłowiowego bakcyla. Tamte wizyty w ciemni uzmysłowiły mi, co chcę w życiu robić, co mnie interesuje - wspomina Arkadiusz Gola.

Młody chłopiec musiał zdecydować się na jakiś zawód. Wtedy było już jasne, że ma on mieć związek z fotografią. Obowiązkową praktykę w zasadniczej szkole zawodowej odbył nie gdzie indziej, jak w zakładzie fotograficznym. W tym czasie na przyszłym reporterze największe wrażenie zrobiły cenne rady i ogrom wiedzy innego pedagoga – Mirosława Noworyty.

- Dzięki temu nauczycielowi ostatecznie przekonałem się, że moje miejsce jest wszędzie tam, gdzie człowiek powinien pojawiać się z aparatem w ręce. Spróbowałem pierwszej pracy w tzw. reporterce, wpierw w “Kurierze Zachodnim” w Katowicach, a następnie w “Głosie Zabrza i Rudy Śląskiej”. Miałem 19 lat, gdy zaproponowano mi pierwszy ryczałt w gazecie. To było naprawdę coś. Po jakimś czasie zająłem w zabrzańskim tygodniku miejsce wieloletniego reportera tej gazety Zygmunta Czajkowskiego. l tak się zaczęło - opowiada Arkadiusz Gola.

Trzeba się rozglądać

Kolejnym etapem było podjęcie pracy w “Dzienniku Zachodnim”. – To też stało się dość nagle. W 1996 roku odbyła się w Muzeum Śląskim w Katowicach wystawa fotografii prasowej, na której moje zdjęcia spodobały się ówczesnemu naczelnemu “Dziennika”. Zaproponował mi pracę. Przez kilka lat dzieliłem czas między Zabrze a Katowice. Od 2001 roku pracuję już tylko dla “Dziennika Zachodniego” – dodaje reporter.

Arek podkreśla, że zawsze jadąc na materiał rozgląda się wokół za ciekawymi tematami do zdjęć. Codzienna reporterka dała mu możliwość podpatrywania różnych środowisk, spotykania nietuzinkowych ludzi, “dotknięcia” intymnych miejsc naszej rzeczywistości. Jak sam mówi, fotografia dokumentalna, robiona tu i teraz, ma ogromne znaczenie dla nas wszystkich.

- Ludzie dopiero po latach, patrząc na fotografię, uzmysławiają sobie świat, który ich kiedyś otaczał, którego wtedy nie dostrzegali, choć byli jego częścią, l to jest m.in. to, co reporterowi, dokumentaliście daje największą satysfakcję. Czy ktoś dziś widzi na ulicach woźnicę na furze wypełnionej węglem? Kilka dni temu zrobiłem takie zdjęcie, taki obrazek odchodzącego świata, który jeszcze nie tak dawno mieliśmy pod ręką. Tylko tak go można zatrzymać – uśmiecha się reporter.

Arkadiusz Gola od kilkunastu lat mieszka w Zabrzu. Ma żonę Halinę i 11-letnią córkę Agnieszkę, która stara się wyręczać tatę w robieniu zdjęć. Najbardziej lubi brać do ręki aparat na wakacjach. – Wtedy powstaje bogata kolekcja fotografii kwiatków, kotków i piesków – śmieje się Arek.

WG

Całość: http://sdrp.katowice.pl/archiwum/archiwum/1426

15-03-2011, 10:51

Karbidka dla Moniki Krasińskiej  »

Polskie Radio Katowice
15-03-2011

Monika Krasińska

Nasza redakcyjna koleżanka, reporterka Monika Krasińska, otrzymała “Karbidkę”, czyli nagrodę Wyższego Urzędu Górniczego w Katowicach.

W konkursie nagrodzono dziennikarzy zajmujących się tematyką górniczą, a szczególnie bezpieczeństwem pracy pod ziemią.

- Nagroda, to dla mnie spore zaskoczenie — przyznała Monika Krasińska.

Karbidki – główne nagrody – otrzymało czworo dziennikarzy z całego kraju. Oprócz naszej koleżanki, nagrody WUG-u trafiły także do dziennikarzy Polskiej Agencji Prasowej, Dziennika Zachodniego i Trybuny Górniczej. Wszystkim, a szczególnie Monice, serdecznie gratulujemy.

Całość: http://www.radio.katowice.pl/index.php?id=259&tx_ttnews[tt_news]=12665&tx_ttnews[backPid]=66&cHash=8e7a237dbb

14-03-2011, 15:47

Rząd nie daje za wygraną. Znów chce ograniczać internet  »

tvn24.pl
Katarzyna Wężyk/mat/k
14-03-2011

Miało być mniej biurokracji i dostosowanie do unijnych przepisów, tymczasem jest kolejny rejestr usług internetowych i propozycje dokładnie przeciwne do dyrektywy UE.

W Senacie czeka na głosowanie nowelizacja ustawy medialnej, której przepisy przewidują m.in. konieczność rejestracji serwisów z filmikami w KRRiT, kary do 10 procent rocznego przychodu i wymóg zablokowania nieletnim dostępu do nieodpowiednich dla nich treści.

Całość: http://www.tvn24.pl/12690,1695808,0,2,rzad-nie-daje-za-wygrana-znow-chce-ograniczac- internet,wiadomosc.html

14-03-2011, 09:16

“Krystyna Bochenek kochała życie i żyła dla ludzi”  »

Dziennik Zachodni
Agata Pustułka
14-03-2011

Krystyna Bochenek

Śmierć Krystyny Bochenek w katastrofie w lesie katyńskim jest niezrozumiała, niesprawiedliwa. Jak ktoś, kto tak kochał życie i ludzi, mógł tak zginąć?

Konsekwencja, specjalizacja, a przede wszystkim praca, praca – to były ulubione słowa Krystyny Bochenek.

Była dobrocią

Wielu może wydawać się, że dobroć jest czymś bardzo prostym, bo wystarczy być zawsze do dyspozycji drugich. Krystyna Bochenek, wicemarszałek Senatu, polityk, wspaniała dziennikarka, piękna kobieta – emanująca ogromną energią – nasza felietonistka, a dla wielu z nas bliska sercu Przyjaciółka, taka właśnie była. Była po prostu DOBROCIĄ. Miała dla nas zawsze czas. Tak trudno teraz myśleć, że może za dużo go Jej zabraliśmy, może zbyt rzadko przychodziła nam do głowy myśl, że ta dobroć Krysi jest wynikiem ciężkiej pracy i poświęcenia siebie, poświęcenia czasu swojej rodziny. Będzie nam Jej brakować. Zawsze.

Już teraz dotkliwie czujemy Twój brak, Krysiu. Tak trudno nam uwierzyć w tę tragedię.

Powtarzała je do znudzenia. Jak przykazania. Perfekcja była jej znakiem firmowym. Wiadomo, że jak się Krystyna do czegoś wzięła, to zawsze wychodziło znakomicie. Ogólnopolskie Dyktando wymyśliła na urlopie macierzyńskim, gdy spacerowała z ukochanym synem Tomkiem. Pierworodnym. Potem było mnóstwo innych pomysłów. Dla niektórych szalonych, niemożliwych do zrealizowania. Ale dla niej rzeczy niemożliwych nie było.

- Zarażała energią, radością życia. Była najlepszą nauczycielką zawodu. Nie mogę ogarnąć myślą tej wielkiej tragedii. Jak osoba tak afirmująca życie mogła je stracić? – pyta Ewa Niewiadomska, dziennikarka Radia Katowice, w ostatnich latach najbliższa współpracowniczka Krystyny Bochenek.

Wicemarszałek Senatu, kobieta – instytucja, dobry człowiek. Krystyna Bochenek zawsze wyprzedzała innych o dwie długości. Nigdy nie pracowała na pół gwizdka, dawała z siebie wszystko. I jeszcze znajdowała czas, by zadbać o nienaganny wygląd, zadzwonić do koleżanki z urodzinowymi życzeniami, udzielić wywiadu, spotkać się z wyborcami, udzielić mądrej rady, wesprzeć, pomóc. Na nazwisko Bochenek otwierały się wszystkie drzwi. Gdy inni mogli tylko bezradnie rozkładać ręce, wkraczała Ona. 

Patronowała, prowadziła licytacje, wspierała akcje. Nie wiadomo, jak godziła swoje role, zajęcia. Pobudka szósta rano, potem kawa. W ciągu dnia kilka kaw. Uwielbiała kawę, a swoje zamiłowanie do niej usprawiedliwiała niskim ciśnieniem. Zawsze czarna, oczywiście bez cukru.

- Krystyna przede wszystkim czuła się radiowcem. Choć znała i rozumiała wszystkie media, najlepiej pracowało się jej w radiu – mówi Anna Kidawa, dziennikarka Radia Katowice, która z Krystyną Bochenek współpracowała m.in. przy realizacji Poradnika Medycznego najpopularniejszej audycji poświęconej medycynie. – Nigdy nie poznałam równie kreatywnej osoby. A przy okazji tak dokładnej, obowiązkowej. I takiej kobiecej. Te jej buty na wysokim obcasie, nienaganny strój…

Kidawa mówi, że Krystyna była wizjonerką. Na początku lat 90. przeprowadziła pierwszą w Polsce akcję ratującą oddział hematologii dla dzieci w Zabrzu pod hasłem: Mamo nie płacz. Wtedy jeszcze Jurek Owsiak nie myślał, że zostanie dyrygentem Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy.

- Choć Krystyna ufała współpracownikom, to do końca czuwała nad szczegółami każdego przedsięwzięcia. Brała nas w jasyr, ale uwielbialiśmy to. Ona wszystko zawsze sprawdzała. Dzwoniła do mnie dzień przed śmiercią, pytając o temat cotygodniowych poniedziałkowych spotkań z Czytelnikami Dziennika Zachodniego. Zreferowałam dokładnie, bo wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik – mówi Kidawa.

Drugą miłością zawodową Krystyny Bochenek, tuż po radiu, była medycyna. Dobry sen Galiny to wiele razy nagradzany reportaż Krystyny Bochenek z 1991 roku o Rosjance oczekującej w Polsce na operację serca. Po emisji jeden ze słuchaczy, biznesmen. Słuchacze płakali słuchając audycji.

- Zetknęły nas studia polonistyczne. Wychowywali nas do dorosłego, zawodowego życia ci sami profesorowie. Jakże wiele mieliśmy wspólnych wspomnień – np. te z pobytu Jana Pawła II w Gliwicach, podczas Jego pamiętnej ostatniej wizyty w ojczyźnie, gdy przyszło nam relacjonować to spotkanie w sytuacji absolutnie absurdalnej: Krysia w studiu, ja z dwoma telefonami komórkowymi na gliwickim lotnisku, a przed nami trzy godziny programu – wspomina Jacek Filus, dyrektor Polskiego Radia Katowice, wieloletni kolega z pracy.

Ostatni raz rozmawiał z Krystyną 7 kwietnia. Ustalali ostatnie szczegóły akcji czytania papieskich dzieł, przygotowywanej na rocznicę urodzin papieża.

Wszystko miała zaplanowane na wiele miesięcy naprzód. To Krystyna Bochenek była pionierką masowych społecznych akcji promujących zdrowy styl życia. Podczas happeningu Różowa Wstążka na katowicki Rynek ściągnęła prezydentową Jolantę Kwaśniewską, która przekonywała kobiety, że trzeba badać piersi, i pokazywała na fantomie, jak to robić. Promowała Wampiriadę, czyli zbiórkę krwi. By wspomóc Hospicjum Cordis, wymyśliła sztukę Królewna Śnieżka, a na scenę zapędziła m.in. Jerzego Buzka i Kazimierza Kutza.

- Ona, która była uosobieniem ochoty do życia, taka aktywna, tak ładnie patrzyła na świat. Już nie będzie patrzeć – powiedział nam zdruzgotany stratą Kazimierz Kutz.

Kiedy trzynaście lat temu rzuciła pomysł, by zorganizować ogólnopolskie imieniny Krystyn, wielu nie wierzyło, że przedsięwzięcie może się udać. – Mąż z córką kupili mi w prezencie bilet do katowickiej Filharmonii. Wtedy pierwszy raz zobaczyłam Krysię. I wpadłam po uszy. Byłam na każdych imieninach. Na tych ostatnich tegorocznych też. Pamiętam jak do mnie powiedziała: Ty Krysia jesteś ze mną od początku. Ogarnij to. A ja odpowiedziałam: Tak jest, pani kapitan – wspomina Krystyna Garbas i dodaje: – Wciąż nie mogę do siebie dojść. Rozdzwoniły się telefony od Krystyn z całego kraju. Płaczemy, rozpaczamy.
 
Sześć lat temu Krystyna Bochenek weszła w świat polityki ze znaną tylko sobie klasą. Pierwszy raz została senatorem w wyborach uzupełniających po zmarłym senatorze Adamie Graczyńskim. Kolejne wybory były jej ogromnym triumfem. W ostatnich zdobyła ponad 255 tysięcy głosów. Nie było na nią mocnych.

Tak naprawdę polityka rozumiana jako walka, spór jej nie fascynowała. Nie uczestniczyła w partyjnych połajankach. Mandat senatora piastowała z godnością. I też dawała z siebie wszystko, spotykając się z wyborcami, odpowiadając na ich listy, liczne prośby.

Z Andrzejem Bochenkiem, swoim mężem, znanym kardiochirurgiem, stanowili jedną z najbardziej niezwykłych par. Piękni, zdolni, wpatrzeni w siebie. Uczucie, przywiązanie, ich przyjaźń widać było na każdym kroku. O swoim mężu zawsze mówiła: Mój Andrzej. Czytelnicy miesięcznika Pani przyznali im Srebrne jabłko wręczane kochającej się, znanej parze. Po uroczystości w jednym z wywiadów przyznali, że zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia.

- To szczególnie bolesne, bo nie sposób odłączyć jej od jej męża. Oni razem byli jedną z najbardziej niezwykłych par. Żegnam ją z najwyższym smutkiem i żalem, że już nie zobaczę tego jej spojrzenia połączonego z wnikliwością i radością – twierdzi Kutz.

Najważniejsze role, w jakich się sprawdziła, to były te role domowe, rodzinne. O synu Tomku i córce Magdzie mogła mówić godzinami. Cieszyła się ślubem syna, a teraz czekała na narodziny wnuczki. Dumnie zdradzała: – Będę babcią.

W jednym z wywiadów powiedziała: – Udało mi się w życiu. Mam do spłacenia za to dług i go spłacam.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/slask/243153,krystyna-bochenek-kochala-zycie-i-zyla-dla- ludzi-wideo,id,t.html

13-03-2011, 09:24

“Wspomnienie o Krystynie Bochenek”  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Małgorzata Goślińska
13-03-2011

Po raz trzynasty do Katowic zjechały Krystyny z całej Polski. Święto po raz pierwszyrozpoczęło się od wizyty na grobie liderki tego ruchu społecznego

Pomysłodawczynią i organizatorką ogólnopolskich imienin Krystyn była dziennikarka i senator Krystyna Bochenek z Katowic, która zginęła w katastrofie pod Smoleńskiem. Po raz pierwszy na imprezie zjawił się reżyser Kazimierz Kutz. – Zawsze się zastanawiałem, co to jest – mówił o zjedzie Krystyn do jego uczestniczek. – Jakiś klub, ćwierć partia, spółdzielnia, przedszkolanki emerytowane? Krystyna powiedziała mi kiedyś, że czasem to, co bezsensowne, jest najważniejsze, i myślę, że wy jesteście właśnie czymś takim.

Wczoraj Krystyny znów spotkały się w Katowicach, jak za pierwszym razem, by uczcić pamięć liderki (rozpoczęło się od złożenia kwiatów na jej grobie i mszy). Jak zwykle w spotkaniu uczestniczyło około 600 Krystyn. Same się organizują, w poszczególnych miastach wykształciły się kluby i liderki.

Krystyna Leśniak-Moczuk z Rzeszowa, z zawodu socjolog, postanowiła naukowo zbadać zjawisko. Sama już po raz dziewiąty brała udział w zjeździe i przeprowadziła ankiety wśród innych Krystyn. – To fenomen społeczny, że tak przypadkowy element, jak imię, potrafi wyzwolić taką siłę więzi, zjednoczyć ludzi z różnych środowisk, dać poczucie tożsamości – mówi Leśniak- Moczuk. – Większość to emerytki, również dlatego, że ostatni szczyt nadawalności tego imienia przypadał na lata 50. Dużo wdów, rozwódek. Samotne kobiety, które dysponują czasem i niewielkimi środkami finansowymi. Spotykają się nie tylko tego jednego dnia. Potrzebują więzi – ocenia Leśniak-Moczuk. To ona w przyszłym roku będzie gospodynią imienin Krystyn.

- Powiedziałem kiedyś żonie: one jeżdżą na te imieniny dla ciebie – wspomina prof. Andrzej Bochenek. – A Krystyna na to, że one już jeżdżą dla siebie. Były wdzięczne mojej żonie, że mogły wyjechać z domu, zobaczyć kawałek Polski, bo to nie chodziło o obchody imienin.

Poznały się i pomagają sobie wzajemnie. To ruch społeczny, który nie zaginie.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75478,9246986,Wspomnienie_o_Krystynie_Bochenek.html

12-03-2011, 18:25

“Józef Makal – mistrz śląskiej fotografii”  »

Dziennik Zachodni
Aldona Minorczyk-Cichy
12-03-2011

Józef Makal

Te współczesne aparaty są jak karabiny maszynowe. Cyfrówka? Nie dla mnie – mówi Józef Makal, mistrz śląskiej fotografii.

Mistrz został właśnie uhonorowany Wielkim Splendorem Śląskiej Fotografii Prasowej. – To nagroda przyznawana przez Bibliotekę Śląską dla fotoreportera o ogromnym dorobku twórczym, cieszącym się w środowisku dziennikarskim niepodważalnym autorytetem, którego dokonania znacznie wzbogacają współczesną kulturę Polski – podkreśla prof. Jan Malicki, dyrektor Biblioteki Śląskiej.

Zaraz po II wojnie światowej Józek Makal zatrudnił się na kolei jako geodeta. Już wtedy zawsze przy sobie miał aparat fotograficzny. – Uwielbiałem podglądać rzeczywistość – mówi Makal.

Dzisiaj nazywany jest śląskim Henry Cartier-Bressonem. Tak jak Francuz mógł stać się legendą światowej fotografii. Niestety, urodził się w niewłaściwym miejscu Europy, bo za “Żelazną Kurtyną”. Ale i tak wykorzystał swoją szansę. Przeżył w zawodzie fotoreportera wszystko, co najlepsze. Na własne oczy obserwował wydarzenia, które zaważyły na naszej historii, ludzkie tragedie, ale i wzloty. Był wielokrotnie nagradzany, w tym w konkursie World Press Foto. Jego wystawy można było oglądać w całej Europie. Z czego jest najbardziej zadowolony?

- Ze zdjęć Fidela Castro, Charlesa de Gaulle’a i kanclerza Niemiec Helmuta Schmidta. Fantastycznie wspominam też spotkanie z Jurijem Gagarinem. Ci ludzie nie byli wtedy izolowani od dziennikarzy. To się zaczęło dopiero po zamachu na prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego – wspomina Józef Makal.

W jego kolekcji brakuje zdjęć ze stanu wojennego. – Zabrali nam aparaty i zamknęli w pancernej szafie. Wydawanie “Dziennika Zachodniego”, w którym pracowałem, zawieszono na 3 miesiące – opowiada.

Odwiedził za to każdą kopalnię w kraju. Także podczas protestów górniczych. – Kiedy robiłem zdjęcia na dole w kopalni Paryż – wybuchł pożar. Uciekałem przed nim razem z górnikami. Kiedy opowiedziałem to szefowi w redakcji, usłyszałem: “Szkoda, że ci się udało. Zrobiłbym z tego całą stronę” – wspomina mistrz.

Tylu międzynarodowych nagród jak Józef Makal nie ma żaden śląski fotoreporter. Dlaczego?  – Te wasze współczesne aparaty fotograficzne są jak karabiny maszynowe. Zdjęcie robione na kliszy wymagało zastanowienia i precyzji. Cyfrówka? To nie dla mnie – podkreśla.  Kiedy jego wystawa “Jeden dzień na Śląsku” na początku lat 80. jechała do Paryża, na otwarcie wybrał się szef wydawnictwa. – Ja mogłem wybrać się tam później – autokarem przylepiony do Zespołu Pieśni i Tańca “Dąbrowiacy” – wspomina.

Ta wystawa to jego duma. Pokazywała po prostu życie. Od porodówki do cmentarza. Były też portrety. Między innymi prof. Zbigniewa Religi z papierosem w ręce.  – Był trochę zły na mnie za to zdjęcie. Pytał: “Józek, coś ty tam dał?” Ale z drugiej strony taki właśnie był. Wiecznie z papierosem – mówi fotoreporter.

Fotografował przyjazd do Polski śpiewaka Jana Kiepury, tancerki Josephiny Baker, kosmonauty Jurija Gagarina. Zrobiłby jeszcze wiele fantastycznych zdjęć, ale… No właśnie. Ma duże problemy ze wzrokiem. Pogarsza się mimo operacji. – A jeszcze rok temu fotografowałem Wenecję. Może jednak uda się zrobić kolejną wystawę – dodaje. Ma 84 lata, wspaniałe wspomnienia i wielkie plany.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/stronaglowna/378951,jozef-makal-mistrz-slaskiej-fotografii- zobacz-historyczne,id,t.html