Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

07-12-2011, 21:39

Opuszczony dziennikarz, czyli o lojalności redakcji – Tomasz Szymborski  »

SDP
Tomasz Szymborski
07-12-2011

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich zapewni opiekę prawną dziennikarzowi, której nie zapewniła redakcja “Dziennika Zachodniego”, gdzie pracował. Dziennikarz po kilkuletnim procesie został skazany z artykułu 212 kodeksu karnego.

Wiele mówi się i pisze o kryzysie dziennikarstwa. Coraz mniej jest dziennikarzy, coraz więcej – media workerów. Niedobitki z naszej branży zajmują się jeszcze dziennikarstwem śledczym (nie przeciekowym, czyli nie korzystają z „kwitów”, łaskawie podsuwanych przez różne instytucje).

Czyja to wina? Czy dziennikarz zajmujący się kontrowersyjnym tematem ma poczucie, że “w razie czego” jego redakcja stanie za nim murem i zapewni opiekę prawną? Niestety, nie ma.

Ponieważ miałem szczęście pracować w redakcjach (“Rzeczpospolita”, “Dziennik Polska Europa Świat”), które poczuwały się do lojalności wobec swoich dziennikarzy, to nie mogę przejść do porządku dziennego nad przypadkiem Michała Tabaki, byłego już dziennikarza “Dziennika Zachodniego”, gazety należącej do prasowego koncernu, któremu jak widać zasady lojalności i przyzwoitości wobec byłych pracowników, są obce.

Redaktor Tabaka napisał do mnie e-maila. Tak się bowiem złożyło, że jestem Prezesem Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w Katowicach oraz przewodniczącym Komisji Interwencyjnej Zarządu Głównego SDP. Opisał, w jaki sposób jego dawny pracodawca – redakcja “Dziennika Zachodniego” potraktowała i opuściła go podczas sądowej potyczki. Poprosił SDP o pomoc.

Ponieważ  sposób potraktowania Michała Tabaki przez redakcję “Dziennika Zachodniego” oraz wymiar sprawiedliwości jest tak nieprawdopodobny, że postanowiłem zamieścić fragmenty jego listu:

“Sprawa ma swój początek w lutym 2006 r. Do redakcji DZ trafia Michał Figlus, ówczesny poseł z ramienia Samoobrony. Ma temat dotyczący sprowadzenia przez prezesa Sądu Rejonowego w Zawierciu samochodów (opel vectra), który ma wady prawne.

Po kilku rozmowach postanawiam się podjąć pisania tej historii. Rozmawiam z kilkoma osobami, w tym samym prezesem sądu. Powstaje tekst – czoło DZ z 22 lutego 2006 r. (z przerzutem na s. 7).

Pół roku później prezes sądu składa akt oskarżenia – z tytułu art. 212 kk przeciwko mnie i ówczesnej naczelnej DZ – Elżbiecie Kazibut-Twórz.

Byłem wtedy etatowym dziennikarzem DZ, ale de facto od samego początku było dla mnie pewne, że będę miał swojego własnego adwokata. Dlaczego? Poprzednie doświadczenia działu reporterskiego (w którym wtedy pracowałem) z adwokatami z kancelarii reprezentującej DZ nie napawały bowiem optymizmem. Zdarzało się, ze adwokaci zapominali o kolejnych terminach rozpraw, nie przykładali się do prowadzonych postępowań, dawali do podpisania dziennikarzom czyste kartki – in blanco, etc.

W tym przekonaniu utwierdziła mnie sytuacja z początku sprawy, kiedy kolejne rozprawy były organizowane jeszcze w sądzie na Placu Wolności w Katowicach. Kilkanaście minut przed rozprawą otrzymałem telefon z redakcji, że nie muszę dzisiaj iść do sądu, bo rozprawę przełożono. Zaraz potem zadzwoniłem do swojego adwokata z pytaniem, czy to prawda. Ten się bardzo zdziwił. Ja z resztą te, bo rzekomo przełożona rozprawa jak najbardziej odbyła się we wcześniej wskazanym terminie.

W tym miejscu tylko nadmienię, że za ten tekst w DZ otrzymałem 80 zł, a na adwokata – na przestrzeni już ponad 5 lat – wydałem ponad 10 tys. zł.

Pierwszym wyrokiem sądu było umorzenie – ze względu na znikomą szkodliwość czynu. Potem były dwa uniewinnienia.

Dalszy scenariusz za każdym razem był taki sam: oskarżyciel prywatny (prezes Sądu Rejonowego w Zawierciu) składał apelację, ta za każdym razem okazywała się skuteczna i sprawa wracała do poprzedniej instancji; rzecz jasna z obligatoryjną zmianą przewodniczącego orzekającego.

Znamienne jest to, że w ciągu ostatniego 1,5 roku zorganizowano w sumie 23 rozprawy (ich efektem był ostatni uniewinniający wyrok). Teraz, na przestrzeni zaledwie 1,5 miesiąca, wyznaczono przeszło 10 rozpraw. Skąd nagle taki pośpiech? Odpowiedź jest banalna. Otóż brak pośpiechu byłby bardzo nie na rękę oskarżycielowi prywatnemu. Sprawa bowiem przedawnia się 22 lutego 2012 r.

I rzeczywiście: sąd bardzo szybko wydał wyrok skazujący, w uzasadnieniu (w procesie karnym!!!) kierując się takimi stwierdzeniami, jak “zazwyczaj”, “raczej”; zapominając o tym, że takie sformułowania wykluczają bezsprzeczne rozstrzygnięcie (ktoś jest fajny, czy raczej fajny, a może zazwyczaj fajny?). W takim zaś przypadku obowiązuje rzymska zasada: in dubio pro reo – wiąże się z jedną z obowiązujących zasad polskiego procesu karnego, zasadą domniemania niewinności. […]

Kolejna sprawa: sąd uznał w uzasadnieniu, że postanowił oceniać cały tekst, a nie wskazane w akcie oskarżenia fragmenty. Jakim prawem??? Czy to sąd mnie oskarżył (czyli Skarb Państwa), by do woli decydować, co może być przedmiotem oskarżenia, a co nie? To po co akt oskarżenia? Na jakiej zasadzie prawnej przewodniczący składu sędziowskiego wyręczył oskarżyciela prywatnego?

Przez cały okres (od sierpnia 2006 r.) mam swojego adwokata, któremu płacę za każdą rozprawę, niezależnie, czy ta trwa 5 minut, czy może 5 godzin.

W tzw. międzyczasie – w odstępie 2,5 roku – zostałem szczęśliwym ojcem dwóch synów, co w oczywisty sposób determinuje moje dodatkowe wydatki.

Uprawomocnienie się skazującego wyroku oznacza dla mnie utratę pracy – obecnie piastuję stanowisko rzecznika prasowego prezydenta Siemianowic Śl. Osoby skazane nie mogą zaś pracować w jednostkach samorządu terytorialnego. Więc z dwójką dzieci, z żoną na urlopie macierzyńskim po prostu nie będę miał za co żyć.

Tyle historia sądowego dramatu Michała Tabaki.

Dla klarowności przekazu warto jeszcze dodać, że była redaktor naczelna “Dziennika Zachodniego” w tej samej sprawie została uniewinniona. Nie musiała też z własnej kieszeni pokrywać kosztów adwokata, bo tego zapewnił jej wydawca. Taki mały luksusik przynależny szefom…

Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich pomoże redaktorowi Tabace. Zapewnimy pomoc prawną. Wystąpimy też do Ministra Sprawiedliwości o objęcie tej sprawy nadzorem. Zachowamy się po prostu przyzwoicie.

Tomasz Szymborski

Całość: http://www.sdp.pl/opuszczony-dziennikarz-artykul-tomasza-szymborskiego

07-12-2011, 17:30

Prof. Walery Pisarek doktorem honoris causa Uniwersytetu Śląskiego  »

Dziennik Zachodni
MCH
07-12-2011

Mistrz wielu pokoleń polonistów i dziennikarzy, znakomity uczony i autorytet w sprawach polszczyzny, prof. Walery Pisarek, otrzymał dziś tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego. Na twarzach składających mu życzenia gości można było dostrzec tremę. Profesor nawet podczas rozmowy potrafi wyłapać źle postawiony przecinek.

Prof. Walery Pisarek z tytułem doktora honoris causa Uniwersytetu Śląskiego

- Jest mi ogromnie miło, że dostaję ten tytuł z rąk tego uniwersytetu – podkreśla prof. Walery Pisarek. – Teraz jestem podwójnym doktorem tej uczelni. Pierwszy doktorat, będący początkiem drogi naukowej, dostałem w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Katowicach – przypomina.

Ze Śląskiem związany jest jednak nie tylko naukowo. Podczas studiów magisterskich profesor został aresztowany “za przynależność do nielegalnej organizacji o charakterze antypaństwowym” i uwięziony w krakowskim więzieniu. W tamtym czasie został też skierowany do pracy w kopalniach. – Fedrowałem najpierw w Brzeszczach, potem w Bobrku – przypomina prof. Pisarek. – Wrzucałem węgiel na taśmę, potem pracowałem na przodku.

Najpiękniejsze, co może się zdarzyć to wchodzenie w ziemię z pełną gwarancją, że nigdy tam stopa ludzka nie postała. Mimo wszystko miło wspominam ten okres – zaznacza. Kiedy miał 20 lat zdał egzamin z wynikiem bardzo dobrym na młodszego rębacza.

W 1973 roku Rada Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Jagiellońskiego, z którym jest związany do dziś, na podstawie rozprawy habilitacyjnej “Frekwencja wyrazów w prasie” nadała mu stopień doktora habilitowanego. Profesor był inicjatorem powstania Rady Języka Polskiego, której dziś jest także honorowym przewodniczącym. Należy do międzynarodowej organizacji IAMCR/AIERI, zajmującej się badaniami związanymi z mediami, komunikacją i informacją.

Pracował również w zespole ekspertów UNESCO ds. badań nad komunikowaniem i napisał ponad 700 prac naukowych. Od lat pięknym językiem mówi o języku i niestrudzenie popularyzuje jego poprawną i elegancką formę.

- Prof. Walery Pisarek to połączenie skromności i prostolinijności z niezwykłą wiedzą – zaznacza rektor Uniwersytetu Śląskiego, prof. Wiesław Banyś. – Mnie się marzy, abyśmy mieli samych Walerych Pisarków w naszym uniwersytecie i w naszym życiu akademickim, bo to jest wspaniały przykład do naśladowania dla wszystkich. Myślę, że na tym doktoracie nic się nie kończy i jest to początek kolejnych działań i naszej szczęśliwej, i owocnej współpracy.

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/stronaglowna/480636,prof-walery-pisarek-doktorem-honoris- causa-uniwersytetu,id,t.html

06-12-2011, 19:40

Autorzy wPolityce.pl powołali stowarzyszenie  »

Press
KOZ
06-12-2011

Powstało Stowarzyszenie Edukacji Medialnej i Społecznej im. Jana Liszewskiego, dzięki któremu można przeznaczać darowizny na środowisko portalu wPolityce.pl.

”Zarówno portal wPolityce.pl, jak i Stowarzyszenie, służą temu samemu celowi – budowie niezależnych, silnych mediów. To zadanie istotne szczególnie dziś – w sytuacji, gdy medialny pluralizm w mediach najsilniejszych staje się własną karykaturą, a jednocześnie pojawiają się nowe zagrożenia, tak dla naszej suwerenności państwowej, jak i dla naszej tożsamości” – napisał w serwisie Jacek Karnowski, prezes Stowarzyszenia i jednocześnie redaktor naczelny wPolityce.pl. Prócz niego w zarządzie Stowarzyszenia zasiadają również Piotr Zaremba i Marek Pyza.

Jak tłumaczy Karnowski, powołano Stowarzyszenie, by ”jeszcze skuteczniej budować niezależne media oraz środowisko wokół nich skupione”. ”W planach mamy m.in. powołanie profesjonalnego miesięcznika, jeszcze tej jesieni. Pojawiło się również kilka ciekawych pomysłów na duże, ogólnopolskie akcje społeczne, o których już wkrótce Państwu opowiemy” – zapowiada.

Całość: http://www.press.pl/newsy/internet/pokaz/27707,Autorzy-wPolityce_pl-powolali-stowarzyszenie

06-12-2011, 10:20

Dziennikarz Polsatu pozwał górnicze związki  »

Gazeta Wyborcza Katowice
Marcin Pietraszewski
06-12-2011

Damian Klos, reporter Polsatu, domaga się od “Solidarności” oraz Związku Zawodowego “Kadra” ponad 8 tys. zł odszkodowania. Podczas jednej z manifestacji górniczych wystrzelona petarda raniła go w nogę.

Sprawa dotyczy pikiety, do jakiej w maju 2000 r. doszło przed siedzibą Związku Pracowników Węgla Kamiennego w Katowicach. Kilka tysięcy górników ze wszystkich central związkowych w regionie protestowało przeciwko wypowiedzeniu przez pracodawców Układu Pracy Zbiorowej, który regulował kwestie wynagrodzeń. Pikieta miała bardzo burzliwy przebieg, związkowcy zabrali ze sobą style od łopat, siekiery, palili opony i rzucali petardami. Jedna z nich trafiła Damiana Klosa, korespondenta Polsatu na Śląsku (obecnie pracuje dla tej stacji na Warmii i Mazurach).

- Petarda eksplodowała mi na udzie i wyszarpała kawałek ciała – wspomina Klos. Prosto z pikiety dziennikarz trafił na pogotowie, potem przez dwa tygodnie był na zwolnieniu lekarskim. Prokuratura uznała, że jego zranienie to przestępstwo, ale z powodu niewykrycia sprawców umorzyła śledztwo.

Teraz Klos domaga się ponad 8 tys. zł odszkodowania wraz z odsetkami za doznane obrażenia oraz utracone w wyniku zranienia zarobki. Pozwanymi są “Solidarność” oraz Związek Zawodowy “Kadra”, których przedstawiciele brali udział w pikiecie.

- Co prawda jej organizatorem był Międzyzakładowy Zespół Negocjacyjny Górnictwa, ale ten twór nie ma osobowości prawnej, więc pozwaliśmy najważniejszych uczestników, którzy nie mieli zgody na demonstrację – mówi Lech Obara, radca prawny reprezentujący Klosa. Przed laty zasłynął on tym, że toczył spór z siecią handlową Biedronka, w której łamano prawa pracowników. Obara wygrał kilkanaście procesów.

“Solidarność” współczuje Klosowi, ale nie poczuwa się do odpowiedzialności za jego obrażenia, bo to nie ona organizowała pikietę. I przypomina, że Klos nie został ranny w wyniku celowej napaści. – To był wypadek, o który nietrudno podczas gorących związkowych protestów. Takie zdarzenia są wpisane w trudną i ważną pracę dziennikarzy – mówi Wojciech Gumułka, rzecznik “Solidarności”.

Na razie nie wiadomo, czy dziennikarz Polsatu dostanie odszkodowanie, bo sąd pierwszej instancji odrzucił jego pozew, uznając, że roszczenia się przedawniły po 10 latach. Jego prawnik zapowiada jednak złożenie apelacji. I ma duże szanse na uchylenie decyzji sądu, bo cztery lata temu zmieniły się przepisy dotyczące okresu przedawnienia. – W przypadku roszczeń za szkody powstałe na drodze przestępstwa ten okres został wydłużony do 20 lat – potwierdza sędzia Krzysztof Zawała, rzecznik Sądu Okręgowego w Katowicach. To oznacza, że sprawa reportera Polsatu przedawni się dopiero w 2020 r.

Według Obary proces z powództwa Klosa będzie wyznaczał linię orzecznictwa polskich sądów w sprawach dotyczących ranienia dziennikarzy lub niszczenia ich sprzętu przez demonstrantów. I przypomina, że podczas obchodów Święta Niepodległości demonstranci spalili wóz transmisyjny TVN, a kilka dni później pobili pracowników Polsatu.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35019,10764784,Dziennikarz_Polsatu_pozwal_gornicze_zwiazki.html

05-12-2011, 18:59

Miała prawo wyrazić przypuszczenie. Gracjana Ch. uniewinniona od zarzutu zniesławienia – uzasadnienie wyroku  »

Helsińska Fundacja Praw Człowieka
05-12-2011

Sąd Rejonowy z Zabrzu nie podzielił argumentacji oskarżyciela prywatnego, Wiesława Ś., dyrektora Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu. W sporządzonym przez siebie akcie oskarżenia zarzucił on Gracjanie Ch. zniesławienie go na antenie TV Silesia. Gracjana Ch. powiedziała tam o swoim podejrzenie co do stanu trzeźwości Wiesława Ś. podczas jednej z imprez kulturalnych. Zdaniem sądu wypowiedź Gracjany Ch. w ogóle nie zawierała znamion przestępstwa zniesławienia (art. 212 Kodeksu Karnego), gdyż miała charakter opinii – subiektywnej oceny. Co więcej, Gracjana Ch. pozostawała w uzasadnionym przekonaniu co do prawdziwości tej opinii. O wyroku w tej sprawie pisaliśmy wcześniej, teraz publikujemy pisemne uzasadnienie wyroku wraz z jego omówieniem.

Wyrok uniewinniający (II K 1253/10) zapadł 16 września 2011 roku i zakończył w pierwszej instancji postępowanie, któremu „Obserwatorium Wolności Mediów w Polsce” przyglądało się od dłuższego czasu. W uzasadnieniu orzeczenia można dostrzec wiele argumentów sytuujących się w ugruntowanej linii orzeczniczej Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Sztrasburgu, dotyczącej wolności słowa.

Najważniejszy z nich to rozróżnienie wypowiedzi na twierdzenia o faktach i sformułowania ocenne – opinie. Te drugie nie poddają się analizie w kategoriach prawdy i fałszu. By mogły korzystać z ochrony na podstawie przepisów gwarantujących swobodę wypowiedzi, powinny jedynie znajdować “dostateczną podstawę faktyczną” – czyli zwykłe oparcie w rzeczywistości (zob. np. wyrok ETPC Feldek przeciwko Słowacji, nr skargi 29032/95). W sprawie Gracjany Ch. Sąd Rejonowy w Zabrzu stwierdził, że rzekomo zniesławiająca wypowiedź miała de facto charakter opinii. „Tego typu wypowiedzi o charakterze ocennym (…) mogą podlegać odpowiedzialności karnej z art. 212 k.k. jedynie w sytuacji wykazania, iż sprawca działał ze świadomością nieprawdziwości informacji i ocen o postępowaniu oraz właściwościach innej osoby” – można przeczytać w uzasadnieniu wyroku. Takiej świadomości z pewnością nie można przypisać oskarżonej Gracjanie Ch., przeciwnie, “jej przekonanie było usprawiedliwione – zachowanie oskarżyciela prywatnego (Wiesława Ś. – HFPC) zostało podobnie ocenione przez osoby jej towarzyszące.” A zatem kwestionowana wypowiedź Gracjany Ch. znajdowała “dostateczną podstawę faktyczną”.

Ponadto sąd wskazał, że przestępstwo zniesławienia można popełnić tylko umyślnie, zaś oskarżycielowi prywatnemu nie udało się udowodnić oskarżonej Gracjanie Ch., że formułując wypowiedź na antenie TV Silesia miała zamiar jego zniesławienia. Przyjęciu takiego stanowiska stoi na przeszkodzie fakt, iż oskarżona działała w pełnym przekonaniu o prawdziwości przekazywanych informacji.

Kwestie związane z rzetelnością dziennikarską sąd pozostawił poza zakresem rozważań. Gracjana Ch. była wprawdzie dziennikarką portalu zabrzanie.pl, jednak udzielając wywiadu telewizji TV Silesia występowała jako osoba prywatna, nie była autorem wyemitowanego materiału, nie brała udziału w jego montażu i nie miała żadnego wpływu na jego formę.

Podsumowując motywy wyroku sąd poczynił dwa bardzo ważne spostrzeżenia. Po pierwsze, mając świadomość, że wypowiedzi ocenne nie wypełniają znamion przestępstwa zniesławienia, lecz mimo to mogą być w subiektywnym odczuciu adresata krzywdzące, sąd stwierdził, że “całkowity zakaz formułowania tego typu wypowiedzi godziłby w dobra prawne o charakterze nadrzędnym i powszechnym, stanowiące gwarancję demokratycznego państwa, jakimi są wolność prasy, wolność słowa i wypowiedzi oraz prawo do informacji”. W tej konkretnej sprawie powody, dla których Wiesław Ś. zdecydował się na oskarżenie Gracjany Ch. o przestępstwo musiały ustąpić wobec nadrzędnych dóbr prawnych, w szczególności wobec swobody wypowiedzi.

Po wtóre sąd zauważył, że “prawo karne jako subsydiarne, nie zawsze jest właściwą płaszczyzną dochodzenia zadośćuczynienia w wypadku naruszenia dóbr osobistych”. Tym samym sąd nawiązał do zgłaszanych od dawna, zarówno przez Helsińską Fundację Praw Człowieka, jak również przez liczne środowiska dziennikarskie i inne, zastrzeżeń co do nieproporcjonalności art. 212 Kodeksu Karnego. Na wadliwość konstrukcji odpowiedzialności karnej za słowo, jako nazbyt surowej i represyjnej, kneblującej swobodę wypowiedzi i dławiącej istotne dla społeczeństwa debaty publiczne, wskazywaliśmy niejednokrotnie (zob. stronę poświęconą kampanii społecznej: Wykreśl 212 KK). Dochodzeniu rekompensaty za naruszenie dobrego imienia winna służyć droga cywilna, tym bardziej że Kodeks Cywilny przewiduje w art. 23-24 daleko idącą ochronę dóbr osobistych.

Wyrok Sądu Rejonowego w Zabrzu może służyć jako przykład dobrej praktyki w orzekaniu w sprawach o zniesławienie.

Orzeczenie jest nieprawomocne. Oskarżyciel prywatny Wiesław Ś. złożył już apelację.

Całość: http://www.hfhrpol.waw.pl/obserwatorium/index.php?option=com_content&view=article&id=4028:miaa-prawo-wyrazi-przypuszczenie-gracjana-ch-uniewinniona-od-zarzutu-zniesawienia&catid=40:zkraju&I temid=34

05-12-2011, 11:28

Dziennikarz, czyli kto?  »

Przegląd
Bronisław Tumiłowicz
05-12-2011

– Prawdziwych dziennikarzy można ukształtować, bazując na solidnej wiedzy zdobytej na studiach innych niż dziennikarskie. Nie mam nic przeciwko studiom dziennikarskim. Ale nie łudźmy się, że na poziomie licencjackim czy magisterskim wykształci się kogoś więcej niż rzemieślnika – mówi prof. Daria Nałęcz, rektor Uczelni Łazarskiego. Część ludzi buntuje się przeciw tabloidyzacji mediów poprzez usuwanie telewizorów ze swoich domów. – Można żyć bez telewizora i rozwijać się, ale zupełne pozbawienie się mediów elektronicznych to zwykła przesada. Media są dobrym komunikatorem, szybko zdobywamy wiedzę niekiedy niedostępną w inny sposób, ale są też przekazy bezwartościowe, irytujące, np. żerujące na sensacji – dodaje pani profesor.

Czy zdaniem pani profesor uniwersyteckie kształcenie zawodowców dziennikarskich ma sens?

– Nie mam nic przeciwko studiom dziennikarskim. Ale nie łudźmy się, że na poziomie licencjackim czy magisterskim wykształci się kogoś więcej niż rzemieślnika. A ten zawód to przecież znacznie więcej niż tylko codzienne rzemiosło. Prawdziwych dziennikarzy można ukształtować na studiach podyplomowych, bazując na solidnym fundamencie wiedzy zdobytej na studiach innych niż dziennikarskie. Dopiero kiedy ma się rzetelną wiedzę dotyczącą konkretnej dziedziny życia, warto poznać warsztat i np. wiedzieć, jak się pisze reportaż, niezależnie od tego, czy dziennikarz traktuje zawód jako działalność biznesową czy misyjną.

Posłannictwo

Czy wykształcony dziennikarz jest już przygotowany do pełnienia misji społecznej?

Prof. Daria Nałęcz

– Po pierwsze, trzeba ustalić, czym jest owa misja, bo to wyraz nie tylko dobrej woli, lecz także pewnych wartości, które się wyznaje. W początkach polskiej prasy i dziennikarstwa misją była walka o tożsamość narodową, o kształt państwa, o jego przetrwanie i reformy. Autorzy podejmowali wysiłek walki o Polskę, o jej kształt polityczny i prawny, widzieli pewien wyższy cel i walczyli o niego, nie patrząc na korzyści czy ryzyko podejmowania takich tematów. Nie chodziło im o honorarium, nie mogli też mieć pewności, czy nic złego ich nie spotka. I tak było aż do uzyskania niepodległości w 1918 r. Polskie dziennikarstwo wyrosło więc z misji i z pracy w warunkach ekstremalnych, ale później, gdy dziennikarze niczego nie musieli już się wyrzekać, sytuacja zawodowa się znormalizowała, misja zaś zaczęła zanikać, a przynajmniej nie każda działalność prasowa była już misyjną. W warunkach niepodległości dziennikarz mógł w sposób nieskrępowany podnosić zagadnienia polityczne i traktować zawód jako biznes, tak jak na Zachodzie. Wcześniej nasza prasa nie wchodziła tak często w obszar sensacji, erotyki i historii kryminalnych.

Myśli pani o dziennikarstwie w II Rzeczypospolitej?

– Tak, choć jego sytuacja też była specyficzna.

W okresie PRL też mówiono, że media wypełniają ważną misję.

– Mówiono, choć do lat 70. i pojawienia się pism tzw. drugiego obiegu praktycznie cała prasa była koncesjonowana i przez władzę, a obywateli również, uważana za element propagandy ówczesnego państwa komunistycznego, a nie żadną misję. Trzeba jednak przyznać, że w PRL istniały środowiska, głównie katolickie, które nie dbały o wygodę ani o koniunkturę, ale starały się szerzyć diametralnie inną myśl niż prokurowana przez aparat polityczny. Np. “Tygodnik Powszechny”, teraz przez niektórych dziwnie oceniany, podjął heroiczną walkę o “inną prawdę”, a pracujący w nim ludzie ryzykowali wszystko. Może nie życie, jak podczas okupacji, gdy ukazywało się w naszym kraju aż 1,5 tys. podziemnych gazet i czasopism, ale ich poświęcenie było wystarczająco duże, aby nazwać je pełnieniem misji. Dziennikarze “Tygodnika” nieśli odważne przesłanie do narodu w obronie wartości, a różnie wtedy bywało, mogli stracić pracę, znaleźć się na czarnej liście z zakazem pisania, a nawet trafić do więzienia. Trudno uznać, aby ówczesna prasa reżimowa takie cele realizowała.

Dzisiaj takiego misyjnego dziennikarstwa już nie ma?

– Z misją dziennikarską jest podobnie jak z patriotyzmem. Każda epoka, każdy czas historyczny modeluje je w specyficzny sposób. Dzisiaj w zachowaniach i postawach dziennikarskich nie ma elementów etosu ukształtowanego w latach walki o wolność i zmagań z dyktaturą. Ale nie oznacza to, że nie ma zachowań ideowych, podyktowanych wyższymi wartościami, a nie wyłącznie celami komercyjnymi. Dziś, kiedy można powiedzieć wszystko w dowolnej formie, gdy można nawet każdego opluć, zwłaszcza w brutalnej rywalizacji politycznej, pole dla misji widziałabym w sferze obyczajowości i walki o tolerancję. Sfera obyczajowości często wywołuje agresję i w sporze na jej temat mogą polecieć nawet kamienie z chodnika.

Czy tylko walka o tolerancję jest godna postawy misyjnej?

– Z pewnością nie tylko. Takie postawy rodzą się zawsze wtedy, gdy zagrożone są wartości wyznawane przez środowiska opiniotwórcze i intelektualne. Środowiska uniwersyteckie, wolnościowe i liberalne z rosnącym zaniepokojeniem zaczęły reagować na propozycje tzw. IV Rzeczypospolitej. Część środowisk dziennikarskich też się włączyła w ten nurt obrony wartości demokratycznych i liberalnych.

Jestem pewien, że “druga strona”, a więc np. dziennikarze i sympatycy “Gazety Polskiej”, była przekonana, że to właśnie ona wypełnia ważną misję w sytuacji zagrożenia najświętszych wartości.

– Nad tym stwierdzeniem trudno przejść do porządku dziennego. Trzeba raczej się zastanowić, gdzie się kończy misja, a zaczyna jej przeciwieństwo i stajemy na skraju przepaści. Nie można oceniać źle walki o tożsamość narodową. Wszystkie nacje podkreślają swoją rolę w historii, podnoszą własne osiągnięcia cywilizacyjne itd. Trudno znaleźć polityka, który powiedziałby o rodakach: “Jesteśmy przypadkowym zbiorowiskiem, które nie ma żadnego istotnego celu”, choć pamiętamy, że i u nas pojawił się ktoś, kto nazwał Polaków przypadkowym społeczeństwem. Kiedy jednak wartości stają się tylko instrumentem walki politycznej, bariera zostaje przekroczona. Taka misja okazuje się wówczas elementem społecznej destrukcji. Cele misji muszą być z gruntu pozytywne, a nie niszczące.

Dryfowanie dziennikarstwa

Nad zawodem dziennikarskim nie tylko zawisły chmury „misyjnej manipulacji”, lecz także rozciąga się przed nim otchłań tabloidyzacji całego przekazu medialnego.

– Po części chyba tak jest. Nie chcę nikogo obrażać, zwłaszcza że daleko idące uogólnienia byłyby niesprawiedliwe, ale w masowym wydaniu biznes bierze górę nad innymi elementami komunikacji społecznej. Coraz mniej jest miejsca na przekaz intelektualny, ale wszystkie telewizje zgodnie sprawdzają, który program cieszy się wysoką oglądalnością. To oczywiście ważny wskaźnik, tylko że niemający nic wspólnego z misją.

Wiele osób mówi dziś: nie oglądam, bo nie mam telewizora.

– W takich stwierdzeniach więcej jest chyba kokieterii niż prawdy. Potrzebne są nam przecież szybkie komunikaty z kraju i ze świata. Istnieje też spora sfera dziennikarstwa popularyzującego technikę, kulturę, świat przyrody, podróże, a nawet kulinaria. To swoista misja oświeceniowa. Media są dobrym komunikatorem, szybko zdobywamy wiedzę niekiedy niedostępną w inny sposób, ale są też przekazy bezwartościowe, irytujące, np. żerujące na sensacji. W to też zaangażowani są dziennikarze. Do tego dochodzi obfita oferta rozmaitej rozrywki, seriale, które rzadko spełniają jakieś ważniejsze funkcje edukacyjne. Oczywiście można żyć bez telewizora i rozwijać się, ale zupełne pozbawienie się mediów elektronicznych to zwykła przesada. Lepiej zdać sobie sprawę, że wszelki przekaz wymaga krytycznej oceny, i nie wierzyć w każde podawane słowo. Warto nauczyć się korzystać z tego, co pożyteczne. I tego m.in. staramy się uczyć naszych studentów.

Czy można podać wzorzec dziennikarskich cnót? Mamy przecież Radę Etyki Mediów, jest kodeks etyczny, a w ostateczności dziennikarza pozywa się do sądu.

– Łatwiej powiedzieć, jak nie być nieetycznym, niż jak postępować etycznie. Są zresztą sprawy, o których Rada Etyki Mediów w ogóle się nie wypowiada, a które budzą sprzeciw. Zdarzają się błędy w pracy dziennikarza, ale wtedy warto oddzielić intencje twórcy od np. działania na czyjeś zamówienie. Niektórzy używają argumentu, że skoro ludzie chcą płytkiej sensacji, to tę sensację im się daje. Ale nie ma co się oszukiwać, że to działanie w imię jakichś wartości czy misji.

Przykłady?

– Trudno byłoby znaleźć idealny przykład. Na pewno są dziennikarze niekoniunkturalni, mający zwarty system poglądów, o które gotowi byliby się bić. I wcale nie muszą to być jedynie ci, z którymi się zgadzam. Nie chciałabym tylko dziennikarskiego łobuzerstwa, aby dopasowywać wartości do potrzeb danej chwili. Jestem natomiast przeciwko uporczywemu doktrynerstwu, walce do upadłego o jakieś racje, bez wysłuchania innych.

Szczyt dziennikarstwa?

Tomasz Lis prowadzący program “Co z tą Polską?” zdobył taką popularność i autorytet, że jego nazwisko było nawet uwzględniane wśród kandydatów na prezydenta. Czy to nie jest przykładem dziennikarstwa misyjnego?

– Trudno mi się wypowiadać na temat konkretnych programów. Ale na pewno dziennikarstwo misyjne musi być odgrodzone wysokim murem od bezpośredniego uprawiania polityki. Co zresztą potwierdza przywołany przez pana przykład, bo przecież prowadzący program “Co z tą Polską?” na kandydowanie się nie zdecydował. Co więcej, zapłacił wysoką cenę za brak natychmiastowego wykluczenia takiej perspektywy.

A co sądzić o przypadkach, gdy znani dziennikarze w odruchu solidarności stosują efekciarskie chwyty i zamykają się np. w klatce?

– Miejsce dziennikarzy jest w mediach, a nie w klatkach. Choć z drugiej strony, nie bagatelizowałabym roli zawodowej, dziennikarskiej solidarności. A o nią przecież chodziło w przywołanym przykładzie. Tylko czy na pewno broniono wówczas słusznej sprawy? Jeśli dziennikarz prawdziwie informował o nadużyciach władzy, to postępował zgodnie z funkcją kontrolną mediów i trzeba go było bronić. Gorzej, jeśli posiadanej władzy nadużył, jeśli złapano go na tym, że działał z innych pobudek. Takie bowiem zachowanie powinno go dyskwalifikować w zawodzie. Są definicje dziennikarza, które mówią, że powinien on być tylko bezstronnym pośrednikiem między odbiorcą a władzą, pomocnikiem w zrozumieniu otaczającej nas rzeczywistości, ale chyba nie można żądać, by się wyzbył wszelkich emocji. Ważne, by nie manipulował źródłami informacji. Taki zarzut dyskwalifikuje zarówno historyka, jak i dziennikarza. Istotna jest uczciwość w wykonywaniu tego zawodu, ale to nie staje się od razu spełnianiem misji.

Bronisław Tumiłowicz

Prof. Daria Nałęcz – w latach 1996-2006 była naczelnym dyrektorem Archiwów Państwowych. Była też dziekanem Wydziału Nauk Politycznych Akademii Humanistycznej w Pułtusku, a od 2008 r. jest rektorem Uczelni Łazarskiego. Specjalizuje się w historii Polski XIX i XX w. oraz w dziejach polskiej inteligencji. Napisała m.in. pracę “Zawód dziennikarza w Polsce: 1918-1939”.

Całość: http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/dziennikarz-czyli-kto