Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

27-06-2014, 17:55

Modny pojazd fin de siècle’u  »

Miesięcznik społeczno-kulturalny "Śląsk" nr 6/2014
Henryk Szczepański
27-06-2014

Cykliści w Katowicach

Wojciech Mszyca zgromadził kilkadziesiąt zabytkowych rowerów. Jest wśród nich prawdziwy rarytas – stulatek z 1914 roku. Wszystkie potrzebowały uzdrowiciela. Choć wcześniej był dziennikarzem, przemienił się w mistrza imadła i śrubokręta. Jak Pigmalion w marmurową bryłę, w zdezelowane welocypedy tchnął iskrę życia przywracając im dawną urodę i sprawność. Ściga się na nich i paraduje podczas największych cyklistycznych gali Europy. Z jego eksponatami fotografują się politycy, artyści i mistrzowie sportu. Jest właścicielem unikalnych zbiorów – kustoszem pierwszego w Katowicach Muzeum Techniki. Dla mnie, jego lamus stał się pretekstem do wyszperania ciekawostek związanych z legendą cyklizmu kajzerowskich i międzywojennych Katowic.

Dwukołowy szlagier XIX wieku

Pierwsi cykliści budzili postrach. Gdy na ogromnym kole zwanym welocypedem pojawiali się w odleglejszych zakątkach doliny Rawy lub Brynicy, przerażeni Ślązacy żegnali się znakiem krzyża. Tajemnicze zjawy obrzucali kamieniami bądź szczuli psem spuszczonym z uwięzi. Podobnie reagowali mieszkańcy okolic Krakowa, Wrocławia i Warszawy. Przejażdżki pociągały mężczyzn o zdrowych nerwach, gustujących w perypetiach z dreszczykiem. Na wyposażeniu pojazdu mieli metalową szpicrutę nazywaną “prezerwatywą od psów” lub rewolwer z krótką lufą o wdzięcznej nazwie – buldog. Na krawędzi stuleci ich groźny rynsztunek i szybkobieżne maszyny stanowiły zapowiedź „rychłego końca świata”. Nic więc dziwnego, że gdy Niemcom przyszło opłakiwać klęskę wilhelmińskiego imperium, cyklistów pospołu z Żydami wpisali do anegdoty – jako winnych katastrofy II Rzeszy.

Wojciech Mszyca przy Adlerze z 1914 roku...

W Katowicach pierwszym właścicielem bicykla był Robert Ollendorf mieszkający w neoklasycystycznej willi naprzeciw dworca kolejowego, tam gdzie dzisiaj znajduje się hotel “Monopol”. W Zawodziu miał fabrykę wyrobów metalowych. Wehikuł zmontował około 1868 roku. Szczegółów konstrukcji nie znamy. Możemy przypuszczać, że był podobny do najstarszych jednośladowych dwukołowców używanych wtedy we Francji. Pomykał dzięki pedałom napędzającym oś przedniego drewnianego koła, ponad którym znajdowało się siodełko cyklisty. Średnica jego metalowej obręczy sięgała prawie dwóch metrów i była kilkakrotnie większa od średnicy tylnego, wspierającego kółka. Aby przypomnieć, że jest to pojazd niebezpieczny, na którym za brawurę płaci się połamaniem rąk, nóg bądź kręgosłupa, nazywano go kościotłukiem. W Katowicach, Warszawie, Lwowie i Krakowie taka rozrywka nosiła nazwę – jazdy na kole albo “na cyklu”; pedałujących nazywano “kołownikami” bądź “cyklistami”.

Kolebką cyklizmu w Niemczech był Frankfurt nad Menem, gdzie Henryk Kleyer, w połowie lat 80. tamtego stulecia otworzył pierwszą fabrykę rowerów, pierwszy welodrom i pierwszą szkołę jazdy. To on był producentem “Adlera”, wizytówki niemieckiego przemysłu rowerowego. Jeden z tych białych kruków, budzący podziw europejskich retrocyklistów i kilkakrotnie przez nich nagradzany, jest ozdobą kolekcji Wojciecha Mszycy.

Wśród katowiczan, pierwsze egzemplarze unowocześnionego wehikułu pojawiły się na początku ostatniej dekady XIX stulecia. Były jednym z hitów fin de siècle’u. Cieszyły tych, którzy wyżej sobie cenili kontakt z naturą niż szelmowskie, grywanie boków” w kabaretach, melancholie w zadymionych kawiarniach bądź nobliwe odsiadki na koncertach odeonowych. Cykliści woleli relaks w ruchu. Wozili się po niezbyt długich odcinkach zabrukowanych jezdni śródmieścia, wiejskimi traktami albo ścieżkami podmiejskiego lasku na zboczach Kamionki Katowskiej, później nazywanej wzgórzem Beaty.

Skrzydlaty Pegaz na kołach

Pojazd produkowany przez brytyjską firmę “Rover company z Coventry”, nazywano z angielska bicykle, z niemiecka fahrrad bądź niederrad, z francuska: welocyped, a na Śląsku i w Polsce koło lub rower. Ta ostatnia upowszechniła się nad Wisłą, Odrą i Bugiem. Tylko Polacy nazwali go rowerem, i nie po to aby upowszechnić markę firmy, ale głównie ze względu na semantyczne konotacje angielskiego określenia. Rover w języku Brytyjczyków znaczy “obieżyświat” i tą jego bardziej romantyczną funkcję dostrzegli mieszkańcy Królestwa Kongresowego. Przypadł im do gustu jako „skrzydlaty Pegaz na kołach”, przemykający ponad kordonami trzech zaborców. Szybkobieżność urządzenia eksponuje również francuskie “velocipede”, co w swobodnym tłumaczeniu oznacza “prędką nogę”.

Narodziny cyklizmu na Śląsku

Zrazu pedałowanie było rozrywką elitarną uprawianą przez młodych, zamożnych mężczyzn. Do jego entuzjastów należał Fritz Siwinna, katowicki wydawca i redaktor popularnej “Kattowitzer Zeitung” (“Gazety Katowickiej”). To on jako pierwszy w mieście nad Rawą jeździł na rowerze z ogumionymi kołami o metalowych rafkach. Był założycielem i wieloletnim prezesem “Radfahrer-Club”, miejscowego klubu cyklistów zawiązanego latem 1894. W trzy lata później w mieście istniały już cztery takie zrzeszenia. Na Górnym Śląsku do najstarszych należało gliwickie “Rad und Motorverein “Sport” 1895 Gleiwitz”, które od 1900 r. dysponowało własnym torem kolarskim. Śląskie towarzystwa cyklistyczne zrzeszyły się w ogólnopaństwowej organizacji o nazwie: Bundes Deutscher Radfahrer (Ogólnoniemieckiego Związku Kolarskiego) i należały do okręgu nr 35 z siedzibą w Bytomiu.

Na przełomie wieków na większych podwórkach i placach, doświadczeni trenerzy ustawiali welodromy. Tam, za parę fenigów można było przećwiczyć sztukę prowadzenia fahrrada. Te cudowne maszyny do podróżowania, spędzały sen z powiek wyrostków a czasem były przyczyną ich desperackich decyzji. Na łamach “Katolika” alarmował bezradny ojciec: “Chłopiec mój, Ryszard Krzewski 11 lat stary, uciekł ze szkoły 9 t. m. i do dziś nie wrócił. Ma stary sztofowy siwy ubiór, stary kapelusz i jest boso, ktoby o nim coś wiedział proszę donieść policyi lub mnie samemu Jan Krzewski Brzezina (Birkenhain).” Wnet się dowiedział, że ciekawe świata pacholę, pojechało razem z obwoźnym sprzedawcą welocypedów, po niemiecku zwanym fahrradtrainerem.

... i z Dianą 69

Od początku XX wieku w Katowicach przy Nikolaistrasse 44 (obecnie: Mikołowskiej) funkcjonowało “Benhard Johann, Fahrrad-Geschaft” – przedsiębiorstwo rowerowe Johana Bernharda, wyspecjalizowane w handlu i naprawie. Na Starówce, opodal ratusza, przy Poststrasse 8 (obecnie: Pocztowa), kupiec Yiktor Deutsch, prowadził największy w mieście skład rowerów i maszyn do szycia, dysponujący fachowym serwisem reperacyjnym. Sprzedaż bądź naprawę welocypedów proponował: Paul Grundmann przy dzisiejszej 3 Maja 21 oraz Franz Orzeł, przy Holtzestrasse 30 (obecnie: Mariacka). Równie zasobne składy rowerów prosperowały w pobliskiej Królewskiej Hucie i Gliwicach.

“Skrzydlaty Pegaz na kołach” kosztował wtedy około 230 marek. To była wartość jednej tony dobrej pszennej mąki albo 10 ton ziemniaków.

Ślązacy i katowiczanie jeździli na welocypedach produkowanych przez firmy: Adler, Brennabor, Lohmeyer, Renner, Opel, Lyra i kilka innych funkcjonujących na obszarze II Rzeszy. Nie można wykluczyć, że w ramach importu z Rosji, docierały do nich pojazdy produkowane przez wytwórnie Łodzi lub Warszawy. Śląscy kolekcjonerzy nie tracą nadziei. Przeczuwają, że gdzieś pod korcem maku ukrywa się jakiś egzemplarz “Wichra” – nestora polskich welocypedów, a może i wahrenowskiego “Diabła” bądź “Syreny”. – Na razie, 23 kwietnia 2014 roku – mówi red. Mszyca – akurat na swoje imieniny, postawiłem na koła męski rower “Światowit Extra” w 1937 roku wyprodukowany przez fabrykę w Myszkowie, a w tydzień później, na majówkowe przejażdżki miałem już odrestaurowane warszawskie “Torpedo” z 1935.

W wersji dwukołowej z przyczepką, bądź jako trójkołowa riksza, rower doskonale sprawdzał się w obsłudze kurierskiej i bagażowej. Kursowali na nim umundurowani posłańcy. Doręczyciele dla południowych Katowic mieli bluzy zielone a dla północnych czerwone. Przewozili depesze i kilkukilogramowe paczki. Riksze pasażerskie miały postój przed gmachem dworca kolejowego. Welocyped rychło stał się charakterystycznym atrybutem listonosza i policjanta. Dla przeciętnie zarabiającego obywatela wciąż był za drogi.

Trzeba było trzymać fason

Nowej modzie i obyczajowości sprzyjała rozbudowa dróg publicznych i udoskonalanie ich nawierzchni. Niebawem, rower w Katowicach i na Śląsku stał się powszechnie używanym urządzeniem a cyklistówka – płaska, okrągła czapka z daszkiem – popularnym nakryciem głowy. Początkowo obowiązywała biała, przewiązana czarną wstążką z mory. Dla powstańców śląskich, w czasie III powstania, było to jedno z obowiązujących nakryć głowy. Białą cyklistówkę do amerykańskiej marynarki zakładał Jan Kiepura, a w kraciastej – zwanej czasem oprychówką – chodził minister Stanisław Grabski. Szanujący się cyklista do jazdy zakładał pumpy, kurtkę i sweter a pod to koszulę, najpierw ze sztywnym kołnierzykiem i mankietami, później z miękkim, wykładanym. W okresie secesji w jego stroju dominowała czerń i biel.

Anioł na rowerze

Miejsce za rowerową kierownicą, przez długie lata było niedostępne dla Ślazaczek. Choć nie brakowało wśród nich amatorek relaksującego cyklizmu i szybkiej jazdy, nie od razu pokonały bariery obyczajowe, uodporniły się na zabobonne przestrogi i przemodelowanie swoich ubiorów. Kobiety i dziewczęta ostrzegano, że jeżdżąc na “kole” będą miały skrzywione miednice, utracą dziewictwo, a doznając pobudzenia seksualnego pod wpływem siodełka między pośladkami staną się ofiarami erotycznej rozwiązłości. W Krakowie spuneryści z kręgu Boya, okupujący “Jamę Michalikową”, na widok panny na bicyklu powtarzali rubaszny kalambur “kupka na dołku”. Natomiast, z podziwem i w życzliwym tonie o pedałujących niewiastach pisał warszawianin Artur Oppman:

„Tobie to wieku dziewiętnasty
składam swą pieśń w ofierze,
dałeś nam obraz wprzód nieznany
– anioła na rowerze…”

W reakcji na staroświecką indoktrynację i głupie dowcipy, co bardziej niezależne kołowniczki zrezygnowały z noszenia długich lub ściśle dopasowanych sukien, sztywnych gorsetów, ozdobnych rękawów z falbankami i wstążeczkami a la Gigot. Do lamusa wyrzuciły tiurniury i szmizetki. Zamiast czapek zaczęły nosić małe kapelusze o męskim kroju, z szerokim rondem lub piórkiem, żakiety, bluzki koszulowe i spódnice tak zwane dzielone spódnico-spodnie, w czasie jazdy podwiązywane sznurkiem lub rzemykiem. Nie brakowało zwolenniczek luźnej spódnicy, opuszczanej na osłonowej siatce, specjalnie w tym celu zamontowanej nad tylnym kołem. Na początku XX wieku modnymi kolorami były czarny i biały ale nie unikano pastelowych i złamanych – takich jak tabaczkowy.

Producenci rowerów wprowadzili na rynek specjalny model – “damkę”, bicykl z ramą o skośnej rurze. Elegantkom oszczędzał nieco krępującego zadzierania nogi i przerzucania jej przez siodełko. Jeden z tych eksponatów – “Diamant 69″ z 1938 r., reklamowany wtedy jako “Piękność z Saksonii”, ocalał w zbiorach katowickiego kolekcjonera red. Wojciecha Mszycy.

Ci wspaniali cykliści

Na Śląsku rower zaczął pełnić funkcje rekreacyjno-sportowe. Jak grzyby po deszczu zawiązywały się stowarzyszenia: “1899″ Siemianowice, “Arbeiter-Radfahrerverein” czyli Robotniczy Związek Rowerzystów w Katowicach, Towarzystwo Cyklistów “1905″ Katowice, “Polonia” Mysłowice, TC “Sport” Wełnowiec i wiele innych na terenie powiatu. Najbardziej aktywna była “Szarotka” z Małej Dąbrówki, zrzeszająca 65 członków. Wiosną 1923, w polskich już Katowicach miłośnicy kolarstwa zrzeszyli się w Związku Cyklistów i Motocyklistów Województwa Śląskiego, do którego przystąpiło kilkanaście towarzystw lokalnych. Jego pierwszymi prezesami byli: Gotfryd Grytzman, a po nim Augustyn Skiba. Sekretariat Związku mieścił się przy placu Wolności 12, a w latach 30. w kamienicy Strzałkowskiego przy 3. Maja 34.

Ślązacy startowali w zawodach warszawskich i ogólnopolskich zdobywając nagrody i medale. Wyróżnili się w kolarstwie szosowym – mistrzem Polski w wyścigu górskim w 1932 r. został Antoni Wlokas z Towarzystwa Cyklistów w Żorach. Uprawiali turystykę rowerową a przez cały okres międzywojenny stawali na najwyższym podium w tak oryginalnych dyscyplinach jak akrobacja rowerowa albo piłka rowerowa, w Polsce egzotycznych a popularnych wśród Czechów, Niemców i Słowaków. W tej dziedzinie mistrzami Polski byli: bracia Henryk i Maksymilian Jelinkowie z katowickiego Towarzystwa Cyklistów “1905″, bracia Walter i Paweł Porembowie z siemianowickiego TC oraz tandem “Paszek Szampera” z TC “Strzał” w Pszczynie. Piłkę do bramki przeciwnika prowadzili i wbijali wyłącznie kołem swojego welocypedu. Wiosną 1939 r. w Siemianowicach odbyły się mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie. Rozgrywano je na boisku i w Sali Józefa Uhera przy ulicy Michałkowickiej. Były głównym punktem programu obchodów 40-lecia tutejszego klubu cyklistów założonego w ostatnim roku XIX stulecia.

Popularną niedzielną imprezą dla wszystkich były „biegi rowerowe” na dystansie 105 km., którym patronowała katowicka Fabryka Rowerów “Ebeco”, sponsorująca klub sportowy z jej firmową nazwą. W jej barwach jeździli m. in.: bracia Erwin i Ewald Ligoniowie, Erwin Czech i Muller. Zrzeszeni i niezrzeszeni cykliści walczyli o puchar i medale organizatora. Jeden z zabytkowych medali, nabyty za grube pieniądze, trafił do zbiorów red. Mszycy.

Pedały jak ostrogi

Od 1870 r. welocyped znalazł się wyposażeniu sił zbrojnych Francji odpierającej pruską inwazję. W kilkanaście lat później zaczęły na nim jeździć wojska austrowęgierskie, belgijskie i szwajcarskie. Reichswehra pedałowała od 1906 r. Najlepiej sprawdzał się jako pojazd wywiadowców, łącznościowców i służb medycznych. W 1902 r. Austriacy wynaleźli rower składany, po szybkim demontażu pełniący funkcję noszy. Znalazł zastosowanie jako pojazd używany przez sanitariuszy śpieszących do akcji. Korzystało z niego wojskowe pogotowie medyczne i straż pożarna. Chwalili go strażacy z sekcji medycznej katowickiego oddziału pożarników, która wtedy pełniła rolę miejskiego pogotowia ratunkowego. Rower zaliczano do pojazdów strategicznych. W czasie działań wojennych sprawnie przemieszczały się na nim oddziały strzeleckie, w tym także obsługa karabinów maszynowych. Od tamtej pory kolarze byli niemniej waleczni niż kawalerzyści a warsztaty ślusarskie na terenie koszar niemniej ważne niż stajnie wraz z powozownią. Pedały były jak ostrogi. Wśród wąsatych dragonów i rubasznych rowerzystów mawiało się: „Mocniej ciśniesz szybciej pędzisz.”

W bitwach z powstańcami śląskimi niemieckie plutony i kompanie cyklistów patrolowały zajmowane tereny i atakowały na linii frontu. Uzbrojeni kolarze walczyli podczas wojny bolszewickiej. W okresie międzywojennym w Wojsku Polskim, na każdą brygadę kawalerii i dywizję piechoty przypadała przynajmniej jedna kompania zbrojnych rowerzystów.

Gdy latem 1922 r. płk Stanisław Młodnicki przejmował śląską komendanturę Policji, wraz z wyposażeniem katowickiego garnizonu odziedziczył 200 rowerów. Wiele z nich pochodziło z warsztatów tutejszego “Ebeco”.

Entuzjastom kolarstwa z kręgu katowickiej Szkoły Policji przewodził starszy posterunkowy Jan Dublaszewski, szef tutejszej sekcji rowerowej, legitymujący się także mistrzowskimi medalami w narciarstwie oraz biegach średnio i długodystansowych.

Jeszcze we wrześniu 1939 r. oddział zbrojnych cyklistów pod dowództwem Piotra Reronia przybył z Sosnowca do Katowic aby uczestniczyć w bohaterskiej obronie miasta przed hitlerowcami. Podczas okupacji, niemieckie władze wojskowe rekwirowały rowery będące własnością Polaków a na kresach wschodnich zajmowanych przez Armię Czerwoną, na używanie roweru trzeba było uzyskiwać specjalne zezwolenie. Przypominają o tym muzealne pamiątki i dokumenty ze zbiorów red. Mszycy.

Dom i fabryka Strzałkowskiego

W 1913 r. w kamienicy przy Grundmannstrasse 34 (obecnie 3 Maja) zamieszkał Erich Bernhardt, mechanik a potem kupiec, jeden z udziałowców “Ebeco” Oberschlesische Fahrradfabrik – Górnośląskiej Fabryki Rowerów; tutaj, w oficynach firma przetrwała weltkrieg i powstania śląskie. W kilka miesięcy po przyłączeniu Katowic do Polski, Władysław Strzałkowski i Wilhelm Schiitzer przejęli ruchomości i nieruchomości Fabryki “Ebeco”, która należała do spółki Erich Bernhardt & Company.

Rasowy cyklista w stroju z epoki ze swym ukochanym Ebeco z 1925 roku

Jeszcze tego roku, w warsztatach na zapleczu kamienicy ujrzał świat pierwszy śląski rower wyprodukowany w Polsce Odrodzonej. Piasty do jego kół były osobiście toczone przez Strzałkowskiego, utalentowanego wynalazcę i konstruktora, według jego oryginalnej technologii. Najstarszy z zachowanych egzemplarzy zmartwychwstał ze złomowiska za sprawą Wojciecha Mszycy, przez kilka lat doposażał niezwykły eksponat w brakujące detale. Dziś wygląda jak nowy. Ma prawie 90 lat. Jest o 22 lata starszy od swego właściciela, który jeździ na nim wszerz i wzdłuż Europy, ciesząc się sławą ambasadora polskich retrocyklistów.

Na posesji 3 Maja 34 Władysław Strzałkowski pod szyldem “Ebeco” wyprodukował także pierwszą na polskim Śląsku, maszynę do szycia a w jakiś czas potem – gramofon. Dzisiaj to miejsce jest jednym z pomników upamiętniających historyczne dokonania rodzimej techniki. – “Ebeco” jest dla mnie najbardziej… katowickim z katowickich rowerów – mówi red. Mszyca.

Zabytkową ramę jego pojazdu zdobi firmowy emblemat z obrazkiem inspirowanym litografią z połowy XIX wieku. Ukazuje starą kuźnicę nad rozlewiskiem Rawy w Katowicach. Dwaj rzemieślnicy, starszy i młodszy, w roboczych fartuchach, z młotami na ramieniu, podają sobie dłonie. To alegoria tradycji – staroświecki kowal ściska dłoń nowoczesnego metalowca.

Strzałkowski zmarł w 1937 r. Potem firmę prowadziła jego żona i córki. Najstarsza z nich Wilhelmina wyszła za mąż za inż. Gustawa Różyckiego, specjalistę od maszyn górniczych i właściciela fabryki w Załężu. Jego firma, prócz urządzeń dla kopalń wyprodukowała też pierwszy polski motocykl na Śląsku. Na cześć swego konstruktora, tak jak i fabryka przy obecnej ulicy Tokarskiej, otrzymał nazwę: “MÓJ” – tak bowiem brzmiał pseudonim Różyckiego, pod którym znali go koledzy ze studiów akademickich w Wyższej Szkole Górniczej w austriackim Leoben i pracy w śląskich kopalniach.

Sklep firmowy na parterze kamienicy Strzałkowskiego, uchodził za największą fonotekę oferującą nagrania płytowe gwiazd ówczesnej opery, operetki i estrady. Zbiory red. Mszycy zawierają ozdobną, tekturową kasetę z przegródkami wypełnionymi kolekcją szelakowych i ebonitowych longplayów. Jej bordową okleinę zdobi złota lira i pięciolinia z kluczem wiolinowym oraz napis „EBECO” Fabryka Rowerów i Gramofonów.

W latach 80. XX wieku spadkobiercy Strzałkowskiego założyli spółkę i reaktywowali dawną nazwę. Nie produkuje rowerów, gramofonów ani maszyn do szycia. Dba o dobrą kondycję kamienicy i dobrze prosperuje na rynku obrotu nieruchomościami. W gabinecie jej prokurenta można obejrzeć zabytkowe wyroby a wśród nich jeden z egzemplarzy roweru “Ebeco”.

Sekrety wskrzeszania

Stare rowery są jak bezdomne kotki. Porzucone dogorywają na wysypiskach odpadów lub na złomowiskach. Wojciech Mszyca większość swoich zabytkowych welocypedów kuruje domowym sposobem ale nie z każdym przypadkiem potrafi sobie poradzić. Jednym z trudniejszych okazały się niedomagania sędziwej damki “Duerkopp” z 1934 roku. Przez kilka miesięcy stawiała opór nie pozwalając ściągnąć tarczy łańcuchowej z osi suportu. Próbował sam i trzej inni doświadczeni retrocykliści. Nie było wyjścia. Zdesperowany opiekun zawiózł swoją bidulę do Politechniki Śląskiej. Tam, jak w prawdziwej klinice dwukołowych pacjentów pochylili się nad nim doktorowie mechanicy – specjaliści od inżynierii materiałowej. Trafiła do laboratorium. Czeka ją mrożenie osi azotem i jednoczesne nagrzewanie tarczy, a może nawet seria ultradźwięków.

Całość: http://www.alfa.com.pl/slask/

27-06-2014, 08:42

Prof. Maciej Mrozowski: Środowisko dziennikarskie jest słabe i niezorganizowane  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
Robert Stępowski
27-06-2014

- Upadek dziennikarstwa śledczego, skazuje nas na to, że jesteśmy karmieni plotkami i donosami - mówi w rozmowie z Wirtualnemedia.pl prof. Maciej Mrozowski ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej. Twierdzi, że w minioną środę dziennikarze i redaktorzy “Wprost”, zastosowali szantaż moralny w stosunku do środowiska.

Prof. Maciej Mrozowski

Medioznawca, prof. Maciej Mrozowski uważa, że w Polsce nie ma spójnego “środowiska dziennikarskiego”, dlatego zawodowa solidarność, którą mogliśmy obserwować tydzień temu, gdy prokuratorzy i agenci ABW weszli do redakcji tygodnika “Wprost”, tak szybko prysła. – Jest dużo osób wykonujących zawód dziennikarza, utożsamiających się z tym zawodem lub poszczególnymi redakcjami. Nie jest to jednak spójna grupa zawodowa będąca w stanie wypowiadać się jednym głosem - twierdzi Mrozowski.

Jego zdaniem, dziennikarze, byliby silną grupą zawodową, gdyby posiadali swoje instytucje samorządowe, które realnie broniłyby jego interesów i dbały o jego prestiż oraz wizerunek. – W Europie i na świecie funkcjonują silne organizacje zawodowe dziennikarzy oraz mechanizmy samoregulacji. W większości państw dziennikarze są dużo lepiej zorganizowani, mają swoje rady korporacyjne, które ustalają standardy dobrych praktyk i troszczą się o ich przestrzeganie - przypomina Maciej Mrozowski. I dodaje: – Polskie środowisko dziennikarskie, choć liczne, jest bardzo słabe i w żaden sposób nie zorganizowane.

Czy możemy mówić, że prokuratorzy w obstawie funkcjonariuszy ABW i policji, wchodzący do redakcji, naruszyli “wolność mediów”? – Ten spektakl, który rozegrał się tydzień temu, pokazuje, że przeszliśmy od praktyk totalitarnych do anarchii. Dziennikarze nie mogą blokować działań wykonywanych przez legalnie działające urzędy i ich przedstawicieli, w tym wypadku prokuratorów i działających na ich zlecenie funkcjonariuszy ABW – kwituje prof. Mrozowski.

Medioznawca uważa również, że cała sytuacja związana z ujawnieniem przez tygodnik “Wprost” nagrań najważniejszych w kraju polityków oraz środowa akcja w redakcji tej gazety, może mieć także walor edukacyjny. – Kiedyś musiało dojść do takiego precedensu, aby państwo demokratyczne mogło w praktyce nauczyć się jak prawo stosować. Jeśli stanie się lekcją, z której obie strony wyciągną naukę jak postępować w przyszłych podobnych sytuacjach i konfliktach, to “heroiczny” wysiłek dziennikarzy i funkcjonariuszy państwowych nie pójdzie na marne - uważa Maciej Mrozowski.

Podkreśla również, że istotne jest też zachowanie przedstawicieli redakcji tygodnika “Wprost”. – Dziennikarze i redaktorzy tej gazety, zastosowali szantaż moralny w stosunku do środowiska. Zadziałał wspominany wcześniej “‘odruch stadny”. Jeśli “naszych biją” to trzeba ich ratować - kwituje medioznawca.

Profesor Mrozowski ma również wątpliwości, czy dziennikarze i redakcja, należycie wykonały swoją pracę przed publikacją nagrań. – W przypadku nagrań publikowanych przez tygodnik “Wprost”, czy w podobnych sprawach, należy udowodnić, czy rzeczywiście te rozmowy i poruszane w nich sprawy przełożyły się na realne działania, czy tylko były biesiadną gadaniną. Należałoby więc zatrudnić ekspertów, najlepiej konstytucjonalistów, którzy wskazaliby które dokładnie wypowiedzi i dlaczego są złamaniem prawa - twierdzi Maciej Mrozowski. - Właśnie tak, bardzo dokładnie i skrupulatnie były analizowane przed publikacją materiały w przytaczanej ostatnio “Aferze Watergate” – dodaje.

Zdaniem Mrozowskiego, teraz osoby podsłuchiwane, których rozmowy zostały opublikowane, mogą zażądać na drodze postępowania cywilnego odszkodowań od redakcji tygodnika “Wprost”, zwłaszcza, jeśli zostaną wcześniej ukarane osoby, które tych nagrań dokonały. – Takie wyroki i konieczność wypłacania odszkodowań mogłyby doprowadzić do bankructwa tygodnika “Wprost”. Jak wszystko na to wskazuje, działał on dla zysku, więc kara finansowa byłaby sprawiedliwa. I pouczająca - mówi Maciej Mrozowski, medioznawca z SWPS.

———————————————————————————————-

Robert Stępowski: Dlaczego, pana zdaniem, w środę wieczorem wszyscy dziennikarze stali murem za redakcją “Wprost”, a w czwartek, po wypowiedzi Moniki Olejnik, dotyczącej solidarności wszystkich dziennikarzy, zaczęły pojawiać się odmienne komentarze i solidarność dziennikarska prysła?

Prof. Maciej Mrozowski: Pewnym nadużyciem intelektualnym pani Moniki Olejnik jest stwierdzenie, że całe środowisko dziennikarskie jest przeciw rządowi z premierem Donaldem Tuskiem na czele. W Polsce nie ma czegoś takiego jak “środowisko dziennikarskie”. Jest dużo osób wykonujących zawód dziennikarza lub utożsamiających się z tym zawodem lub poszczególnymi redakcjami. Nie jest to jednak spójna grupa zawodowa będąca w stanie wypowiadać się jednym głosem.

Jakie warunki musiałyby być spełnione, abyśmy mogli mówić o tak spójnym środowisku w jakim funkcjonują prawnicy czy lekarze?

Takie środowisko musi być bardzo dobrze zorganizowane. Musi posiadać swoje instytucje samorządowe, które realnie bronią jego interesów,  realizują jego aspiracje i dbają o prestiż oraz wizerunek całego środowiska. W Europie i na świecie funkcjonują silne organizacje zawodowe dziennikarzy (w przeciwieństwie do polskich niewiele znaczących stowarzyszeń) oraz mechanizmy samoregulacji. W większości państw dziennikarze są dużo lepiej zorganizowani, mają swoje rady korporacyjne, które ustalają standardy dobrych praktyk i troszczą się o ich przestrzeganie. Bo to podnosi wiarygodność dziennikarzy, a więc wszystkim się opłaca. Polskie środowisko dziennikarskie, choć liczne, jest bardzo słabe i w żaden sposób nie zorganizowane.

W naszym dziennikarstwie obowiązuje “odruch stadny”. Słabe stado w sytuacji zagrożenia się zwołuje, a nie powołuje się na zasady i wypracowane przez lata standardy. Dlatego w środę wieczorem słyszeliśmy tyle emocjonalnych wystąpień dziennikarzy.

Mamy przecież cały czas obowiązujące Prawo Prasowe, które w pewien sposób reguluje ten zawód.

Tylko, że zapisy tego prawa zazwyczaj nie są respektowane. Jest wielu dziennikarzy, którzy ich w ogóle nie znają.  Taka organizacja samorządowa mogłaby wypracować szereg reguł pokazujących jak w praktyce stosować ogólne, z konieczności, zapisy prawa prasowego. Ale przedstawiciele tego środowiska nie chcą powołania Rady Prasowej, której istnienie przewiduje Prawo Prasowe, a to właśnie mógłby być organ świetnie rozwiązujący różnego rodzaju istotne, z punktu widzenia środowiska, problemy i chronić jego interesy.

Sytuację z minionej środy, do której doszło w redakcji tygodnika “Wprost”, możemy rozpatrywać w ogóle w kategoriach zamachu na wolność słowa i wolność mediów?

Ci, którzy wtedy straszyli powrotem PRL-u powinni wiedzieć, że taka sytuacja nie mogłaby mieć nigdy miejsca w kraju totalitarnym. Dziennikarz, czy redaktor naczelny, który wszedłby w posiadanie takich nagrań, sam poszedłby do odpowiedniego urzędu i grzecznie zapytał co ma z nimi zrobić. A gdyby próbował to wydrukować, cenzura zatrzymałaby materiał, a on sam przestałby być dziennikarzem.

Ten spektakl, który rozegrał się tydzień temu, pokazuje, że przeszliśmy od praktyk totalitarnych do anarchii. Dziennikarze nie mogą blokować działań wykonywanych przez legalnie działające urzędy i ich przedstawicieli, w tym wypadku prokuratorów i działających na ich zlecenie funkcjonariuszy ABW.

Jak więc można określić sytuację, którą w ubiegłym tygodniu wszyscy oglądaliśmy on-line i we wszystkich kanałach informacyjnych?

Z pewnego punktu widzenia uważam, że dobrze się stało, że do takiego precedensu doszło. Kiedyś musiało do niego dojść, aby państwo demokratyczne mogło w praktyce nauczyć się jak prawo stosować. Nie da się wszystkiego zapisać w ustawach i kodeksach. Nigdzie nie znajdziemy zapisu ilu prokuratorów i agentów ABW powinno wejść do redakcji w celu zabezpieczenia dowodów i jak powinni się zachowywać, żeby nie paraliżować pracy dziennikarzy.

Prawdą jest, że cała ta sytuacja wyglądała dość groteskowo i ośmieszała “stróżów prawa”, ale ja się wcale nie dziwię prokuratorom, że tak się właśnie zachowali. Na swojej drodze napotkali zwarty tłum dziennikarzy uzbrojonych w kamery, aparaty fotograficzne i mikrofony, czyli broń “masowego rażenia” wolnych mediów. Sytuacja, w której się znaleźli nie była do pozazdroszczenia, więc się poddali i wycofali. Jak jednak zaznaczam, kiedyś musiała się wydarzyć. I jeśli stanie się lekcją, z której obie strony wyciągną naukę jak postępować w przyszłych podobnych sytuacjach i konfliktach, to “heroiczny” wysiłek dziennikarzy i funkcjonariuszy państwowych nie pójdzie na marne.

Istotne jest również zachowanie redakcji tygodnika “Wprost”. Dziennikarze i redaktorzy tej gazety, zastosowali szantaż moralny w stosunku do środowiska. Zadziałał wspominany wcześniej “odruch stadny”. Jeśli “naszych biją” to trzeba ich ratować.

Czyli “Wprost” nie powinien publikować tych nagrań?

To, co zrobiła redakcja “Wprost”, w moim przekonaniu, było działaniem szkodliwym, siejącym zamęt.  Większość społeczeństwa zapewne nie wie o co w całej tej sprawie chodzi, poza tym, że Oni jedzą i piją za Nasze pieniądze, w dodatku świntusząc bezwstydnie . Na tej aferze straciliśmy my wszyscy, nie tylko rząd. Nie sądzę, żeby był to “zamach na państwo”, ale z pewnością państwo zostało ośmieszone. Bardzo łatwo jest nadużyć władzy mediów. I w tym przypadku, chyba do takiego nadużycia doszło.

Co pana zdaniem może się wydarzyć, jeśli okazałoby się, że ktokolwiek z redakcji, był inicjatorem tych podsłuchów?

Z prawnego punktu widzenia takiego dziennikarza przestaje chronić prawo prasowe. To dziennikarz ma obowiązek chronić źródło, ale prawo nie chroni dziennikarza, nawet jeśli to on sam jest źródłem. Jeśli okazałoby się, że nagrań dokonywał dziennikarz i to zostałoby mu udowodnione, to zostałaby otwarta droga dla wszystkich podsłuchiwanych, aby mogli wystąpić z pozwami cywilnymi. Oczywiście takie pozwy mogą składać i bez wcześniejszego wyroku w postępowaniu karnym, ale wcześniejsze uznanie winy, pomaga w dochodzeniu roszczeń w postępowaniu cywilnym.

Takie wyroki i konieczność wypłacania odszkodowań mogłyby doprowadzić do bankructwa tygodnika “Wprost”. Jak wszystko na to wskazuje, działał on dla zysku, więc kara finansowa byłaby sprawiedliwa. I pouczająca.

Czy ta sytuacja nie spowoduje, że jeszcze mniej redakcji i dziennikarzy będzie chciało podejmować tematy śledcze, bojąc się procesów, a to spowoduje, że społeczeństwo będzie karmione tylko rozrywką i “bezpiecznymi”, z punktu widzenia wydawców, treściami?

Każdy dziennikarz ma zachować “szczególną staranność i rzetelność” przygotowując materiał prasowy. Od dziennikarza śledczego wymaga się, aby swoją pracę wykonywał z wyjątkową starannością, ponieważ on formułuje oskarżenia. Może złamać czyjąś karierę, a nawet obalić władzę, ale także wynik jego dziennikarskiego śledztwa może obrócić się przeciw niemu. Dlatego to w interesie redakcji i samego  dziennikarza powinno leżeć wnikliwe sprawdzenie wszelkich informacji.

W przypadku nagrań publikowanych przez tygodnik “Wprost”, czy w podobnych sprawach, należy udowodnić, czy rzeczywiście te rozmowy i poruszane w nich sprawy przełożyły się na realne działania, czy tylko były biesiadną gadaniną. Należałoby więc zatrudnić ekspertów, najlepiej konstytucjonalistów, którzy wskazaliby które dokładnie wypowiedzi i dlaczego są złamaniem prawa.

Tak właśnie bardzo dokładnie i skrupulatnie były analizowane przed publikacją materiały w przytaczanej ostatnio „Aferze Watergate”.

Oczywiście, że takie dziennikarstwo śledcze wymaga dużej ilości pracy oraz funduszy, których redakcje prasowe na tego typu działalność nie przeznaczają. Upadek dziennikarstwa śledczego, ale tego z najwyższej półki, skazuje nas na to, że jesteśmy karmieni plotkami i donosami.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/prof-maciej-mrozowski-srodowisko-dziennikarskie-jest-slabe-i-niezorganizowane

27-06-2014, 07:21

Lisicki, Patora, Żakowski o filmie z akcji ABW we “Wprost”  »

Press
(MAL)
27-06-2014

Zaprezentowany wczoraj materiał filmowy z akcji prokuratury i Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w redakcji “Wprost”, do której doszło 18 czerwca, utwierdził tylko dziennikarzy w ocenach tych wydarzeń. “Wprost” natomiast uważa, że film został zmanipulowany.

Wczoraj podczas konferencji w Prokuraturze Okręgowej Warszawa-Praga przedstawiono materiały wideo z akcji w redakcji “Wprost”. Prokuratura utrzymuje, że jej działania były zgodne z prawem, a funkcjonariusze nie przekroczyli swoich uprawnień. Na filmie z akcji prokuratorów i ABW w redakcji “Wprost”, do której doszło 18 czerwca br., widać, jak dwóch funkcjonariuszy próbuje siłą odebrać komputer naczelnemu “Wprost” Sylwestrowi Latkowskiemu, by zdobyć nagrania rozmów polityków, które tygodnik publikuje od połowy czerwca. Rzeczniczka prasowa prokuratury Renata Mazur zapewniała wczoraj, że funkcjonariusze działali zgodnie z prawem.

Pokazany przez prokuraturę film nie zmienił ocen dziennikarzy na temat wydarzeń w redakcji “Wprost”. Paweł Lisicki, redaktor naczelny tygodnika “Do Rzeczy”, po obejrzeniu udostępnionych wczoraj materiałów filmowych stwierdza: – Tłumaczenia prokuratury są skandaliczne i świadczą o głupocie. Te materiały pokazują akcję sił porządkowych w redakcji “Wprost”, która nie powinna mieć miejsca. To, że prokuratura próbuje się usprawiedliwiać, wmówić, że prowadziła czynności lege artis, jest śmieszne – uważa Lisicki.

- Już na zdjęciach fotoreporterów było widać, że ABW wyszarpuje coś Latkowskiemu. To, że doszło między nimi do bezpośredniego kontaktu fizycznego, wydaje się dość oczywiste. By to stwierdzić, nie potrzeba było wcale filmu. Mieliśmy do czynienia z bezprecedensową sytuacją, którą należy potępić – mówi Tomasz Patora, dziennikarz śledczy TVN.

Jednak zdaniem Jacka Żakowskiego z “Polityki” to nie zachowanie funkcjonariuszy, ale naczelnego “Wprost” należy potępić. – Zaskoczyła mnie bezczelność Latkowskiego. Na nagraniu widać, że funkcjonariusze żądali oddania materiałów, a on odmówił. Dziennikarz ma poczucie, że jest święta krową, które nie wiem, skąd bierze. To był obraz rozpasania Latkowskiego – uważa Żakowski. Dodaje, że nie ma zastrzeżeń do akcji ABW i prokuratury. – To było aż nazbyt grzeczne. Miałem poczucie wstydu, oglądając to, że doszło do takiego rozpasania mediów. Władza nie może się panicznie bać mediów – mówi Żakowski.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/45716,Lisicki_-Patora_-Zakowski-o-filmie-z-akcji-ABW-we-Wprost

26-06-2014, 15:29

Watoła i Kortko laureatami Konkursu im. Karola Sabatha  »

Portal medialny.pl
kw
26-06-2014

Judyta Watoła i Dariusz Kortko, Mirosław Usidus, Wojciech Mikołuszko i Ewa Nieckuła to finaliści VI edycji Konkursu im. Karola Sabatha na najlepszy materiał popularyzujący naukę w polskich mediach w 2013 roku. 24 czerwca br. w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego odbyła się uroczystość przyznania nagród.

Nagrodę Główną otrzymali Judyta Watoła i Dariusz Kortko za tekst “Zakładanie twarzy” (tekst został opublikowany w “Dużym Formacie”, dodatku do “Gazety Wyborczej”). Jury przyznało także trzy wyróżnienia. Pierwsze z nich powędrowało do Mirosława Usidusa za materiał pt. “Drony” opublikowany w miesięczniku “Młody Technik”. Dwa równorzędne otrzymali: Wojciech Mikołuszko za cykl felietonów skierowanych do najmłodszych “Gazety Wyborczej” oraz Ewa Nieckuła za cykl wywiadów “Nie tylko Skłodowska” o polskich naukowcach opublikowany na portalu NaTemat.pl. Ewa Nieckuła otrzymała też specjalne wyróżnienie za popularyzację nauki polskiej.

W skład jury w tegorocznej edycji konkursu weszli: dr hab. Barbara Głębicka – Giza (SWPS), dr Anna Muszewska (Instytut Biochemii i Biofizyki PAN), red. Wiktor Niedzicki (PSDN Naukowi.pl) oraz dr Anna Wasik (Instytut Biologii).

Konkurs im Karola Sabatha jest adresowany do wszystkich dziennikarzy, którzy dzięki swojej pracy popularyzują naukę, medycynę i technikę. Zarówno do osób, które przygotowują materiały dla redakcji lub rubryk naukowych, jak i tych dziennikarzy, którzy piszą i mówią o nauce na łamach mediów o profilu ogólnoinformacyjnym czy lokalnym. Udział w konkursie mogą wziąć zarówno autorzy materiałów o naukach ścisłych, przyrodniczych, medycznych, jak i humanistycznych oraz społecznych.

Celem konkursu jest promocja rzetelnego dziennikarstwa naukowego. Nazwa konkursu i główna nagroda nosi imię Karola Sabatha, przedwcześnie zmarłego naukowca, wybitnego popularyzatora nauki i dziennikarza naukowego. Sabath upowszechniał wiedzę i bardzo dbał o staranny dziennikarski warsztat. Z wykształcenia był biologiem, paleontologiem. Ukończył Wydział Biologii na Uniwersytecie Śląskim, pracował w Instytucie Paleobiologii PAN i w Muzeum Geologicznym Państwowego Instytutu Geologicznego w Warszawie.

Organizatorem Konkursu im. Karola Sabatha jest Polskie Stowarzyszenie Dziennikarzy Naukowych Naukowi.pl. Partnerami wydarzenia są wydawnictwa PWN i CIS, Instytut Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego.

Całość: http://portalmedialny.pl/art/44436/watoa-i-kortko-laureatami-konkursu-im-karola-sabatha.html

26-06-2014, 14:34

Jerzy Baczyński: “Wprost” kompromituje dziennikarstwo śledcze, powoduje patologię  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
26-06-2014

- Tzw. taśmy “Wprost” to kompromitacja dziennikarstwa śledczego, być może ostateczna. To, co się dzieje od kilkunastu dni, nie jest sukcesem polskiego dziennikarstwa, raczej dowodem jego patologii – ocenia Jerzy Baczyński, redaktor naczelny “Polityki”.

Jerzy Baczyński

W komentarzu opublikowanym w nowym numerze “Polityki” Jerzy Baczyński zwraca uwagę, że publikacja przez “Wprost” nagrań podsłuchanych rozmów polityków może być gwoździem do trumny dziennikarstwa śledczego, które już od dekady jest marginalizowane jako pracochłonne i kosztowne. Zamiast niego media wolą publikować “wrzutki” otrzymane od służb specjalnych, co szczególnie często działo się za rządów PiS. - Spore zasługi ma tu ówczesny “Wprost”, który zyskał sobie nawet miano “słupa ogłoszeniowego służb specjalnych”. Prawdziwe dziennikarstwo śledcze zawsze będzie przegrywać (bo brak mu sił i środków) z profesjonalną agenturą – ocenia Baczyński.

Jego zdaniem redakcja “Wprost” powinna zdecydowanie dłużej i wnikliwiej popracować nad otrzymanymi nagraniami przed publikacją. - Trzeba ocenić wiarygodność prawdziwość zapisu, zadać sobie pytania oto, kto i dlaczego dokonał nagrań, przesłuchać taśmy, wydobywając z nich to, co może świadczyć o popełnionym przestępstwie lub zamiarze złamania prawa, ocenić, jaką część materiału warto jest ujawnić w interesie publicznym, a co powinno pozostać prywatne, zważywszy na charakter, okoliczności czy konwencję podsłuchanej rozmowy - wylicza naczelny “Polityki”. - Tak by było w teorii, zwłaszcza według klasycznych amerykańskich podręczników “wolnego i odpowiedzialnego dziennikarstwa”. Ale te czasy minęły - zaznacza.

Do Baczyńskiego nie przemawia głoszona m.in. przez redaktora naczelnego “Wprost” Sylwestra Latkowskiego argumentacja, że tygodnik ujawnił nagrania dla dobra publicznej i z poczucia obowiązku dziennikarskiego.

- Dziś media są przede wszystkim biznesem. Rozprawianie o misji i odpowiedzialności publicznej jest wręcz niepoważne i żenujące, liczy się sprzedaż szum, cytowania, atrakcyjność publikacji, zwłaszcza zdolność wywoływania emocji - stwierdza naczelny “Polityki”. - Dzisiejszy spektakularny sukces “Wprost”, zapewniający chwilowy skok sprzedaży i bezwzględne zwycięstwo w rocznych rankingach cytowań, może się zmienić w równie efektowną klęskę. To, co się dzieje od kilkunastu dni, nie jest sukcesem polskiego dziennikarstwa, raczej dowodem jego patologii - dodaje.

Za patologię Baczyński uznaje także interwencję w redakcji “Wprost” funkcjonariuszy ABW i prokuratorów, do której doszło w zeszłą środę. Podkreśla, że przysługujące dziennikarzom prawo do ochrony źródeł informacji jest po to, by chronić półlegalnych i nielegalnych informatorów ujawniających wiadomości nieoficjalne i nieprzyjemne, na temat korupcji czy nadużyć władzy. Dzięki temu media mogą pełnić funkcję – jak to określa Baczyński – “psów obronnych” demokracji.

- Jeśli raz zgodzimy się na to, że prokuratura, policja i służby specjalne mogą nachodzić redakcje, konfiskować komputery i zastraszać dziennikarzy w imię “interesu państwa i wymiaru sprawiedliwości”, będzie to oznaczało koniec mediów w ich najważniejszej społecznej funkcji - podkreśla naczelny “Polityki”. I dodaje, że wyobraża sobie, że za rządów PiS do redakcji tego tygodnika mogliby wkroczyć śledczy.

Jednocześnie Jerzy Baczyński zwraca uwagę na paradoksalność obecnej sytuacji, w której symbolem wolności mediów zostali “Wprost” i Sylwester Latkowski. Tymczasem przed rokiem “Gazeta Finansowa” podała, że Michał M. Lisiecki, prezes wydającej “Wprost” spółki PMPG, proponował Totalizatorowi Sportowemu i PKP usługi reklamowe po zawyżonych cenach w zamian za odpowiednie artykuły o firmach w tygodniku. Z kolei Sylwestrowi Latkowskiemu rzekomo gangsterską przeszłość wytykało “W Sieci”.

- “Wprost”, zapewne wskutek licznych meandrów politycznych i rynkowych, znalazł się pod sam koniec stawki, ze sprzedażą ostatnio sięgającą ledwie pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy. To jest już poziom niebezpiecznie niski - ocenia Baczyński. – Wystarczy popatrzeć choćby na sposób sprzedawania przez “Wprost” taśmowych rewelacji, żeby nabrać wątpliwości co do  deklarowanych – podniosłych motywów publikacji - dodaje.

Ponadto naczelny “Polityki” uważa, że pisma określane jako tygodniki opinii tak naprawdę nie mają ze sobą niczego wspólnego poza cyklem wydawniczym i tematyką. Każdy tytuł szuka swojej niszy, a “Wprost” kierowany przez Latkowskiego chce uchodzić za „bezkompromisowego ujawniacza tajemnic”.

W kwietniu br. średnia sprzedaż ogółem “Polityki” wyniosła 124 550 egz., a “Wprost” – 51 660 egz. (według danych ZKDP ).

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/jerzy-baczynski-wprost-kompromituje-dziennikarstwo-sledcze-powoduje-patologie

26-06-2014, 09:38

Wprost pozywa wSieci i wPolityce.pl za teksty o Latkowskim  »

Media2.pl
Łukasz Szewczyk
26-06-2014

Tygodnik Wprost pozywa tygodnik wSieci i portal wPolityce.pl, w których pojawiły się niepochlebne teksty na temat redaktora naczelnego Wprost. Ich autorzy opisywali m.in., że “Sylwester Latkowski robił nielegalne interesy w latach 90.”

“Odnaleźliśmy w Berlinie człowieka, z którym obecny redaktor naczelny “Wprost” robił nielegalne interesy w latach 90. Jego relacja rzuca nowe światło na działalność Sylwestra Latkowskiego, który do tej pory nigdy się nie wytłumaczył ze swojej prawdziwej przeszłości” – alarmował kilka tygodni temu tygodnik wSieci.

Teraz Agencja Wydawniczo-Reklamowa Wprost poinformowała o złożeniu pozwu o ochronę dóbr osobistych AWR Wprost przeciwko Fratria, Jackowi Karnowskiemu oraz Andrzejowi Rafałowi Potockiemu, w którym domaga się zaniechania dalszych naruszeń, opublikowania przeprosin oraz zadośćuczynienia w kwocie 100 tysięcy złotych – w związku z artykułami na temat Sylwestra Latkowskiego, które ukazały się w tygodniku “wSieci”, a które według wydawcy zawierały nieprawdziwe informacje dotyczące redaktora naczelnego Wprost.

Agencja Wydawniczo-Reklamowa Wprost złożyła także pozew o ochronę dóbr osobistych AWR Wprost przeciwko Fratria i Markowi Pyzie, w którym domaga się zaniechania dalszych naruszeń, opublikowania przeprosin oraz zadośćuczynienia w kwocie 50 tysięcy złotych – w związku z artykułami na temat Sylwestra Latkowskiego, które ukazały się w serwisie wPolityce.pl, a które zawierały nieprawdziwe informacje dotyczące red. naczelnego Wprost.

Całość: http://media2.pl/media/112306-Wprost-pozywa-wSieci-i-wPolityce.pl-za-teksty-o-Latkowskim.html