Przeglądam codzienne gazety, a przynajmniej raz w tygodniu także tytuły, tak zwanej prasy opiniotwórczej i coraz częściej włos staje mi na głowie: Jestem przerażony ich poziomem?
Czytaj całość.
Jeśli nieznośny natłok sensacyjnych newsów oraz miałkiej, powierzchownej publicystyki, bierze się z przekonania, że nic tak nie ożywia numeru, jak trup na pierwszej stronie – to jeszcze pół biedy. Gorzej, gdy poważne jeszcze do niedawna tygodniki, w pogoni za reklamodawcami, czytaj: pieniędzmi, usiłują ścigać się z tabloidami. A że kolorowe piśmidła w tej dyscyplinie bywają bezkonkurencyjne, to i próby dorównania im wzbudzają czasem zwykły niesmak. Czy jednak działanie nieubłaganych praw rynku rzeczywiście usprawiedliwia wciskanie ludziom oczywistych głupot? Dogadzanie prymitywnym gustom, nadskakiwanie biznesowi, władzy i każdemu, od kogo cokolwiek zależy? A w konsekwencji czy usprawiedliwia to pogardę dla czytelnika? Jak pogodzić taką filozofię z ideą wolności słowa? No i jak to pogodzić z prawem czytelnika do rzetelnych informacji?
Moim zdaniem wiele, jeśli nie wszystko, zależy jednak od ludzi.
Od konkretnych wydawców.
Oraz konkretnych redaktorów i dziennikarzy.
- Ilu jest w Polsce dziennikarzy? Dwadzieścia, trzydzieści tysięcy – może więcej. Jeśli policzyć wszystkich, którzy się za dziennikarzy UWAŻAJĄ, produkują wizytówki z napisem REDAKTOR, uczestniczą w konferencjach prasowych, akredytują się na mecze piłkarskie, obsługują różne konferencje, kończą jedną z ponad dziewięćdziesięciu szkół (kierunków, wydziałów) dziennikarskich ? to liczba ta zaiste jest imponująca. Być REDAKTOREM teraz, to nobilitacja, to wejście do kręgu ludzi wtajemniczonych, WIEDZĄCYCH więcej niż przeciętny obywatel, wpływających na losy kraju? – napisał w swoim czasie w internetowym blogu dr Zbigniew Bajka.
Zgoda.
Rozumiem oczywisty sarkazm ukryty w wypowiedzi znanego, krakowskiego medioznawcy. Pewnie istotnie jest tak, że to nadmiar, nieprzechodzącej w jakość ? ilości, jest jedną z najważniejszych przyczyn obniżania się poziomu prasy.
Tylko, że broniąc prestiżu naszej profesji, krytykując łatwość, z jaką można dziś stać się dziennikarzem, dr Bajka jakby nie dostrzegał pewnego paradoksu…
Otóż, coraz większa liczba dziennikarzy to, fakt – coraz większa liczba tak zwanych “dziennikarzy”, ale też coraz większa grupa ludzi, którzy póki co pozostając poza mainstreamem zawodu, tworzą jego całkiem nową rzeczywistość. Piszą oraz publikują rzetelnie i ze szczerym zaangażowaniem. I zachowują przy tym autentyczną niezależność: od wydawców, reklamodawców, przedstawicieli władzy, a nawet czytelników.
Któż to może dziś zdobyć się na taką, niczym nieskrępowaną wolność w wyrażaniu własnych poglądów?
Odpowiadam: Dziennikarze obywatelscy.
Bo to przecież właśnie oni są dziś najbardziej niezależnymi dziennikarzami. To być może przede wszystkim ich stać na to, by bez strachu, koniunkturalizmu i obłudy wypełniać dziennikarską misję. Bo swą pasję uprawiają w dobrze rozumianym, społecznym interesie. Wykorzystują szansę, którą daje im Internet – najbardziej demokratyczne narzędzie komunikacji. Dzięki niemu praktycznie każdy może być reporterem, redaktorem, wydawcą i poniekąd kolporterem w jednej osobie. Owszem, i z lewa i sprawa codziennie atakują nas swymi prostackimi wynurzeniami sieciowi grafficiarze. Ich istnienie jest pewno nieuniknionym kosztem upowszechnienia się Internetu. Ale obok nich coraz lepiej radzą sobie właśnie dziennikarze obywatelscy. Bywa, choć wcale nie jest to regułą, że mają kłopoty z dziennikarskim warsztatem. I tu pewno ustępują prawdziwym zawodowcom. Ale równie często mają coś, czego często brakuje właśnie zawodowcom: pasję, empatię, poczucie odpowiedzialności a także po prostu szacunek dla czytelników. Przy czym to się wcale nie bierze tak samo z siebie. Oni zwykle nie mogą wtopić się w ciżbę redakcyjnych kolegów. Bo działają samotnie, na własny rachunek i nie są anonimowi. Na co dzień spotykają się ze swoimi czytelnikami: na ulicy, w pracy, na klatce schodowej.
No i co z tego wszystkiego wynika?
Ano to, że niepostrzeżenie wyrasta nam bardzo poważna konkurencja!
Możemy sobie z nich podkpiwać, wytykać im błędy, zarzucać naiwność?
Ale to nie zmienia faktu, że jeszcze chwila, a to oni zaczną wyznaczać standardy!
Bo, co do tego, że już dziś są pełnoprawnymi dziennikarzami, ja nie mam wątpliwości.
Zajmują się redagowaniem, tworzeniem i przygotowywaniem materiałów prasowych do publikacji? Zajmują się!
Działają na rzecz, cóż z tego, że często jednoosobowej, ale jednak redakcji?
Działają!
A to oznacza, że przysługują im te same prawa, co wszystkim innym dziennikarzom. Powinni więc na przykład, mieć ustawowo zagwarantowane prawo dostępu do informacji. Jeśli tak, to i z całą powagą powinni być rozliczani z obowiązku przestrzegania zasad etyki, rzetelności i staranności. Ale także z całą mocą prawo powinno chronić ich przed próbami odbierania im głosu.
Prawnicy zaś niech od nowa zaczną się trudzić nad pisaniem definicji dziennikarza.
Kazimierz Krzyśków
