Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

07-06-2011, 19:51

20-lecie audycji mniejszości niemieckiej na antenie Radia Katowice  »

(PAP)
07-06-2011

20 lat temu – 7 czerwca 1991 r. – na antenie Radia Katowice wyemitowano pierwszą w Polsce audycję mniejszości niemieckiej. W “Górnośląskim Magazynie Mniejszości Niemieckiej” przeplatają się treści historyczne ze współczesnymi, stare pieśni z muzyką współczesną.

Twórca audycji, a jednocześnie przewodniczący Niemieckiej Wspólnoty “Pojednanie i Przyszłość”, Dietmar Brehmer przypomina, że pierwszą audycję wyemitowano na niespełna dwa tygodnie przez podpisaniem przez kanclerza Helmuta Kohla i premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy.

“Fakt, że stało się to przed podpisaniem Traktatu, wskazywał na dobra wolę polskiego rządu w sferze praw mniejszości. Powstanie audycji w polskim radiu i jej znaczenie dla procesu pojednania polsko-niemieckiego oraz dla odrodzenia języka i kultury niemieckiej na Śląsku podkreślały wszystkie czołowe ówczesne media, zarówno w Polsce, jak i w Niemczech” – zaznaczył Brehmer.

Cotygodniową godzinną audycję tworzy zespół złożony z członków Niemieckiej Wspólnoty “Pojednanie i Przyszłość”, kierowany przez Brehmera. Audycja jest tworzona na zasadach wolontariatu, nie korzysta ze wsparcia finansowego żadnej z instytucji.

Wśród gości magazynu znaleźli się m.in. byli polscy premierzy Jan Krzysztof Bielecki i Hanna Suchocka oraz byli szefowie niemieckiej i polskiej dyplomacji Hans-Dietrich Genscher i Krzysztof Skubiszewski.

Jak mówi Brehmer, popularność audycji, która od początku stawiała sobie za cel wzmacnianie procesu polsko-niemieckiego pojednania, przekroczyła oczekiwania twórców. Autorzy dostawali tygodniowo setki listów. Dużym zainteresowaniem cieszył się konkurs na opowiadanie “Polacy dobrze o Niemcach, Niemcy dobrze o Polakach” – wpłynęło kilkaset pamiętników i wspomnień.

Podczas spisu powszechnego przeprowadzonego w 2002 r. narodowość niemiecką zadeklarowało ok. 150 tys. osób mieszkających w Polsce, najwięcej w województwach opolskim i śląskim; w tym pierwszym – ponad 100 tys., w drugim – ponad 30 tys.

Do głównych organizacji mniejszości niemieckiej w Polsce należą: Związek Niemieckich Stowarzyszeń Społeczno-Kulturalnych w Polsce (reprezentujący 10 Towarzystw działających w 10 województwach i kilkaset kół terenowych), Niemiecka Wspólnota „Pojednanie i Przyszłość”, Stowarzyszenie Mazurskie i Śląskie Stowarzyszenie Samorządowe.

Całość: http://www.tvp.pl/katowice/aktualnosci/spoleczne/20lecie-audycji-mniejszosci-niemieckiej-na-antenie-radia-katowice/4650089

07-06-2011, 17:09

“Nie moje są wojny – moje są wspomnienia”  »

Agnieszka Grymowicz
07-06-2011

Jerzy Filar jest dziennikarzem, a obecnie także  wydawcą prasowym. Etatowo pracował m.in. w  “Panoramie”, “Warsav Voice”, “Dzienniku Zachodnim”. Razem z fotoreporterem Markiem Ivo Wachowiczem publikowali reportaże, m.in.: z krajów byłej Jugosławii, Albanii, Rosji, Białorusi, Gruzji, Abchazji, Kosowa, Dżibutii, Etiopii, Somalii, Ugandy, Zairu, Rwandy, Burundi, Kenii, Tanzanii, Iraku, Kuwejtu. Przygotowują książkę opartą na wspomnieniach ze swoich podróży.

Agnieszka Grymowicz: Ukończył Pan technikum mechaniczne. Skąd w takim razie pomysł, aby zostać dziennikarzem?

Jerzy Filar: Patrząc z perspektywy lat  wybór technikum nie należał do moich najtrafniejszych decyzji życiowych. Jedyny pożytek z tej szkoły wynikał z jej lokalizacji. Tylko dwa przystanki autobusem od domu. Miałem najgorsze stopnie z przedmiotów zawodowych i same piątki z humanistycznych.

A.G.: Po technikum rozpoczął Pan studia na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Śląskiemu. To dziedzina pokrewna dziennikarstwu, ale dlaczego nie wybrał Pan bezpośrednio tego kierunku?

J.F.: Przede wszystkim do zawodowego uprawiania dziennikarstwa nie potrzebne są kierunkowe studia. Podstawowe warunki to: ciekawość świata, dystans do siebie i innych ludzi, dyscyplina myślowa oraz umiejętność precyzyjnego przelewania na papier swoich spostrzeżeń. Nauki polityczne dawały szerszą perspektywę. Uczyły nie tylko obserwować świat, ale także analizować, wyciągać wnioski, snuć własne prognozy. Poza tym nie uśmiechała mi się tradycyjna droga do osiągnięcia dziennikarskich szlifów. Staże w redakcjach kojarzyły mi się z bieganiem po piwo zawodowym dziennikarzom i obsługą prasową najmniej istotnych, nudnych wydarzeń.

A.G.: W jaki sposób został Pan dziennikarzem?

J.F.: Na początku lat 90. wybuchnęła krwawa wojna między krajami byłej Jugosławii. Serbskie wojska otoczyły Sarajewo, stolicę Bośni. Trwało regularne oblężenie miasta: ostrzał artyleryjski, snajperzy na dachach, publiczne egzekucje złapanych żołnierzy przeciwnika… Wszystko wskazywało na to, że Sarajewo skazane jest na zagładę. Wtedy na pomoc ruszyły organizacje humanitarne. Pierwszy polski konwój z pomocą zorganizowała Janina Ochojska, dziś szefowa Polskiej Akcji Humanitarnej. Razem z fotoreporterem Markiem Wachowiczem zapisaliśmy się najpierw do organizacji “Lekarze bez granic”, a później mając taki glejt zaproponowaliśmy pani Ochojskiej swoją pomoc. I pojechaliśmy.

A.G.: To był wasz chrzest bojowy?

J.F.: Chrzest i najbardziej krwawe wspomnienia ze wszystkich wojennych wypraw. Po raz pierwszy w życiu zobaczyłem ludzkie zwłoki zmasakrowane kulami snajpera. Kiedy wracaliśmy z Sarajewa sami też zostaliśmy ostrzelani. Kula utkwiła w masce naszego samochodu.

A.G.: Dzięki relacjom z Sarajewa Pana nazwisko zaczęło funkcjonować w śląskich mediach…

J.F.: Śląskich i nie tylko. Do Sarajewa dotarło niewielu polskich dziennikarzy, więc popyt na relacje z tego miejsca był dosyć spory.

A.G.: Co w Pana podróżach po egzotycznych krajach było najważniejsze? Ukazanie horroru wojny?

J.F.: Wiem, że to zabrzmi bardzo niepedagogicznie, ale nigdy nie podchodziłem emocjonalnie do wydarzeń i sytuacji, które widziałem. To nie były moje wojny. Nie ginęli tam moi krewni, ani znajomi. Ukazanie horroru wojny było warunkiem, aby gazety chciały opublikować i zapłacić za reportaż. Przynajmniej dla mnie dziennikarstwo nie jest misją społeczną, ale sposobem na ciekawe życie. Byłem w Iraku przez kilka tygodni. Widziałem masę paskudnych rzeczy, ale największą frajdę sprawiła mi wizyta w ruinach Babilonu. Jako zwyczajnego turysty, nie byłoby mnie nigdy stać na taką wycieczkę.

A.G.: Na pewno poznał Pan wielu ciekawych ludzi…

J.F.: W takich miejscach nie mogą mieszkać i pracować ludzie o przeciętnych osobowościach i słabych charakterach. Nie zapomnę nigdy księżnej Barbary Sapiehy. W wieku 17 lat była łączniczką w Powstaniu Warszawskim. Podczas walk poznała i zakochała się w księciu Eustachym Sapiesze. Przeżyli powstanie, pobrali się, a powojenna tułaczka zawiodła ich do dalekiej Kenii. Gościłem u księżnej w jej rezydencji pod Nairobi. Niesamowita kobieta. Silna, pogodna, a przy tym niesamowicie dobrze zorganizowana. Niestety, kilka lat temu dowiedziałem się z gazet o jej śmierci. Albo inny przykład. Podczas wojny w Rwandzie nie miałem pieniędzy, aby dostać się samolotem z Nairobi do miejscowości Goma w Zairze, gdzie uruchomiono ośrodek dla uchodźców z Rwandy. W końcu trafiłem na Rolfa Fischera, który swoim samolotem turystycznym woził straceńców w najbardziej zapalne zakątki Afryki. Zabrał mnie za darmo, kiedy okazało się, że jego dziadek podobnie jak ja, urodził się w Bytomiu. Z tym, że jego dziadek był w czasie wojny asem lotnictwa w niemieckiej Luftwaffe. Można tak długo opowiadać. O misjonarzach, o najemnikach z Legii Cudzoziemskiej, o agentach służb specjalnych, którym w afrykańskim nocnych lokalach chętnie rozwiązują się języki. Nie wszystkie te opowieści nadają się jednak do publikacji w prasie przeznaczonej dla młodzieży. (śmiech).

A.G.: Czy zdarzyły się Panu jakieś groźne lub zabawne sytuacje podczas swoich wypraw?

J.F.: Było ich całe mnóstwo. Pamiętam na przykład, jak podczas safari na równinie Masajów, razem z moim kolegą oddaliliśmy się wieczorem z naszego obozowiska. Chcieliśmy dojść do pobliskiej osady, aby kupić… powiedzmy butelkę zimnej coli. Trochę błądziliśmy, ale w końcu  kupiliśmy, co trzeba i szczęśliwie wróciliśmy. Dopiero rankiem okazało się, że spacerowaliśmy wokół wodopoju, gdzie nocą żerują lwy. Obok śladów naszych butów, w błocie odcisnęło się mnóstwo zwierzęcych śladów. Inna mniej zabawna przygoda spotkała nas w ogarniętym wojną Mogadiszu, stolicy Somalii. Z lotniska, pod siedzibę sztabu wojsk międzynarodowych podwiózł nas… pakistański czołg. Niestety, sympatyczni  czołgiści wysadzili nas i zaraz odjechali. W powrotnej ewakuacji na lotnisko pomogli nam amerykańscy marines. Dzięki temu, po raz pierwszy i jedyny raz w życiu, przeleciałem się osławionym “Apaczem”, helikopterem bojowym amerykańskiej armii.

A.G.: Pana nieodłącznym kumplem był Marek Wachowicz, fotograf, autor wielu wystaw i albumów fotograficznych. Łączy was męska przyjaźń, czy tylko praca?

J.F.: Hasło męska przyjaźń brzmi w tych czasach dosyć dwuznacznie. Ale mówiąc poważnie podczas tych wypraw przynajmniej raz doszło do sytuacji, kiedy wzajemnie ratowaliśmy sobie życie. Takie wydarzenia są dobrą podstawą do nawiązania przyjaźni.

A.G.: Kilka razy na wojny jeździli z wami też dziennikarze innych mediów. Rywalizowaliście z nimi o temat, czy też może razem staraliście się przeżyć?

J.F.: Nie mam stadnego instynktu. To, że jechałem w konwojach w towarzystwie innych dziennikarzy nie było moim pomysłem, lecz wymaganiem stawianym przez organizatorów takich “wycieczek”, czyli wojska, ONZ, Czerwonego Krzyża… Dziennikarze, zwłaszcza z dużych mediów, są przekonani o swojej misji i mają skłonność do koloryzowania.  Nie zapomnę jak opalając się na lotnisku w Tiranie podsłuchałem relację na żywo korespondenta dużej, komercyjnej stacji radiowej. Opowiadał o prawdopodobnej inwazji amerykańskiej na Kosowo, czego dowodem miał być dochodzący z lotniska odgłos startujących helikopterów. Nie dodał, że był to standardowy transport z żywnością do pobliskiej bazy NATO.

A.G.: Przez prawie 20 lat był Pan dziennikarzem pracującym dla ogólnopolskich gazet, a teraz został Pan redaktorem w lokalnym tygodniku “Życie Mysłowic”. To jakiś rodzaj odpoczynku, po tamtych intensywnych przeżyciach?

J.F.: To czysta proza życia. Wędrowanie po świecie i opisywanie wojen jest zajęciem ciekawym, nawet dochodowym, ale z wiekiem moje potrzeby rosły. Teraz jestem nie tylko dziennikarzem, ale i wydawcą. Czyli, jak na mężczyznę po 40 przystało, próbuję się jakoś ustabilizować. Ale stare nawyki mi pozostały. Już jako dziennikarz “Życia Mysłowic” pojechałem do Iraku. Zrobiłem fajne zdjęcie flagi Mysłowic zatkniętej na maszt amerykańskiego czołgu. Opublikowałem tę fotografię na okładce “Życia Mysłowic”. Jeden z radnych, który mnie serdecznie nie znosi, na sesji Rady Miasta obwieścił, że ściągnę na miasto gniew Talibów.

A.G.: Mysłowice słyną ze starć prezydenta z Radą Miasta. Czy porównałby Pan lokalne, polskie wojny polityczne z tymi, opisywanymi przez Pana toczącymi się naprawdę?

J.F.: W krajach, gdzie toczą się prawdziwe wojny, praktycznie nie funkcjonuje wymiar sprawiedliwości. Nie ma sprawnej policji, uczciwych prokuratorów, niezależnych sądów. W takich krajach załatwia się spory sięgając po karabin. W Polsce, przynajmniej na razie, nic nie wskazuje na to, aby zapanowały takie zwyczaje. Chociaż, gdyby afrykańskie metody załatwiania sporów przenieść bez konsekwencji na grunt np. Mysłowic, nie pojawiłbym się na sesji Rady Miasta bez hełmu i kamizelki  kuloodpornej.

Całość: http://www.kopernik.katowice.pl/klasy-dziennikarskie/teksty/50-wywiady/156-nie-moje-s-wojny-moje-s-wspomnienia

07-06-2011, 08:11

Znani są już kandydaci do zarządu Polskiego Radia  »

Press
(TAM, IAR)
07-06-2011

25 z 26 kandydatów do zarządu Polskiego Radia przeszło weryfikację formalną. Jedna osoba nie miała wymaganego regulaminem stażu.

O fotel prezesa Polskiego Radia starają się jego dotychczasowy szef Jarosław Hasiński, członek zarządu Władysław Bogdanowski, przewodniczący rady nadzorczej Stanisław Jędrzejewski, były szef publicznego radia Andrzej Siezieniewski, Tomasz Heryszek – członek zarządu Radia Katowice i Krzysztof Michalski – były członek zarządu Radia Łódź. Na stanowisko członków zarządu kandydują: Henryk Cichecki, Janusz Daszczyński, Marek Gawkowski, Piotr Karmański, Marek Kassa, Mirosław Kasprzak, Krzysztof Klimaszewski, Mariusz Kosieradzki, Waldemar Lichtowski, Paweł Majcher, Paweł Mathia, Korneliusz Pacuda, Włodzimierz Pałka, Maciej Ramus, Romana Ratkiewicz-Landowska, Andrzej Sułek, Jolanta Wiśniewska, Stanisław Wójcik i Andrzej Ziemski. Do zarządu nie może kandydować Adam Burakowski, były wicedyrektor Polskiego Radia dla Zagranicy. Burakowskiemu zabrakło kilku miesięcy do wymaganego pięcioletniego stażu pracy na stanowisku kierowniczym. W rozmowach kwalifikacyjnych ma wziąć udział 15 osób, które wybierze rada nadzorcza. Rozstrzygnięcie konkursu zaplanowano na 22 czerwca.

Całość: http://www.press.pl/newsy/radio/pokaz/26188,Znani-sa-juz-kandydaci-do-zarzadu-Polskiego-Radia

06-06-2011, 17:42

Pat w SDP – może się podzielmy  »

Gazeta Wyborcza
Seweryn Blumsztajn
06-06-2011

Obradującemu w weekend Zjazdowi Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich nie udało się wybrać prezesa. Ani Krzysztof Czabański, związany z PiS, ani Grzegorz Cedejko, kandydat umiarkowanych, nie angażujący się politycznie, nie zdołali zebrać 50 proc. głosów. SDP będzie więc miało przez jakiś czas kłopoty z funkcjonowaniem. Może jednak stało się dobrze?

Dawno już zrezygnowałem z członkostwa w Stowarzyszeniu, ale przecież pozostaje ono jedyną organizacją z przyzwoitą tradycją i reprezentuje polskich dziennikarzy za granicą. Nie jest więc dla nikogo w tym środowisku obojętne kto SDP rządzi. Tymczasem podziały w środowisku dziennikarskim są tak radykalne, że nie ma moim zdaniem możliwości wybrania takich reprezentantów, których wszyscy by zaakceptowali. Mam wrażenie, że świat mediów podzielił się znacznie mocniej niż politycy.

Ci ostatni muszą współpracować ze sobą w parlamencie i w najróżniejszych gronach samorządowych, przyuczeni są do codziennych kompromisów. Świat mediów jest znacznie bardziej zideologizowany, a w dodatku panuje zasada, że z konkurencją się nie współpracuje. Jeśli dodamy do tego brutalizację języka w mediach (bardziej jeszcze niż w polityce), to już nic niemal wspólnego dziennikarzom nie pozostaje poza poranionymi duszami i niechęcią do kolegów. Nie ma wspólnych autorytetów, nie sposób uzgodnić powszechnych zasad. Ilość pomyj wylewanych codziennie na kolegów z wrażych gazet przekreśla właściwie możliwość rozmowy, czy po prostu uczestnictwa w tej samej organizacji. Ja na przykład nie wyobrażam sobie obecności w jakimkolwiek stowarzyszeniu np. z panami Sakiewiczem, czy Ziemkiewiczem. A mógłbym dorzucić jeszcze sporo nazwisk. Przekonany też jestem, że to może jedyna sprawa, w której się zgadzamy – oni też nie chcą ze mną w niczym być.

Jeśli więc nie możemy być razem to może się podzielmy. Co do użytkowania wspólnego majątku SDP można by się jakoś dogadać. Wbrew pozorom łatwiej dogadać się w sprawie pieniędzy niż ideologii. Powołajmy więc dwa odrębne stowarzyszenia. Ja w każdym razie przyrzekam, że do takiego umiarkowanego, liberalnego i proeuropejskiego zapiszę się natychmiast. Nie będę się specjalnie kłócił o szczegóły deklaracji ideowej i składki też zapłacę.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75968,9732748,Pat_w_SDP___moze_sie_podzielmy.html#ixzz1OVYJbY46

06-06-2011, 11:34

Bielscy studenci w Telewizji Silesia  »

Telewizja internetowa Podbeskidzie.tv
06-06-2011

TELEWIZJA  OD KUCHNI

W sobotę 4 czerwca studencji Wydziału Nauk Humanistycznych i Studiów Międzynarodowych WSA kierunku Kulturoznawstwa odbyli atrakcyjną wycieczkę do siedziby Telewizji Silesia w Katowicach. W ramach praktyk dotyczących pozycji elektronicznych mediów, we współczesnym systemie komunikowania, które zorganizowała Fundacja Rozwoju Miasta Bielska-Białej, studenci mieli okazję zapoznać się z najnowocześniejszymi technikami i metodami organizowania i przesyłania informacji przez internet i telewizje nowych technologii.

To trzecia sobota, podczas której studenci Kulturoznawstwa, kierunku prowadzonego przez dziekana dr Arkadiusza Wąsińskiego, mieli mozliwość poznania wybranych zagadnień poświęconych internetowi, informacji zamieszczanych w internecie, współczesnym technologiom organizowania i emitowania obrazu , dźwięku i informacji tekstowych, zasad poprawnego budowania przekazu i dbania o właściciwy odbiór. W telewizji TVS studenci zobaczyli całe zaplecze techniczne, pomieszczenia redakcyjne, główne studio programowe oraz pomieszczenia redakcyjne i studyjne telewizyjnego radia TVS. Przy okazji mogli podglądać pracę zespołu redakcyjnego i technicznego przy emitowaniu kolejnego odcinka Radia na Żywo oraz przygotowania prognozy pogody.

Całość: http://portal.podbeskidzie.tv/kulturalne/1343-bielscy-studenci-w-telewizji-silesia.html

06-06-2011, 09:18

Prawica omal nie wzięła SDP  »

Gazeta Wyborcza
Wojciech Czuchnowski
06-06-2011

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich nie zdołało wybrać nowego prezesa. Najwięcej głosów dostał Krzysztof Czabański, prezes radia w czasach rządów PiS. Ale nie zebrał wymaganej większości.

Zjazd SDP odbył się w sobotę i w niedzielę. Poprzedziła go mobilizacja dziennikarzy prawicowych i wspierających PiS, którzy zapisywali się do Stowarzyszenia, otwarcie mówiąc, że chcą przejąć w nim władzę.

- Przedsmak metod tej grupy mieliśmy na kwietniowym zebraniu, kiedy przegłosowała rezolucję potępiającą działania straży miejskiej wobec Michała Stróżyka z “Gazety Polskiej” – opowiada Krzysztof Bobiński, sekretarz warszawskiego oddziału SDP, publicysta “European Voice”. – Gdy chcieliśmy, żeby przed podjęciem tej rezolucji pokazano film z tego zajścia, byśmy mogli ocenić, co tam się stało, zakrzyczeli nas, że to niepotrzebne.

Na zjazd prawica zdołała zmobilizować ponad 60 delegatów. Popierali kandydaturę Krzysztofa Czabańskiego, który w czasach rządów PiS kierował Polskim Radiem, a w latach 90. był naczelnym “Expressu Wieczornego”, gdy właścicielem tej gazety było Porozumienie Centrum – partia Jarosława Kaczyńskiego.

Przeciwko Czabańskiemu stanął Grzegorz Cydejko, publicysta magazynu “Forbes” i szef SDP w Warszawie.

Głosowania trwały w sobotę i w niedzielę. Dwa razy nieznacznie wygrał Cydejko, ale w ostatnim głosowaniu przewagę 66 do 65 zdobył Czabański, bo opowiedzieli się za nim delegaci popierający dwóch kandydatów, którzy odpadli wcześniej.

Dlaczego Czabański nie został prezesem? Bo zwycięzca potrzebował ponad 50 proc. głosów. Głosowało 149 delegatów, 17 się wstrzymało. Zjazd został zawieszony na dwa tygodnie, wtedy wybory będą powtórzone.

- Nie tylko nie udało się wybrać nowego prezesa, ale wybory zabrały nam czas na uchwalenie ważnych rezolucji, które dotyczyły wsparcia dla siedzących w więzieniach dziennikarzy tureckich, dla opozycji białoruskiej i dla Andrzeja Poczobuta [uwięzionego na Białorusi korespondenta "Gazety Wyborczej] – mówi Bobiński.

SDP istnieje od 1951 r. W 1980 i 1981 r., poparło “Solidarność”, więc w stanie wojennym zostało rozwiązane. Po reaktywacji w 1982 r. władze w Stowarzyszeniu przejęli działacze lojalni wobec władz PRL. Po 1989 r. nastąpił podział na SDP (które przejęło siedzibę i majątek organizacji) oraz Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, do którego przeszli dziennikarze o poglądach lewicowych.

Do SDP należy ok. 2 tys. osób, ale dziennikarze młodsi i najaktywniejsi zawodowo nie chcą działać w organizacji, chociaż jednym z jej celów jest obrona interesów zawodowych tej grupy.

W ostatnich latach SDP skłaniało się coraz bardziej ku prawej stronie sceny politycznej. Popierało lustrację środowiska i nie broniło dziennikarzy usuwanych z pracy w czasach rządów PiS. Dopiero ostatnio do głosu zaczęli dochodzić tam działacze umiarkowani.

Kiedy członkiem SDP chciał zostać Jerzy Targalski (w Polskim Radiu był zastępcą Czabańskiego i dokonywał tam czystek), odmówiono mu przyjęcia. “Pana postawa moralno-etyczna w okresie, gdy zajmował Pan stanowisko v-ce Prezesa Polskiego Radia (co zresztą zataił Pan w złożonym wniosku), udział w weryfikacji pracowników, a przy tym obrażanie ich i poniżanie sprawia, że nie spełnia Pan wymogów statutowych”- napisali w uzasadnieniu członkowie warszawskiego SDP.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75248,9730240,Prawica_omal_nie_wziela_SDP.html