Autor podpisany pod “newsem” o trotylu w tupolewie jest jak saper; nie może się pomylić, bo wyleci w powietrze. Ale dziennikarz “Rzeczpospolitej” nawet nie zapytał jakiegoś eksperta, co to są “cząstki wysokoenergetyczne”.
Według Cezarego Gmyza polscy eksperci wykryli w prezydenckim samolocie trotyl i nitroglicerynę, czyli “podstawowe materiały do konstruowania środków wybuchowych”. Autor podpisany pod takim “newsem” jest jak saper; nie może się pomylić, bo wyleci w powietrze. Ale dziennikarz “Rzeczpospolitej” nawet nie zapytał jakiegoś eksperta, co to są “cząstki wysokoenergetyczne”.
Teraz tłumaczy, że przecież nie użył słowa “zamach”. Nie użył, bo nie musiał – ludzie słyszą “trotyl”, myślą “zamach”.
Prokuratura zaprzeczyła rewelacjom Gmyza. Sprzęt sygnalizuje zarówno trotyl, jak i np. namiot z PCV. Czyli Gmyz wiedział, że dzwoni, ale nie – co dzwoni.
Wydawca “Rz” po rozmowach z naczelnym i dziennikarzem uznał, że materiał był “nierzetelny i nienależycie udokumentowany”. Wydawca miał prawo pytać, jak udokumentowany był artykuł, dziennikarz miał prawo odmówić. Ale musiał się liczyć z tym, że po odmowie o zaufaniu do niego nie może już być mowy.
Redakcja powinna mieć zaufanie do swojego dziennikarza i twardo stać po jego stronie. Ale w tak delikatnej sprawie powinna przed publikacją zadbać o dodatkowe zabezpieczenie. Trudno mi sobie wyobrazić, by autor takiej “bomby” nie dysponował np. nagraniem rozmowy z informatorem (choćby fragmentem, który nie pozwoliłby go zdekonspirować). “Rz” powinna także wysondować, z jakich kręgów wywodzą się informatorzy. To pomaga stwierdzić, czy źródłem newsa nie jest jedna i ta sama osoba, która go tylko “wpuściła w różne kanały”.
Gmyz mógł albo przyznać się co najmniej do wyciągnięcia zbyt daleko idących wniosków, albo pójść w męczeństwo. Wybrał drugą opcję. Mówi prawicowemu portalowi, że podczas rozmów z radą nadzorczą wydawcy czuł się jak na komisji weryfikującej dziennikarzy w stanie wojennym, że Polska to Białoruś. Grunt to znać proporcje.
Dwa portale prawicowe zdążyły się już pokłócić, kto lepiej broni Gmyza. Zbierają podpisy w obronie, organizują marsze poparcia “dla sprawy wolności prasy i wolności słowa w Polsce”. Zapominają, że artykuł Gmyza ukazał się przecież w codziennej gazecie, internet żyje tą sprawą, a wolność słowa oznacza także odpowiedzialność za to, co się pisze.
Najciekawsze jest to, że tuż po publikacji Gmyza w “Rz” Jacek Karnowski – którego portal broni teraz Gmyza przed rzekomym “linczem” – snuł teorię prowokacji. Według niej “ktoś” (wszyscy wiedzą kto) usłużnie podrzucił Gmyzowi informacje o trotylu, by sprowokować Jarosława Kaczyńskiego do słynnych zdań o “mordzie” i “zbrodni”.
O tej teorii tak pisze Piotr Zaremba: ” Pojawiła się teoria prowokacji, wyłożył ją na naszym portalu Jacek Karnowski. Podając informację prawdziwą, ale zbyt wcześnie opatrzoną definitywną konkluzją, gazeta miała wywołać określone reakcje u polityków, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego”.
- Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w sprawie “trotylu na wraku” mieliśmy do czynienia z najwyższej próby operacją manipulacyjną – twierdził Karnowski. – Operacja miała miejsce po tym, gdy nie udała się próba sprowokowania Jarosława Kaczyńskiego zdjęciami śp. Lecha Kaczyńskiego. Efekt osiągnięto, władza złapała oddech.
Czyli jak? Gmyz obrońca prawdy? Gmyz ofiara prowokacji? Czy może autor prowokacji?