Stowarzyszenie Dziennikarzy RP w Katowicach

Znajdź na stronie

Kontakt

ul. Warszawska 6
40-009 Katowice

E-mail: sdrp.katowice@op.pl
Tel.: 32 253 93 40

Nr KRS: 0000344572

Sprawa Jarosława Ziętary

Sprawa Jarka Ziętary

Archiwum

Aktualności

Zmarł Daniel Tresenberg

Opublikowano: 21-11-2009, 12:56| Autor: redakcja | Ostatnia modyfikacja: 30-11-2011, 12:50

Daniel TresenbergW nocy 20 listopada 2009 roku po długiej, ciężkiej chorobie zmarł redaktor Daniel Tresenberg. Miał 58 lat. Był dziennikarzem dobrze znanym na śląskim rynku prasowym.

Pracował w “Trybunie Robotniczej” i “Panoramie”. Jego artykuły ukazywały się również na łamach pism o zasięgu ogólnopolskim. Był redaktorem naczelnym “Raportu”oraz rzecznikiem prasowym marszałka województwa śląskiego. W ostatnim etapie kariery zawodowej był zatrudniony na stanowisku głównego specjalisty w biurze prasowym marszałka województwa śląskiego.

Redakcja portalu NETTG.PL

Żegnamy dziś Daniela Tresenberga, kolegę, dziennikarza, przez ostatnie lata związanego z Urzędem Marszałkowskim w Katowicach. Daniel Tresenberg rozpoczynał swoją dziennikarską karierę w Trybunie Robotniczej, następnie Panoramie, Raporcie i Zielonej Lidze. Związany był także z lokalną prasą samorządową.

Daniel Tresenberg zmarł po ciężkiej chorobie w wieku 58 lat. Został pochowany na cmentarzu ewangelickim w Katowicach.

Polskie Radio – Katowice, 24 listopada 2009 r.

Pożegnaliśmy dzisiaj Daniela Tresenberga, wyjątkowego człowieka, znanego dziennikarza, byłego rzecznika prasowego Marszałka Województwa.

Do końca jego zmagań z bezlitosną chorobą, gdy lekarze bezradnie rozłożyli ręce, wierzyliśmy, że pokona ją swym wrodzonym optymizmem i siłą charakteru.

Dla nas Daniel był wspaniałym kolegą oraz przede wszystkim dobrym człowiekiem o ujmującym charakterze, serdecznym i potrafiącym zjednywać do siebie i do racji, które przedstawiał. Był otwarty na poglądy i argumenty innych, gdy przygotowywał materiały i wypowiedzi do publikacji. Potrafił tonować nadmierne emocje, jakie często towarzyszą tej pracy oraz tłumaczyć istotę wielu trudnych spraw czy podejmowanych decyzji przez Samorząd Województwa.

Odszedł człowiek, który swoją pracę dziennikarską poświęcił sprawom Śląska. Był związany z “Panoramą”, “Ekspressem Śląskim” oraz “Raportem Śląskim”. Był współtwórcą wielu lokalnych gazet samorządowych – “Przeglądu Katowickiego”, “Naszego Samorządowego Zabrza” oraz “Wspólnego Chorzowa”.

Danielu, pozostaniesz zawsze w naszej pamięci!

Koleżanki i koledzy z Biura Prasowego Marszałka Województwa Śląskiego

WSPOMNIENIE

Daniel Tresenberg 1951 – 2009

Ta okrutna wiadomość spadła na nas 20 listopada, wywołując w śląskim środowisku dziennikarskim przygnębienie, smutek, żal. Bezlitosna choroba zabrała Redaktora Daniela Tresenberga. Odszedł o wiele za wcześnie?

Przyjechał do Katowic w połowie lat 70. Jak wielu, by podjąć tu pracę. Przywiózł z Mazur, gdzie się urodził, i z Torunia, gdzie studiował na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika, a także z Warszawy, gdzie kończył studia dziennikarskie, piękne pejzaże. Odmienne od tych, które zastał na czarnym, dymiącym Śląsku. Dlatego na Śląsk patrzył z większą niż inni wrażliwością. Jako dziennikarz chciał swoje nowe miejsce do życia zmieniać i naprawiać. Wierzył, że to możliwe, i dlatego z taką pasją w “Trybunie Robotniczej”, “Panoramie” czy “Raporcie” podejmował w swych artykułach trudne problemy społeczne.

Odszedł, nie zrealizowawszy wielu ambitnych życiowych i zawodowych planów.

A mimo to – można z całą pewnością to stwierdzić – odszedł spełniony, pozostawiając trwały ślad na kartach śląskiego dziennikarstwa Jego teksty, publikowane na łamach regionalnej i ogólnopolskiej prasy, nosiły w sobie zawsze, bez względu na polityczne i ustrojowe uwarunkowania, znamię humanizmu, stawiając na pierwszym planie losy ludzi, ich małe i wielkie troski, wplątane w tryby dziejących się wydarzeń.

Z czasem jednym z wiodących tematów jego dziennikarskich dociekań stała się także ekologia. Jako redaktor naczelny “Zielonej Ligi” oraz aktywny współtwórca i redaktor powstających w latach 90. lokalnych gazet samorządowych, m.in. “Przeglądu Katowickiego”, “Naszego Samorządowego Zabrza” czy “Wspólnego Chorzowa”, inicjował wiele wspaniałych społecznych akcji. Spełniał się w tej roli i zapewne dlatego w ostatnich latach swego życia podjął pracę w Urzędzie Marszałkowskim w Katowicach.

Dla nas Daniel był przede wszystkim wspaniałym Człowiekiem i Kolegą. Takim, który do zespołowej pracy dziennikarskiej potrafił wnieść zawsze dobry klimat rodem z najbardziej zżytej szkolnej klasy. Wielu z nas długo jeszcze będzie pamiętać wspólne, choć zdarzało się to sporadycznie, pisanie artykułów i reportaży. Opracowaliśmy swoistą metodę. Daniel pisał tzw. środek, ktoś inny wstęp i zakończenie albo też odwrotnie. Teraz jednak tak się fatalnie złożyło, że Ciebie, Danielu, już nie ma, odszedłeś kilka nocy temu. Co zatem mamy napisać w zakończeniu artykułu, którego już nigdy wspólnie nie napiszemy?

Może, że byłeś znakomitym facetem, świetnym dziennikarzem i porządnym człowiekiem. Toż to banał, który byś sam odrzucił. A może powtórzyć za Jonaszem Koftą, którego tak bardzo ceniłeś: “Przyjacielu, trochę serca nam ubyło, ile naprawdę, jeszcze nie wiemy, pamięć po Tobie poniesiemy, zrobimy z nią, ile umiemy. Że Ci się chciało, Ciężki Frajerze, przeżyć po ludzku swe ludzkie życie, choć w zmartwychwstanie nikt z nas nie wierzył?”.

Bo w istocie Daniel Tresenberg był w środowisku dziennikarskim człowiekiem wyjątkowym. On po prostu nie miał wrogów! Jego nie można było nie lubić! Jego pogodne usposobienie, tolerancja i zrozumienie dla innych wywodziło się zapewne z rodzinnych stron – mazurskich jezior i puszcz. Jego rodzinny dom w Kulach, którego już nie ma, bo odeszli Jego rodzice i brat, to było magiczne uroczysko, gdzie z każdego kąta spozierały postacie z tamtejszych legend spisywanych przez Matkę Jadwigę, a w oknach majaczyły dostojne świerki Puszczy Boreckiej, w której całe swoje długie życie był nadleśniczym Ojciec Ludwik.

Ten swoisty mazurski stoicyzm, umiłowanie przyrody ukształtowało Daniela jako człowieka i dziennikarza, a wewnętrzny spokój i pogodę ducha przywiózł i zostawił na zawsze tu, na Śląsku. Tu, gdzie stworzył wraz z niezwykle ciepłą, kochającą i opiekuńczą Basią, która wspierała Go i pomagała Mu do ostatnich chwil życia, oraz utalentowanym i wrażliwym synem Łukaszem swój szczęśliwy dom rodzinny.

Wszyscy umieramy, lecz życie, a wraz z nim pamięć nie umiera. Będziemy o Tobie pamiętać, Danielu.

PRZYJACIELE

“Gazeta Wyborcza”, Katowice, 24 listopada 2009 r.

Takim go zapamiętali:

Etaty w niebie coraz lepiej obsadzone. Tu na ziemi – gasną ostatnie latarnie.

Danielu, nie żegnam Cię bo przecież spotkamy się po tamtej stronie życia, gdzie nie ma cierpienia, smutku, gdzie nie ma problemów.

Jacek Dubiel

Przede wszystkim znakomity dziennikarz, wspaniały kolega i przyjaciel. Dowcipny, błyskotliwy, uroczy w towarzystwie. A przy tym lojalny, prawy, uczciwy. W robocie dziennikarskiej zawsze kierował się poczuciem konieczności dojścia do prawdy, dobrem czytelnika. Takim go zapamiętam?

Baron Kurlandzki

Gdyby żył, miałby 3 czerwca urodziny. “50 +” według nomenklatury programu aktywizacji bezrobotnych w średnim wieku. On był bezrobotny tylko krótko, w stanie wojennym, gdy po weryfikacjach dziennikarzy odebrano mu możliwość wykonywania zawodu. Na szczęście na krótko, bo decydenci propagandy zorientowali się, że nie wolno tracić takiego talentu.

Trzeba mu było znaleźć tylko inną redakcję. I znaleźli – “Panoramę”. Tam się zaprzyjaźniliśmy, choć poznałem go wcześniej, we wrześniu 1980 roku, w windzie Domu Prasy w Katowicach. Czekałem na parterze na windę. Zjechała, otworzyły się drzwi, parę osób wyszło, a ja już chciałem wejść do windy, gdy nagle delikatnie odepchnął mnie przystojny blondyn, nieco ode mnie wyższy, puścił przodem też przystojnego blondyna (dużo wyższego) i wtedy mogłem wreszcie dostać się do środka kabiny. Oni nacisnęli “4” (to było piętro reporterów„Trybuny Robotniczej”), ja “7” (to było piętro “Panoramy”, gdzie starałem się o pracę). Ci dwaj faceci rozmawiali o jakimś strajku w jakiejś kopalni, z którego mieli zrobić relację na trzy strony znormalizowanego maszynopisu (to było 60 znaków w wierszu na 30 wierszy, razem 1800 znaków ze spacjami). Oni byli już znanymi dziennikarzami; ja pracowałem wówczas w „Magazynie Hutniczym”, dwutygodniku wydawanym przez Związek Zawodowy Hutników. Oni robili wywiady z generałem Jerzym Ziętkiem (wtedy już emerytowanym, byłym wojewodą katowickim), ja z Andrzejem Rozpłochowskim,, szefem „Solidarności” w Hucie „Katowice”. Oni bawili na ówczesnych salonach władzy w gmachu Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Katowicach, gdzie na portiernię, strzeżoną przez funkcjonariuszy SB, wychodził po nich sam sekretarz propagandy. Ja pisałem o upadającym zakładzie materiałów ogniotrwałych gdzieś pod Szczecinem. Czy im zazdrościłem? Tak! Zazdrościłem…

Relacje wyrównały się w kwietniu 1981 roku. On został akredytowany z “Trybuny Robotniczej” na zjazd Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, ja z “Panoramy”. Spaliśmy w dawnym “Domu Chłopa”, a jadaliśmy w hotelu (chyba też już dawna nazwa?) “Warszawa”. Od dziesiątej rano do dwudziestej drugiej młodzież socjalistyczna zastanawiała się, jak uzdrowić PRL. A my, akredytowani dziennikarze, w wieku delegatów na zjazd, zastanawialiśmy się, najczęściej przy wódeczce, jak uzdrowić tę młodzież…

Obrady odbywały się w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, do którego wejścia strzegli chłopcy “borowiki”, więc wnieść do tego szacownego gmachu flaszkę, to był wyczyn! Nam się to jednak udawało, a jak.. to opiszę w pamiętnikach wydanych już po mojej śmierci… Wódkę piliśmy na półpiętrze jakieś bocznej klatki schodowej. Ja, On, Marta Waluchowska z ówczesnego “Życia Warszawy” i Jasiek (nazwiska nie pamiętam) z “Gazety Zielonogórskiej”. Mieliśmy między 25 a 30 lat, byliśmy zbuntowani, wkurwieni na system, ale nie przeciw systemowi, byliśmy pełni nadziei, byliśmy – tak to teraz oceniam – naiwni… Zjazd został przedłużony… W nocy z niedzieli na poniedziałek podano wyniki demokratycznych (naprawdę demokratycznych!) wyborów nowego przewodniczącego ZSMP. Został nim Jerzy Jaskiernia z Krakowa, wtedy doktorant prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem znany polityk. On, ten któremu poświęcony jest ten tekst, poszedł się przespać do “Domu Chłopa”, a ja i Marta, czekając na jej chłopa, piliśmy jakieś brandy na schodach Pałacu KiN. W Chinach nie byłem, ale “pekin” znam, jak mało kto…

To był kwiecień 1981 roku. Spotykaliśmy się potem w stołówce Domu Prasy, graba, papieros, kawa.. To było wszystko, co nas wtedy łączyło. On pisał o partyjnych “poziomkach” rodem z Torunia, gdzie studiował – o “poziomkach”, czyli oddolnym ruchu odnowy PZPR. Ja pisałem, już wtedy dla “Panoramy”, o anarchosyndykalistach z Polskiej Partii Pracy. Pamiętam, że cenzura zdjęła mi felieton pod tytułem “Kolejka – podstawową komórką społeczną” (starsi pamiętają, co to była kolejka do sklepu; młodsi niech tego lepiej nie zaznają!).

I nadszedł czas, kiedy to On czegoś mi pozazdrościł. To ja bowiem pojechałem, jako akredytowany dziennikarz, na pierwszy zjazd “Solidarności” we wrześniu 1981 roku do Gdańska. To ja przesyłałem przez telefoniczne łącza relacje z tego miejsca, na którym skupiała się wówczas uwaga całego świata. I to ja, jako pierwszy pismak ze Śląskiego Wydawnictwa Prasowego, przeprowadziłem wywiad z Lechem Wałęsą, wybranym pierwszym przewodniczącym NSZZ “Solidarność” już w czwartek rano po wyborach. Mam zdjęcie – Wałęsa w dżinsowej kurtce pali “Marlboro”, ja pochylam się ku niemu, a w drugim planie widać Wachowskiego.Po powrocie do Katowic to On zaproponował mi kawę w “Kolcu”, czyli knajpie hotelowej przy ulicy Dworcowej (już jej nie ma!). Długo gadaliśmy. Opowiedziałem mu wszystko, czego wtedy nie mogłem napisać.

W stanie wojennym On został “skazany” na “Panoramę”, ja (bo nie należałem ani do PZPR, ani do NSZZ “Solidarność”, tylko do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich) po paru miesiącach dostałem tzw. “drugą szansę” i wezwano mnie na rozmowę. To On powiedział wtedy: – Nie daj się! Mało mów, udawaj głupa… Czy to była lekcja oportunizmu? Nie! On nie był oportunistą, parę lat starszy ode mnie był po prosu mądrzejszy i wiedział, że jeśli wszyscy, wówczas młodzi i myślący, postawimy się na sztorc systemowi, to ten system nas zgniecie. Ten drugi facet spod windy, o którym wcześniej wspomniałem, Janek Dziadul (dziś dziennikarz “Polityki”) był już wtedy w redakcji warszawskiego “Przeglądu Tygodniowego”, spotykaliśmy się w “Kolcu”, nie tylko po “13”. Janek mówił: – Słuchaj i ucz się! To, co mówili, dało mi wiele do zrozumienia. I zrozumiałem, że być dziennikarzem, to znaczy być sobą – konwencje językowe, styl pisania, aluzje i dygresje są zawsze na drugim miejscu; na pierwszym jest człowiek, o którym piszesz. Tego On mnie nauczył… On zawsze w swoich tekstach był szczery, nie ukrywał się – jak ja – za barierą pokrętnej kompozycji słownej, z której “coś” miało wynikać. Był szczery i uczciwy, i nie płakał, kiedy szefowie nie zwalniali do druku Jego tekstu. Pisał następny – równie szczery i uczciwy…

Pisaliśmy razem reportaż ze strajku w kopalni (wówczas) “Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu w 1988 roku, który był ostatnim akcentem rodzącej się demokracji przed “okrągłym stołem”.

Pojechaliśmy na pierwsze, wolne wybory 4 czerwca 1989 roku do Warszawy – w tle masakra studentów chińskich na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, w Warszawie (jak i w całym kraju) zakaz sprzedaży alkoholu. Z nami Grek, dziennikarz z Aten, chciałby się napić “Metaxy”. Zorganizowaliśmy tylko spirytus – ja i On daliśmy sobie radę, Grek padł, jak Leonidas pod Termopilami, a my dalej “robiliśmy materiał”.

Już jako zastępca naczelnego redaktora “Panoramy” miałem ten przywilej, aby do obsługi wyborów prezydenckich w grudniu 1990 roku dobrać sobie ekipę. Zabrałem fotoreportera Józka Wróbla i oczywiście Jego. Byliśmy we wszystkich sztabach wyborczych. Zapamiętaliśmy ten ostatni – na ulicy Rozbrat około drugiej po północy powitał nas Włodzimierz Cimoszewicz, wyglądający tak świeżo, jakby przed chwilą odwiedziła go kosmetyczka, fryzjer i krawiec! Pełna kultura. To był dla nas, dziennikarzy, szok! Cimoszewicz to wielka postać polskiej polityki – tak On uważał, tak i ja sądzę. Wróciliśmy do redakcji, w trzy godziny napisaliśmy tekst i poszliśmy do… nie do domu, tylko do “Kolca”. Niewyspani, zmęczeni, czuliśmy się wtedy bohaterami. On wtedy powiedział: – Borówa, słowami też się tworzy historię!

Jego ojciec był żołnierzem Armii Krajowej na Wileńszczyźnie; mój stary i mój dziadek byli u Twardego, też w AK. Duma ze świadomości, ile ryzykowali nasi bliscy w czasie wojny, jeszcze bardziej nas zbliżyła. On patrzył na to z perspektywy chłopca urodzonego w Kutach na Mazurach, ja z perspektywy chłopca urodzonego w zagłębiowskim Zawierciu. Kuty to było czarowne miejsce. Jego rodzice zawsze chętnie przyjmowali przyjaciół syna podczas wakacji, a im więcej rodzin zwalało się do ich leśniczówki, tym bardziej czuli się szczęśliwi. Który rodzic nie byłby szczęśliwy, że ich syn ma tylu wiernych i oddanych przyjaciół. To chyba właśnie w mazurskich Kutach Janek Dziadul przezwał Go “baronem Kurlandzkim” – Jasiu zażartował, a potem okazało się, że ta rodzina rzeczywiście stamtąd się wywodziła… I tak On został Baronem Kurlandzkim

Mógłbym jeszcze długo o Nim pisać. Przecież znałem Go trzydzieści lat… W latach 90. pracowaliśmy razem w Górnośląskiej Oficynie Wydawniczej, minęliśmy się potem w Telpressie. Wtedy nasze relacje miały czysto prywatny charakter, bo każdy z nas poszedł swoją drogą zawodową. Razem z żoną, Basią, odwiedził mnie kiedyś w Zawierciu. Kiedy przez trzy godziny rozmawialiśmy według schematu “A pamiętasz?”, dziewczyny przeniosły się do drugiego pokoju, no bo kto normalny zniósłby niekończący się dialog dwóch kombatantów prasy końcówki PRL i pierwszych lat II Rzeczypospolitej? Nasze dziewczyny były piękne, chyba w nas zakochane i wyrozumiałe przy tym (co u kobiet nie jest zbyt częstym połączeniem cech), więc pozwoliły nam gadać bez końca według tego schematu…

Ostatni raz On był w Zawierciu na koncercie Staszka Soyki w kościele pw. Św. Apostołów Piotra i Pawła. Wtedy nie spotkaliśmy się, zarzucił mi to w lutym ubiegłego roku, kiedy w jakiś sprawach pojechałem do Katowic i po ich załatwieniu zadzwoniłem do Niego. – Borówa, czekam na ciebie w domu! Nie było odwrotu. Siedzieliśmy do piątej rano, gadaliśmy według schematu. Z jedną różnicą… Powiedział: – Wiesz, czuję, że niedługo umrę… Wiedziałem, że walczy z chorobą od wielu lat, ale nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy – On wyraźnie sobie tego nie życzył. Kiedy ponad dziesięć lat temu wrócił pierwszy raz z kliniki w Gliwicach, poprosił kumpli, abyśmy o tym nie wspominali. Jakie to głupie, zapytać człowieka chorego na raka, jak się czuje… Banał! On nie lubił banałów… Ja nigdy nie zapytałem, bo też nie lubię banałów…

Byłem na Jego pogrzebie w Katowicach na cmentarzu przy ulicy Francuskiej. Płakałem. Odszedł jedyny prawdziwy przyjaciel, jakiego miałem. Wraz z Jego urną pochowałem trzydzieści lat swego życia.

3 czerwca DANIEL TRESENBERG obchodziłby urodziny. Gdziekolwiek jesteś, Danielu, życzę Ci wszystkiego… Resztę dopowiedz sobie sam…

Andrzej Borkiewicz

Zawiercie24.info. Jurajski Portal Informacyjny, 10 lipca 2010

dt1

dt2

dt3

dt4

dt5

dt7

dt6