Dziennikarz “Rzeczpospolitej”, który napisał o znalezieniu śladów trotylu na pokładzie tupolewa pod Smoleńskiem, co zdementowała prokuratura, został zwolniony z pracy. Rada nadzorcza wydawcy tłumaczy, że jednym z powodów było to, że nie ujawnił jej źródeł swoich informacji. Ale czy dziennikarz ma taki obowiązek? I wobec kogo? Oto głosy kilku znanych dziennikarzy “Gazety Wyborczej”.
Tydzień temu “Rzeczpospolita” napisała, że Polacy odkryli ślady trotylu i nitrogliceryny na wraku tupolewa. Prokuratura tego samego dnia zdementowała te informacje, ale przez kilka godzin rozpętało się polityczne piekło.
Prezes PiS Jarosław Kaczyński ogłosił: – Zamordowanie 96 osób, w tym prezydenta i innych to niesłychana zbrodnia. Każdy, kto chociażby przez matactwo czy poplecznictwo miał z tym coś wspólnego, powinien ponieść konsekwencje.
W poniedziałek wieczorem prezes Presspubliki (wydawca “Rz”) oraz jej rada nadzorcza ogłosili, że redaktor naczelny Tomasz Wróblewski, autor tekstu “Trotyl na wraku tupolewa” Cezary Gmyz oraz redaktorzy odpowiedzialni za dział krajowy Bartosz Marczuk i Mariusz Staniszewski stracili pracę.
Z oświadczenia rady i prezesa dowiadujemy się, jak wydawca przeprowadzał postępowanie wyjaśniające w sprawie publikacji tekstu. Dzień po publikacji – 31 października – zarząd przekazał Cezaremu Gmyzowi “dokumenty pozwalające zarówno na ochronę świadków, jak i pisemne zapewnienie o ochronie jego osoby w razie przyszłych procesów, jeśli okazałoby się, że rzetelnie zbierał materiały i posiada na to dowody”. Oświadczenia Gmyza i informatorów (dokumenty, nagrania i wszelkie materiały, na podstawie których powstał tekst) miały być zdeponowane w kancelarii adwokackiej do poniedziałku, 5 listopada, do godz. 14. Rada nadzorcza spotkała się w piątek z Tomaszem Wróblewskim, a w poniedziałek ze wszystkimi osobami, które miały związek z publikacją. “Dziennikarze związani z publikacją nie mieli podstaw do stwierdzenia, iż we wraku tupolewa znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Tekst uznajemy za nierzetelny i nienależycie udokumentowany. Pan redaktor Cezary Gmyz pomimo wcześniejszych zapewnień nie przedstawił żądanych oświadczeń, stwierdzając, że informatorzy odmówili złożenia dokumentów” – czytamy w oświadczeniu rady nadzorczej.
Czy Gmyz powinien ujawnić swoich informatorów?
Wojciech Czuchnowski z “Gazety” pisze m.in.: – Prawo nie pozwala dziennikarzowi na ujawnienie anonimowych źródeł. To dziennikarz, a nie wydawca, jest zobowiązany do ochrony ich danych. Dlatego redakcja “Rzeczpospolitej” nie mogła żądać od Cezarego Gmyza, by je ujawnił. A Gmyz nie mógł tego zrobić.
Nakłaniając Gmyza do ujawnienia informatorów, wydawca przekroczył granicę. Nie rozmawiałem z Gmyzem, ale dopuszczam, że mógł się on wstępnie zgodzić na przekazanie nagrań rozmów i oświadczeń informatorów. Kiedy jednak zwrócił się do nich w tej sprawie – ci odmówili. A bez ich zgody nie mógł zrobić nic – napisał Czuchnowski.
Agnieszka Kublik odpowiada Czuchnowskiemu: – Kodeks dobrych praktyk wydawców prasy (podpisany przez Rzeczpospolitą”), stanowi: “Dziennikarz nie może ukrywać przed redaktorem naczelnym lub przełożonym informacji uzyskanych w trakcie wykonywania swoich obowiązków, chyba że są to informacje niejawne, chronione na podstawie odrębnych przepisów lub objęte tajemnicą dziennikarską. Dziennikarz na żądanie redaktora naczelnego powinien powiadomić go o źródłach informacji i sposobie ich pozyskania” – pisze Kublik
Pisze z kolei Marcin Kącki: – Wydawca “Rz” chce bronić swojego tytułu, bo leci w przepaść, na dnie której tabloidy każdego dnia robią na okładkach równie wesołe imprezy. Gmyz mógłby wyhamować lot, udowadniając szefom, że wykonał pracę podręcznikowo, ale nie chce pokazać, na jakim podręczniku się opierał. To nieporozumienie świadczące o całkowitym braku zaufania do przełożonych. Nie wyobrażam sobie pracy w redakcji, w której nie mógłbym liczyć na ich wsparcie – dodaje.
Marek Górlikowski: – Dla każdego szanującego się dziennikarza bezpieczeństwo informatora powinno być najważniejsze. Co nie znaczy, że można wprowadzać wydawcę czy redaktora w błąd, nie sprawdzać informacji u źródeł, nie pytać ekspertów.
“Tajemnica dziennikarska ma służyć dziennikarzowi i bezpieczeństwu jego źródeł, ale nie może służyć ochronie dziennikarskiej nieodpowiedzialności” – podkreśla w swoim komentarzu Paweł Wroński. Powołując się na przykład ujawnienia afery Watergate, zaznacza, że sprawa dotyczy odpowiedzialność i wiarygodność dziennikarzy. “Jednoźródłowa informacja musi mieć potwierdzenie mniej lub bardziej oficjalne” – pisze. I wskazuje: “W przypadku materiałów drażliwych wielokrotnie zdarza się, że redaktor naczelny lub szef działu domaga się oświadczenia od kluczowego świadka, że jego informacje są prawdziwe i że gotów jest powtórzyć je przed sądem. Tego rodzaju oświadczenia zamykane są w szafach pancernych wielu redakcji. Tajemnica dziennikarska obowiązuje bowiem w takim samym stopniu redaktorów, jak i dziennikarza”.