27-06-2014, 17:55
Modny pojazd fin de siècle’u »
Henryk Szczepański
27-06-2014
Cykliści w Katowicach
Wojciech Mszyca zgromadził kilkadziesiąt zabytkowych rowerów. Jest wśród nich prawdziwy rarytas – stulatek z 1914 roku. Wszystkie potrzebowały uzdrowiciela. Choć wcześniej był dziennikarzem, przemienił się w mistrza imadła i śrubokręta. Jak Pigmalion w marmurową bryłę, w zdezelowane welocypedy tchnął iskrę życia przywracając im dawną urodę i sprawność. Ściga się na nich i paraduje podczas największych cyklistycznych gali Europy. Z jego eksponatami fotografują się politycy, artyści i mistrzowie sportu. Jest właścicielem unikalnych zbiorów – kustoszem pierwszego w Katowicach Muzeum Techniki. Dla mnie, jego lamus stał się pretekstem do wyszperania ciekawostek związanych z legendą cyklizmu kajzerowskich i międzywojennych Katowic.
Dwukołowy szlagier XIX wieku
Pierwsi cykliści budzili postrach. Gdy na ogromnym kole zwanym welocypedem pojawiali się w odleglejszych zakątkach doliny Rawy lub Brynicy, przerażeni Ślązacy żegnali się znakiem krzyża. Tajemnicze zjawy obrzucali kamieniami bądź szczuli psem spuszczonym z uwięzi. Podobnie reagowali mieszkańcy okolic Krakowa, Wrocławia i Warszawy. Przejażdżki pociągały mężczyzn o zdrowych nerwach, gustujących w perypetiach z dreszczykiem. Na wyposażeniu pojazdu mieli metalową szpicrutę nazywaną “prezerwatywą od psów” lub rewolwer z krótką lufą o wdzięcznej nazwie – buldog. Na krawędzi stuleci ich groźny rynsztunek i szybkobieżne maszyny stanowiły zapowiedź „rychłego końca świata”. Nic więc dziwnego, że gdy Niemcom przyszło opłakiwać klęskę wilhelmińskiego imperium, cyklistów pospołu z Żydami wpisali do anegdoty – jako winnych katastrofy II Rzeszy.
W Katowicach pierwszym właścicielem bicykla był Robert Ollendorf mieszkający w neoklasycystycznej willi naprzeciw dworca kolejowego, tam gdzie dzisiaj znajduje się hotel “Monopol”. W Zawodziu miał fabrykę wyrobów metalowych. Wehikuł zmontował około 1868 roku. Szczegółów konstrukcji nie znamy. Możemy przypuszczać, że był podobny do najstarszych jednośladowych dwukołowców używanych wtedy we Francji. Pomykał dzięki pedałom napędzającym oś przedniego drewnianego koła, ponad którym znajdowało się siodełko cyklisty. Średnica jego metalowej obręczy sięgała prawie dwóch metrów i była kilkakrotnie większa od średnicy tylnego, wspierającego kółka. Aby przypomnieć, że jest to pojazd niebezpieczny, na którym za brawurę płaci się połamaniem rąk, nóg bądź kręgosłupa, nazywano go kościotłukiem. W Katowicach, Warszawie, Lwowie i Krakowie taka rozrywka nosiła nazwę – jazdy na kole albo “na cyklu”; pedałujących nazywano “kołownikami” bądź “cyklistami”.
Kolebką cyklizmu w Niemczech był Frankfurt nad Menem, gdzie Henryk Kleyer, w połowie lat 80. tamtego stulecia otworzył pierwszą fabrykę rowerów, pierwszy welodrom i pierwszą szkołę jazdy. To on był producentem “Adlera”, wizytówki niemieckiego przemysłu rowerowego. Jeden z tych białych kruków, budzący podziw europejskich retrocyklistów i kilkakrotnie przez nich nagradzany, jest ozdobą kolekcji Wojciecha Mszycy.
Wśród katowiczan, pierwsze egzemplarze unowocześnionego wehikułu pojawiły się na początku ostatniej dekady XIX stulecia. Były jednym z hitów fin de siècle’u. Cieszyły tych, którzy wyżej sobie cenili kontakt z naturą niż szelmowskie, grywanie boków” w kabaretach, melancholie w zadymionych kawiarniach bądź nobliwe odsiadki na koncertach odeonowych. Cykliści woleli relaks w ruchu. Wozili się po niezbyt długich odcinkach zabrukowanych jezdni śródmieścia, wiejskimi traktami albo ścieżkami podmiejskiego lasku na zboczach Kamionki Katowskiej, później nazywanej wzgórzem Beaty.
Skrzydlaty Pegaz na kołach
Pojazd produkowany przez brytyjską firmę “Rover company z Coventry”, nazywano z angielska bicykle, z niemiecka fahrrad bądź niederrad, z francuska: welocyped, a na Śląsku i w Polsce koło lub rower. Ta ostatnia upowszechniła się nad Wisłą, Odrą i Bugiem. Tylko Polacy nazwali go rowerem, i nie po to aby upowszechnić markę firmy, ale głównie ze względu na semantyczne konotacje angielskiego określenia. Rover w języku Brytyjczyków znaczy “obieżyświat” i tą jego bardziej romantyczną funkcję dostrzegli mieszkańcy Królestwa Kongresowego. Przypadł im do gustu jako „skrzydlaty Pegaz na kołach”, przemykający ponad kordonami trzech zaborców. Szybkobieżność urządzenia eksponuje również francuskie “velocipede”, co w swobodnym tłumaczeniu oznacza “prędką nogę”.
Narodziny cyklizmu na Śląsku
Zrazu pedałowanie było rozrywką elitarną uprawianą przez młodych, zamożnych mężczyzn. Do jego entuzjastów należał Fritz Siwinna, katowicki wydawca i redaktor popularnej “Kattowitzer Zeitung” (“Gazety Katowickiej”). To on jako pierwszy w mieście nad Rawą jeździł na rowerze z ogumionymi kołami o metalowych rafkach. Był założycielem i wieloletnim prezesem “Radfahrer-Club”, miejscowego klubu cyklistów zawiązanego latem 1894. W trzy lata później w mieście istniały już cztery takie zrzeszenia. Na Górnym Śląsku do najstarszych należało gliwickie “Rad und Motorverein “Sport” 1895 Gleiwitz”, które od 1900 r. dysponowało własnym torem kolarskim. Śląskie towarzystwa cyklistyczne zrzeszyły się w ogólnopaństwowej organizacji o nazwie: Bundes Deutscher Radfahrer (Ogólnoniemieckiego Związku Kolarskiego) i należały do okręgu nr 35 z siedzibą w Bytomiu.
Na przełomie wieków na większych podwórkach i placach, doświadczeni trenerzy ustawiali welodromy. Tam, za parę fenigów można było przećwiczyć sztukę prowadzenia fahrrada. Te cudowne maszyny do podróżowania, spędzały sen z powiek wyrostków a czasem były przyczyną ich desperackich decyzji. Na łamach “Katolika” alarmował bezradny ojciec: “Chłopiec mój, Ryszard Krzewski 11 lat stary, uciekł ze szkoły 9 t. m. i do dziś nie wrócił. Ma stary sztofowy siwy ubiór, stary kapelusz i jest boso, ktoby o nim coś wiedział proszę donieść policyi lub mnie samemu Jan Krzewski Brzezina (Birkenhain).” Wnet się dowiedział, że ciekawe świata pacholę, pojechało razem z obwoźnym sprzedawcą welocypedów, po niemiecku zwanym fahrradtrainerem.
Od początku XX wieku w Katowicach przy Nikolaistrasse 44 (obecnie: Mikołowskiej) funkcjonowało “Benhard Johann, Fahrrad-Geschaft” – przedsiębiorstwo rowerowe Johana Bernharda, wyspecjalizowane w handlu i naprawie. Na Starówce, opodal ratusza, przy Poststrasse 8 (obecnie: Pocztowa), kupiec Yiktor Deutsch, prowadził największy w mieście skład rowerów i maszyn do szycia, dysponujący fachowym serwisem reperacyjnym. Sprzedaż bądź naprawę welocypedów proponował: Paul Grundmann przy dzisiejszej 3 Maja 21 oraz Franz Orzeł, przy Holtzestrasse 30 (obecnie: Mariacka). Równie zasobne składy rowerów prosperowały w pobliskiej Królewskiej Hucie i Gliwicach.
“Skrzydlaty Pegaz na kołach” kosztował wtedy około 230 marek. To była wartość jednej tony dobrej pszennej mąki albo 10 ton ziemniaków.
Ślązacy i katowiczanie jeździli na welocypedach produkowanych przez firmy: Adler, Brennabor, Lohmeyer, Renner, Opel, Lyra i kilka innych funkcjonujących na obszarze II Rzeszy. Nie można wykluczyć, że w ramach importu z Rosji, docierały do nich pojazdy produkowane przez wytwórnie Łodzi lub Warszawy. Śląscy kolekcjonerzy nie tracą nadziei. Przeczuwają, że gdzieś pod korcem maku ukrywa się jakiś egzemplarz “Wichra” – nestora polskich welocypedów, a może i wahrenowskiego “Diabła” bądź “Syreny”. – Na razie, 23 kwietnia 2014 roku – mówi red. Mszyca – akurat na swoje imieniny, postawiłem na koła męski rower “Światowit Extra” w 1937 roku wyprodukowany przez fabrykę w Myszkowie, a w tydzień później, na majówkowe przejażdżki miałem już odrestaurowane warszawskie “Torpedo” z 1935.
W wersji dwukołowej z przyczepką, bądź jako trójkołowa riksza, rower doskonale sprawdzał się w obsłudze kurierskiej i bagażowej. Kursowali na nim umundurowani posłańcy. Doręczyciele dla południowych Katowic mieli bluzy zielone a dla północnych czerwone. Przewozili depesze i kilkukilogramowe paczki. Riksze pasażerskie miały postój przed gmachem dworca kolejowego. Welocyped rychło stał się charakterystycznym atrybutem listonosza i policjanta. Dla przeciętnie zarabiającego obywatela wciąż był za drogi.
Trzeba było trzymać fason
Nowej modzie i obyczajowości sprzyjała rozbudowa dróg publicznych i udoskonalanie ich nawierzchni. Niebawem, rower w Katowicach i na Śląsku stał się powszechnie używanym urządzeniem a cyklistówka – płaska, okrągła czapka z daszkiem – popularnym nakryciem głowy. Początkowo obowiązywała biała, przewiązana czarną wstążką z mory. Dla powstańców śląskich, w czasie III powstania, było to jedno z obowiązujących nakryć głowy. Białą cyklistówkę do amerykańskiej marynarki zakładał Jan Kiepura, a w kraciastej – zwanej czasem oprychówką – chodził minister Stanisław Grabski. Szanujący się cyklista do jazdy zakładał pumpy, kurtkę i sweter a pod to koszulę, najpierw ze sztywnym kołnierzykiem i mankietami, później z miękkim, wykładanym. W okresie secesji w jego stroju dominowała czerń i biel.
Anioł na rowerze
Miejsce za rowerową kierownicą, przez długie lata było niedostępne dla Ślazaczek. Choć nie brakowało wśród nich amatorek relaksującego cyklizmu i szybkiej jazdy, nie od razu pokonały bariery obyczajowe, uodporniły się na zabobonne przestrogi i przemodelowanie swoich ubiorów. Kobiety i dziewczęta ostrzegano, że jeżdżąc na “kole” będą miały skrzywione miednice, utracą dziewictwo, a doznając pobudzenia seksualnego pod wpływem siodełka między pośladkami staną się ofiarami erotycznej rozwiązłości. W Krakowie spuneryści z kręgu Boya, okupujący “Jamę Michalikową”, na widok panny na bicyklu powtarzali rubaszny kalambur “kupka na dołku”. Natomiast, z podziwem i w życzliwym tonie o pedałujących niewiastach pisał warszawianin Artur Oppman:
„Tobie to wieku dziewiętnasty
składam swą pieśń w ofierze,
dałeś nam obraz wprzód nieznany
– anioła na rowerze…”
W reakcji na staroświecką indoktrynację i głupie dowcipy, co bardziej niezależne kołowniczki zrezygnowały z noszenia długich lub ściśle dopasowanych sukien, sztywnych gorsetów, ozdobnych rękawów z falbankami i wstążeczkami a la Gigot. Do lamusa wyrzuciły tiurniury i szmizetki. Zamiast czapek zaczęły nosić małe kapelusze o męskim kroju, z szerokim rondem lub piórkiem, żakiety, bluzki koszulowe i spódnice tak zwane dzielone spódnico-spodnie, w czasie jazdy podwiązywane sznurkiem lub rzemykiem. Nie brakowało zwolenniczek luźnej spódnicy, opuszczanej na osłonowej siatce, specjalnie w tym celu zamontowanej nad tylnym kołem. Na początku XX wieku modnymi kolorami były czarny i biały ale nie unikano pastelowych i złamanych – takich jak tabaczkowy.
Producenci rowerów wprowadzili na rynek specjalny model – “damkę”, bicykl z ramą o skośnej rurze. Elegantkom oszczędzał nieco krępującego zadzierania nogi i przerzucania jej przez siodełko. Jeden z tych eksponatów – “Diamant 69″ z 1938 r., reklamowany wtedy jako “Piękność z Saksonii”, ocalał w zbiorach katowickiego kolekcjonera red. Wojciecha Mszycy.
Ci wspaniali cykliści
Na Śląsku rower zaczął pełnić funkcje rekreacyjno-sportowe. Jak grzyby po deszczu zawiązywały się stowarzyszenia: “1899″ Siemianowice, “Arbeiter-Radfahrerverein” czyli Robotniczy Związek Rowerzystów w Katowicach, Towarzystwo Cyklistów “1905″ Katowice, “Polonia” Mysłowice, TC “Sport” Wełnowiec i wiele innych na terenie powiatu. Najbardziej aktywna była “Szarotka” z Małej Dąbrówki, zrzeszająca 65 członków. Wiosną 1923, w polskich już Katowicach miłośnicy kolarstwa zrzeszyli się w Związku Cyklistów i Motocyklistów Województwa Śląskiego, do którego przystąpiło kilkanaście towarzystw lokalnych. Jego pierwszymi prezesami byli: Gotfryd Grytzman, a po nim Augustyn Skiba. Sekretariat Związku mieścił się przy placu Wolności 12, a w latach 30. w kamienicy Strzałkowskiego przy 3. Maja 34.
Ślązacy startowali w zawodach warszawskich i ogólnopolskich zdobywając nagrody i medale. Wyróżnili się w kolarstwie szosowym – mistrzem Polski w wyścigu górskim w 1932 r. został Antoni Wlokas z Towarzystwa Cyklistów w Żorach. Uprawiali turystykę rowerową a przez cały okres międzywojenny stawali na najwyższym podium w tak oryginalnych dyscyplinach jak akrobacja rowerowa albo piłka rowerowa, w Polsce egzotycznych a popularnych wśród Czechów, Niemców i Słowaków. W tej dziedzinie mistrzami Polski byli: bracia Henryk i Maksymilian Jelinkowie z katowickiego Towarzystwa Cyklistów “1905″, bracia Walter i Paweł Porembowie z siemianowickiego TC oraz tandem “Paszek Szampera” z TC “Strzał” w Pszczynie. Piłkę do bramki przeciwnika prowadzili i wbijali wyłącznie kołem swojego welocypedu. Wiosną 1939 r. w Siemianowicach odbyły się mistrzostwa Polski w tej dyscyplinie. Rozgrywano je na boisku i w Sali Józefa Uhera przy ulicy Michałkowickiej. Były głównym punktem programu obchodów 40-lecia tutejszego klubu cyklistów założonego w ostatnim roku XIX stulecia.
Popularną niedzielną imprezą dla wszystkich były „biegi rowerowe” na dystansie 105 km., którym patronowała katowicka Fabryka Rowerów “Ebeco”, sponsorująca klub sportowy z jej firmową nazwą. W jej barwach jeździli m. in.: bracia Erwin i Ewald Ligoniowie, Erwin Czech i Muller. Zrzeszeni i niezrzeszeni cykliści walczyli o puchar i medale organizatora. Jeden z zabytkowych medali, nabyty za grube pieniądze, trafił do zbiorów red. Mszycy.
Pedały jak ostrogi
Od 1870 r. welocyped znalazł się wyposażeniu sił zbrojnych Francji odpierającej pruską inwazję. W kilkanaście lat później zaczęły na nim jeździć wojska austrowęgierskie, belgijskie i szwajcarskie. Reichswehra pedałowała od 1906 r. Najlepiej sprawdzał się jako pojazd wywiadowców, łącznościowców i służb medycznych. W 1902 r. Austriacy wynaleźli rower składany, po szybkim demontażu pełniący funkcję noszy. Znalazł zastosowanie jako pojazd używany przez sanitariuszy śpieszących do akcji. Korzystało z niego wojskowe pogotowie medyczne i straż pożarna. Chwalili go strażacy z sekcji medycznej katowickiego oddziału pożarników, która wtedy pełniła rolę miejskiego pogotowia ratunkowego. Rower zaliczano do pojazdów strategicznych. W czasie działań wojennych sprawnie przemieszczały się na nim oddziały strzeleckie, w tym także obsługa karabinów maszynowych. Od tamtej pory kolarze byli niemniej waleczni niż kawalerzyści a warsztaty ślusarskie na terenie koszar niemniej ważne niż stajnie wraz z powozownią. Pedały były jak ostrogi. Wśród wąsatych dragonów i rubasznych rowerzystów mawiało się: „Mocniej ciśniesz szybciej pędzisz.”
W bitwach z powstańcami śląskimi niemieckie plutony i kompanie cyklistów patrolowały zajmowane tereny i atakowały na linii frontu. Uzbrojeni kolarze walczyli podczas wojny bolszewickiej. W okresie międzywojennym w Wojsku Polskim, na każdą brygadę kawalerii i dywizję piechoty przypadała przynajmniej jedna kompania zbrojnych rowerzystów.
Gdy latem 1922 r. płk Stanisław Młodnicki przejmował śląską komendanturę Policji, wraz z wyposażeniem katowickiego garnizonu odziedziczył 200 rowerów. Wiele z nich pochodziło z warsztatów tutejszego “Ebeco”.
Entuzjastom kolarstwa z kręgu katowickiej Szkoły Policji przewodził starszy posterunkowy Jan Dublaszewski, szef tutejszej sekcji rowerowej, legitymujący się także mistrzowskimi medalami w narciarstwie oraz biegach średnio i długodystansowych.
Jeszcze we wrześniu 1939 r. oddział zbrojnych cyklistów pod dowództwem Piotra Reronia przybył z Sosnowca do Katowic aby uczestniczyć w bohaterskiej obronie miasta przed hitlerowcami. Podczas okupacji, niemieckie władze wojskowe rekwirowały rowery będące własnością Polaków a na kresach wschodnich zajmowanych przez Armię Czerwoną, na używanie roweru trzeba było uzyskiwać specjalne zezwolenie. Przypominają o tym muzealne pamiątki i dokumenty ze zbiorów red. Mszycy.
Dom i fabryka Strzałkowskiego
W 1913 r. w kamienicy przy Grundmannstrasse 34 (obecnie 3 Maja) zamieszkał Erich Bernhardt, mechanik a potem kupiec, jeden z udziałowców “Ebeco” Oberschlesische Fahrradfabrik – Górnośląskiej Fabryki Rowerów; tutaj, w oficynach firma przetrwała weltkrieg i powstania śląskie. W kilka miesięcy po przyłączeniu Katowic do Polski, Władysław Strzałkowski i Wilhelm Schiitzer przejęli ruchomości i nieruchomości Fabryki “Ebeco”, która należała do spółki Erich Bernhardt & Company.
Jeszcze tego roku, w warsztatach na zapleczu kamienicy ujrzał świat pierwszy śląski rower wyprodukowany w Polsce Odrodzonej. Piasty do jego kół były osobiście toczone przez Strzałkowskiego, utalentowanego wynalazcę i konstruktora, według jego oryginalnej technologii. Najstarszy z zachowanych egzemplarzy zmartwychwstał ze złomowiska za sprawą Wojciecha Mszycy, przez kilka lat doposażał niezwykły eksponat w brakujące detale. Dziś wygląda jak nowy. Ma prawie 90 lat. Jest o 22 lata starszy od swego właściciela, który jeździ na nim wszerz i wzdłuż Europy, ciesząc się sławą ambasadora polskich retrocyklistów.
Na posesji 3 Maja 34 Władysław Strzałkowski pod szyldem “Ebeco” wyprodukował także pierwszą na polskim Śląsku, maszynę do szycia a w jakiś czas potem – gramofon. Dzisiaj to miejsce jest jednym z pomników upamiętniających historyczne dokonania rodzimej techniki. – “Ebeco” jest dla mnie najbardziej… katowickim z katowickich rowerów – mówi red. Mszyca.
Zabytkową ramę jego pojazdu zdobi firmowy emblemat z obrazkiem inspirowanym litografią z połowy XIX wieku. Ukazuje starą kuźnicę nad rozlewiskiem Rawy w Katowicach. Dwaj rzemieślnicy, starszy i młodszy, w roboczych fartuchach, z młotami na ramieniu, podają sobie dłonie. To alegoria tradycji – staroświecki kowal ściska dłoń nowoczesnego metalowca.
Strzałkowski zmarł w 1937 r. Potem firmę prowadziła jego żona i córki. Najstarsza z nich Wilhelmina wyszła za mąż za inż. Gustawa Różyckiego, specjalistę od maszyn górniczych i właściciela fabryki w Załężu. Jego firma, prócz urządzeń dla kopalń wyprodukowała też pierwszy polski motocykl na Śląsku. Na cześć swego konstruktora, tak jak i fabryka przy obecnej ulicy Tokarskiej, otrzymał nazwę: “MÓJ” – tak bowiem brzmiał pseudonim Różyckiego, pod którym znali go koledzy ze studiów akademickich w Wyższej Szkole Górniczej w austriackim Leoben i pracy w śląskich kopalniach.
Sklep firmowy na parterze kamienicy Strzałkowskiego, uchodził za największą fonotekę oferującą nagrania płytowe gwiazd ówczesnej opery, operetki i estrady. Zbiory red. Mszycy zawierają ozdobną, tekturową kasetę z przegródkami wypełnionymi kolekcją szelakowych i ebonitowych longplayów. Jej bordową okleinę zdobi złota lira i pięciolinia z kluczem wiolinowym oraz napis „EBECO” Fabryka Rowerów i Gramofonów.
W latach 80. XX wieku spadkobiercy Strzałkowskiego założyli spółkę i reaktywowali dawną nazwę. Nie produkuje rowerów, gramofonów ani maszyn do szycia. Dba o dobrą kondycję kamienicy i dobrze prosperuje na rynku obrotu nieruchomościami. W gabinecie jej prokurenta można obejrzeć zabytkowe wyroby a wśród nich jeden z egzemplarzy roweru “Ebeco”.
Sekrety wskrzeszania
Stare rowery są jak bezdomne kotki. Porzucone dogorywają na wysypiskach odpadów lub na złomowiskach. Wojciech Mszyca większość swoich zabytkowych welocypedów kuruje domowym sposobem ale nie z każdym przypadkiem potrafi sobie poradzić. Jednym z trudniejszych okazały się niedomagania sędziwej damki “Duerkopp” z 1934 roku. Przez kilka miesięcy stawiała opór nie pozwalając ściągnąć tarczy łańcuchowej z osi suportu. Próbował sam i trzej inni doświadczeni retrocykliści. Nie było wyjścia. Zdesperowany opiekun zawiózł swoją bidulę do Politechniki Śląskiej. Tam, jak w prawdziwej klinice dwukołowych pacjentów pochylili się nad nim doktorowie mechanicy – specjaliści od inżynierii materiałowej. Trafiła do laboratorium. Czeka ją mrożenie osi azotem i jednoczesne nagrzewanie tarczy, a może nawet seria ultradźwięków.
Całość: http://www.alfa.com.pl/slask/






