Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

04-09-2014, 10:28

Babskie szychty, czyli panie w kopalniach dają radę  »

TVP.INFO
(op)
04-09-2014

Branża górnicza, kojarzona z niebezpieczną i ciężką pracą, zdominowana jest przez mężczyzn, co nie oznacza, że panie nie radzą sobie w niej z zawodowymi wyzwaniami. Choć to nieczęste zjawisko, pod ziemią kierują m.in. męskimi ekipami na stanowisku sztygara. O tym czy “baba pod ziemią” rzeczywiście przynosi pecha, opowiada portalowi tvp.info Karolina Baca-Pogorzelska, dziennikarka z papierami inżyniera górniczego III stopnia.

– Panie w kopalniach były praktycznie zawsze. Pewnie niewiele osób wie, iż po wojnie kobiety pracowały na równi z mężczyznami. Dopiero po serii groźnych wypadków w 1958 roku w Polsce zakazano pracy kobiet pod ziemią, ale nie oznaczało to, że zniknęły z branży. Mogły być zatrudnione w górnictwie tylko na powierzchni. W 2008 roku Polska wypowiedziała konwencję zakazującą paniom pracy pod ziemią – mówi dziennikarka Karolina Baca-Pogorzelska, inżynier górniczy III stopnia.

Karolina Baca-Pogorzelska i jej oraz Tomasza Jodłowskiego "Babska szychta"

Na szychcie, bo nie było brata

Autorka książki “Babska szychta” rozmawiała z 17 paniami, które związały się z górnictwem na lata. Jak przyznaje, do branży kobiety często wchodzą przez rodzinne tradycje górnicze, zwłaszcza jeśli nie mają brata.

– Często to świadomy wybór, ponieważ od lat uważa się, że górnictwo jest branżą, która gwarantuje pewne zatrudnienie, nawet jeśli teraz bywa w nim dosyć trudno – opowiada Baca-Pogorzelska, która sama znalazła się tam trochę przez przypadek.

– W 2007 roku w gazecie, w której pracowałam dostałam propozycję w dziale ekonomicznym i zajęcia się górnictwem węglowym. Było to dla mnie dosyć zaskakujące. Stwierdziłam, dlaczego nie, trzeba spróbować czegoś nowego. Nie wiedziałam wtedy, że stanie się to moją pasją – wspomina Baca-Pogorzelska.

– Mówi się, że tradycje górnicze przechodzą z ojca na syna i tak dalej. U mnie w rodzinie pradziadek był górnikiem. Pracował w kopalni Dymitrow. Mój dziadek również był związany z tą branżą. Pracował w kopalni w Jaworznie, która wówczas nazywała się Komuna Paryska, potem Jan Kanty. Dziś jest nieczynna. Mój tata został perkusistą, jednak ja chyba trafiłam tam, gdzie moje miejsce – dodaje.

Ciężka przeprawa pod ziemią

Tytuł inżyniera górniczego otrzymała w 2012 roku po tym jak została laureatką nagrody Karbidka za publikacje poświęcone bezpieczeństwu w branży. Było to dla niej duże zaskoczenie i wyróżnienie. – Prawo do noszenia munduru to coś wyjątkowego – podkreśla Karolina Baca-Pogorzelska.

Swoją pierwszą “babską szychtę” wspomina z dużymi emocjami. – Bardzo się śmiałam przed pierwszym zjazdem, bo odbywał się w kopalni Staszic w Katowicach przy ulicy nomen omen Karolinki. Ja mam typowo śląskie imię, więc stwierdziłam, że to będzie taki specjalny moment. Nie! To była bardzo ciężka przeprawa. Byłam w takiej niskiej ścianie, gdzie pracują górnicy. Trzeba się było przez nią prawie przeczołgać obok kombajnu. Nie wspominam tego w różowych barwach – opowiada Karolina Baca-Pogorzelska.

Agnieszka Copa - sztygar zmianowy MM-1 w kopalni Wujek - jedna z 17 bohaterek "Babskiej szychty"

Praca na dole bywa niebezpieczna i często jest powodem troski najbliższych. Jak przyznaje Baca-Pogorzelska, kobiety, które zjeżdżają pod ziemię muszą się odmeldować po wyjeździe na powierzchnię.

– Sama wiem, że jak wyjeżdżam, to muszę się odezwać do męża czy mamy. Jak opowiadają panie, nawet gdy nie są pod ziemią, a dochodzi do jakiegoś wypadku w ich kopalni, to oczywiście zaczynają się serie telefonów od rodzin. To taki zawód, każdy musi się z tym liczyć – mówi autorka “Babskiej szychty”.

Przełamać stereotypy

Praca w specyficznych warunkach z taką ilością mężczyzn może być przyczyną małżeńskich sprzeczek? – Myślę, że mężowie nie są zazdrośni o żony pracujące w tak męskim towarzystwie. W wielu przypadkach obie połówki są zatrudnione w górnictwie. Bohaterki mojej książki często mówiły, że gdy przyszły do pracy w kopalni, to właśnie tam poznały przyszłych mężów – opowiada Karolina Baca-Pogorzelska, która prywatnie jest szczęśliwą mamą.

Niełatwo jednak przełamywać stereotypy. Wśród górników do dziś można usłyszeć przesąd, że “baba pod ziemią przynosi pecha”. – Cały czas kobiety są jednak rzadkością w kopalniach i zdarza się, że słyszą niewybredne żarty, ale chyba coraz częściej puszczają je mimo uszu. Panowie patrzą na kobiety pod ziemią bardziej przychylnym okiem i nie oceniają ich przez pryzmat płci a fachowości – podkreśla Karolina Baca-Pogorzelska.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/slask/babskie-szychty-czyli-panie-w-kopalniach-daja-rade/1r9p9

03-09-2014, 23:56

Reporter Polsat News zatrzymany na pograniczu Rosji i Ukrainy już na wolności  »

Press
PAP
03-09-2014

Reporter Polsat News Tomasz Kułakowski zatrzymany w środę przez rosyjską Federalną Służbę Bezpieczeństwa za filmowanie pogranicza rosyjsko-ukraińskiego bez ważnego pozwolenia, został już wypuszczony na wolności – poinformowała wieczorem stacja.

Tomasz Kułakowski

Jak podał w środę wieczorem Polsat News, przetrzymywany przez kilka godzin przez FSB Kułakowski jest już na wolności.

Kułakowski, moskiewski korespondent Polsat News, wraz ze swoim rosyjskim operatorem Wiktorem Wołkowem zostali zatrzymani w środę w miejscowości Wiesielo-Wozniesienowka na pograniczu przez FSB ok. godziny 14.30.

Jak mówił Polskiej Agencji Prasowej szef informacji Polsat News Radosław Kietliński, który pozostawał w kontakcie z reporterem, zatrzymani pojechali do pobliskiej bazy FSB własnym samochodem, w konwoju wojskowym. Zarzucono im, że filmowali pogranicze od strony Rosji bez ważnego pozwolenia FSB; opinie innych korespondentów, którzy są na miejscu, są podzielone – nie wiadomo, czy takie pozwolenia są obecnie wydawane, przez całe lata ten przepis pozostawał martwy – relacjonował Kietliński. Dodał, że Kułakowski zapewniał, iż obaj z operatorem są bezpieczni i dobrze traktowani.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/46366,Reporter-Polsat-News-zatrzymany-na-pograniczu-Rosji-i-Ukrainy-juz-na-wolnosci

03-09-2014, 19:00

Grzegorz Hajdarowicz oddał Ruchowi akcje e-Kiosku za Nexto.pl  »

Press
(GK)
03-09-2014

Presspublica, która należy do grupy Grzegorza Hajdarowicza Gremi Media, zbyła na rzecz Ruchu SA ponad 28 proc. akcji w spółce e-Kiosk SA. W zamian przejęła od Ruchu wszystkie udziały w internetowym sklepie Nexto.pl.

Po transakcji Presspublica będzie miała 50,01 proc. akcji spółki e-Kiosk SA, a Ruch – 28,14 proc.. Reszta należy do drobnych akcjonariuszy (spóła jest notowana na rynku NewConnect). Według wyceny giełdowej wartość transakcji (była ona bezgotówkowa) to ok. 4 mln zł. W jej wyniku Presspublica stanie się właścicielem Nexto.pl – sklepu z e-bookami i audiobookami oraz e-prasą.

Przychody e-Kiosku w 2013 r. wyniosły 18,1 mln zł, a wynik netto 668 tys. zł. W pierwszym półroczu br. spółka miała 8,4 mln zł przychodów i 256 tys. zł zysku netto. Spółka zajmuje się sprzedażą elektronicznych wydań prasy i książek (poprzez platformę e-Kiosk.pl).

Tak transakcję komentuje w dzisiejszej “Rzeczpospolitej” Dariusz Stolarczyk, wiceprezes Ruchu:

“Znamy się na sprzedaży prasy papierowej, ale mieliśmy zbyt słabe kompetencje, które pozwalałyby nam dobrze sprzedawać prasę elektroniczną. Zainwestowaliśmy w e-Kiosk, by pozyskać te kompetencje i akcje w spółce, która na polskim rynku jest najlepsza, jeśli chodzi o prasę elektroniczną, i wspólnie budować ten rynek. Dzięki współpracy z e-Kioskiem nasza oferta dla wydawców będzie bardziej komplementarna, np. klient, który kupował dotychczas na portalu prenumerata.ruch.com.pl, będzie wciąż mógł tam wybrać prasę papierową, ale także ciekawą i szeroką ofertę prenumeraty elektronicznej dostarczanej przez e-Kiosk.”

Z kolei prezes e-Kiosku Dariusz Bąk powiedział dziennikowi:

“Transakcja jest decyzją głównego akcjonariusza spółki – Presspubliki. Dla mnie ważne jest, że teraz jednym z istotnych akcjonariuszy e-Kiosku jest wiodąca firma z branży dystrybucji prasy. Dla e-Kiosku otwiera to perspektywy związane z możliwością podejmowania nowego rodzaju działań promujących czytelnictwo prasy elektronicznej.”

Całość: www.press.pl/newsy/internet/pokaz/46365,Grzegorz-Hajdarowicz-oddal-Ruchowi-akcje-e-Kiosku-za-Nexto_pl

03-09-2014, 13:47

Pańczyk-Pozdziej: Ślązacy, obudźcie się!  »

Dziennik Zachodni
Maria Pańczyk-Pozdziej
03-09-2014

Przeczytałam głos w debacie red. Piotra Semki i mną zatrzęsło. No bo czy to nie wstyd, że warszawiak ujmuje się za nami Ślązakami, że broni naszych, czyli większości racji, że artykułuje bezsporne fakty, iż RAŚ i jego poplecznicy to margines populacji, która nie ma prawa zawłaszczać śląskości tylko dla siebie. Co się z nami stało? Czy tak zobojętnieliśmy na wszystko, co pod pretekstem ratunku dla Śląska i Ślązaków próbuje się nam wmówić?

Maria Pańczyk-Pozdziej

Czy ogłuchliśmy, odebrało nam zdolność myślenia i mówienia? Chciałoby się powiedzieć: Obudźcie się Ślązacy, ci gorsi, bo tak się o nas mówi, ci, co to śląskość traktują w kategoriach etnicznych, którzy nie plują, nie wyszydzają i nie odsądzają od czci i wiary tych, którym zamarzyło się żyć na Śląsku, w Polsce.

Przecież jest nas nie 140 tys., a kilka milionów, przecież mówimy po polsku, czasem też godomy po śląsku, ale nie godka jest wyznacznikiem naszej ślą-skości.

Ani miejsce urodzenia, ani metryka, ani nasi ojcowie, tylko deklaracja. Jestem Francuzem, Hiszpanem, Polakiem czy wreszcie Ślązakiem, bo tak chcę, bo taka jest moja wola. I akceptujemy fakt, że 140 tys. ludzi na Śląsku, tylko 140 tys., podpisało się pod apelem przyznania im statusu narodowości. Inna rzecz, jakich użyto forteli, by co poniektórych do tejże deklaracji przymusić. Zapytałam starszą panią w Chełmie Śl., dlaczego złożyła swój podpis na podsuniętej jej kartce, odpowiedziała: “Pedzieli, że jak się nie podpisza, to nos stąd wykurzą”. A inna dodała, że za uczes-tnictwo w Marszu Autonomii dostała 50 zł.

Wiele osób pisze do mnie i dzwoni, dlaczego nie piętnuję tych, co mącą, co przywłaszczają śląskość dla siebie. Kilka lat temu pisałam, także na łamach tej gazety, że kij włożony w mrowisko na pewno je zniszczy, a na efekty nie będziemy musieli długo czekać. I miałam rację, a wszelkiej maści naprawiacze świata, a zwłaszcza Śląska, kpili ze mnie i pogardliwie nazywali Pańczycką, odszczepieńcem i poltoniem.

Z uporem maniaka robi to po dziś dzień niejaki Dariusz Dyrda, mieniący się być naczelnym “Śląskiego Cajtunga”, gazetki, której tytuł pisany jest niemiecką czcionką, a reklamującej się jako czasopismo nie tylko dla tych, którzy deklarują narodowość śląską. Otóż w tejże gazetce nawet ci, którzy deklarują śląskość, ale mają na nią inną niż Dyrda definicję i spojrzenie, są opluwani i obrażani. Nie oszczędza się w niej nikogo – ani prezydenta Bronisława Komorowskiego, ani arcybiskupa Wiktora Skworca, ani premiera Jerzego Buzka, ani prof. Jana Miodka, ani marszałka Mirosława Sekuły, ani sędziego Józefa Musioła, ani dziennikarzy, takich jak Teresa Semik, którzy mają odwagę pisać, że Śląsk jest nie tylko żółto-niebieski.

Otóż ten, mieniący się być dziennikarzem pismak ma czelność, krytykując moje widzenie Śląska, pojawiać się na mojej imprezie “Po naszymu, czyli po śląsku” w Zabrzu i sprzedawać swoje, pożal się Boże gadżety, np. koszulki z napisem “Oberschlesien”. Bez pytania o zgodę. To jest ta śląska prawość, uczciwość i umiłowanie niekrupniokowej tradycji. I pewnie znów Dyrda wkrótce wypisze na mój temat swoje dyrdymały. I będzie mi prostował kręgosłup. Zastanawiające jest, kto finansuje działalność tego zeitunga, bo przecież handel gadżetami na pewno nie rekompensuje kosztów wydawania gazety.

I ma rację red. Semka, że życzliwych RAŚ-owi socjologów, politologów, dziennikarzy i naukowców na Śląsku nie brakuje. Wystarczy porozmawiać z językoznawcami, którzy prywatnie nie widzą możliwości stworzenia języka śląskiego, ale żeby o tym pisać i przekonywać naukowo to już inna sprawa. Odważnych brak. Ci, którzy takie próby tu, na Śląsku podjęli, zostali uznani za odszczepieńców i zdrajców. Mogą coś o tym powiedzieć profesorowie: Dorota Simonides, Franciszek Marek, Helena Synowiec, Jan Miodek czy dr Bożena Cząstka-Szymon. A tym ogólnopolskim jak: Bralczyk, Markowski, Pisarek w podobnych okolicznościach przypisuje się określenie “warszawka”, co dyskryminuje ich kompetencje w sprawie śląskości, a osobliwie w sprawie języka.

Gdy w 2010 r. zorganizowałam w Senacie konferencję naukową “W kręgu śląskiej kultury, tradycji i dialektu”, na którą zaprosiłam językoznawców, samorządowców i parlamentarzystów, Kazimierz Kutz, który na niej nie był, napisał w “Gazecie Wyborczej”: “Na tej konferencji mieliśmy do czynienia z czymś w rodzaju półokupacyjnego myślenia przeniesionego z II RP, która nie traktowała Górnego Śląska jak regionu dobrowolnie – czynem zbrojnym – przyłączającego się do Polski, a ziemi podbitej. Narodziła się wtedy filozofia polskiego apartheidu”. Tyle cytat. A wszystko dlatego, że znakomici językoznawcy z całej Polski mówili o różnych sprawach, także o swoich obawach dotyczących kodyfikacji śląszczyzny. I mówią to dziś tylko mniej odważnie, czasami zasłaniając się brakiem kompetencji. Dlaczego? Bo się boją bezwzględności adwersarzy, obśmiania i ostracyzmu.

A także dziennikarzy. Także tych z “Dziennika Zachodniego”. Życzliwość, z jaką spotyka się RAŚ na łamach gazety, zauważają nawet najmniej politycznie wyrobieni czytelnicy. Nie ma dnia, by sprawy tegoż Ruchu nie były przedmiotem rozważań w DZ.

Zastanawiam się czasami, o czym pisaliby niektórzy koledzy po piórze, gdyby nagle RAŚ przestał istnieć. No, ale to nie moje zmartwienie. Mam inne. Jak wytłumaczyć moim słuchaczom, czytelnikom i wyborcom, dlaczego my, Ślązacy, jesteśmy tacy zachowawczy, tacy nieskorzy do obrony własnych przekonań, pojmowania śląskości. Dlaczego dajemy sobie wmówić, że krzykliwa mniejszość ma rację. I dlaczego jest tak wpływowa i tak łatwo nami manipuluje. Sama sobie zadaję pytanie, dlaczego ja, która od ćwierćwiecza walczę o godny status dla śląszczyzny, pozwalam na to, by mnie byle kto postponował i przypisywał grzechy, których nie popełniam.

Bo nie może być grzechem to, iż staram się ratować różnorodność naszej mowy i to, że propaguję ją zarówno przez konkurs “Po naszymu, czyli po śląsku”, jak i przez radiową publicystykę, organizację przeróżnych konferencji, sympozjów i spotkań. I posłużę się w tym miejscu argumentem zaczerpniętym z wywiadu red. Teresy Semik z prof. Janem Miodkiem w DZ z 25 marca 2011 r.: “Oczekiwanie ode mnie, że ja powiem: »Tak, śląszczyzna nadaje się do kodyfikacji w piśmie« jest takim samym zadaniem, jakie by postawiono matematykowi żądając udowodnienia, że czasem dwa razy dwa jest pięć. Nie udowodnię”.

A ja na koniec zaapeluję jeszcze raz – obudźcie się Ślązacy, nikt nam śląskości nie zabierze, ale – parafrazując – nie jest ona dana raz na zawsze. Łatwo ją bowiem nie tylko odrzeć z historycznych wartości i charyzmy, ale po prostu zniszczyć. Trzeba zatem o jej kształt, wymiar, jej pozycję zabiegać na co dzień. Nikt za nas tego nie zrobi, zwłaszcza ci, którzy widzą w niej wyłącznie polityczny profit.

Maria Pańczyk-Pozdziej, senator PO, wicemarszałek

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3554969,panczykpozdziej-slazacy-obudzcie-sie,id,t.html

03-09-2014, 11:37

Artur Michniewicz przegrał z TVP, sąd uznał, że mobbingu nie było  »

Press
(RUT)
03-09-2014

Artur Michniewicz, były zastępca kierownika redakcji publicystyki TVP 1, przegrał proces o mobbing, który wytoczył Telewizji Polskiej.

Artur Michniewicz

Michniewicz został zwolniony z TVP w styczniu 2012 roku i pozwał telewizję za szykany i niezgodne z prawem praktyki, jakie – jego zdaniem – miał stosować Andrzej Godlewski, zastępca dyrektora TVP 1 ds. audycji publicystycznych i społecznych. Za mobbing domagał się 50 tys. zł zadośćuczynienia. Michniewicz argumentował m.in., że był odsuwany od pracy i że Godlewski próbował za jego pośrednictwem przekazywać sugestie tematów dla “Wiadomości”, którymi kierowała wtedy żona Michniewicza, Małgorzata Wyszyńska. Telewizja broniła się, twierdząc m.in., że brak przekonujących dowodów mobbingu, a wicedyrektor Jedynki nie wiedział, iż Michniewicz jest mężem Wyszyńskiej.

Sąd Rejonowy w Warszawie przyznał rację TVP, uznając zarzuty mobbingu za bezpodstawne i zasadzając od Artura Michniewicza na rzecz telewizji 2,7 tys. zł tytułem zwrotu kosztów procesowych.

- Nie odwołałem się od wyroku, to nie miało sensu – mówi “Presserwisowi” Artur Michniewicz. – Przegrałem, bo nie mogłem udowodnić, że doznałem uszczerbku na zdrowiu: nie chodziłem do psychiatry ani nawet psychologa, nie rozpiłem się. Takie mamy prawo – dodaje Michniewicz

Zgodnie z Kodeksem pracy – art. 94 (3) par. 3 – zadośćuczynienia pieniężnego może od pracodawcy dochodzić „pracownik, u którego mobbing wywołał rozstrój zdrowia”.   Wyrok jest prawomocny.

Całość: http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/46356,Artur-Michniewicz-przegral-z-TVP_-sad-uznal_-ze-mobbingu-nie-bylo

03-09-2014, 10:16

Szkoła Dziennikarska dla Nauczycieli 2014 – Kurs Metis Katowice  »

Olga Zarzycka
03-09-2014

Szkoła Dziennikarska dla Nauczycieli 2014: Jeżeli masz pasję, lubisz tworzyć teksty, lubisz pisać o tym, co dzieje się wokół Ciebie, szukasz inspiracji, chcesz zarazić pasją swoich uczniów, chcesz się czegoś dowiedzieć o sobie, chcesz uruchomić swój umysł, chcesz spotkać innych ciekawych ludzi, chcesz doświadczyć czegoś nowego, chcesz poszerzyć swoje horyzonty i przełamać stereotypy weź udział w zajęciach Szkoły Dziennikarstwa dla Nauczycieli.

Szkoła dziennikarska dla nauczycieli to nowy projekt Dziennika Zachodniego, który powstał we współpracy z Regionalnym Ośrodkiem Metodyczno-Edukacyjnym Metis. Będą to warsztaty prowadzone przez dziennikarzy. Co zyskają nauczyciele? Poznają język nowych mediów i zgłębią wiedzę na temat mediów społecznościowych. Udział w kursie pozwoli też odpowiedzieć uczestnikom na pytanie, jak w efektywny sposób promować szkołę w Internecie.

Cykl obejmuje pięć spotkań, na których uczestnicy nauczą się jak zaplanować gazetę, budować tytuły oraz zastanowią się, jakie tematy mogą zainteresować media. Wdrożą się też w prace z Internetem, przyswoją sobie, czym powinien charakteryzować się tekst zamieszczany na stronie internetowej, omówią, co jest najważniejsze we współpracy szkoły z mediami.

Uczestnicy kursu poznają też tajniki redakcji Junior Media i dowiedzą się, jaka jest rola grafiki – fotografii i wideofilmowania.

Ważnymi elementami warsztatów będzie wizyta w drukarni oraz uczestnictwo w kolegium redakcyjnym, co pozwoli zaobserwować, w jaki sposób tworzy się gazetę na następny dzień.

Prowadzący zajęcia wyjaśnią także, dlaczego media społecznościowe są dzisiaj ważne i jak wypromować szkołę za pomocą strony internetowej czy profilu na Facebooku. Uczestnicy zgłębią również tajniki prawa prasowego, prawa autorskiego oraz prawa do ochrony danych osobowych. To oferta dla wszystkich nauczycieli, którzy chcą poszerzyć swoje horyzonty, ale też dowiedzieć się, jak zachęcać młodzież do aktywnego uczestnictwa w nowych mediach.

Kurs rozpocznie się 20 września 2014 r., a odbywać się będzie co tydzień w siedzibie Dziennika Zachodniego w Sosnowcu na ulicy Baczyńskiego 25A, w godzinach od 10 do 15. Koszt udziału to 290 zł. Grupa będzie liczyła 30 osób.

Warunkiem uczestnictwa jest zgoda na upowszechnienie wizerunku i rejestrację wideo, zgłoszenie online oraz wpłata należności do 18 września 2014 r. na konto Dziennika Zachodniego:

89 1140 1078 0000 2953 5400 1001

Polskapresse sp. z o.o.

Oddział Prasa Śląska w Sosnowcu

ul. K. K. Baczyńskiego 25A 41-203 Sosnowiec

z dopiskiem Szkoła Dziennikarstwa dla Nauczycieli.

Pod tym linkiem można zapoznać się ze szczegółowym planem zajęć: http://www.metis.pl/content/view/1939/26/

Całość: http://www.dziennikzachodni.pl/artykul/3552421,szkola-dziennikarska-dla-nauczycieli-2014-zapisz-sie-juz-dzis-kurs-metis-katowice,id,t.html