Świat filmoznawców i krytyków filmowych stracił we wtorek, 14 czerwca 2011 roku jednego z największych pasjonatów X Muzy – redaktora Andrzeja Bątkiewicza.

Andrzej Bątkiewicz
Ten znany krytyk filmowy, dziennikarz prasowy i radiowy, literat, publicysta, były redaktor naczelny tygodnika “Ekran”, autor cykli programów o kinie w TVP Katowice i TV Polonia 1 odszedł po ciężkiej chorobie, w wieku 75 lat.
Przez ponad trzydzieści lat publikował eseje, felietony, recenzje, wywiady tematyce filmowej na łamach “Kina”, “Ekranu”, “Panoramy”, “Kultury”, “Wiadomości Kulturalnych”, “Dziennika Zachodniego” i “Sportu”.
Kilka lat temu wydał książkę “Ścigany. Roman Polański”, poświęconą życiu i twórczości filmowej wielkiego reżysera, skupiając się na jego wieloletniej tułaczce i ucieczce przed złym losem. Powstała ona m.in. na podstawie trzech długich rozmów. Wszystkie odbyły się przy okazji festiwali filmowych: w Gdyni, w San Sebastian i w Wenecji. Jako bodaj jedyny z biografów Romana Polańskiego uwypuklił w swej pracy akcent śląski, przypominając, że gdy na początku lat 50. przyszły reżyser uczył się w katowickim Liceum Plastycznym, mieszkał w Bytomiu. Tytuł tej pierwszej na polskim rynku wydawniczym monografii, obejmującej całokształt życia i twórczości Polańskiego, nawiązywał do wielu wcześniejszych tekstów prasowych Andrzeja Bątkiewicza, drukowanych przez wiele lat na łamach “Ekranu”, “Panoramy” i “Kultury”.
Msza święta w intencji Zmarłego odbędzie się w poniedziałek, 20 czerwca 2011 roku w o godzinie 13.00 w archikatedrze Chrystusa Króla w Katowicach, natomiast uroczystości pogrzebowe, po mszy na cmentarzu przy ulicy Sienkiewicza w Katowicach.
———————————————————————–
tym jestem
czym być nie mogę
manekin
odbity w szkle
nierzeczywisty
nieprawdziwy
Andrzej Bątkiewicz (1935-2011)
– tak zaczyna się wiersz zatytułowany “Autoportret”, zamieszczony w tomiku Andrzeja Bątkiewicza “Deszcze”, (“Śląsk”, 1963), innych tomików nie było, ale nigdy nie przestał pisać wierszy; w szufladach pozostawił wiele rękopisów, trzeba je wydać, to oczywiste. Jak każdy artysta źle czuł się we własnej skórze, doskwierało mu poczucie nieautentyczności, motto dla całego tomiku wziął z Josepha Conrada: “Żyjemy tak, jak śpimy – samotnie”. Urodzony w roku 1935 nosił w sobie pamięć wojny, cierpienia, śmierci. “Zobaczyć śmierć/ w dziesiątym roku życia” – napisał w wierszu “próba powrotu”. Jakie osobiste doświadczenie – w tymże samym wierszu – wpisane zostało w te trzy wersy: “nie ma powrotu tatusiu / żołnierze synku umierają / sami”. Metaforyka wywiedziona z obrazów, słów opisujących wojnę: “w okopach snu”, “piekło dojrzewa o świcie / podczas bitwy”. Czy myślał o zbrodni w Lesie Katyńskim, gdy pisał: “to jest miejsce egzekucji / w mroźny poranek / kiedy / słońce jest za daleko żeby / zdążyć”. Cztery, pięć lat temu zadzwonił do mnie, z prośbą o spotkanie, coś chciałby mi dać. Następnego dnia podarował mi coś bardzo sobie drogiego: płytkę ze swoim własnym filmem “Katyń – koniec i początek”.

Andrzej Bątkiewicz
Dokument trzydziestominutowy. Rzecz na wskroś poetycka. Pamiętam słowa, jakie wtedy wypowiedział: “Może człowiek się rodzi dla takich trzydziestu minut”… Nie chciał przez to powiedzieć, że zrobił małe arcydzieło. Film jest bardzo dobry, ale nie o to chodzi. Zrozumiałem, że zrobił coś, co – w Jego najgłębszym poczuciu obowiązku – powinien był zrobić.
Fascynowały go książki i filmy o człowieku w sytuacji ostatecznej, pod ścianą, w celi śmierci, na wyspie, oko w oko z Losem. O “Siódmej pieczęci” Ingmara Bergmana mógł mówić w nieskończoność. Co znaczą te słowa Andrzeja: “dzisiaj śmierć podeszła blisko / zawisła sznurkiem na klamce / w dwudziestym szóstym roku życia chciałem wejść w noc / odnaleźć drogę powrotną”? Nie o wszystkim opowiadał, jakieś ciemne sprawy zachował tylko dla siebie. Może dlatego tak nieoczekiwanie przechodził od żartu, śmiechu, zabawy do smutku, zamyślenia; piękna, męska twarz przemieniała się w zastygłą maskę.
Z otaczającego go świata, który wtłaczał go w nierzeczywistość i nieprawdziwość, uciekał w świat kina – dla Andrzeja rzeczywisty i prawdziwy.
Intensywne związki z poezją – pisanie i rozległe lektury – sprawiły, że teksty Andrzeja (recenzje, krytyki, eseje, szkice i portrety) były zawsze precyzyjne, zwięzłe, nasycone znaczeniami jak dobry wiersz. Film był także dla niego czymś więcej, niż opowieścią w obrazach. Cenił najwyżej te filmy, których oglądanie było równoznaczne z czytaniem, odczytywaniem sensów utworu poetyckiego. Dlatego wielbił dzieła Tarkowskiego, Felliniego, Antonioniego, z Polaków – Hasa i Polańskiego. Zupełnie przypadkowo trafiłem przed wielu laty na swego rodzaju seminarium prowadzone przez Andrzeja w katowickim WOKO (Wojewódzki Ośrodek Kulturalno-Oświatowy) dla członków, działaczy Dyskusyjnych Klubów Filmowych; mówił o “Nieustraszonych zabójcach wampirów”. Mało powiedzieć, że znał ten film, to oczywiste, ale Andrzej miał w pamięci, przed oczami każdy jego szczegół, nie sceny pojedyncze, ale każdy kadr. Pewnie przesadzam, ale tak to wtedy odebrałem. Ruch ręki Sharon Tate prowadzącej gąbkę po swoim nagim ramieniu! – Andrzej ten film na nowo stwarzał: słowem, entuzjazmem, dziecięcym zachwytem dla cudowności kina, wrażliwością poety, mądrością filozofa.
Napisał i opublikował obszerną książkę o Romanie Polańskim (“Ścigany Roman Polański”) – bardzo osobistą, jedną z najlepszych o twórcy “Noża w wodzie”. Ta książka musiała powstać – dla nas, przyjaciół, kolegów, bliskich znajomych Andrzeja było to oczywiste, bo nie było takiej z nim rozmowy – przy koniaku, przy kawie, czy niemal w przelocie, w centrum miasta, dziwnym trafem zawsze w pobliżu któregoś kina! – by nie powiedział czegoś o Polańskim, w taki sposób, jakby właśnie w tym celu doszło do tego właśnie spotkania!
Na druk czeka, być może najważniejsza praca Andrzeja: “Podglądanie kina” – będą to eseje o sztuce filmowej. Summa Andrzeja – krytyka. Teksty publikowane w ciągu wielu lat na łamach “Kina”, “Panoramy”, “Kultury”, “Wiadomości Kulturalnych”, “Ekranu” – przez czas pewien był naczelnym redaktorem tego popularnego w swoim czasie tygodnika. Gdy pisał o filmie, świat zewnętrzny przestawał dla Niego istnieć. Widzę Andrzeja we wspomnianym WOKO – garnitur, kamizelka, krawat, ubierał się z gustem, starannie – zapisującego pochyłym pismem kolejną kartkę papieru. To był schyłek PRL-u, brakowało wszystkiego, łącznie z benzyną. Załatwił mi – sobie znanymi sposobami i drogami – dwadzieścia litów benzyny. Kanister stał obok jego biurka. Tak jednak był skupiony na pisaniu tekstu (dla “Ekranu”), że tylko dał mi znak głową, żebym wziął benzynę, a rozliczymy się później. Ale to znaczy także i to, że chociaż z głową w chmurach, stąpał twardo po ziemi, umiał zdobyć coś, co było niełatwe do zdobycia. Ale też, żeby komuś pomóc, zrobić coś dla kogoś. Bo miał w sobie zwyczajną, a jednak rzadką, bezinteresowność i ludzką dobroć. Miał w sobie ciepło i uśmiech. Ale dla wszelkiego draństwa, dla chamstwa i wszelkiej niegodziwości – bezwzględną odmowę, upór w spojrzeniu, zaciśnięte usta, a też pogardę i mocne, brutalne słowo.
Bez wątpienia zrealizował się jako człowiek kina: w r. 1988 otrzymał Ogólnopolską Nagrodę Krytyki Filmowej im. Karola Irzykowskiego – wyróżnienie cenne i prestiżowe. Za działalność w Dyskusyjnych Klubach Filmowych przyznano mu “Złoty Ekran”.
Miał wielkie marzenie: film fabularny z umierającą Wenecją i dzielnicą Bytomia – także w stadium rozkładu – w tle. Dał mi do przeczytania szkic scenariusza. Odebrałem to jako rzecz autobiograficzną. Jestem pewien, że zrobiłby ten film, zdobyłby pieniądze sobie wiadomymi sposobami i drogami, jak niegdyś ów niemal nie do zdobycia kanister benzyny.
W wierszu “Ostatnia spowiedź” napisał:
A GDYBY ZAMKNĄĆ OCZY
ODEJŚĆ
GDZIE NIKT NIE CZUWA
PRÓCZ CIEBIE
FELIKS NETZ
“Śląsk” nr 9/2011
—————————————————————
Dobry Autor
Chciałbym Wam opowiedzieć o panu Andrzeju. I o tym, jak upadek na rowerze może zmienić życie.
Poznaliśmy się 14 stycznia 2008 roku. Mój przyjaciel miał mu zrobić przegląd komputera, ale tego dnia nie mógł i zlecił to mnie. Umówiłem się na wieczór, ale po południu, podczas rowerowej przejażdżki, zaliczyłem asfalt (jak się później okazało, pękła jakaś kosteczka w dłoni).
Przyszedłem. Podczas grzebania w komputerze podparłem się na ręce i jęknąłem z bólu. Żona pana Andrzeja spytała co się stało. Przyznałem się do upadku – i tak zaczęła się dłuższa opowieść o rowerze w moim życiu. Fakt, że byłem we Włoszech, okazał się kluczowy. Zaraz dowiedziałem się, że pan Andrzej, który jest pisarzem, jest wielbicielem Wenecji – jeździ do niej kiedy tylko może i pisze właśnie prawdopodobnie najbardziej obszerny polski przewodnik po tym mieście. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie – ze zdjęciami. Zdjęcia miałem w albumie razem z wydrukiem mojej relacji. Pan Andrzej wziął album i poszedł do swojego pokoju. Chwilę później wrócił i stojąc w progu, głośno i zdecydowanie spytał: “czy pan to gdzieś wydał? Przeczytałem tylko kilka fragmentów, ale po nich widzę, że pan ma talent”.
Od tamtego momentu pan Andrzej stawiał sobie za punkt honoru, by mnie wypuścić na szerokie wydawnicze wody i nauczyć jak po nich pływać. Mimo, że kosztowało go to wiele rozczarowań, nie chciał odpuścić i nie ustawał w swoich wysiłkach.
Podsunął mi książki Hemingwaya i Saint-Exupery’ego – uważał, że ich styl najlepiej do mnie pasuje i że wiele mogę się od nich nauczyć. Niewątpliwie miał rację – właśnie tak chciałbym pisać. Zachęcał mnie do startowania w konkursach, do rozpoczęcia szkoły filmowej, ale przede wszystkim do pisania. To dzięki niemu zacząłem pracować nad relacją z Nordkapp. To on był jej głównym recenzentem, dał mi wiele wskazówek. Uważam, że nigdy nie napisałem czegoś równie dobrego, a to w dużej mierze dzięki jego motywacji i pomocy.
Z panem Andrzejem spotykaliśmy się w Bibliotece Śląskiej i w Empiku, aby omówić moje teksty i przy okazji pogawędzić o życiu…
Był niezwykle aktywny. Nie dałbym mu tyle lat, ile miał. Marzył, planował, działał…
Pewnego wieczora wracaliśmy z benefisu w kinoteatrze Rialto. Młody podróżnik-amator i o pięćdziesiąt lat starszy od niego pisarz-zawodowiec szli ulicą Jagiellońską, ubrani w garnitury. Rozmawiali. Pisarz radził jak żyć, mówił o swoich błędach, żartował… Poczułem się wtedy jak w scenie z filmu.
A co do filmu – pan Andrzej to również reżyser. Podzielił się ze mną swoim pomysłem na następny film. Akcja miała rozgrywać się w jego ukochanej Wenecji. Roboczy tytuł: “Mgła”. Zaproponował mi miejsce w ekipie i prace przy montażu. Przygotowania do realizacji przerwało pogorszenie się zdrowia pana Andrzeja.
Okazji do naszych spotkań było coraz mniej. Widzieliśmy się po raz ostatni zanim wyjechałem na Islandię.
Zadzwoniłem do niego w maju tego roku. Był w szpitalu. Powiedział, że już parę razy żegnał się z życiem. Powiedział, że chce się ze mną spotkać, ale na razie nie może nawet czytać. Powiedział, że da znać, gdy będzie lepiej.
W ubiegłym tygodniu dowiedziałem się o jego śmierci. Zmarł w czerwcu – miał 75 lat. Był jednym z najciekawszych ludzi, jakich poznałem. Zostanie w mojej pamięci…
Piotr Mitko
29-09-2011
