Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

18-10-2014, 12:29

X edycja Konkursu o Nagrodę Stowarzyszenia Eksporterów Polskich “Publicysta Ekonomiczny Roku 2014”  »

Stowarzyszenie Eksporterów Polskich
18-10-2014

Konkurs o Nagrodę Stowarzyszenia Eksporterów Polskich

Termin nadsyłania zgłoszeń do konkursu upływa 31 października 2014 r. Ogłoszenie wyników konkursu oraz uroczystość wręczenia nagród odbędzie się w czasie XII Kongresu Eksporterów Polskich 20 listopada 2014 r. Wysokość nagród: I miejsce – 5000zł., II miejsce – 3000zł., III miejsce – 2000zł.

Konkurs Stowarzyszenia Eksporterów Polskich o Nagrodę Publicysty Ekonomicznego za 2014 rok obejmuje teksty prasowe, fotoreportaże, audycje radiowe i programy telewizyjne oraz inne formy przekazu medialnego (w tym Internet) opublikowane w roku 2013 i 2014.

Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest nadesłanie co najmniej  2 publikacji tego samego autorstwa.

Prace należy nadsyłać na adres: Stowarzyszenie Eksporterów Polskich, 00-375 Warszawa, ul. Smolna 38 lok. 6, fax: 22 331-06-40,  e-mail: poczta@eksporterzy.org

Informacje o Konkursie znajdują się na stronie internetowej www.eksporterzy.org Prace konkursowe  (wycinki prasowe, kasety magnetofonowe, płyty CD lub kasety VHS) oznaczone datą i miejscem publikacji  należy wysyłać w jednym egzemplarzu. Do każdej pracy należy dołączyć Kartę Zgłoszenia.

Wszelkie prawa dotyczące Konkursu są zastrzeżone. Nadesłane materiały nie podlegają zwrotowi.

 

Regulamin

X Edycji Konkursu o Nagrodę Stowarzyszenia Eksporterów Polskich„Publicysta Ekonomiczny Roku 2014”

1. Zgodnie z art. 67 Statutu Stowarzyszenie Eksporterów Polskich przyznaje Nagrodę Publicysty Ekonomicznego za  podejmowanie zagadnień eksportu na łamach prasy, a także w programach radia  i telewizji. Konkurs ma charakter otwarty. Mogą w nim uczestniczyć wszyscy autorzy publikacji poświęconych zagadnieniom eksportu oraz działalności Stowarzyszenia Eksporterów Polskich na rzecz rozwoju eksportu i zwiększenia zaangażowania Polski w międzynarodowy podział pracy.  Prace mogą być zgłaszane przez autorów, a także przez redakcje.

2. Kryteria oceny publikacji:

a. dobór tematyki ukazującej rolę i znaczenie eksportu dla polskiej gospodarki,

b. prezentacja pozytywnych i negatywnych zjawisk w polityce gospodarczej państwa ze szczególnym

uwzględnieniem barier hamujących rozwój eksportu,

c. sposób i atrakcyjna forma publikacji – przyciągająca uwagę czytelnika, radiosłuchacza lub telewidza.

3.   Nagrody

Nagrody mogą być przyznawane zarówno osobom indywidualnym, jak również zespołom redakcyjnym za szczególnie ważne inicjatywy publicystyczno – wydawnicze (dodatki, kolumny, itp.) promujące eksport.

Wysokość nagród: I miejsce – 5000zł., II miejsce – 3000zł., III miejsce – 2000zł.

Organizatorzy zastrzegają sobie prawo innego podziału nagród z funduszu przeznaczonego na nagrody.

Laureaci otrzymają Tytuł i Medale Stowarzyszenia Eksporterów Polskich – “Publicysta Ekonomiczny 2014”

4. Kapituła

Nagrody przyznawać będzie Kapituła Stowarzyszenia Eksporterów Polskich na podstawie oceny nadesłanych materiałów.

Członkowie Kapituły mają prawo zgłosić publikacje według swojego uznania – poza nadesłanymi przez autorów lub redakcje.

5. Sponsorzy

Nagrody są ufundowane przez  Stowarzyszenie Eksporterów Polskich.

6. Sprawy organizacyjne

Konkurs Stowarzyszenia Eksporterów Polskich o Nagrodę Publicysty Ekonomicznego za 2014 rok obejmuje teksty prasowe, fotoreportaże, audycje radiowe i programy telewizyjne oraz inne formy przekazu medialnego (w tym Internet) opublikowane w roku 2013 i 2014, przy czym termin ich nadsyłania upływa  z dniem  31 października 2014 r. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest nadesłanie co najmniej  2 publikacji tego samego autorstwa. Ogłoszenie wyników konkursu oraz uroczystość wręczenia nagród odbędzie się w czasie XII Kongresu Eksporterów Polskich 20 listopada 2014 r.

Prace należy nadsyłać na adres: Stowarzyszenie Eksporterów Polskich, 00-375 Warszawa, ul. Smolna 38 lok. 6, fax: 22 331-06-40,  e-mail: poczta@eksporterzy.org

Informacje o Konkursie znajdują się na stronie internetowej www.eksporterzy.org. Prace konkursowe  (wycinki prasowe, kasety magnetofonowe, płyty CD lub kasety VHS) oznaczone datą i miejscem publikacji  należy wysyłać w jednym egzemplarzu. Do każdej pracy należy dołączyć Kartę Zgłoszenia.

Wszelkie prawa dotyczące Konkursu są zastrzeżone. Nadesłane materiały nie podlegają zwrotowi.

STOWARZYSZENIE EKSPORTERÓW POLSKICH

00-375 Warszawa, ul. Smolna 38 lok. 6, tel.: (22) 331 06 39, tel./faks: (22) 331 06 40, poczta@eksporterzy.org, www.eksporterzy.org

KARTA ZGŁOSZENIA

UDZIAŁU W KONKURSIE STOWARZYSZENIA EKSPORTERÓW POLSKICH O NAGRODĘ PUBLICYSTA EKONOMICZNY ROKU 2014

NAZWISKO i IMIĘ AUTORA

TYTUŁY PRAC

DATA PUBLIKACJI

NAZWA i ADRES REDAKCJI

ADRES AUTORA PRAC               ULICA                   KOD POCZTOWY    MIEJSCOWOŚĆ

TEL.                                                      FAX                                                              E-MAIL

NIP                                                                                                                          UWAGI

………………………..                                                                                            …………………………

Miejscowość i data                                                                                                Podpis zgłaszającego

 

STOWARZYSZENIE EKSPORTERÓW POLSKICH
00-375 Warszawa, ul. Smolna 38 lok. 6, tel.: (22) 331 06 39, tel./faks: (22) 331 06 40
poczta@eksporterzy.org, www.eksporterzy.org

Całość: www.eksporterzy.org

18-10-2014, 10:02

Prokuratura przesłuchuje dziennikarzy tygodnika “Wprost”  »

Press
(MW)
18-10-2014

Prokuratorzy prowadzący postępowanie przygotowawcze w sprawie nagrywania polityków w warszawskich restauracjach wypytują dziennikarzy tygodnika “Wprost” o okoliczności powstania tekstów o aferze taśmowej. – Mam wrażenie, że zamiast wyjaśnić sprawę, prokuratura chce postawić nas przed sądem – mówi Sylwester Latkowski, redaktor naczelny “Wprost”.

"Wprost" - Atak na redakcję

Główny podejrzanym w tej sprawie jest biznesmen Marek Falenta. Od poniedziałku Prokuratura Okręgowa w Warszawie przesłuchuje jednak też autorów tekstów ujawniających nagrane rozmowy polityków opublikowanych w czerwcu br. w tygodniku “Wprost” – m.in. Piotra Nisztora, Agnieszkę Burzyńską, Cezarego Bielakowskiego, Michała Majewskiego, Grzegorza Sadowskiego, Izabelę Smolińską, Joannę Apelską i Szymona Krawca. Redaktor naczelny tygodnika złoży zeznania w najbliższy czwartek.

Jak dowiedział się nieoficjalnie “Presserwis”, prokuratorzy pytali dziennikarzy, czy naczelny mówił im, skąd pochodzą nagrania i czy wyjaśniał im, dlaczego nagrania mają być opublikowane. Chcieli też wiedzieć, czy Latkowski omówił z dziennikarzami kwestię legalności nagrań i czy ujawnił w redakcji źródło ich pochodzenia. Dziennikarze “Wprost” byli też pytani, nad którymi fragmentami nagrań pracowali i czy znają Marka Falentę oraz kelnerów pracujących w restauracji Sowa i Przyjaciele.

Autorzy tekstu o aferze taśmowej nie odpowiadają na te pytania, powołując się na tajemnicę dziennikarską. Od dwóch dni podczas przesłuchań towarzyszy im prawnik wydawcy “Wprost”.

- Prokuratura, która powinna znaleźć winnych założenia podsłuchu w restauracji, zmierza do tego, by postawić przed sądem dziennikarzy “Wprost”. Działa, jakby chciała mnie ukarać za decyzję o opublikowaniu tekstów o taśmach – uważa Latkowski.

Łódzka prokuratura prowadzi też śledztwo w sprawie ewentualnego naruszenia nietykalności prokuratorów i funkcjonariuszy ABW i utrudniania im czynności w redakcji “Wprost” w czerwcu br.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/46822,Prokuratura-przesluchuje-dziennikarzy-tygodnika-Wprost

18-10-2014, 09:57

“Przegląd Sportowy” przywraca do życia tytuł “Tempo”  »

Press
Anna Małuch
18-10-2014

“Tygodnik Przeglądu Sportowego” (Ringier Axel Springer Polska) w przyszłą środę przekształci się w tygodnik “Tempo”. Ma nawiązywać do tradycji wydawanego w przeszłości dziennika sportowego o tej nazwie.

“Tygodnik Przeglądu Sportowego” ukazuje  się od kwietnia ub.r. W przyszłą środę ukaże się jego pierwsze wydanie po relaunchu, a tytuł zmienieni się na “Tempo”. Dziennik sportowy o takim tytule był wydawany od 1948 roku (w 2005 roku przekształcił się w piątkowy dodatek do “Przeglądu Sportowego”, zlikwidowany w 2011 roku). – By przydać tygodnikowi dynamiki i tożsamości, nadaliśmy mu historyczny i wielce zasłużony dla polskiego sportu tytuł “Tempo” – tłumaczy dyrektor ds. kontentu sportowego w RASP i redaktor naczelny “Przeglądu Sportowego” Michał Pol. RASP miał prawa do tytułu, bo był wcześniej jego wydawcą. Magazyn będzie się ukazywać w środy. – Po stworzeniu digitalnego, multimedialnego zespołu, nowej odsłonie strony internetowej Przegladsportowy.pl z silnie rozwiniętymi mediami społecznościowymi, teraz wspólnie z dyrektor wydawniczą Marleną Jezierską postanowiliśmy przekształcić tygodnik w nowoczesny, kolorowy magazyn XXI wieku z eksperckimi treściami najlepszych autorów “Przeglądu Sportowego” i wyrazistymi felietonistami – dodaje Pol.

Naczelnym tytułu został Paweł Wołosik, dotychczasowy szef działu Inne sporty “TPS”. Pismo nie zmieni zasadniczo profilu. Do grona felietonistów dołączą kierowca rajdowy Krzysztof Hołowczyc, siatkarz Łukasz Kadziewicz i komentator Canal+ oraz współpracownik Czasnabieganie.pl Marcin Rosłoń. Swój felieton w piśmie po relaunchu kontynuować będzie zastępca naczelnego “PS” Przemysław Rudzki. Tygodnik zyska nową makietę, przypominającą wydanie na tablet. Nowy layout zaprojektował grafik Tomasz Kardyński, który dołączył do redakcji.

“Tempo” ukaże się w nakładzie ok. 60 tys. egz. i objętości ok. 64 stron. Będzie kosztować tyle, co wcześniej “TPS” – 3,90 zł.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/46821,%E2%80%9EPrzeglad-Sportowy%E2%80%9D-przywraca-do-zycia-tytul-%E2%80%9ETempo%E2%80%9D

17-10-2014, 22:34

„Jeśli ktoś mówi o etyce, niech przyjrzy się najpierw mediom, w których pracuje”  »

Press
Anna Małuch
17-10-2014

Rozmowa z Igorem Janke, dziennikarzem, który odszedł do PR, ale z mediów nie zrezygnował

Rok temu odtrąbił Pan swoje odejście z dziennikarstwa, bo Pana zdaniem przestało ono pełnić rolę, do której zostało powołane. Długo Pan poza mediami nie wytrzymał. Najpierw program w Polsacie News 2, a teraz felietony w tygodnik u “Do Rzeczy”.

Igor Janke

Nie wiążę się z “Do Rzeczy”, uzgodniliśmy, że tylko czasem będę coś publikował w tym tygodniku. Felietony piszą różne osoby, także te pracujące w biznesie, prawnicy, ekonomiści, eksperci z różnych dziedzin. Kiedy coś piszę, podpisuję się jako partner w firmie Bridge. Nie ukrywam tego, że pracuję w biznesie. W Polsacie rozmawiam o poważnych, strategicznych rzeczach, ważnych problemach. Zaproszono mnie tam właśnie kogoś, kto nie tkwi na co dzień w dziennikarstwie, jako kogoś kto ma dziś inny punt widzenia.

Czyli kim Pan jest – dziennikarzem, PR-owcem, blogerem, biznesmenem

Przedsiębiorcą i obywatelem zaangażowanym w życie publiczne. Założyłem think tank, Instytut Wolności by poprawiać jakość polskiego życia publicznego. Organizujemy w nim poważne debaty, które cieszą się dużym zainteresowaniem, w których uczestniczą najważniejsze osobistości polskiej gospodarki, polityki, nauki. Rozmowy na podobne tematy prowadzę w Polsacie. Robię jeszcze kilka innych rzeczy: jestem współwłaścicielem Salon24, piszę książki, ostatnio wydałem opowieść o Solidarności Walczącej. Przede wszystkim jednak pracuję w Bridge. Jestem bardzo aktywny, tak już mam, ale to chyba wartość a nie problem.

To jest dziennikarstwo hybrydowe. To uczciwe?

W ciągu ostatnich lat w mediach, w całej komunikacji zachodzi rewolucja na miarę tego, co stało się za czasów Gutenberga. Dziś nadawać mogą wszyscy. Własne media zakładają ludzie biznesu, politycy, działacze organizacji pozarządowych. Dziś dziennikarze są tylko jednymi z wielu nadawców treści. Polsat zaprosił mnie właśnie jako człowieka z zewnątrz. Co złego w tym, że rozmawiam o bezpieczeństwie międzynarodowym, Ukrainie, edukacji czy demografii? Proszę porównać poziom tych dyskusji z większością programów publicystycznych. Gdy zaproszono mnie do prowadzenia tych rozmów złożyłem jasną deklarację – choć nikt jej ode mnie nie wymagał – że żaden z tematów, które będę poruszał, nie będzie wiązał się z biznesem, który prowadzę. Jasno to oświadczyłem i tego się trzymam. Natomiast gdy oglądam media, widzę wiele ukrytych interesów. Jeśli więc ktoś mówi o etyce, niech przyjrzy się najpierw mediom, w których pracuje. To nie jest, broń Boże, zarzut do pani. Ale większość mediów sprzedaje w ukryty sposób treści komercyjne. Ja nie ukrywam ani swojej działalności w Bridge, Salon24 czy społecznej w Instytucie Wolności. Nie jestem dziennikarzem. Jestem uczestnikiem życia publicznego.

Autor tylu tekstów o etyce dziennikarskiej powinien dawać wzór, a nie przeskakiwać kiedy chce granice między biznesem, PR-em, a dziennikarstwem.

Po pierwsze we wszystkim co robię, staram się być uczciwy. Tak jak pracując w dziennikarstwie przez cały czas starałem się zachowywać etycznie, tak staram się też działać w biznesie. Niczego nie ukrywam. Po drugie te granice same się zlikwidowały. W mediach toczy się walka o interesy firm, całych branż i interesy polityków i ich ugrupowań. Media przestały pełnić rolę niezależnych obserwatorów. Dziennikarze nie zajmują się bezstronnym analizowaniem i tłumaczeniem rzeczywistości swoim czytelnikom i widzom. Media i dziennikarze są stroną w toczących się walkach. To był jeden z głównych powodów, dla których odszedłem z dziennikarstwa. Bo dziennikarstwa, takiego jakie było dla mnie ważne, już nie ma. Prawie nie ma, bo wyjątki oczywiście wszędzie są.

Będzie Pan coraz bardziej angażował się w dziennikarstwo?

W dziennikarstwo nie, ale w życie publiczne – tak. Dziś bardzo potrzebujemy zaangażowania publicznego zwykłych ludzi. Czuję się odpowiedzialnym obywatelem, kocham Polskę, chcę by była lepiej zorganizowanym, bezpiecznym państwem. Zapewne będę czasem coś pisał, wydam następną książkę.

Czyli “jestem, ale mnie nie ma”. Czy to nie jest hipokryzja?

Dlaczego? Hipokryzją jest uczestnictwo w życiu publicznym? Czy jest coś złego w tym, że udział w dyskusji na różne tematy biorą ludzie biznesu tacy jak Krzysztof Rybiński, Robert Gwiazdowski, Ryszard Petru, Witold Orłowski czy wielu innych? To przecież duża wartość, ze tak kompetentni ludzie zabierają głos. Można mnie krytykować za to, że piszę złe teksty, publikuję słabe książki czy organizuję niemerytoryczne dyskusje – proszę bardzo. Ale za to, że to robię?

Ogłaszając swoje odejście z mediów, nie zakładał Pan chyba prowadzenia programu w telewizji, czy pisania felietonów?

Rzeczywiście nie sądziłem, że ktoś mnie poprosi, żebym prowadził czterdziestominutowe rozmowy w telewizji na poważne tematy i da mi przy tym całkowitą swobodę. To było dla mnie miłe zaskoczenie.

Czyli polskie dziennikarstwo nie jest już takie złe, jak Pan deklarował odchodząc z niego w kwietniu ubiegłego roku?

Dziennikarstwo jest coraz mniej tym, czym miało być. Powody, dla których chciałem być dziennikarzem przez lata się wyczerpały i to się nie zmieniło. Tradycyjne media są w głębokim kryzysie, z którego – moim zdaniem – nie wyjdą. Oczywiście zawsze są wyjątki. Natomiast komunikacja między ludźmi za pośrednictwem nowych mediów rozwija się. Uczestniczy w niej coraz więcej osób – ja jestem jednym z nich. Mam popularny kanał na Twitterze, blog, czasem ktoś mnie prosi, bym napisał jakiś artykuł czy poprowadził rozmowę. Robię to, jak wielu innych – nie będąc dziennikarzem.

Ale skoro Pan wraca do mediów to znaczy, że ich kondycja się poprawiła?

Kiedy odchodziłem było źle, a teraz jest znacznie gorzej. Teraz widzę to jeszcze wyraźniej. Wtedy uznałem, że nastąpiła cywilizacyjna zmiana, która będzie postępować i postępuje. Nie twierdzę, że wszystko zginie, że wszystko jest bardzo złe, ale już nigdy nie będą takie , jak kiedyś. Upada modeli cywilizacyjny, w którym bezstronne media kontrolowały władze i biznes i było to opłacalne zajęcie. Dziś media nie dość, że są coraz mniej opłacalnym biznesem, to uczestniczą w grze. Są jednym z graczy. Sytuacja tradycyjnych mediów jest coraz gorsza, są coraz biedniejsze. W związku z tym muszą obniżać poziom i uzależniają się od zewnętrznych instytucji.

Jednak znalazł Pan media, dla których warto pracować.

To Polsat mnie znalazł, czym mnie miło zaskoczył. Jeśli duży koncern stać na taka ekstrawagancję jak kanał publicystyczny, który ma ambicje nadawania poważnych treści – to się cieszę. Ale to jest raczej wyjątek od reguły. Oczywiście takie wyjątki na świecie będą istnieć. Zapewne przetrwają np. “Economist” czy „Financial Times”, które produkować będą treści wysokiej jakości, ale takich firm nie będzie wiele.

A jak idą Pana biznesy?

Bardzo dobrze. Zaskoczony jestem tym, że ta praca jest tak ciekawa. Spotykam wielu ciekawych ludzi, od których dużo się uczę. W Bridge’u rozwijamy się, zyskujemy nowych klientów, wchodzimy na nowe pola, w tym roku znacząco wzrosły nam obroty. Nie jesteśmy zwykłą agencją PR-ową, ale firmą, która w różny sposób pomaga rozwijać biznes swoim klientom i rozwiązywać ich trudne problemy. Prowadzę ją z bardzo doświadczonymi kolegami, których znam od wielu lat, współpraca układa się świetnie. Z kolei w Salonie24, po zmianach własnościowych, które nastąpiły rok temu, prezesem została moja żona i zaczęliśmy wychodzić na prostą. Spółka na siebie zarabia i jest przed dużymi zmianami. Jestem dużo większym optymistą co do przyszłości Salonu24 niż byłem kiedyś.

Prowadzenie biznesu jest wygodniejsze i bardziej dochodowe od dziennikarstwa?

Prowadzenie biznesu jest pod pewnymi względami bardziej wymagające. Tu naprawdę trzeba dowieźć wynik i nie da się nic zamazać. Klient jest albo zadowolony albo nie. Firma ma przychody albo nie. Nie powiedziałbym, że prowadzenia biznesu jest wygodniejsze. Dla mnie to duże wyzwanie. Nowy etap w życiu, o którym myślałem od jakiegoś czasu. Co do dochodów: każdy biznes można położyć albo zarobić na nim bardzo dużo. W Bridge radzimy sobie nieźle z tym wyzwaniem. Nie mogę narzekać.

Rozmawiała Anna Małuch

Całość: http://www.press.pl/wywiady/pokaz/687,%E2%80%9EJesli-ktos-mowi-o-etyce_-niech-przyjrzy-sie-najpierw-mediom_-w-ktorych-pracuje%E2%80%9D

17-10-2014, 22:17

Dwa ważne teksty. “Pióra Nadziei” dla Justyny i Bartosza, dziennikarzy “Wyborczej”  »

Gazeta Wyborcza
mih
17-10-2014

Justyna Kopińska oraz Bartosz Wieliński otrzymali w piątek Pióro Nadziei, nagrodę przyznawaną co roku przez Amnesty International za obronę praw człowieka.

Bartosz Wieliński i Justyna Kopińska

Jury postanowiło nagrodzić naszego redakcyjnego kolegę za tekst “Jesteś nr. 71″ opublikowany w “Dużym Formacie” w lipcu 2013 r. Reportaż przedstawiał historię wychowanków domów dla sierot w Austrii i gehennę, którą w tych domach przeszli. Ten sam tekst został nagrodzony w ubiegłym roku w konkursie Grand Press jako najlepszy reportaż prasowy.

Justyna Kopińska otrzymała Pióro Nadziei za głośny reportaż “Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?”, w którym opisała maltretowanie i gwałcenie dzieci w Ośrodku Sióstr Boromeuszek w Zabrzu.

Do nagrody była nominowana również nasza redakcyjna koleżanka Katarzyna Brejwo za reportaż “Kiedy zabójca nalewa ci piwo” opowiadający o losach kolumbijskich partyzantów i o trudnym procesie ich integracji ze społeczeństwem.

Całość: http://wyborcza.pl/1,75478,16824066,Dwa_wazne_teksty___Piora_Nadziei__dla_Justyny_i_Bartosza_.html#ixzz3GTyiHiPY

16-10-2014, 21:11

Laureat World Press Photo: Dziś wszystkim się wydaje, że potrafią robić zdjęcia  »

Gazeta.pl Katowice
Anna Malinowska
16-10-2014

Cierpliwość i umiejętność radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Co jeszcze charakteryzuje dobrego fotoreportera? – Tej roboty nie da się robić na zimno. I dobre oko nie wystarczy, jak szczęście nie dopisuje – mówi 80-letni Stanisław Jakubowski.

Anna Malinowska: – Jest pan jedynym Polakiem, który zdobył pierwszą nagrodę w kategorii fotoreportażu w konkursie World Press Photo. Za zdjęcia z akcji ratunkowej 120 górników w kopalni “Generał Zawadzki” w Dąbrowie Górniczej w 1969 r. Jak się wtedy pracowało?

Stanisław Jakubowski

Stanisław Jakubowski: – Już wcześniej robiłem zdjęcia na tej kopalni. Dyrektor może i mnie pamiętał, ale wtedy była prowadzona akcja ratunkowa, więc dziennikarzy trzeba było trzymać jak najdalej od tego, co się działo. Na miejsce przyjechał premier Cyrankiewicz. Ale takie zdjęcia to były tylko oficjałki. Trzeba było kombinować, żeby pokazać, co się działo naprawdę. Cały teren był obstawiony milicją i wojskowymi. W końcu ja i inni dziennikarze dostaliśmy się przed szyb, którym uratowani górnicy byli wyciągani w specjalnym kuble. Ale nie pozwolono nam podejść zbyt blisko. Pomyślałem, co tam, idę do środka. Ruszyłem, a jakiś milicjant złapał mnie za rękę. Zareagowałem dość żywiołowo, bo strzeliłem go łokciem i szybko prysnąłem dalej. Stanąłem na podwyższeniu, na którym jak się okazało, stał pułkownik dowodzący akcją. Nie reagował, kiedy robiłem zdjęcia. Operator z telewizji poszedł moim tropem. Stanął obok milicjanta, który próbował mnie zatrzymać i zaświecił lampy, ale mundurowy zareagował bardziej stanowczo. Odsunął operatora. Wtedy odezwałem się do pułkownika: – Przecież telewizja też to musi pokazać. A on do mnie: – A co to pana obchodzi? Pan przecież dał sobie radę.

Akcja ratunkowa trwała, jeśli dobrze pamiętam, trzy dni. Prawie cały czas byłem na miejscu. Emocje sięgały zenitu, kiedy wyciągano pierwszych górników, jak witali się, przytulali do bliskich, którzy na nich czekali. Było to bardzo wzruszające. Udało mi się te emocje uchwycić. W pewnym sensie takie uczucia buzowały też we mnie. Takiej roboty nie można robić na zimno.

Dwa lata później udokumentował pan akcję, w której uratowano Alojzego Piontka. Górnika odnaleziono prawie po ośmiu dniach po zawale w zabrzańskiej kopalni Rokitnica.

- Pracę zacząłem od fotografowania przyjeżdżających ekip ratowników. Wszystko na powierzchni było mało ciekawe. Szybko jednak nawiązałem kontakt z górnikami, którzy zajmowali się obsługą ratowników. Robiłem im zdjęcia i dawałem odbitki w prezencie. W trzecim dniu akcji postanowiłem za wszelką cenę zjechać na dół. Ale nie było mowy, żebym dostał oficjalną zgodę. Powiedziałem o tym poznanemu sztygarowi, a on na to: -Niech się pan przebierze. Szatniarce zełgałem, że mam zgodę sztabu, przebrałem się i zjechałem na dół z grupą ratowników. Kiedy byłem już w wagoniku podziemnej kolejki, okazało się, że dołączają do nas ludzie kierujący akcją. Skuliłem się, schowałem torbę ze sprzętem. Pomyślałem, że będzie niezła draka. Na szczęście oni wysiedli wcześniej, a ja spokojnie pojechałem z ratownikami dalej, w kierunku przodka. Spory kawał trzeba było jeszcze przejść na nogach. Niosłem ciężkie lampy, w chodniku nie było prawie czym oddychać. Spociłem się jak mysz. Kiedy dotarliśmy na miejsce, od razu zacząłem robić zdjęcia. I wtedy doszło do wstrząsu. Zatrzęsło potwornie! Zgasło światło, włosy stanęły mi dęba. Przez głowę przemknęła mi kanonada myśli. Nie dość, że jestem w zawale, to w dodatku nielegalnie. Nawet nie wiem, jak sytuacja wróciła do normy. Potem zrobiłem nawet zdjęcia, jak ratownicy przewiercają się do Piontka. I wyjechałem na górę. Szybko nadałem zdjęcia i na drugi dzień cała Polska zobaczyła, jak wygląda akcja ratunkowa pod ziemią.

Z wydobyciem Piontka na powierzchnię też miałem szczęście. O czwartej rano zadzwonił do mnie znajomy sztygar. Mieszkałem w Gliwicach. Pędem wskoczyłem do auta, grzałem na całego i kilkanaście minut później byłem pod kopalnią. Piontek był już w karetce. Kierowca karetki ruszył, ale nagle krzyczy do mnie: “Gdzie jest ten szpital?”. Na to ja, żeby jechał za mną, poprowadzę. Dzięki temu zrobiłem zdjęcia, jak wnoszą górnika na noszach do środka i jak wyglądały jego pierwsze chwile w szpitalu. Byłem jedynym fotoreporterem na miejscu. Oprócz mnie był jeszcze operator z telewizji. Pamiętam pierwsze słowa Piontka. Zapytał dyrektora szpitala o wynik meczu Górnika Zabrze. Już nie pamiętam, z kim drużyna wtedy grała, ale o to właśnie pytał uwolniony górnik. Za reportaż o Piontku dostałem srebrny medal w konkursie Interpressfoto.

Te dwie historie pokazują, że do zrobienia dobrego zdjęcia potrzebne jest też szczęście, spryt, umiejętność nawiązywania kontaktów. Co jeszcze?

"Siła dokumentu" - wystawa fotografii Stanisława Jakubowskiego

- Tak naprawdę trzeba było być człowiekiem orkiestrą. Kierowcą, który musi szybko przemieszczać się po całym regionie – od Częstochowy po Beskidy. A przecież po drodze zdarzały się różne przygody. Kiedyś jechałem autem na zdjęcia do Fabryki Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej. Spod samochodu jadącego z naprzeciwka wystrzelił kamień i trafił w szybę mojego auta. Cała zmatowiała. Żeby móc cokolwiek widzieć zrobiłem w niej dziurę. W końcu zatrzymałem się, położyłem na masce koc, wywaliłem resztę szyby i pojechałem dalej.

Żeby robić zdjęcia, trzeba też było być laborantem: wywoływać, wysuszyć film, odbitkę, wszystko dokładnie opisać i wieczorem wysłać do Centralnej Agencji Fotograficznej pociągiem. Do tej pracy potrzebne były pokłady cierpliwości i umiejętności radzenia sobie w trudnych momentach. Pamiętam zdjęcia w trakcie pożaru w rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach w 1971 r. Ratownicy przeganiali fotoreporterów, bo w każdej chwili mogło coś się stać. Byliśmy w środku akcji. Trzeba było umieć zachować zimną krew, mieć nerwy na wodzy.

Ale też trzeba pamiętać, że praca fotoreportera to żmudne zajęcia każdego dnia. Dokumentowanie pracy w zakładach, nowości techniczne, portrety oficjeli, zawody sportowe. Choć w tym ostatnim przypadku mecze piłki nożnej na Stadionie Śląskim wywoływały u mnie prawdziwe emocje. Nie tylko kibica. Nie pracowałem na aparacie cyfrowym, który się po prostu naciska. Pod koniec lat 90. przeszedłem na cyfrówkę. Szybko się przestawiłem. Praca z takim sprzętem to łatwizna.

W pracy zawsze wszystko się udawało?

- Nie zawsze było miło. W 1981 r. robiłem zdjęcia pod kopalnią Wujek. Nie byłem jedyny, ale tylko u mnie zrobiono kocioł i rewizję w domu. O ósmej rano. Mieszkałem wtedy w Katowicach. Dzieci były już w szkole, żona w pracy. Do domu weszli smutni panowie i zaczęli przeszukiwać wszystkie meble oraz rzeczy. Zdjęcia i łuski, które znalazłem pod kopalnią, schowałem na nieogrzewanym strychu. Esbek tam wszedł, ale było ciemno, zimno i to chyba go zraziło. Tego samego dnia wieczorem cały materiał wrzuciłem do kanału. Zostawiłem sobie tylko jedną łuskę, mam ją do dziś. Potem byłem przesłuchiwany na komendzie milicji. To nie są miłe wspomnienia.

Jak to się stało, że zajął się pan fotografią zawodowo?

- Zaczynałem jako amator. Pracowałem w Zakładach Mechanicznych w Łabędach i robiłem zdjęcia do gazety zakładowej. Kiedyś w Zakopanem widziałem, jak ratownicy wynosili z kolejki rannego taternika. Miałem przy sobie aparat, sfotografowałem tę scenę, a zdjęcia wysłałem do “Expressu Wieczornego”. Zostały wydrukowane. W 1959 r. miałem już sporo różnych zdjęć i poszedłem z nimi do Centralnej Agencji Fotograficznej w Warszawie. Przyjęto mnie. Usłyszałem: – Zaczniemy współpracę, proszę przysyłać z terenu, co pan uważa. Pierwsze zdjęcia, jakie wysłałem, były z Domu Muzyki i Tańca w Zabrzu, jeszcze przed jego otwarciem. Wciąż pracowałem w Łabędach, ale w weekendy miałem wolne. Jeździłem więc na rozgrywki sportowe i z nich też wysyłałem zdjęcia. W 1962 r. zacząłem pracę na etacie fotoreportera w “Nowinach Gliwickich”. Cztery lata później zaproponowano mi już pełny etat w CAF i tam przepracowałem 33 lata. Dziś CAF jest częścią Polskiej Agencji Prasowej.

Ma pan 80 lat. Na emeryturze aparat jest już niepotrzebny?

- Patrzę na to, co dzieje się w mediach, internecie, i widzę, że fotografowanie spowszedniało. Dziś ludzie mają aparaty w telefonach i wszyscy robią zdjęcia. Wszystkim się wydaje, że potrafią, ale to nie prawda. Fotografowanie zawsze musi być pasją. Dlatego nigdy nie rozstaję się z aparatem. Z tą różnicą, że teraz robię zdjęcia już tylko dla siebie. Praca zmieniła się już tylko w przyjemność. Zwłaszcza że jak powiedziałem wcześniej, nie muszę ślęczeć w laboratorium, bo mam cyfrówkę i komputer.

Po 37 latach mieszkania w Katowicach wróciłem do Gliwic, na stare śmieci. W tym mieście żyje się spokojniej, mam tu starych przyjaciół. Przez całe życie byłem tam, gdzie działo się coś ciekawego. Dziś już nie muszę. Ale stary nawyk pozostał. Aparat mam zawsze przy sobie.

W Muzeum Śląskim można obejrzeć prace Stanisława Jakubowskiego. Wernisaż wystawy “Siła dokumentu. Stanisław Jakubowski. Fotografia” odbył się 24 września. Fotografie będzie można oglądać do 15 stycznia.

Całość: http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,35055,16779472,Laureat_World_Press_Photo__Dzis_wszystkim_sie_wydaje_.html#ixzz3HL6CyWcr