03-10-2012, 21:28
Grzegorz Miecugow: Politycy są zbyt aroganccy »
Przemysław Maksym
03-10-2012
Grzegorz Miecugow, dziennikarz TVN24, mówi w rozmowie z W24, że politycy PO to nygusy, a partie naciągają i oszukują obywateli. Odpiera zarzuty, że TVN sprzyja Platformie i Tuskowi, a także opowiada o ciekawej sytuacji z Wisławą Szymborską.
Z Grzegorzem Miecugowem rozmawiałem w siedzibie TVN przy Wiertniczej. Znanego dziennikarza chciałem zapytać o to, co zmotywowało go do udzielenie tak dużego, bo książkowego wywiadu Violetcie Ozmninkowski, który nosi ciekawy tytuł “Szkiełko i wokół”. Próbowałem też dopytać się o kilka faktów, które przedstawił w rozmowie. Okazał się rozmówcą nieprzeciętnym, choćby dlatego, że udzielając odpowiedzi na moje pierwsze pytania dotyczące treści książki, zaczął przedstawiać swoje bardzo ciekawe teorie i rozważania dotyczące obecnego stanu mediów w Polsce, a także polityki europejskiej. Redaktor Miecugow z wykształcenia jest filozofem. Jak sam podkreślił, to stąd jego skłonność to bardzo ciekawych dywagacji. Na mojej dziennikarskiej drodze to chyba pierwszy rozmówca z tych, o którym doświadczeni dziennikarze mówią, że można podstawić im dyktafon i słuchać, słuchać i jeszcze raz słuchać. Bez zadawania zbędnych pytań. Po rozmowie stwierdziłem, że redaktorowi można postawić zasadniczo dwa pytania: co pan sądzie o współczesnej polityce i jak w ostatnim czasie zmieniły się media w Polsce i w Europie? Odpowiadać mógłby bardzo długo, a ja usłyszałbym wszystko, czego chciałem się dowiedzieć.
Przemysław Maksym: Dlaczego zgodził się pan udzielić wywiadu – rzeki „Szkiełko i wokół”, w którym odsłania pan kulisy swojej kariery medialnej, a także prywatnego życia?
Grzegorz Miecugow: Pomysł wyszedł od Violetty Ozminkowski, którą Wydawnictwo Czerwone i Czarne zapytało, z kim teraz chciałaby przeprowadzić wywiad, a o ona odpowiedziała, że ze mną. Decyzja Violetty była trochę odpryskiem po dziesięcioleciu TVN24. Pisała artykuł na ten temat. Spodobało jej się wtedy, jak opowiadałem o historii stacji. Ja się trochę opierałem tej propozycji, bo nie uważam się za tak interesującą osobę, żeby udzielać wywiadu-rzeki. Ona jednak powiedziała, że w kluczowych dla Polski momentach byłem w najważniejszych w naszym kraju mediach. Jak się zmieniał ustrój, to byłem wtedy w Trójce, która przeżywała lata świetności. Potem pracowałem jako wydawca „Wiadomości”. Byłem też wśród ojców założycieli TVN i TVN24. To mnie przekonało.
A chciał pan podsumować swoją dotychczasową karierę, swoje życie?
Nie. A to dlatego, że nie skończyłem jeszcze 57 lat. Uważam, że w życiu zawodowym sporo jeszcze przede mną.
Jest pan szczęściarzem, bo przecież już od dziecka mógł pan przebywać w towarzystwie ciekawych osób. Interesująca historia z Wisławą Szymborską zdarzyła się panu, gdy miał pan półtora roku.
Gdy Szymborska została laureatką literackiego Nobla, byłem wydawcą “Wiadomości”. Zadzwoniłem wtedy do pensjonatu w Zakopanem, gdzie przebywała poetka. Chciałem, żeby udzieliła mi wywiadu, choć ona strasznie unikała dziennikarzy. Gdy recepcjonistka przekazała noblistce telefon, ta zapytała: “Grzesiu?”, a po chwili dodała: “… a pamiętasz, jak mi nasikałeś na kanapę?” Taka to zabawna historia mi się przydarzyła, gdy byliśmy jeszcze sąsiadami w Krakowie.
Potem spotkał pan m.in. Kisiela, Jacka Kaczmarskiego.
To, że się urodziłem w Krakowie, i mieszkałem w domu Związku Literatów Polskich, było wspaniałe, ale ja tego jako dziecko nie doceniałem. Szacunek przyszedł później. Może gdybym wcześniej wiedział, kim są osoby, które miałem możliwość spotykać, bardziej bym chwile z nimi spędzone doceniał. Np. w miarę regularnie spotykałem znanego aforystę Jana Sztaudyngera w restauracji w klubie ZLP. Szymborską pamiętam tylko z opowieści moich rodziców. Kisiela pamiętam, ale trochę jak przez mgłę. Miałem sześć lat, jak się wyprowadzał do Warszawy. Nawiązałem potem jakieś kontakty z Jurkiem, jego synem, po którym donaszałem ubranka. Spotykając Kaczmarskiego, już wtedy wiedziałem, że to jest nietuzinkowy gość. Byłem dla niego pełen podziwu. Był ode mnie z dwa lata młodszy, świetnie grał na gitarze i z łatwością układał teksty. Także znajomość z Jackiem zachowam głęboko w pamięci, w sercu.
A czy choroba nowotworowa, o której nie tak dawno opowiadał pan w mediach, miała wpływ na pana życie?
Ostatnio rozmawiałem z ks. prof. Michałem Hellerem o wierze. Nie doszliśmy jednak do porozumienia, choć mi się wydawało, że bardzo szybko się dogadamy. Obaj wierzymy w coś podobnego, tylko inaczej to nazywamy. Ja nazywam to Absolutem, a on Bogiem. U niego jest to wszystko jednak bardziej skomplikowane. Ja uważam, że siła sprawcza, która spowodowała Wielki Wybuch, jest właśnie tym Absolutem. I nie ma to nic wspólnego z Bogiem, a
już w szczególności z takim, w którego wierzą katolicy. Natomiast Heller uważa, że dzięki Bogu wszystkie struktury we Wszechświecie są uporządkowane i spójne, mają swoje miejsce. On w sposób bardziej skomplikowany niż Leibniz kilka wieków temu zadał pytanie, dlaczego za Bogiem stoi raczej coś niż nic.
Czy takie podejście do rzeczywistości nie utrudnia panu życia? Ja wierzę w Boga, którego stara mi się opisywać katolicyzm. Wynika z tego dla mnie jasno określony, choć nie zawsze łatwy do przestrzegania system norm, zakazów, według których próbuję żyć. Moja wiara mówi mi, że choć kiedyś umrę, to mam szansę na prawdziwe życie po śmierci, i będzie to życie wieczne, bez smutków i trosk. Natomiast pan wciąż szuka odpowiedzi na te problemy…
Na pewno nie wierzę w Boga z brodą siedzącego na chmurce, bo to jest dla mnie zbyt naiwne, bym mógł w takie wyobrażenie wierzyć. To obraża moją inteligencję. Ja jestem w stanie wierzyć w cudowny Wszechświat, ale czy mój mózg jest to w stanie ogarnąć? Nie bardzo. Nie da się umysłem ogarnąć nieskończoności. Wiele set lat rozwoju homo sapiens pokazuje, że nie ma nieskończoności. Ale jeżeli ona jednak jest, to znaczy, że moja głowa tego nie ogarnia.
Może trzeba na pewnym obszarze wyłączyć swój rozum, przyjmując postawę pokory? Dołączyć do poprzednich pokoleń, którzy uwierzyły w to, co mówi Biblia, przekazuje Kościół, i swoją wiarę przekazali współczesnym? Trzeba uwierzyć, że jest Ktoś mądrzejszy od nas i po prostu mu zaufać.
Biblia, zwłaszcza w tych czasach, w których tak bardzo przyspieszyliśmy, nie jest dobrym drogowskazem. Nagle uświadamiam sobie, że nie jestem w stanie zrozumieć, jak coś jest zbudowane. Gdy byłem dwunastoletnim chłopcem, świat w zasadzie nie miał przede mną tajemnic. Może nie wiedziałem tylko, jak działa lampa telewizyjna. Pan pewnie teraz nie wie, co to jest za lampa. A więc Biblia do tego zmieniającego się, przyspieszającego świata nic już nie ma.
Nie pomaga go uporządkować?
Nie. Tak samo jak już Dekalog nie wystarcza, trzeba pisać kodeksy dla różnych zawodów – dla felczerów, dla tych, którzy się stykają z wielkimi koncernami i ryzykują zdrowiem dla mamony. Ostatnia historia z alkoholem w Czechach jest motywowana chciwością – ktoś lał truciznę do butelek, wiedząc, że zabije mnóstwo ludzi, ale to go nie powstrzymało.
Filozofią zaczął się pan interesować w trakcie choroby, czy już o wiele wcześniej?
Choroba nie miała żadnego wpływu na to, że interesuję się tym wszystkim. Przecież z zawodu jestem filozofem. Zawsze korzystałem z tego, że mój tata miał dużą bibliotekę, w książkach szukałem odpowiedzi na wiele pytań. I choroba nic w tym nie zmieniła, a najwyżej unaoczniła mi, że moje dni, tak jak pana, są policzone. Uświadomiłem sobie jednak, że to policzenie może iść w dziesiątki, a nie w setki tysięcy godzin. To każe bardziej szanować czas i każdą chwilę, jaką się ma na tym świecie.
Mam wrażenie, że pana rozmowa z Violettą Ozminkowski jest w pewnym sensie taką symboliczną granicą. Grzegorz Miecugow sprzed ukazania się jej i ten po udzieleniu wywiadu – rzeki, to całkiem inne osoby. Całkiem inaczej patrzące na rzeczywistość, media, politykę.
Żyjemy w bardzo ciekawym czasie. Kończy się jakaś epoka, zaczyna się dziać coś nowego. Mam takie poczucie, że nasz kraj nie dogoni Europy. Ta, do której teraz dążymy, już dawno nie istnieje. Ona się zmieniła. Ja byłem optymistą, byłem szczęśliwy, jak wchodziliśmy do UE. Bo projekt unijny, to jeden z najwspanialszych projektów, jakie ktoś kiedykolwiek stworzył. Europa solidarna z biednymi, dopłacająca biedniejszym regionom, to piękna Europa. Dzisiaj już nie jest taka, zrobiła się egoistyczna, dba o własne interesy. Ta piękna idea nie wytrzymała próby czasu, zmierzyła się z twardą rzeczywistością. To mnie martwi, tu widzę ostateczny koniec pewnej epoki i pewnego porządku, który miał jeszcze miejsce do pierwszej wojny światowej. Zresztą ostatnio coraz bardziej skłaniam się do tezy, że nie mieliśmy dwóch wojen światowych, była tylko jedna, która trwała do 1945 roku, z przerwą dwudziestoletnią. W 1939 zmieniły się tylko środki, sposób prowadzenia wojny, ale tak chodziło o dokończenie rachunków z 1918 roku. W “Szkiełkiem i wokół” przytoczyłem rozmowę z prof. Baumanem, którą przeprowadzałem w sierpniu ubiegłego roku w Litz. Postawił on bardzo ciekawą tezę, że moc się oderwała od polityki. Moc definiowana jako możność zrobienia czegoś, a polityka jako to, co mówi mocy, kiedy i w jaki sposób ma być coś zrobione.
Czy może pan podać konkretny przykład, który mógłby zilustrować tę tezę?
Angela Merkel nie może podjąć żadnej decyzji, chociażby była przekonana o jej słuszności. Nie wiem, czy ma rację, gdy mówi o cięciach. Ale nawet gdy ma, to nie wiem, czy ona jest w stanie te cięcia wprowadzić. A to dlatego, że ma za mało siły, jest za słaba, musi szukać koalicji. Nawet prezydent Obama nie jest w stanie niektórych decyzji wprowadzić.
Może to archaiczne znaczenie władzy się już zmieniło, ewoluowało. To już nie jest tak, że spoczywa ona w rękach premierów, prezydentów, parlamentów.
Władza się rozpierzchła. Jest po trochu w rękach uczonych, biznesu, polityków. Ale to “po trochu” sprawiło, że wszystko się dzieje spóźnione. W tej chwili jest godzina 17, a w Singapurze dochodzi północ. Za siedem godzin wstanie jakiś facet, otworzy swój laptop, przeleje sto milionów euro na giełdę w Budapeszcie, a w piątek rano wycofa te pieniądze, zyskując po jednym eurocencie na akcji, zarobi na tym jakieś sto tysięcy, będzie zadowolony. Ale to, że wycofa te pieniądze, spowoduje, że spadną forint i złotówka. Ludzie, którzy żyją nad Wisłą, będą musieli spłacić większą ratę za kredyty we frankach.
Dziś coraz mniej ludzi liczy się z opinią dziennikarzy, którzy jeszcze niedawno byli uważani za najważniejszych i najwybitniejszych. Dziś cząstkę tej mocy, o której pan powiedział, może mieć dosłownie każdy. Każdy uważa, że może kreować rzeczywistość i ją definiować, opisywać, komentować.
Mało kto się dziś liczy z opiniami komentatorów politycznych, nawet tych z pierwszej półki. Większe znaczenie mają opinie blogerów.
Kończy się tradycyjne, prawdziwe dziennikarstwo?
Tak.
A czy mamy początki nowego pojmowania mediów, roli dziennikarza? Pojawia się nowa jakość?
Żyjemy w świecie, w którym ludzie w przeważającej części będą się odwracali od informacji. Komunikatory typu Twitter będą miały większy wpływ na postępowanie ludzi niż czytanie książek czy pogłębionych analiz. Żyjemy szybciej. Ja myślę, że pan w czasie swojego jednego przejścia po galerii handlowej, typu Arkadia czy Złote Tarasy, spotyka więcej ludzi, niż pana pradziadek spotykał w końcu całego roku.
Ciekawe jest choćby to, jak zmieniło się życie, a szczególnie to polityczne, po pojawieniu się TVN24.
Przed powstaniem stacji było tak, że jeśli ktoś coś powiedział wieczorem w “Wiadomościach”, to dopiero można było mu odpowiedzieć następnego dnia. Dzisiaj jedna partia zrobi konferencję o 10, druga odpowie o 10. 30, o 11 trzecia, pół godziny później czwarta, a o 13 odezwie się ten, kto zaczął cała tę rozróbę. Zrobiła się taka spirala. Nie wiem, czy to jest dobre czy złe. Po prostu wszystko przyspieszyło.
Ale w pośpiechu chyba coś się traci?
Skończył się choćby, jak dotąd oczywisty, tradycyjny podział na lewicę i prawicę. Nie uprawia się już polityki na argumenty. Dzisiaj spór w polityce opiera się coraz silniej na emocjach, rządzi nią PR. Proszę zauważyć, że PiS w swojej warstwie gospodarczej jest lewicowy, ale w warstwie, którą się kiedyś nazywało nadbudową, już bardzo konserwatywny. Bardzo trudno też jest zobaczyć w polityce jakiś większy zamysł, bo ona stała się w dużym stopniu towarem. Liczą się właśnie emocje, wrażenia. Dobrze zrozumiał to Aleksander Kwaśniewski, który w trakcie kampanii prezydenckiej zaczął się odchudzać, dobierać kolor koszul, szkła kontaktowe o określonych barwach.
Pan powiedział w wywiadzie, że symbolicznym końcem prawdziwej polityki było to, jak kandydat na prezydenta USA John Kennedy potrafił sprzedać swój wizerunek miłego, grzecznego chłopca.
On był pierwszym prezydentem, który wygrał dzięki telewizji. Za jego wyborem nie stało jakieś głębokie przemyślenie narodu amerykańskiego. Zresztą on jest do dziś kochany jako taki chłopiec. A wystarczy przeczytać choćby jego biografie, żeby stwierdzić, że to nie było prawdą. Telewizja już zmieniła, ale jeszcze bardziej zmieni politykę. Poza tym mam wrażenie, że w ogóle ten demokratyczny system, który polega na tym, że w demokratycznych wyborach wybieramy swoich przedstawicieli, których obdarzamy zaufaniem, dajemy im do ręki pieniądze, po to, by w sześciu obszarach wspólnej przestrzeni żyło się nam lepiej, przestał działać. Do tych obszarów zaliczają się: kultura, edukacja, służba zdrowia, obronność wewnętrzna – policja, obronność zewnętrzna – armia i wreszcie infrastruktura. Mam jednak wrażenie, że moje pieniądze wyrzucane są w błoto. Od lat sporo zarabiam, dlatego płacę wysokie podatki. Nie korzystam z publicznej służby zdrowia, bo moja firma wykupiła mi usługi w prywatnej przychodni. Mieszkam w domu, który ma własną ochronę, więc moje pieniądze na policję są zmarnotrawione.
Państwo w państwie?
Państwo nie potrafi ponieść odpowiedzialności za wymienione przeze mnie obszary. Policja nie ma pieniędzy na benzynę, armii nie stać na dokończenie budowy jakiegoś statku, na który wydali już 600 mln złotych. A przecież jakaś część tych pieniędzy została opłacona z moich podatków. Infrastruktura? Proszę zobaczyć, jak wolno budujemy drogi. Z Warszawy do Pszczyny jechałem ostatnio drogą, która jest od dwóch lata naprawiana. Więc to wszystko nie działa. Mam też wrażenie, ze system nie działa nigdzie. Słusznie protestują oburzeni, że jeden procent ma sześćdziesiąt procent bogactwa. To nie jest świat, jaki chcemy widzieć, do jakiego dążyliśmy. W tym systemie, który jest, nie potrafiliśmy zbudować świata, który jest choć odrobinę sprawiedliwszy.
Gdy pana słucham, przypominają mi się hasła PO z kampanii wyborczych: „By żyło się lepiej. Wszystkim” czy “Nie róbmy polityki. Budujmy mosty”. Od pięciu lat za te sześć obszarów w naszym państwie odpowiada właśnie Platforma.
Platforma to partia nygusów. Ludzie, którzy natychmiast po wyborach o mnie jako obywatelu zapomnieli.
Przed wyborami wiedział pan, że tak będzie?
Oczywiście. I gdy kilka lat temu pojawił się pomysł, żeby nie finansować partii politycznych z budżetu, bo one wtedy zabierają sobie nasze pieniądze jak swoje i obywatel przestaje ich obchodzić, popierałem pomysł, żeby dawać partiom pieniądze z odpisu podatkowego. Chętnie bym wtedy jakiejś partii dał pieniądze. Bo gdyby politycy wiedzieli, że każdego roku zastanawiam się, czy im dam jakąś kwotę, to może byliby mniej aroganccy.
A gdyby dziś były wybory parlamentarne, to zagłosowałby pan na…
Nie poparłbym nikogo.
Platformy też?
A da pan wiarę, że Donald Tusk obraził się na TVN i od półtora roku nie daje się zaprosić do nas żaden wywiad?!
Do TVN przyklejona jest łatka stacji, która kocha PO i premiera.
Łatki są przyklejane zawsze.
Ale czy w tym przypadku słusznie?
Niesłusznie. Ludzie chcieliby pojmować rzeczywistość w sposób czarno –biały. A przecież wszystko ma odcienie. Ani PO nie zdominowała tak mediów, jakby to chciała widzieć skrajna prawica i związani z nią komentatorzy oraz politycy, ani ta prawica nie jest taka biedna, bez prawa do głosu w przestrzeni publicznej. Przypomnę, że premier Marcinkiewicz był pieszczochem mediów. Był kochany przez media, choć był z PiS-u. To, że media mają teraz do tej partii taki, a nie inny stosunek, to jest zasługa pana Kaczyńskiego, który potrafi mediom powiedzieć, że są niemieckie, polskojęzyczne. Potrafi obrażać i zniechęcać do siebie na całego.
Wspominał pan o problemach w relacjach między władzą a obywatelami w Polsce. Ale one dotyczą też Europy, świata.
Politycy w Polsce są aroganccy. Oni powinni zachować się inaczej, bo są wynajętymi przeze mnie pracownikami. Ja im płacę i ich psim obowiązkiem jest pilnować tych moich pieniędzy, nie szastać nimi na prawo i lewo. Oni traktują te pieniądze jak własne. Zakładają jakieś agencje, zatrudniają tam kolesi. System władzy jest u nas chory, ale na świecie skompromitował się o wiele bardziej niż u nas. Jeżeli Stany Zjednoczone dały się podpuścić Osamie bin Ladenowi, który ukradł cztery samoloty, poświęcił życie dziewiętnastu swoich kompanów, mordując tym samym prawie trzy tysiące niewinnych ludzi i sprawił, że Stany weszły w dwie wyniszczające wojny, zadłużając się na maksa, to jest właśnie kompromitacja. Stany zaraz zdechną pod tym długiem. System demokratyczny nie uchronił ich przed tym. System, w którym opłaca się jakiemuś państwu kupować obligacje niemieckie, wiedząc, że za dwa lata straci na tym 10, 5 proc., jest chorym systemem. Zamiatanie długów pod dywan, to, co my robimy z 850 mld, jest czymś niewyobrażalnym.
Ten system służy jakiejś wąskiej grupie interesów, dlatego jeszcze nie upadł.
On służy odpychaniu od siebie decyzji, co w zamian. Politycy nie chcą zaproponować alternatywy. To się musi zawalić. Tu gdzie siedzimy, rosła kiedyś taka wysoka trawa. Z budynku TVN-u po drugiej stronie ulicy, zresztą naszego jedynego wówczas, obserwowałem, jak się ta trawa wtedy zapaliła. Pożar miał miejsce w piątek, a w poniedziałek już wyrosły pędy. Z tego systemu też coś wyrośnie, pytanie tylko, jak duże będą straty, jak wiele ofiar.
Całość: http://www.wiadomosci24.pl/artykul/grzegorz_miecugow_politycy_sa_zbyt_aroganccy_wywiad_244171.html






