Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 37
40-010 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 07 38

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Dziennikarze o sobie

04-12-2014, 15:36

Lisicki, Terlikowski i bracia Karnowscy w komitecie honorowym marszu PiS  »

Press
PAP
04-12-2014

Prawicowi publicyści znaleźli się obok biskupów, filmowców i naukowców w składzie komitetu honorowego organizowanego przez Prawo i Sprawiedliwość ”Marszu w Obronie Demokracji i Wolności mediów”, który odbędzie się 13 grudnia w Warszawie.

Komitet zaprezentowano w czwartek na konferencji prasowej. Prezes PiS Jarosław Kaczyński zapowiedział, że będzie to marsz obywatelskiego sprzeciwu wobec sfałszowania wyborów samorządowych.

W skład komitetu weszli m.in. redaktor naczelny ”Tygodnika do Rzeczy” Paweł Lisicki, redaktor naczelny Telewizji Republika Tomasz Terlikowski, redaktor naczelny tygodnika “wSieci” Jacek Karnowski i jego publicysta Michał Karnowski.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/47306,Lisicki_-Terlikowski-i-bracia-Karnowscy-w-komitecie-honorowym-marszu-PiS

04-12-2014, 14:56

Piotr Najsztub: On mówił, dlaczego teraz muszę zginąć. Było krucho  »

Onet.pl
Jacek Gądek
04-12-2014

- Znalazłem się w sytuacji sam na sam. Ten człowiek do głowy pistoletu mi nie przyłożył, ale wyjął broń i tłumaczył, dlaczego teraz muszę zginąć. Ale dałem radę. Byłem przekonany, że go przekonam, by mnie nie zabijał. I udało się, choć było krucho – mówi Onetowi Piotr Najsztub w rozmowie z Jackiem Gądkiem.

Piotr Najsztub

Jacek Gądek: – W latach 90. miał Pan świadomość, że może – po prostu – dostać kulkę w głowę?

Piotr Najsztub: – Akurat wtedy, gdy pracowałem w Poznaniu z Maciejem Gorzelińskim, to miałem nie tyle świadomość, co wiedzę.

Bo?

Budowaliśmy sobie siatkę informatorów na terenie Poznania – mieliśmy ich w różnych środowiskach. I dzięki temu wiedzieliśmy, że ktoś postanowił uciąć naszą pracę.

A zanim jeszcze dowiedzieliście się, że jest na Was zlecenie, to miał Pan świadomość: ta praca może skutkować zamordowaniem Was? Miał Pan od początku poczucie zagrożenia?

Świadomość, że ludzie, na temat których zbieraliśmy informacje, są gotowi na wiele – o ile nie na wszystko – miałem dużo wcześniej. Pracując w Poznaniu dowiadywałem się niekiedy strasznych rzeczy. Oczywiście nie wszystkie znajdowały się później w artykułach, bo nie każdą informację dałoby się obronić procesowo. Miałem jednak pewność, że mam do czynienia z ludźmi groźnymi – takimi, którzy w razie czego się nie cofną.

To były inne czasy: wszystko było dużo bardziej zero-jedynkowe. Nie było przestępców w białych kołnierzykach, tylko po prostu przestępcy. Reguły nie były określone. Światy policji, biznesu, przestępców bardzo mocno się przenikały. W grę wchodziły ogromne pieniądze – zdobywane głównie nielegalnie – więc miałem świadomość, że może się to dla mnie źle skończyć.

Zawsze jednak uważałem się za dziecko szczęścia. I zawsze też miałem przekonanie: dam sobie radę, nawet w obliczu ostatecznego zagrożenia. Nie zawiodłem się.

A były chwile bezpośredniego zagrożenia śmiercią?

Jeszcze przed tym, jak dowiedziałem się o zleceniu na mnie, znalazłem się w sytuacji sam na sam. Ten człowiek do głowy pistoletu mi nie przyłożył, ale wyjął broń i tłumaczył, dlaczego teraz muszę zginąć. Ale dałem radę. Byłem przekonany, że go przekonam, by mnie nie zabijał. I udało się, choć było krucho.

Wtedy też nie czułem panicznego strachu.

Ktoś grozi Panu bronią, a Pan na to “pogadajmy”?

Tłumaczyłem mu, dlaczego nie powinien tego robić.

Bo…

…będzie się to dla niego wiązało z dużo większymi kłopotami. I że powinien zatrudnić agencję PR-owską, która rozładuje kryzys wokół niego – wtedy będzie to dla niego mniejszy koszt. Była to bardzo spokojna rozmowa. Wydaje mi się, że go przekonałem, bo rozmawiamy.

I była to dla Pana niezła – mówiąc półżartem – wprawka do późniejszej kariery autora wywiadów.

Żyję z gadania – to prawda.

Minęło około 20 lat od tej historii i żadne poczucie zagrożenia nie tkwi w Panu? Tylko wspomnienia?

Ludzie, którzy znają to środowisko, uważają, że nie ma przedawnienia – w takim sensie, że do końca życia nie powinienem czuć się bezpiecznie. Wiem, że kilku bohaterów, których dotknęliśmy swoimi tekstami, to osoby pamiętliwe. W poczuciu zagrożenia jednak nie żyję – nigdy mi ono nie towarzyszyło.

A kto i kiedy chciał Pana zabić?

Nie mogę o tym mówić, bo później przegram sprawę w sądzie.

Jarosława Ziętarę uprowadzono i zamordowano. Pan więc miał chyba wyjątkowe szczęście – historia mogła się potoczyć zupełnie inaczej.

To prawda. Z Gorzelińskim oczywiście wiedzieliśmy o Ziętarze i nawet próbowaliśmy dowiadywać się, co się z nim stało. Natrafialiśmy też na ślady jego dziennikarskich poszukiwań, bo częściowo zajmowaliśmy się tymi samymi sprawami, choć po latach.

Ziętara był jednak samotny – pracował dla silnego, ale jednak tylko lokalnie, medium. Nie miał wsparcia.

A Pan?

Gdy przyjechałem z warszawskiej “Gazety Wyborczej”, a była ona wtedy potęgą, do Poznania, to miałem wsparcie kierownictwa redakcji i wszelką pomoc techniczną czy finansową. Z racji niebezpieczeństwa związanego z moją pracą zawiadomione było Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Pracowałem więc w innych warunkach niż Ziętara. Sprzątnięcie mnie odbyłoby się dużo trudniej i z o wiele większym hukiem niż Ziętary. On po prostu zniknął.

Jak doszło do tego, że wydano zlecenie na Pana głowę? Zajmował się Pan sprawą Elektromisu…

…ale nie tylko, bo także i innymi dużymi firmami oraz korupcją w poznańskiej policji.

Dwie osoby poinformowały mnie, że jest na nas zlecenie. Byli to ludzie – jak wtedy często bywało – jedną nogą w biznesie, a drugą w świecie przestępczym, gangsterskim. Jeśli bowiem jest zlecenie na człowieka, to ktoś się go podejmuje, ale świat przestępczy o tym zleceniu wie.

Zatrudniliście więc miejscowych ochroniarzy, ale ci skrewili. Tak?

Zaczęli sprawdzać, o co chodzi i dosyć szybko się wycofali. A tak właściwie, to po prostu zniknęli.

Pan nie miał ochoty zniknąć?

Wykonywałem swoją pracę – chciałem ją dokończyć. Pracowaliśmy dalej, a “GW”‘ przysłała nam własnych ochroniarzy, którzy strzegli redakcję w Warszawie. Luka po ochroniarzach szybko się zapełniła. Byliśmy bardzo ostrożni. Wiedzieliśmy, że jesteśmy inwigilowani przez świat przestępczy. Ale – dziś, po latach mogę już to powiedzieć – także przez służby specjalne.

Wtedy w Polsce zawód dziennikarza śledczego właściwie nie był znany. BHP tego zawodu opracowywaliśmy na własny użytek – z pomocą naszych informatorów, którzy często byli oficerami służb specjalnych.

A Pan miał podejrzenia albo wiedzę, kto chciał pana głowy?

Miałem. Ale nie powiem, bo nie zamierzam przegrywać w sądzie.

Gdy rozmawiałem z dr. Pawłem Moczydłowskim, byłym szefem polskiego więziennictwa, to stwierdził: w latach 90. Polska to był dziki kraj. Podziela Pan taką opinię?

Tak. Tworzyły się wtedy schematy afer, przekrętów i obchodzenia prawa. To był czas, kiedy na użytek świata przestępczego pracowali wybitni ekonomiści, którzy znajdowali luki w prawie. Różne światy się zmieszały i przenikały – nie przestrzegały reguł prawa, i nie tylko prawa. W tym sensie był to dziki kraj.

W przeciwieństwie do Rosji czy Ukrainy w Polsce właściwie – z tego, co wiemy – zginął tylko jeden dziennikarz. A mogło być zupełnie inaczej, widzimy przecież, co się działo w krajach postradzieckich. A w Polsce? Świat przestępczo-biznesowy był bardzo brutalny, ale dziennikarze mimo wszystko ocaleli.

I mówi Pan także o sobie.

Ale nie tylko. Po nas dziennikarstwem śledczym zaczęły się zajmować także inne redakcje. Właściwie to, że nie było więcej ofiar śmiertelnych, to cud. Byliśmy dzikim krajem, na dnie jakaś cywilizacja jednak drzemała i chroniła media.

Dziś – nie w sensie estetycznym, ale mentalnym – widzi Pan w Polsce lata 90.? Coś z nich zostało?

Głównie ludzie. Sporo majątków, które wtedy zo stały zgromadzone nielegalnie bądź innymi brzydkimi sposobami, przetrwało, a nawet się pomnożyły. I wciąż posiadają je ci sami ludzie. Oni oczywiście się ucywilizowali, przestali stosować stare metody – ale to jednak oni. Trochę więc niesiemy w sobie – ludzie, którzy uczestniczyli wtedy w życiu publicznym i zawodowym – pamięć o tym.

A jeśli chodzi o reguły i ich przestrzeganie, to widzimy już zupełnie inny świat. Dziś nie wyobrażamy sobie, by – co wtedy było nagminne – biznesmeni-przestępcy obdarowywali zajmującą się nimi komendę policji drobnymi elektronicznymi prezencikami. W ten sposób zapewniali sobie bezkarność przy naprawdę ogromnych przestępstwach. Wtedy tak było.

Całość: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/piotr-najsztub-on-mowil-dlaczego-teraz-musze-zginac-bylo-krucho/keexl

04-12-2014, 10:01

Zabójcy Ziętary mieli też zlecenie na Piotra Najsztuba  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
tw
04-12-014

Sprawcy porwania i zabójstwa poznańskiego dziennikarza Jarosława Ziętary, zaginionego w 1992 roku, dwa lata później przyjęli podobne zlecenie na Piotra Najsztuba i Macieja Gorzelińskiego, piszących wtedy artykuły śledcze w “Gazecie Wyborczej” – ustaliła prokuratura.

Dziennikarz śledczy “Gazety Poznańskiej” Jarosław Ziętara, piszący o aferach gospodarczych, zaginął 1 września 1992 roku, a śledczy w toku postępowania uznali, że został uprowadzony i zamordowany.

Piotr Najsztub

Na początku listopada krakowska prokuratura aresztowała na trzy miesiące byłego senatora Aleksandra G., podejrzanego o podżeganie dak poinformowała „Gazeta Wyborcza”, kilkanaście dni temu prokuratura przesłuchała w tej sprawie Piotra Najsztuba, który w pierwszej połowie lat 90. był dziennikarzem śledczym “Gazety Wyborczej” i pisał wspólnie z Maciejem Gorzelińskim. W 1994 roku przygotowywali dwa duże artykuły: o łamaniu prawa przez należącą do Mariusza Świtalskiego firmę Elektromis i korupcji w poznańskiej policji, powodowanej m.in. przez Elektromis. Dziennikarze dowiedzieli się wtedy od informatorów, że wydano zlecenie ich zabicia, po czym redakcja przydzieliła im ochronę.

Według ustaleń śledczych, do których dotarła “GW”, zlecenie wydali ci sami ludzie, którzy stoją za uprowadzeniem i zabójstwem Ziętary.

W ostatnich dniach prokuratura przeszukała magazyny Elektromisu i obecnej spółki Świtalskiego – Czerwonej Torebki. Są podejrzenia, że uprowadzony dziennikarz był tam przetrzymywany.

Pełnomocnik Mariusza Świtalskiego stanowczo zaprzeczył, jakoby biznesmen miał cokolwiek wspólnego z tą sprawą. Jednak informacje o działaniach śledczych wywołały w ostatnim czasie duży spadek kursu akcji spółki (w ciągu 10 dni o ponad 40 proc.). W poniedziałek Czerwona Torebka złożyła do Komisji Nadzoru Finansowego zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa manipulacji jej akcjami poprzez artykuły o rzekomych związkach Świtalskiego ze śmiercią Ziętary, które w październiku i listopadzie ukazały się w “Gazecie Bankowej”, “Gazecie Wyborczej” i Wyborcza.pl oraz wGospodarce.pl.

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/zabojcy-zietary-mieli-tez-zlecenie-na-piotra-najsztuba

04-12-2014, 04:50

Ruszyła IV edycja Konkursu Dziennikarskiego im. Krystyny Bochenek  »

WIRTUALNEMEDIA.pl
pp
04-12-2014

Ogólnopolski Konkurs Dziennikarski im. Krystyny Bochenek

Do 25 stycznia br. można zgłaszać publikacje prasowe do IV edycji Ogólnopolskiego Konkursu Dziennikarskiego im. Krystyny Bochenek. Tematyka nadsyłanych prac powinna mieć związek z województwem śląskim.

Do konkursu zgłosić można teksty prasowe, filmy,  audycje radiowe i programy telewizyjne, także dokumentalne oraz  publikacje zamieszczone w mediach internetowych – wszystkie muszą być stworzone lub przetłumaczone na język polski. Przyjmowane będą prace, które spełniają wysokie standardy  dziennikarskie pod względem formy i języka.

Zgłoszenia mogą pochodzić od autorów lub redakcji wydawnictw, dzienników, czasopism, stacji radiowych, telewizyjnych, portali internetowych i kierownictwa  zespołów filmowych.  Autor może zgłosić do konkursu tylko jedną pracę własną i jedną współautorską.

Prace do konkursu należy wysyłać na adres: Uniwersytet Śląski w Katowicach, ul. Bankowa 12, 40-007 Katowice  (Gabinet Rektora) – z dopiskiem “Konkurs im. K. Bochenek”. Termin przyjmowania zgłoszeń upływa 25 stycznia 2015 roku.

Inicjatorem konkursu jest śląskie środowisko dziennikarskie, które w  ten sposób chce upamiętniać Krystynę Bochenek, wicemarszałek Senatu i wybitną dziennikarkę. Była ona związana przez wiele lat z Radiem Katowice, współpracowała także z telewizją i prasą. Była pomysłodawczynią Ogólnopolskiego Dyktanda i  imieninowych zjazdów Krystyn. Zginęła 10 kwietnia 2010 r. w katastrofie pod Smoleńskiem.

(szczegóły: http://www.konkurskbochenek.us.edu.pl/faq.html)

Całość: http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/ruszyla-iv-edycja-konkursu-dziennikarskiego-im-krystyny-bochenek

03-12-2014, 23:37

Maciej Głogowski z Tok FM wygrał Konkurs im. Władysława Grabskiego  »

Press
(GK)
03-12-2014

XII edycja Konkursu im. Władysława Grabskiego

Maciej Głogowski z Tok FM zdobył główną nagrodę w XII edycji Konkursu im. Władysława Grabskiego. W konkursie organizowanym przez Narodowy Bank Polski nagradzani się najlepsi dziennikarze ekonomiczni.

Do tegorocznej edycji konkursu zgłoszono 167 prac – artykułów prasowych, publikacji internetowych oraz materiałów radiowych i telewizyjnych. Oceniała je kapituła, w której zasiadają głównie ekonomiści, a przewodniczy jej Maciej W. Grabski.

Tytuł Najlepszego Dziennikarza Ekonomicznego 2014 roku otrzymał Maciej Głogowski z Radia Tok FM za “radiowy kunszt, łączący profesjonalne dziennikarstwo ekonomiczne, szeroką wiedzę z przystępną formą prezentowania zagadnień gospodarczych. Za podejmowanie tematów nie tylko ciekawych, ale także kluczowych dla Polski. Wreszcie, za stworzenie wyjątkowego miejsca do prowadzenia debaty publicznej o współczesnych wyzwaniach ekonomicznych”. Laureat otrzymał 50 tys. zł.

Oprócz głównej nagrody kapituła konkursu przyznała wyróżnienia w pięciu kategoriach. W kategorii Polityka pieniężna i stabilność finansowa wygrał Adam Grzeszak za artykuł pt. “Szelest znikających papierków” (“Polityka”), w którym opisał obrót gotówkowy i bezgotówkowy w Polsce i na świecie. Kategorię Finanse osobiste i edukacja ekonomiczna wygrał Miłosz Węglewski artykułem “Crowdfunding, czyli zrzutka w sieci” (“Newsweek Polska”). W kategorii Felieton lub analiza doceniono Jacka Kowalczyka z “Pulsu Biznesu” za “Udane ćwierć wieku na wolnym rynku” (analiza przemian w Polsce).

Najlepszy wywiad zrobił Łukasz Pawłowski – “Pobudka z amerykańskiego snu” (“Kultura Liberalna”), czyli rozmowa z prof. Michaelem Sandelem z Uniwersytetu Harvarda o wolnym rynku i nierównościach społecznych. W kategorii Problematyka regionalna wygrali Piotr Purzyński i Jacek Madeja za artykuł pt. “Węgiel skażony państwowym DNA” (“Gazeta Wyborcza Katowice”).

Przyznano także dwie nagrody specjalne, które otrzymali Leszek Baj (“Gazeta Wyborcza”) za „niezmiennie wysoki poziom warsztatu dziennikarskiego, wszechstronność i umiejętność wynajdowania ciekawych dla czytelników tematów prezentowanych zawsze w przystępny sposób” i Grzegorz Siemionczyk (“Gazeta Giełdy Parkiet” i “Blooomberg Businessweek Polska”) za „edukacyjną i informacyjną rolę nie zawsze łatwych tekstów o niekonwencjonalnej polityce pieniężnej, stabilności makroekonomicznej i zawiłościach funkcjonowania współczesnych rynków finansowych”.

Całość: http://www.press.pl/newsy/prasa/pokaz/47294,Maciej-Glogowski-z-Tok-FM-wygral-Konkurs-im_-Wladyslawa-Grabskiego

03-12-2014, 19:16

57 lat Telewizji Katowice  »

TVP Katowice
Jakub Zegadło
03-12-2014

Plansza Telewizji Katowice

Najpierw czarno–biała, potem kolorowa, wreszcie cyfrowa, ale misja wciąż ta sama. “Tu Telewizja Katowice. Dobry wieczór Państwu” – te słowa jako pierwsze przeszły do historii Telewizji Polskiej w Katowicach. Zostały wypowiedziane na naszej antenie dokładnie 57 lat temu. 3 grudnia 1957 roku Telewizja Katowice rozpoczęła nadawanie.

Kolejna świeczka na urodzinowym torcie… już 57. Czas na toast – za długie kadry historii i kalejdoskop wspomnień. Przy Telewizyjnej 1 wszystko się zaczęło. Dokładnie o godz. 16.00, 57 lat temu z teleodbiorników padły pierwsze słowa.

Tak ruszyła wielka machina małego ekranu – na początku z programem nadawanym trzy razy w tygodniu, po trzy godziny. Wreszcie przez całą dobę…

W Katowicach rodziły się wielkie telewizyjne kariery. Tu zaczynały takie sławy jak Krystyna Loska i Józef Kopocz.

Ale Telewizja to gra zespołowa… także z widzami. 100 osób na widowni, tysiąc w kolejce do studia i setki tysięcy przed telewizorami – prawdziwym hitem lat 90. okazała się słynna Telefoniada.

Wielkie widowiska i teatry telewizji w dużym studiu – tak spełniał się telewizyjny sen. Także w Katowicach powstał pierwszy w kraju poranny program na żywo – wzór dla dzisiejszych telewizji śniadaniowych.

Od roku telewizja Katowice gości w każdym polskim domu w cyfrowej jakości, codziennie przez 7 godzin. Ale aspiracje były i są znacznie większe.

Całość: http://www.tvp.pl/katowice/aktualnosci/rozmaitosci/57-lat-telewizji-katowice/17915118