Jerzy Filar jest dziennikarzem, a obecnie także wydawcą prasowym. Etatowo pracował m.in. w “Panoramie”, “Warsav Voice”, “Dzienniku Zachodnim”. Razem z fotoreporterem Markiem Ivo Wachowiczem publikowali reportaże, m.in.: z krajów byłej Jugosławii, Albanii, Rosji, Białorusi, Gruzji, Abchazji, Kosowa, Dżibutii, Etiopii, Somalii, Ugandy, Zairu, Rwandy, Burundi, Kenii, Tanzanii, Iraku, Kuwejtu. Przygotowują książkę opartą na wspomnieniach ze swoich podróży.
Agnieszka Grymowicz: Ukończył Pan technikum mechaniczne. Skąd w takim razie pomysł, aby zostać dziennikarzem?
Jerzy Filar: Patrząc z perspektywy lat wybór technikum nie należał do moich najtrafniejszych decyzji życiowych. Jedyny pożytek z tej szkoły wynikał z jej lokalizacji. Tylko dwa przystanki autobusem od domu. Miałem najgorsze stopnie z przedmiotów zawodowych i same piątki z humanistycznych.
A.G.: Po technikum rozpoczął Pan studia na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Śląskiemu. To dziedzina pokrewna dziennikarstwu, ale dlaczego nie wybrał Pan bezpośrednio tego kierunku?
J.F.: Przede wszystkim do zawodowego uprawiania dziennikarstwa nie potrzebne są kierunkowe studia. Podstawowe warunki to: ciekawość świata, dystans do siebie i innych ludzi, dyscyplina myślowa oraz umiejętność precyzyjnego przelewania na papier swoich spostrzeżeń. Nauki polityczne dawały szerszą perspektywę. Uczyły nie tylko obserwować świat, ale także analizować, wyciągać wnioski, snuć własne prognozy. Poza tym nie uśmiechała mi się tradycyjna droga do osiągnięcia dziennikarskich szlifów. Staże w redakcjach kojarzyły mi się z bieganiem po piwo zawodowym dziennikarzom i obsługą prasową najmniej istotnych, nudnych wydarzeń.
A.G.: W jaki sposób został Pan dziennikarzem?
J.F.: Na początku lat 90. wybuchnęła krwawa wojna między krajami byłej Jugosławii. Serbskie wojska otoczyły Sarajewo, stolicę Bośni. Trwało regularne oblężenie miasta: ostrzał artyleryjski, snajperzy na dachach, publiczne egzekucje złapanych żołnierzy przeciwnika… Wszystko wskazywało na to, że Sarajewo skazane jest na zagładę. Wtedy na pomoc ruszyły organizacje humanitarne. Pierwszy polski konwój z pomocą zorganizowała Janina Ochojska, dziś szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Razem z fotoreporterem Markiem Wachowiczem zapisaliśmy się najpierw do organizacji “Lekarze bez granic”, a później mając taki glejt zaproponowaliśmy pani Ochojskiej swoją pomoc. I pojechaliśmy.
A.G.: To był wasz chrzest bojowy?
J.F.: Chrzest i najbardziej krwawe wspomnienia ze wszystkich wojennych wypraw. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem ludzkie zwłoki zmasakrowane kulami snajpera. Kiedy wracaliśmy z Sarajewa sami też zostaliśmy ostrzelani. Kula utkwiła w masce naszego samochodu.
A.G.: Dzięki relacjom z Sarajewa Pana nazwisko zaczęło funkcjonować w śląskich mediach…
J.F.: Śląskich i nie tylko. Do Sarajewa dotarło niewielu polskich dziennikarzy, więc popyt na relacje z tego miejsca był dosyć spory.
A.G.: Co w Pana podróżach po egzotycznych krajach było najważniejsze? Ukazanie horroru wojny?
J.F.: Wiem, że to zabrzmi bardzo niepedagogicznie, ale nigdy nie podchodziłem emocjonalnie do wydarzeń i sytuacji, które widziałem. To nie były moje wojny. Nie ginęli tam moi krewni, ani znajomi. Ukazanie horroru wojny było warunkiem, aby gazety chciały opublikować i zapłacić za reportaż. Przynajmniej dla mnie dziennikarstwo nie jest misją społeczną, ale sposobem na ciekawe życie. Byłem w Iraku przez kilka tygodni. Widziałem masę paskudnych rzeczy, ale największą frajdę sprawiła mi wizyta w ruinach Babilonu. Jako zwyczajnego turysty, nie byłoby mnie nigdy stać na taką wycieczkę.
A.G.: Na pewno poznał Pan wielu ciekawych ludzi…
J.F.: W takich miejscach nie mogą mieszkać i pracować ludzie o przeciętnych osobowościach i słabych charakterach. Nie zapomnę nigdy księżnej Barbary Sapiehy. W wieku 17 lat była łączniczką w Powstaniu Warszawskim. Podczas walk poznała i zakochała się w księciu Eustachym Sapiesze. Przeżyli powstanie, pobrali się, a powojenna tułaczka zawiodła ich do dalekiej Kenii. Gościłem u księżnej w jej rezydencji pod Nairobi. Niesamowita kobieta. Silna, pogodna, a przy tym niesamowicie dobrze zorganizowana. Niestety, kilka lat temu dowiedziałem się z gazet o jej śmierci. Albo inny przykład. Podczas wojny w Rwandzie nie miałem pieniędzy, aby dostać się samolotem z Nairobi do miejscowości Goma w Zairze, gdzie uruchomiono ośrodek dla uchodźców z Rwandy. W końcu trafiłem na Rolfa Fischera, który swoim samolotem turystycznym woził straceńców w najbardziej zapalne zakątki Afryki. Zabrał mnie za darmo, kiedy okazało się, że jego dziadek podobnie jak ja, urodził się w Bytomiu. Z tym, że jego dziadek był w czasie wojny asem lotnictwa w niemieckiej Luftwaffe. Można tak długo opowiadać. O misjonarzach, o najemnikach z Legii Cudzoziemskiej, o agentach służb specjalnych, którym w afrykańskim nocnych lokalach chętnie rozwiązują się języki. Nie wszystkie te opowieści nadają się jednak do publikacji w prasie przeznaczonej dla młodzieży. (śmiech).
A.G.: Czy zdarzyły się Panu jakieś groźne lub zabawne sytuacje podczas swoich wypraw?
J.F.: Było ich całe mnóstwo. Pamiętam na przykład, jak podczas safari na równinie Masajów, razem z moim kolegą oddaliliśmy się wieczorem z naszego obozowiska. Chcieliśmy dojść do pobliskiej osady, aby kupić… powiedzmy butelkę zimnej coli. Trochę błądziliśmy, ale w końcu kupiliśmy, co trzeba i szczęśliwie wróciliśmy. Dopiero rankiem okazało się, że spacerowaliśmy wokół wodopoju, gdzie nocą żerują lwy. Obok śladów naszych butów, w błocie odcisnęło się mnóstwo zwierzęcych śladów. Inna mniej zabawna przygoda spotkała nas w ogarniętym wojną Mogadiszu, stolicy Somalii. Z lotniska, pod siedzibę sztabu wojsk międzynarodowych podwiózł nas… pakistański czołg. Niestety, sympatyczni czołgiści wysadzili nas i zaraz odjechali. W powrotnej ewakuacji na lotnisko pomogli nam amerykańscy marines. Dzięki temu, po raz pierwszy i jedyny raz w życiu, przeleciałem się osławionym “Apaczem”, helikopterem bojowym amerykańskiej armii.
A.G.: Pana nieodłącznym kumplem był Marek Wachowicz, fotograf, autor wielu wystaw i albumów fotograficznych. Łączy was męska przyjaźń, czy tylko praca?
J.F.: Hasło męska przyjaźń brzmi w tych czasach dosyć dwuznacznie. Ale mówiąc poważnie podczas tych wypraw przynajmniej raz doszło do sytuacji, kiedy wzajemnie ratowaliśmy sobie życie. Takie wydarzenia są dobrą podstawą do nawiązania przyjaźni.
A.G.: Kilka razy na wojny jeździli z wami też dziennikarze innych mediów. Rywalizowaliście z nimi o temat, czy też może razem staraliście się przeżyć?
J.F.: Nie mam stadnego instynktu. To, że jechałem w konwojach w towarzystwie innych dziennikarzy nie było moim pomysłem, lecz wymaganiem stawianym przez organizatorów takich “wycieczek”, czyli wojska, ONZ, Czerwonego Krzyża… Dziennikarze, zwłaszcza z dużych mediów, są przekonani o swojej misji i mają skłonność do koloryzowania. Nie zapomnę jak opalając się na lotnisku w Tiranie podsłuchałem relację na żywo korespondenta dużej, komercyjnej stacji radiowej. Opowiadał o prawdopodobnej inwazji amerykańskiej na Kosowo, czego dowodem miał być dochodzący z lotniska odgłos startujących helikopterów. Nie dodał, że był to standardowy transport z żywnością do pobliskiej bazy NATO.
A.G.: Przez prawie 20 lat był Pan dziennikarzem pracującym dla ogólnopolskich gazet, a teraz został Pan redaktorem w lokalnym tygodniku “Życie Mysłowic”. To jakiś rodzaj odpoczynku, po tamtych intensywnych przeżyciach?
J.F.: To czysta proza życia. Wędrowanie po świecie i opisywanie wojen jest zajęciem ciekawym, nawet dochodowym, ale z wiekiem moje potrzeby rosły. Teraz jestem nie tylko dziennikarzem, ale i wydawcą. Czyli, jak na mężczyznę po 40 przystało, próbuję się jakoś ustabilizować. Ale stare nawyki mi pozostały. Już jako dziennikarz “Życia Mysłowic” pojechałem do Iraku. Zrobiłem fajne zdjęcie flagi Mysłowic zatkniętej na maszt amerykańskiego czołgu. Opublikowałem tę fotografię na okładce “Życia Mysłowic”. Jeden z radnych, który mnie serdecznie nie znosi, na sesji Rady Miasta obwieścił, że ściągnę na miasto gniew Talibów.
A.G.: Mysłowice słyną ze starć prezydenta z Radą Miasta. Czy porównałby Pan lokalne, polskie wojny polityczne z tymi, opisywanymi przez Pana toczącymi się naprawdę?
J.F.: W krajach, gdzie toczą się prawdziwe wojny, praktycznie nie funkcjonuje wymiar sprawiedliwości. Nie ma sprawnej policji, uczciwych prokuratorów, niezależnych sądów. W takich krajach załatwia się spory sięgając po karabin. W Polsce, przynajmniej na razie, nic nie wskazuje na to, aby zapanowały takie zwyczaje. Chociaż, gdyby afrykańskie metody załatwiania sporów przenieść bez konsekwencji na grunt np. Mysłowic, nie pojawiłbym się na sesji Rady Miasta bez hełmu i kamizelki kuloodpornej.